FORUM SCIENCE FICTION FANTASY & HORROR
BABYLON 2007

Blogowanie na ekranie - Ziarno prawdy, miara kłamstw.

Ellaine - 20 grudnia 2009, 23:42
Temat postu: Ziarno prawdy, miara kłamstw.
Pamiętam pewne gorące lato, kiedy czytałam "Czarne Oceany" J.Dukaja. Czytałam leżąc na łóżku polowym, które specjalnie ustawiłam w cieniu. Las szumiał sennie, ptaki ćwierkały letnie trele, gdzieś tam pewnie słychać było ludzkie głosy i warkot aut. Szczekanie psów? Być może. W końcu to duże osiedle.
Zdaje się były wakacje, a jeśli nie było, to na pewno niedługo miały nadejść. Czytałam "Czarne Oceany", z których nie jestem pewna, czy wiele zrozumiałam. Miałam wtedy, zdaje się, tylko szesnaście lat. Chociaż nie sądzę, żebym teraz była szczególnie mądrzejsza niż wtedy. Pamiętam, że to się rzadko zdarzało, żebym czytała leżąc na balkonie. Przecież ja nie lubię ciepła, a w mieszkaniu zawsze, mimo gorącego lata jest chłodniej. Ale widocznie miałam powód.
Wiecie, mieszkanie w bloku ma swoje plusy. Zwłaszcza, kiedy mieszka się na ósmym piętrze i nawet w dzień widzi się Gwiazdy. Można też siedzieć w oknie i nucić pod nosem wersy z "Wojny postu z karnawałem", J. Kaczmarskiego:
"Siedzę w oknie, patrzę z góry, cały świat mam w oku,
Widzę, co kto kradnie, gubi, czego szuka w tłoku."

Oczywiście mieszkanie w bloku ma też dodatnie minusy. Zwłaszcza, kiedy mieszka się na ósmym piętrze, a winda postanawia odmówić posłuszeństwa. Wiecie, że wtedy mam do pokonania 128 schodów? Policzyłam to kiedyś, bardzo prosto zresztą: osiem razy szesnaście. Czemu szesnaście? Cóż, akurat tyle schodów przypada na każde piętro. Najgorzej oczywiście było wracać do domu z ciężkim plecakiem, co już mi się zdarzało nie raz, nie dwa. Ale czasem nawet, kiedy winda cieszy się dobrym zdrowiem, lubię dla zabawy zbiegać po schodach. Bo czemu by nie? W końcu jestem u siebie.

Ale nie w tym rzecz. Nie oczekujcie, że będę pisać często, ani że będę z Wami szczera. Nie bez przyczyny zaczęłam od wspomnienia "Czarnych Oceanów". Może i nie pamiętam najlepiej już całej fabuły, może pozostało mi już tylko wrażenie, że to był naprawdę ciekawy kawałek literatury i to nie były zmarnowane dwa, albo trzy tygodnie czytania. Ale jedno pamiętam doskonale, słowa zdaje się głównego bohatera, kiedy zasiadał do przekazania swych wspomnień jakiemuś niezwykłemu urządzeniu, którego nazwy nie pamiętam.

"A teraz będę kłamać..."

Nie oczekujcie prawdy. Nie znam jej. To, co przeżyłam i przeżywam, to jak to zapamiętuję i przekażę (lub nie), może nie być prawdą obiektywną... Znam tylko jeden punkt widzenia - mój własny. Rzeczywistość tworzy oko patrzącego, a ja? Ja mam wadę wzroku. Pamiętajcie, że napisałam jakiś czas temu w temacie "Jasno widzę!": "Oczywiście, że kłamię". Wam zostawiam do rozważenia: ile prawdy, a ile kłamstwa jest w tym krótkim zdaniu?
I mogłabym powtórzyć za moją przyjaciółką, z którą wspólnie piszę bloga od dawna, (link zresztą macie podany): To tylko słowa... Niekoniecznie musicie brać je nazbyt serio.

A teraz, w ten piękny, przedzimowy, niedzielny wieczór życzę Wam dobrej nocy i spokojnego snu.

Dunadan - 21 grudnia 2009, 08:19

Cytat:
Przecież ja nie lubię ciepła

Hura! kolejna osoba, do maleńkiej kolekcji ;)

Cytat:
Czemu szesnaście?

To proste - blok projektował jakis programista - 2^3x2^4 :mrgreen:

hardgirl123 - 21 grudnia 2009, 09:11

witam nową blogerkę :>
feralny por. - 21 grudnia 2009, 09:44

Dunadan napisał/a:
Cytat:
Przecież ja nie lubię ciepła

Hura! kolejna osoba, do maleńkiej kolekcji
No chyba, że nie jest z nami szczera.
Ellaine napisał/a:
Nie oczekujcie, że będę pisać często, ani że będę z Wami szczera.


;P:

Ellaine - 21 grudnia 2009, 20:00

Dunadan napisał/a:
To proste - blok projektował jakis programista - 2^3x2^4 :mrgreen:

Cóż, jestem tylko głupią humanistką, więc może rzeczywiście był to programista... albo zwyczajnie na ok. 3 metry piętra najwygodniej było wstawić szesnaście stopni, po osiem do i od półpiętra. No i trochę wątpię w teorię z programistą, ponieważ nie jestem pewna na jakim poziomie programowanie stało w połowie lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy blok, w którym zamieszkuję od urodzenia, budowano.

Witam, hardgirl123. Dziękuję, że zechciałaś tu zajrzeć, tak jak i Wy to uczyniliście, Dundanie i feralny por.. Wam również dziękuję.

A teraz pozwólcie, że polecę do Ameryki Południowej. Jednak wrócę, być może jeszcze dziś.

Agi - 21 grudnia 2009, 20:46

Przyjemnego (od) lotu Ellaine, :)

Co do bloku i stopni, to ich wysokość precyzuje rozporządzenie w sprawie warunków technicznych wykonania i odbioru robót budowlanych.

Martva - 21 grudnia 2009, 20:48

Ellaine napisał/a:
polecę do Ameryki Południowej.


Przecież tam jest ciepło? ;)

Ellaine - 21 grudnia 2009, 23:18

Dzisiaj 21:28:
Owszem, jest. Dlatego osobiście nie jestem szczęśliwa z powodu przebywania tam.

Chociaż fabuła jest wartka niczym prąd Wodogrzmotów Mickiewicza. Trup ściele się gęsto, a wody rzek zmieniają barwę na czerwień przelanej krwi. A w tle powiewają na sztandarach szumne hasła wolności, równości, to jednak nie oczekuję szczęśliwego końca...
I przebywam w tej Ameryce z musu, ale jednocześnie żal mi tych wszystkich ludzi, którzy zginęli.

Bo to nie film, ani nawet nie książka, niestety.

edit, po 23ciej czasu lokalnego:

I wygrali, chociaż nie miał kto cieszyć się zwycięstwem... Jak to zwykle bywa, kiedy za idee giną miliony. Dobra, może przesadziłam, ale przez te wszystkie lata na pewno by się zebrało kilka.

A to, o czym mówiłam wcześniej, znaczy się o czytaniu "Czarnych Oceanów" to, to były wakacje. Nawet poniekąd to końcówka, połowa sierpnia 2003. To były moje najwspanialsze wakacje, bo wyszłam z koszmaru, by przenieść się w miarę łagodny i możliwie przyjemny sen. Chociaż kończył się maturą, ale mniejsza o to. Matura to przecież był pikuś, praktycznie się do niej nie przygotowywałam, bo i po co? Egzamin dojrzałości... też coś!

Jak ktoś (zapewne mądry), kiedyś powiedział: To idiotyzm by o całym przyszłym życiu decydować, kiedy jest się młodym i głupim.
(pewnie powiedział to delikatniej, ale ostatecznie sens jest ten sam, prawda?)

A teraz w domu mam dwóch panów w stanie wskazującym, pięknie, po prostu pięknie... Co to jest, izba wytrzeźwień? Ech, idę spać. Mam ich dość. Ich, i całej tej Ameryki Łacińskiej, która właśnie wyzwoliła się spod ciężkich, imperialistycznych butów: hiszpańskiego i portugalskiego. Na pewno oba były lewe.

Dunadan - 22 grudnia 2009, 09:26

Ellaine,
Cytat:
Owszem, jest. Dlatego osobiście nie jestem szczęśliwa z powodu przebywania tam.


Polecam W góarch szaleństwa H.P. Lovecrafta - to mój ulubiony tekst bo dzieje się na antarktydzie :mrgreen:

ihan - 22 grudnia 2009, 10:33

Albo książkę z dziedziny Kriofizyki
Rafał - 22 grudnia 2009, 10:54

Agi napisał/a:
Co do bloku i stopni, to ich wysokość precyzuje rozporządzenie w sprawie warunków technicznych wykonania i odbioru robót budowlanych.
E-e. Chodzi o "Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 12 kwietnia 2002 roku w sprawie warunków technicznych jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie", - coś w rodzaju mojej biblii, wcześniej było rozp o identycznej nazwie i podobnej treści :wink: 8)
Ellaine napisał/a:
To idiotyzm by o całym przyszłym życiu decydować, kiedy jest się młodym i głupim.
Jeszcze głupszy idiotyzm (jeśli jest takie coś :wink: ) to decydować o swoim życiu kiedy jest się starym i głupim.
Ellaine napisał/a:
A teraz w domu mam dwóch panów w stanie wskazującym, pięknie, po prostu pięknie... Co to jest, izba wytrzeźwień?
Wywal ich przez okno ;P:
Ellaine napisał/a:
Bo to nie film, ani nawet nie książka, niestety.
A co to? :D
Agi - 22 grudnia 2009, 10:58

Rafał napisał/a:
Agi napisał/a:
Co do bloku i stopni, to ich wysokość precyzuje rozporządzenie w sprawie warunków technicznych wykonania i odbioru robót budowlanych.
E-e. Chodzi o "Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 12 kwietnia 2002 roku w sprawie warunków technicznych jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie", - coś w rodzaju mojej biblii, wcześniej było rozp o identycznej nazwie i podobnej treści

Nie będę się kłócić z faachowcem, na pewno masz rację. Skojarzyło misie z zacytowanym rozporządzeniem, nie sprawdzałam szczegółowo. :)

ihan - 22 grudnia 2009, 11:15

Rozporządzenie rozporządzeniem, a w pewnym bloku w Krakowie, w jednym miejscu schodek o połowę niższy niż reszta. Da się.
Agi - 22 grudnia 2009, 11:24

ihan, to zwykła fuszera była.
Ellaine - 22 grudnia 2009, 11:24

Może Kriofizykę sobie daruję, ale za Lovecraftem się rozejrzę. Znając życie pewnie będzie, ale nie w tej filii MBP, w której jestem zapisana tylko na jakimś zadupiu... Ewentualnie w BŚ, ale tylko w czytelni (sprawdziłam... i niestety mam rację :] nie lubię mieć racji, kiedy nie chcę mieć racji. Bez sensu... ).

Rafał napisał/a:
Wywal ich przez okno ;P

Uczyniłabym to z dziką satysfakcją. Ale wiesz: zabijesz dziada, a pójdziesz siedzieć za człowieka. Więc prędzej ja wyjdę oknem, niż oni. Ewentualnie wyjdę z siebie i stanę obok, jak czasem mawiała moja Szanowna Rodzicielka.

Rafał napisał/a:
A co to? :D

Historia.

Co do rozporządzeń, to pamiętam jedynie, że to jest wyjątkowo porywająca lektura ;) Takie na przykład dotyczące sieci archiwów państwowych i tym podobne. No po prostu, chyba tylko Książka Telefoniczna mogłaby przebić wszelkie urzędowe pisma w jakości fabuły, i w ogóle.

khamenei - 22 grudnia 2009, 12:16

Z lodowo-mroźnymi klimatami kojarzy mi się cykl Pieśń Lodu i Ognia George'a R. R. Martina.
A z SF książka Davida Zindella "Nigdylia"; wydana u nas w dwóch tomach pt. "Śmierć pilota" i "Schizma" swego czasdu w MAG-u. Skądinąd świetna wg mnie, ale chyba nie za wiele osób podziela mój pogląd. Polecam też trylogię kontynuację "A Requiem For Homo Sapiens". Już jest mniej lodowo, ale równie ciekawie.

xan4 - 22 grudnia 2009, 15:50

khamenei napisał/a:
A z SF książka Davida Zindella "Nigdylia"; wydana u nas w dwóch tomach pt. "Śmierć pilota" i "Schizma" swego czasdu w MAG-u.


z tego co pisał AM to mają to wznowić w Uczcie Wyobraźni.

Ellaine - 22 grudnia 2009, 17:24

Dziękuję, khamenei. Spróbuję zapamiętać. Chociaż mam galopującą sklerozę i pewnie to mi się nie uda.

Wielokrotnie znajomi i przyjaciele polecali mi masę, zapewne interesujących, książek. Ale że rzadko zapisuję sobie te propozycje, to później nie wiem, co mi polecano... Na przykład ktoś, kiedyś, z kim już niestety nie mam kontaktu polecał mi książkę, która miała coś z szachami w tytule (szachownica, albo słowo związane z którąś z figur szachowych). Pamiętam jedynie, że rozmawiałyśmy wtedy o książce "Warcaby z Księżycem" Giuliany Morandini, nota bene bardzo ciekawa powieść, na ile dobrze ją pamiętam. A ponieważ to było dawno nie dam sobie uciąć niczego, nawet paznokcia u małego palca, jednak wydaje mi się, że miałam pozytywne wrażenia po przeczytaniu. Historia opowiada o odkrywcy ołtarza Zeusa w Pergamonie, Karlu Humanie. No i potem w związku z tą rozmową koleżanka poleciła mi książkę, której tytułu nie pamiętam. I raczej sobie nie zapisałam. Bywa.
Ale czasem mi się zdarza, że mam napisane tytuły, a potem gubię ten świstek papieru. Niedawno zresztą znalazłam kartkę, na której przyjaciółka zapisała mi tytuły książek autorstwa Etgara Kereta. Raczej nie ma on nic wspólnego z fantastyką. Ale ponoć warte przeczytania, cóż... jak mi się znów przypomni, to może wreszcie sprawdzę, czy gdzieś w okolicznych bibliotekach są dostępne jego książki.

I właśnie zjadłam obiad. Jedna mandarynka. Cóż, normalnie zjadłabym rzeczywisty obiad, a nie wirtualny, ale jak wróciłam do domu to odechciało mi się czegokolwiek. Poza tym i tak miałam się odchudzać (z kości na ości, z ości na proch). Ewentualnie w domu jest cały kosz mandarynek, w sam raz jakbym jednak zgłodniała.

Ellaine - 23 grudnia 2009, 14:32

Mam ojca komunistę. Wszystkim po równo.

A dom to jedyna izba wytrzeźwień, gdzie człowiek wypity następnego dnia może być jeszcze bardziej pijany niż kiedy szedł spać. Kuźwa, też tak chcę. Aż mnie korci, żeby pociągnąć z gwinta tego Malibu, które od prawie dwóch lat stoi u mnie w szafce. Tylko, że sam rum jest niedobry, a przynajmniej mnie nie smakuje (a nie chce mi się iść po mleko, poza tym on nie wie, że ja mam alkohol i niech lepiej się o tym nie dowie).
Poza tym moja moralność mi nie pozwala pić samemu i robić to samo, co on. W życiu jeszcze pijana nie byłam... no, może raz, czy dwa byłam na lekkim rauszu. Ponoć wtedy byłam inaczej fajna niż zwykle, przynajmniej tak twierdzi mój Luby. Ale on różne rzeczy twierdzi i czasem mu nie wierzę na słowo, bo ten typ tak ma. Zresztą mnie też nie można wierzyć.
Swoją drogą moja Mama kiedyś stwierdziła, że mnie to trzeba upić, żebym powiedziała co mi na wątrobie leży. To było parę lat temu (to znaczy byłam już pełnoletnia, żeby nie było). Obecny już szwagier przyniósł dwie albo jedną butelkę wina i piliśmy ją we czwórkę: Mama, siostra, szwagier i ja (osiołek jak zawsze na końcu). I tak po dwóch, trzech lampkach ponoć zrobiłam się bardziej wygadana, o ciętym humorze i szczera. Nie, nie przyznam się do tego, że miała moja Mama rację. Niczego nie będę podpisywać, żadnych zeznań.

A co do rumu, to dostałam go na urodziny od przyjaciółki, bo wie, że moim ulubionym drinkiem jest Malibu z mlekiem. Wiecie, że w Świdnicy kosztuje ono mniej niż 9 złotych? To znaczy nie wiem jak teraz, ale tyle kosztowało "Pod Czerwonym Gryfem" w wakacje 2007. Swoją drogą Świdnica to piękne miasto, ale o tym może Wam opowiem innym razem.
W Katowicach drinki są straszliwie drogie, bo zwykle piwo jest tanie w knajpach (to znaczy, kiedyś było po 4,5-5 zł). Ostatnio jednak jest już tak samo drogie jak to kupowane w knajpach na gdańskim Długim Targu. No, ale wiadomo, że najdroższe Tyskie jest w Tychach. A tak poza tym to w życiu nie będę pić Tyskiego nad Morzem, tam to już nie smakuje jak Tyskie. Niby butelka taka sama, kapsle i wszystko, a smakuje o wiele gorzej.

I mimo tego, co tu opisuję to tak naprawdę jestem abstynentką, a przynajmniej zobaczyć mnie pijącą to niewielu miało okazję (tak średnio raz na ruski rok). A to kolejny powód by mi nie ufać, bo pewnego razu po koncercie Dżemu (grali na dniach mojej dzielnicy, więc koncert był za friko) znajomy mojej siostry pytał czemu nie piję, i w ogóle... oczywiście on był już po kilku piwach. Ja stwierdziłam, że mi zwyczajnie piwo nie smakuje, a on na to, że abstynentom nie wolno ufać, bo wszyscy abstynenci to konfidenci.

Może tak, może nie. Ale nie dziwię się, w końcu tylko trzeźwy następnego dnia po imprezie będzie mógł się nabijać z tych, co pili, jakie głupoty robili i tak dalej. Zwyczajnie jako jedyny będzie pamiętać.

Chociaż czasem wolałabym nie pamiętać.

Martva - 23 grudnia 2009, 15:39

Piwo jest niedobre. Popieram. Dla miodowego Ciechana mogę zrobić wyjątek.

I... trzymaj się, dziewczyno :|

Ellaine - 23 grudnia 2009, 18:43

Trzymam się, trzymam... - mruknęła, kurczowo trzymając się krawędzi i majtając nogami nad przepaścią bez dna. Ale jakoś daję radę, nie musisz się o mnie martwić, Martvo.

Za to mam dla Was małą niespodziankę. Na szczęście chyba niewielu tu zagląda, więc może się nie zbłaźnię (za bardzo). Mimo to... kiedy tutaj się pojawiłam, miałam "za karę" zatańczyć i zaśpiewać. Ponieważ pieca węglowego nie udało się Wam skombinować, to zaśpiewałam sama... W związku z tym, że jutro jest Wigilia postanowiłam Was uraczyć kolędą.
W każdym razie, to są takie moje życzenia świąteczne dla Was. Mam nadzieję, że uszy Wam nie poodpadają i mimo wszystko nie przestaniecie mnie lubić. O ile w ogóle mnie lubicie. Tak czy siak, że mnie nie znienawidzicie, o tak, tak brzmi lepiej.

Bardzo dobrze znana wszystkim kolęda z życzeniami na zakończenie

Agi - 23 grudnia 2009, 18:56

Ellaine, masz miły głos, słuchałam z przyjemnością,
Mylisz się, że nikt tu nie zagląda, na liczniku 313 wyświetleń.
Tobie również życzę udanych świąt. Trzymaj się. :D

Martva - 23 grudnia 2009, 19:01

Ellaine napisał/a:
nie musisz się o mnie martwić, Martvo.


Wiem że nie muszę, ale tak mam z przyzwyczajenia.

Ellaine napisał/a:
Na szczęście chyba niewielu tu zagląda,


Możesz się mylić, też czasem mam wrażenie że nikt mnie nie czyta, a potem nagle sie odzywa ktos kogo bym nie podejrzewała :)

Podziwiam odwagę, nie dość że śpiewanie, to jeszcze w języku obcym :bravo
Ellaine napisał/a:
O ile w ogóle mnie lubicie.


Nie martvię się o ludzi, których nie lubię ;) Spokojnych, szczęśliwych świąt, Ellaine:)

Ellaine - 23 grudnia 2009, 19:15

Martva napisał/a:
Podziwiam odwagę, nie dość że śpiewanie, to jeszcze w języku obcym

Jakim tam znowu obcym? Toż to czysta łacina!
Musiałam parę razy przećwiczyć, zanim wyszło dobrze. Niby człowiek uczył się łaciny, ale czasem wkradał się jakiś angielski akcent, czy ki diabeł. Pamiętam, jak mieliśmy na zajęciach problemy, żeby nie mówić słowa caput (głowa) z niemiecka (którego uczyliśmy się w tym samym czasie, co łaciny).
Poza tym, jak już mówiłam - uwielbiam śpiewać, ale nie kiedy ktoś to słyszy, albo - kiedy widzę, że ktoś tego słucha. A tak, zaśpiewałam do mikrofonu, nikt nie widział, nie słyszał... teraz to już jest tylko głos, gdzieś w eterze. Więc nie nazwałabym tego odwagą.

Ale i tak się cieszę, że Wam się podoba.
I dziękuję za życzenia.

Martva - 23 grudnia 2009, 19:19

Toż łacina jest obca, ja znam tylko nazwy krzoków ;)
Ellaine - 23 grudnia 2009, 19:56

Mnie uczono wszystkiego, prawie, wszystkiego. (Prawie, bo nazw krzoków nie znam.) Ale może jakbym się postarała to mogłabym przetłumaczyć "Commentari de Bello Gallico" Juliusza Gajusza Cezara. Albo coś innego. W każdym razie bardzo lubię łacinę. Co prawda nie znam jej tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła, to jednak nie czuję, że jest obca. Nawet wtedy, kiedy nie rozumiem tego, co czytam.
Piech - 23 grudnia 2009, 19:58

Miły głos, tylko czemu taki nieśmiały?
Dziękuję za kolędę i życzenia. Tobie też życzę pogodnych Świąt Bożego Narodzenia.

Ellaine - 23 grudnia 2009, 22:23

A bo ja w ogóle nieśmiała jestem, Piechu. I również dziękuję. (Nie wiem dlaczego, ale ciągle przekręcam Twój nick i zamiast Piech, piszę Piach. Przepraszam) Albo głos mam nieśmiały, bo rzadko jest przeze mnie używany.
Co do nieśmiałości, to myślę, że mogą to zaświadczyć osoby, które 16 grudnia były w Bierhalli. Zresztą, przy osobistym spotkaniu tracę wiele na elokwencji.

Rafał - 24 grudnia 2009, 13:51

Ellaine, ładnie śpiewasz, wszystkiego najlepszego i wesołych świąt!
Jedenastka - 24 grudnia 2009, 13:59

Mi się też podoba jak Ellaine śpiewa i wcale nie kłamię !
xan4 - 24 grudnia 2009, 14:01

Ellaine, Wszystkiego dobrego :)
Ellaine - 24 grudnia 2009, 14:06

Dziękuję.
Jesteście naprawdę mili.

Chal-Chenet - 24 grudnia 2009, 15:22

Dobra, wydało się, że przeglądam tego bloga... :roll:
W każdym razie, życzenia mp3 naprawdę ładne...
Ellaine, wszystkiego dobrego.

Ellaine - 25 grudnia 2009, 00:19

Chal-Chenet napisał/a:
Dobra, wydało się, że przeglądam tego bloga...

Nie przejmuj się, Chal-Chenecie, nikomu nie powiem...

Tak w ogóle to czuję się zaszczycona, że tylu z Was tu zagląda i w dodatku uważa, że ładny mam głos. Naprawdę, dawno tyle osób mnie nie skomplementowało. Bardzo miły prezent na święta, dziękuję Wam ślicznie.

Cóż, Wigilia z wolna dobiega końca. Stół już niemal ogołocony z wiktuałów i wszelkich naczyń. Zamiast kolęd, słychać irytujący głos lektora. Zamiast kompotu popija się piwo. Wszystko wraca do normy.
Chociaż nic nie było dzisiaj tak, jak kiedyś.
Chociaż to akurat było do przewidzenia. Od paru miesięcy nic nie jest takie, jak dawniej. Świat się zmienia, nie tylko dlatego, że zmienia się data w gazecie. I nie chodzi mi o globalne zmiany, ale o zmiany na skalę jednego człowieka, jednej rodziny i grupy przyjaciół. Ot, życie. Ot...

Święta, czas spędzany z rodziną. Szkoda, że jeden z rodziny na własne życzenie (chociaż nie do końca świadome) spędził Wigilię sam. I poniewczasie zdał sobie sprawę, co zrobił. I nie miał na imię Kevin.
Przykro mi, ale nic nie mogę zrobić. Gdyby było tak, jak kiedyś, być może byłoby inaczej... być może. Gdyby... niestety w tym wypadku gdybanie nie ma sensu.
Mogę tylko liczyć, że kiedyś znów odwiedzi mnie we śnie.

"Skoro życie jest snem - niech się we śnie // Spełni jak zechce... - nie budząc przedwcześnie!" - Rechot Słowackiego, J.Kaczmarski.

Najlepszy sposób na doła: słuchanie piosenek Kaczmarskiego przy już miernym nastroju. U mnie to zwykle działa - potem mam doła jak ta lala. Dlatego Luby kiedyś zabronił mi słuchania jego utworów. Wbrew pozorom teraz nie słucham Kaczmarskiego, bo nie jestem u siebie. Po prostu słuchałam go kiedyś niemal co dziennie, zwyczajnie znam na pamięć wiele z utworów Kaczmarskiego, wryły się w pamięć, tak samo jak choćby fragmenty z "Na straganie" Brzechwy (proszę się nie śmiać, ale grałam Kopra na akademii w przedszkolu), albo z "Taktownego umierania", również Brzechwy ("Umierać trzeba z taktem, czyli dajmy na to, nie wtedy, kiedy akurat zaczyna się lato" - cytat może być niedokładny, ponieważ jest późno, poza tym nie znam całego wiersza na pamięć).

Ellaine - 25 grudnia 2009, 22:37

Cisza, spokój. Święta, czas odpoczynku. I tyle. I poczucie, że należałoby w końcu COŚ zrobić. Przecież to nie wypada... żeby tak długo NIC nie robić. Niestety wena poszła w krzaki, czy gdzie tam zwykle chadza i nie ma najmniejszej ochoty mi pomóc w wymyślaniu zakończenia dla pewnego opowiadania. No cóż, może innym razem się uda.

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać trochę słów prawdy o tym, jak spędziłam święta to zapraszam na bloga. Co bardziej świątecznie rozleniwionym podam nawet link wprost do notki, o tutaj. Życzę miłej lektury. Z drugiej strony nie twierdzę, że każde słowo jest prawdą. Jak już mówiłam - nie znam prawdy obiektywnej.

I chyba jednak pójdę coś zrobić. Muszę wymyślić sposób na zapakowanie szklano-lustrzanego cudeńka, kurzołapka, którym mam zamiar obdarować pewne małżeństwo. Cudeńko jest naprawdę śliczne, tylko niebezpiecznie delikatne (obawiam się, że już niosąc je do domu odrobinę je uszkodziłam, ponieważ w sklepie nie dano mi żadnego pudełka)... a zanim będę mogła przekazać prezent ów na ręce małżonków czekać go będzie ponad 10h podróży. Cóż, sama się wkopałam, ale nie mogłam się oprzeć... (chociaż nienawidzę robić zakupów, ale kiedy trzeba, to jakoś się do tego zmuszam) prezent, co prawda kiczowaty odrobinę, jest śliczny. A niektórzy ludzie mawiali mi, że mam dobry gust (cokolwiek to znaczy, gust gustowi nierówny, a jak to w przysłowiu: "de gustibus est non disputandum", więc tym bardziej nie wiem, o co tym ludziom chodzi).

No to idę. Bawcie się dobrze i nie objadajcie zanadto! Obżarstwo to ponoć jeden z grzechów głównych (to informacja dla chrześcijan - wierzących, praktykujących), poza tym jest niezdrowe i może doprowadzić do wielu bolesnych następstw (to dla całej reszty).
A ja zanim wymyślę coś z niczego zjem cokolwiek, bo od obiadu żyję na kilku kostkach gorzkiej czekolady, dwóch mandarynkach i paru szklankach herbaty. Nie, wbrew pozorom ja się nie odchudzam, po prostu nie chce mi się przygotowywać jedzenia - nawet kiedy jestem głodna, a lodówka pęka w szwach (chociaż takowych nie posiada, więc gwoli ścisłości: nawet jeśli drzwi chłodziarki się nie domykają, o! - aczkolwiek to nie jest prawdą, ale cóż z tego?).

Rafał - 26 grudnia 2009, 02:22

hm...
ihan - 26 grudnia 2009, 11:31

Ellaine napisał/a:
po prostu nie chce mi się przygotowywać jedzenia - nawet kiedy jestem głodna, a lodówka pęka w szwach...

Zawsze raźniej gdy człowiek pomyśli, że inni też tak mają.
Miłego czasu w pociągu Ellaine.

Ellaine - 26 grudnia 2009, 17:48

Rafał napisał/a:
hm...

Słucham?

Cytat:
Miłego czasu w pociągu Ellaine.

Dziękuję, ihan. Pewnie połowę trasy prześpię, bo pociąg odjeżdża o 7:30. Chce ktoś pomachać mi na "do widzenia"? Jutro, dworzec główny, peron drugi. Zapraszam.

ihan - 26 grudnia 2009, 18:15

A miasto jakieś konkretne, czy możemy sobie tak dowolnie na peronach drugich machać jak ze światełkiem do nieba?
Poza tym, jeśli tylko będą w pociagu grzali (w ciągu moich ostatnich 3 podróży przy -15 stopniach nie pofatygowali się) to genialny moment na nadrobienie zaległości w lekturze.

Ellaine - 26 grudnia 2009, 19:06

Wyjeżdżam z Katowic :) i jadę przez Opole, Wrocław, Poznań, Piłę, i potem jeszcze kawałek.
ihan - 26 grudnia 2009, 19:19

Czyli forumowicze powinni się ustawić na trasie z transparentami. Nie mogłabyś zboczyć w podróży trochę na południe?
Ellaine - 26 grudnia 2009, 19:24

Przykro mi, ale Luby mieszka ponad 500 km od Katowic, nie widziałam go od połowy listopada, pociąg i tak jedzie długo... a jakbym miała się cofać to jechałabym jeszcze dłużej. Przykro mi, ale nie mam najmniejszego zamiaru jechać przez dosłownie całą Polskę :> Zresztą, nie stać mnie na taką imprezę. Chociaż teoretycznie to im dłuższa podróż tym tańszy bilet (taaa, a jedzie mi tu czołg?), więc po przekroczeniu pewnej granicy przejechanych kilometrów (np. 1000 - gdybym z Katowic do miejsca docelowego jechała przez Kraków, Zakopane, Warszawę, Białystok, Gdańsk, Łódź i jeszcze zahaczyła o Wrocław, Poznań, Piłę...), to PKP powinno mi zapłacić za to, że korzystam z ich (cenzura) usług (ach, czysta fantastyka!).
ihan - 26 grudnia 2009, 19:33

Eh, ci lubi, to kompletnie nie mają wyobraźni gdzie powinni mieszkać.
Ellaine - 26 grudnia 2009, 19:46

Cóż, albo po prostu miejscowi panowie są ślepi, lub głupi (ewentualnie już zajęci). I tylko ci z daleka potrafią naprawdę docenić...
Zresztą, nie narzekam, przynajmniej na co dzień mi nie zawraca głowy, a od czasu do czasu można spędzić miło czas. No i jest nadzieja na mieszkanie w naprawdę miłej okolicy - być może nad Morzem (aczkolwiek nie twierdzę, że tu gdzie mieszkam jest źle... Kto uważa Katowice za brzydkie miasto ten nigdy nie widział Katowic naprawdę; taki ekstremalny przykład - widok z mojego balkonu (zima 2007) :> )
Poza tym w Katowicach poza studiami już mnie nic nie trzyma, od... od pewnego czasu. Dałam kiedyś, Komuś Bardzo Ważnemu, słowo, że nie wyprowadzę się z domu przed końcem studiów, ale obietnica już mnie nie obowiązuje (, niestety i stety jednocześnie).
I generalnie lubię pociągi. Zawsze można poczytać, pospać, pomarzyć, pisać listy czy opowiadania, albo ewentualnie wyszywać, bo czemu by nie...

ihan - 26 grudnia 2009, 19:51

Jeśli tylko nie ma konieczności korzystania z toalety i grzeją, to pociągi są całkiem znośne. Fakt. A luby "z oddali" zawsze wiąże się z niebezpieczeństwem, że gdy stanie się tym "z bliska" okaże się całkiem inną osobą. Albo wprost przeciwnie. Z drugiej strony zmiany generalnie są dobre.
Ellaine - 26 grudnia 2009, 22:19

Dzisiaj 20:02
Aż tak źle nie jest, już mieliśmy okresy (zwłaszcza wakacyjne), że mieszkaliśmy wspólnie przez miesiąc, czy ciut dłużej. Skoro obydwoje żyjemy i mamy się możliwie dobrze to znaczy, że damy radę, nawet kiedy nie będą nas dzielić setki kilometrów. Przynajmniej ja tak uważam, nie wiem jak On. Poza tym... najważniejsze to doczekać tego momentu, kiedy będziemy mieli możliwość w końcu być razem, na co dzień. Ale... co to dla nas, mamy za sobą trzy lata jeżdżenia do siebie, a do końca studiów jest już zdecydowanie bliżej niż dalej.

dzisiaj 22:05
Plecak zapakowany, torba prawie pełna. Prowiant na drogę zrobię przed wyjściem. Czyli właściwie to mogę się z Wami pożegnać na kilka dni, aczkolwiek prawdopodobnie zajrzę tu nie raz, nie dwa... Ponieważ jadę do miejsca, gdzie Cywilizacja istnieje. Aczkolwiek, bynajmniej nie jadę na Wschód.
Swoją drogą... co za marnotrawstwo czasu, żeby pociąg miał stać 28 minut we Wrocławiu. Pff, a w Katowicach tylko pięć. Nawet w Poznaniu będzie stał 14. Oj, tam to jednego roku staliśmy prawie godzinę, bo poza zmianą "elektrociągnika" doczepiali dodatkowy wagon pocztowy, o ile dobrze pamiętam. W każdym razie wracaliśmy wtedy z wakacji nocnym pociągiem, bo dawno, dawno temu... jeździliśmy całą rodziną na Pomorze, nad jezioro. Teraz jeżdżę sama na to samo Pomorze, nad inne jezioro, nie do swojej rodziny (chociaż może kiedyś to będzie moja rodzina), a z moją już pewnie nigdy nie pojadę nad tamto jezioro, chociaż pewnie jeszcze będę tam bywać, od czasu do czasu, w końcu mieszka tam moja ciotka.
A tak poza tym to w Poznaniu po raz pierwszy (i jedyny) widziałam pewnego znajomego, którego poznałam na czacie Rock Radia Śląsk. Szalony człowiek... przyszedł na dworzec koło trzeciej w nocy (!) po to tylko, żeby pogadać ze mną przez trzy minuty (akurat wtedy pociąg, jak na złość, jechał punktualnie). Fakt, że był na fleku, znaczy wstawiony lekko był... ale i tak miło z jego strony.
Parę lat później tak samo zrobił inny kolega, właściwie przyjaciel... Akurat w jego mieście, jak co roku mieliśmy przesiadkę na osobówkę do miejscowości, z której potem jechaliśmy do ciotki. Tamtego roku czas oczekiwania na drugi pociąg to było koło dwóch godzin (między czwartą a szóstą - rano!). Ów przyjaciel przyszedł dotrzymać mi towarzystwa (chociaż jechałam z rodzicami). Wariat prawda? W dodatku był trzeźwy! Pogadaliśmy, pośmialiśmy się... parę dni później przyjechał na tę wioskę, gdzie spędzałam wakacje, żeby odwiedzić mnie i pogadać o życiu i kosmosie... A po niecałych czterech miesiącach przyjechał do mnie tylko po to, żeby moi rodzice się o mnie nie musieli martwić... ponieważ postanowił mnie zabrać do Gdańska na Sylwestra, który częściowo był forumowym zjazdem (forum nazywało się Narilvatar, niestety od długiego już czasu nie istnieje). I wtedy... przed Sylwestrem został moim Lubym. Pojutrze będziemy obchodzić trzecią rocznicę.
Uch, jaka ta historyjka jest łzawa... aż się człowiekowi niedobrze robi.

dopisek po 23ciej:
No, to do zobaczenia za rok, znaczy w 2010. Wszystkiego dobrego, przyjemnego imprezowania w Sylwestra.

Fidel-F2 - 26 grudnia 2009, 23:14

Ellaine napisał/a:
Chociaż teoretycznie to im dłuższa podróż tym tańszy bilet (taaa, a jedzie mi tu czołg?), więc po przekroczeniu pewnej granicy przejechanych kilometrów (np. 1000 - gdybym z Katowic do miejsca docelowego jechała przez Kraków, Zakopane, Warszawę, Białystok, Gdańsk, Łódź i jeszcze zahaczyła o Wrocław, Poznań, Piłę...), to PKP powinno mi zapłacić za to, że korzystam z ich (cenzura) usług (ach, czysta fantastyka!).
szczycisz się jak rozumiem, żeś humanistka
Ellaine - 26 grudnia 2009, 23:16

A czy moja odpowiedź ma jakiekolwiek znaczenie, Fidelu-F2?
Fidel-F2 - 26 grudnia 2009, 23:19

a czy ja o coś pytałem?
Ellaine - 26 grudnia 2009, 23:22

Ułożenie słów w zdaniu zabrzmiało mi jak pytanie. Swoją drogą zastanawia mnie, co zacytowany przez Ciebie żart ma do tego, czy jestem lub nie - humanistką i że niby się tym szczycę (lub nie)? (I skąd Ci się wzięło to "szczycenie się"? ).
Fidel-F2 - 26 grudnia 2009, 23:27

pozwól, nie będę tłumaczył
Ellaine - 26 grudnia 2009, 23:30

Szkoda. Zapowiadało się ciekawie. Ale skoro nie, to nie.
Agi - 26 grudnia 2009, 23:35

Ellaine, dobrej podróży!
Mogę Ci o 14.55 pomachać z peronu w moim miasteczku. :D

Ellaine - 26 grudnia 2009, 23:39

Dziękuję, Agi. Jeśli akurat będziesz przechadzać się o tej porze po peronie, to proszę bardzo, nie widzę przeciwwskazań. Chociaż istnieje prawdopodobieństwo, że się nie rozpoznamy ;)
Dobrej nocy i spokojnego snu życzę wszystkim. Jak to mawiała moja Mama, czas pacierz myć, nogi rzykać i spać. ;))

Ellaine - 3 stycznia 2010, 22:57

I jestem. Nowy rok, nowy avatar. Bo tak.

Jestem... lekko skołowana po szalenie długiej podróży. Ostatecznie (nie licząc dojazdów na i z dworca) to było prawie 10 godzin w przegrzanym i dusznym pociągu. Naprawdę, oni to nigdy chyba się nie nauczą ustalać jak naprawdę powinno być zagrzane. Bo albo grzeją za bardzo, albo wcale. Oczywiście, że w Apokalipsie zostało zapisane coś na temat tego, że "letnich będę wypluwać" (czy jakoś tak, wybaczcie, nie znam Objawienia św. Jana na pamięć).

W każdym razie miałam bardzo miłych towarzyszy podróży. Na początku wspomnę o tych, o których właściwie niewiele mogę powiedzieć. Pewien pan zaczytany w Przekroju, który jechał (ów pan, a nie gazeta) już od Gdyni (wsiadałam w Gdańsku) i wysiadł we Włocławku - bardzo umiejętnie umieścił mój bagaż na półce, za co mu jestem niezmiernie wdzięczna.
Trzy studentki, które wsiadły zdaje się w Kutnie. Wysiadły w Łodzi Kaliskiej, więc dość krótko miałam z nimi do czynienia.
Było również starsze małżeństwo, które jechało z Gdyni i wysiadali w Kutnie, gdzie czekała ich przesiadka na pociąg do Konina. Aż do Włocławka rozmawiali z pewną panią, o której zdaje się dowiedziałam najwięcej spośród wszystkich współpasażerów... Nie wiem, czy nie wyjdę teraz na taką, co to podsłuchuje, ale rozmawiali głośno raczej. W każdym razie ma syna jedynaka, który ma paroletnią córeczkę, na którą owa pani, czyli babcia małej, mówi - Diabełek. (Urocze imię.)
Pochwaliła się nawet zdjęciem wnuczki, śliczna dziewuszka, większość zgodnie stwierdziła, że nieładnie tak brzydko mówić o tak ślicznym dziecku... na co stwierdziłam, że to może po prostu jest Aniołek z Różkami. Pani wysiadała we Włocławku. Opowiedziała jeszcze kilka historyjek, niektórych nie pamiętam, a poza tym po co mam Wam je przytaczać? I tak Was wystarczająco zanudzam.
Ach, jeszcze między Gdańskiem a Bydgoszczą jechała z nami pewna Szkotka. Miałam wielką ochotę porozmawiać z nią, o czymkolwiek, ale niestety wrodzona nieśmiałość i niechęć do posługiwania się językiem angielskim mi na to nie pozwoliły (niechęć ta nie jest koniecznie wrodzona). O, i byłabym zapomniała, w Bydgoszczy wysiadła jeszcze jedna pani, która w sumie to jedynie rozpracowywała krzyżówki.
Od Gdyni jechała jeszcze pani, która wysiadała w Częstochowie. Również nieco rozmawiała z innymi pasażerami (ba, nawet ze mną). I tak dowiedziałam się o tym, że lepiej nie jeździć busami do Hiszpanii, że dworzec w Madrycie jest piękny, a Okęcie i dworzec w Warszawie niekoniecznie.
W okolicach Kutna weszła do przedziału dziewczyna z kotem, który był kotką (nie wiem, kiedy dziewczę z kotką wsiadło, ponieważ stała wcześniej na korytarzu... tak, tak, pociąg był nieco wypchany do Łodzi Kaliskiej, potem już ludzi było coraz mniej). Z nią nie porozmawiałam, bo albo spała, albo uczyła się - chemii (dokładniej o alkenach, to akurat podsłuchałam, bo kilkakrotnie rozmawiała ze swoim chłopakiem, jak sądzę), albo rozmawiała przez telefon. W każdym razie kotkę miała śliczną: szara, pręgowana z pięknymi, dużymi oczkami. Dziewczyna tak, jak i ja wysiadała w Katowicach.
Jeszcze w Myszkowie dosiadło się dwóch panów, którzy także jechali do końcowej stacji - ojciec i syn (wnoszę to po rozmowie, jaką prowadzili). Chłopak był studentem. A kiedy podał legitymację konduktorowi ten rzucił na nią okiem i stwierdził: Proszę podpisać legitymację. Z tego, co chłopak mówił do konduktora - był już na piątym roku. Cóż, widocznie większość konduktorów nie zwraca uwagi na to, czy legitymacja jest, czy nie jest podpisana (dziewczę z kotem również miało niepodpisaną legitymację, o czym dowiedziała się dopiero po trzecim sprawdzaniu biletu! tak, od tego ostatniego z konduktorów).

Hm, wydaje mi się, że to byłoby na tyle jeśli chodzi o atrakcje w trakcie podróży. A... tak poza tym to przeczytałam ostatnie 100 stron biografii Franciszka Józefa I (autorstwa jakiegoś niemieckiego historyka, niestety nie pomnę nazwiska) - początkowe 130 przeczytałam jadąc w zeszłą niedzielę na Pomorze. I tak zupełnie przy okazji znalazłam ochłap weny do pewnego opowiadania... może wreszcie uda mi się doprowadzić tę historię do końca, kto wie... kto wie. Póki co, to ja nie.

Gratuluję wszystkim, którzy doczytali do końca - bez przewijania postu. I życzę dobrej nocy, oraz spokojnych snów.

Agi - 3 stycznia 2010, 23:05

Doczytałam do końca. Masz dobrze rozwinięty dar obserwacji.
Piech - 4 stycznia 2010, 01:12

Ellaine napisał/a:
to może po prostu jest Aniołek z Różkami

Czesi na takie dziecko mówią aniołek z czarną dupką (andieliczek s czrnou prdieliczkou).

Fidel-F2 - 4 stycznia 2010, 01:19

też doczytałem i w sumie nie wiem po co
Martva - 4 stycznia 2010, 09:13

Ellaine napisał/a:
Cóż, widocznie większość konduktorów nie zwraca uwagi na to, czy legitymacja jest, czy nie jest podpisana


Na piątym roku to mógł być duplikat legitymacji, jako że legitymacje się wtedy często 'gubią' ;)

Ellaine - 4 stycznia 2010, 09:35

Agi napisał/a:
Masz dobrze rozwinięty dar obserwacji.

Chyba jednak nie. Później przypomniało mi się, że między Bydgoszczą a Łodzią Kaliską jechała jeszcze jedna kobieta, która nie robiła nic ponad rozmowy telefoniczne i czytanie prasy kobiecej.
Piechu, to ciekawe, co piszesz. Kiedyś chciałam się uczyć czeskiego, ale póki co to pozostaje to tylko w sferze "chcenia".
Fidelu-F2, czy wszystko musi mieć sens?
Niekoniecznie, Martvo. Chłopak miał ze trzy pieczątki w tej legitymacji, więc musiał mieć ją dłużej. (Dziewczyna z kotą też miała legitymację od ponad roku (legitymacja licealna, dwie pieczątki)).

Historia dwóch poranków (oparte na faktach, wszelkie podobieństwo do osób, miejsc, zdarzeń jest celowe i zaplanowane).

Wczoraj obudził mnie telefonem tuż po trzeciej nad ranem. Miałam ochotę kląć na czym świat stoi. Niestety nie mogłam, bo dzwonił on. Nie mogłam też rzucić telefonem w kąt, bo to był on. Przez cały mój pobyt nad Morzem ani razu nie zadzwonił, a kiedy już zadzwonił to akurat o takiej barbarzyńskiej porze.
Kiedy przebudziliśmy się z Lubym ponownie już o przyzwoitej godzinie, zapytałam:
- Czy ja z nim rozmawiałam, czy tylko mi się to przyśniło?
- Rozmawiałaś.
- Aha... - Jednocześnie westchnęłam w duchu ze zrezygnowaniem. Chyba jednak wolałabym, żeby to był sen. - Nie pamiętam dzwonka...
- Też nie słyszałem. Jak się przebudziłem to odbierałaś telefon i zaczęłaś z nim gadać.
- Dziwne... nawet nie wiem, o czym rozmawialiśmy.
- Nie przejmuj się, to nie było nic ważnego.
- Yhm.
Już wcześniej często budził mnie w nocy (no dobra, piąta to już prawie nie jest noc, ale błagam... kiedy mam na popołudnie to naprawdę chciałabym się wyspać!). Ale skoro nie mógł mnie obudzić osobiście, to zrobił to telefonicznie. Później dowiedziałam się, że dzwonił jeszcze do mojego szwagra i do swojej kuzynki. Reakcji ciotki nie znam, ale szwagier szczęśliwie miał wyłączoną komórkę, więc dopiero rano zobaczył nieodebrane połączenie.

Dzisiaj obudził mnie budzik, ale w sumie to ponownie poszłam spać, miałam jeszcze czas. Jakiś czas potem obudził mnie on z okrzykiem przerażenia.
- Nie ma chleba! O której wychodzisz do szkoły? Masz na dwunastą?
- Jedenastą. Wychodzę po dziesiątej.
- Nie ma chleba. Muszę kupić chleb. Albo francuza...
- Dobrze, zdążysz... - mruknęłam. Rzuciłam okiem na zegarek, było koło ósmej.
Pokręcił się jeszcze po domu, potrzaskał trochę butelkami, aż w końcu wyszedł.
Chwilę jeszcze się zdrzemnęłam, ale w końcu wstałam, bo kiedyś trzeba. Jego jeszcze nie było. Odruchowo poszłam do kuchni, chociaż nie wiedziałam "po co" - w końcu miało nie być żadnego pieczywa. Cóż, jakie było moje zaskoczenie, kiedy w chlebaku zobaczyłam ponad półtorej bochenka chleba! A potem... zacisnęłam pięści i zgrzytnięłam zębami, a w głowie miałam tylko jedną myśl: "Taaa, chleba nie ma... pewnie tego, co się zaczyna na Pe".

...dwie dziurki w nosie
i skończyło się.

Idę stąd, w sensie z domu wychodzę, bo jak nie wyjdę to zaraz kogoś rozniosę w proch i pył.

Ellaine - 6 stycznia 2010, 21:12

Byłam dzisiaj w lekkim szoku (i to nawet dwukrotnie).

Pani profesor, z którą mamy (o, zgrozo!) ćwiczenia, na wstępie uraczyła grupę kawałem. Tak, tak... zażartowała. Trzeba tu wspomnieć, że praktycznie przez cały październik byliśmy znienawidzoną grupą, która składa się z samych patentowanych leni! I śmierdzących, oczywiście. Ale później udało się nam chyba nieco wpłynąć na polepszenie opinii na nasz temat. Zapunktowaliśmy najwyraźniej.

Aż tutaj, tego pięknego, zaśnieżonego dnia... taki szok! Profesor wchodzi uśmiechnięta, rozradowana jak nigdy dotąd jej nie widzieliśmy i pyta niemal od progu:
- Mieliście państwo problem z dojazdem na uczelnię na ósmą? - My, będąc w szoku, mamy problem z wyartykułowaniem chociażby krótkiego "tak", lub "nie". (Pomijam, że większość nie przyjechała na ranny wykład, ale mniejsza o to!) Widząc naszą konsternację pani profesor niezrażona powtarza pytanie. Tym razem odpowiedziało jej kilka głosów, parę przeczących, ale głośniejsze były przytakujące: tak, pani profesor, oczywiście, pociągom kółka pozamarzały, autobusy nie mogły odpalić, itp, itd.
I po tym krótkim wstępie... myślimy, no teraz się zacznie, koleżanka jedna już się szykuje do wygłoszenia referatu o Centrolewie. Ale nie! Pani profesor ani myśli zaczynać zajęć, patrzy na gęsto padający śnieg za oknem i mówi:
- Właśnie przypomniał mi się kawał, znają go państwo...? Jacy ludzie w Polsce są najniżsi? Wiedzą państwo?
Grupa odpowiedziała chóralnym "nie", zachodząc w głowę o co chodzi i węsząc podstęp.
- Drogowcy! - mówi uradowana profesor. - Wystarczy centymetr śniegu, a już ich nie widać!

No cóż, trzeba przyznać, od tej strony nie znaliśmy naszej pani profesor. Znaczy się od tej, bardziej ludzkiej, oczywiście. Mam nadzieję, że okaże się równie ludzka w przyszłym tygodniu, kiedy przyjdzie mi wygłosić referat na temat roli Eugeniusza Kwiatkowskiego w życiu gospodarczym II Rzeczpospolitej. Najśmieszniejsze jest to, że sama się w to wkopałam, ba! sama wymyśliłam ten temat. Wtedy wydawał mi się całkiem fajny, teraz, kiedy będę musiała go napisać już niekoniecznie... I jest jeszcze jeden problem, który polega na tym, że na początku października byłam innym człowiekiem. A pod koniec owego miesiąca nastąpił koniec świata.

Wiecie, co? Ludzie to wiecznie gdzieś węszą spiski! Wyobraźcie sobie sytuację: Idę górą auli, żeby przejść do schodów. Mijam dwóch kumpli z grupy. Akurat myślę o czymś zabawnym, więc spojrzawszy na nich mam na twarzy uśmiech. Jeden z nich marszczy brwi i mówi:
- Co ci tak wesoło?
- E... Uśmiecham się do was... Nie wolno mi się uśmiechać do kolegów z grupy?
- Wiesz, jak ktoś się uśmiecha to zwykle ma jakieś dziwne zamiary.
- Heh, co za czasy! Wszyscy, wszędzie węszą spiski. To już się nie będę do was uśmiechać! - rzekłam, wzruszywszy ramionami, po czym lekkim krokiem zeszłam do miejsca, w którym zostawiłam rzeczy. Czy to nie szczyt wszystkiego? Żeby w dzisiejszych zwariowanych czasach nawet po ludzku nie można się uśmiechnąć do kogoś, żeby nie zostać posądzonym o jakieś złe zamiary. Kolejny raz dzisiejszego dnia zostałam wprowadzona w stan szoku.

Gdybym miała sprawny skaner, to pokazałabym Wam moją notatkę z dzisiejszego fakultetu, którego temat to "Muzyka i historia" (albo odwrotnie). Notatka, która bynajmniej nie jest stworzona z żadnych znaków pochodzących z jakiegokolwiek alfabetu.

No nic, słyszę, że czas powiesić... pranie. Spokojnie, to nie jest przenośnia! Nie dzwońcie nigdzie, etap samobójstwa mam już za sobą. Wyleczyłam się z tego "Wilkiem Stepowym" Hermana Hessego i napisaną przez siebie powieścią na przełomie gimnazjum i liceum.

dzejes - 6 stycznia 2010, 21:28

Ellaine napisał/a:
...napisaną przez siebie powieścią na przełomie gimnazjum i liceum.


Jak powieść zrobi doktorat, to szukaj wydawcy :wink:
Noo, czepiam się, ale z sympatii.

Ellaine - 6 stycznia 2010, 22:12

Dziękuję, dzejesie :) Tylko... nawet jak dojdzie do profesury to, to nie jest coś, co chciałabym widzieć wydanym.
Ellaine - 8 stycznia 2010, 21:23

Hm... wygrzebałam spod sterty różnych dziwnych rzeczy wydruk tej "powieści". Wydrukowałam ją niedługo po napisaniu, może z jakiś rok, może mniej niż rok. Właściwie nie ja ją drukowałam, tylko osoba, która zaoferowała, że inna osoba mogłaby mi to wydrukować. I tak oto mam. Powstały zdaje się dwa egzemplarze, jeden mam ja, a drugi trafił do tej osoby, co zaoferowała, że inna osoba... no, rozumiecie.

Zaczęłam czytać (czego to się nie robi, by się nie uczyć) i miałam wrażenie, że czytam o sobie. Nie sądziłam, że ponad sześć lat po napisaniu tego poczuję się nieomal tak samo, jak bohaterka. Bo wtedy miało to związek z tym, co się ze mną działo, ale w zupełnie innym sensie. Zupełnie innym. A teraz w innym sensie czuję związek z opisywaną na początku historii sytuacją.
Dziwnie to życie się plecie. Życie i to, co jest kresem jednego życia, a drugiego życia częścią. I to drugie musi żyć, dopóki kres jego samego nie stanie się częścią innego życia.

Odkryłam jakiś czas temu w portfelu dwa bilety uprawniające do przejazdu z jednego miasta do drugiego. I pierwsza myśl: "Będę mogła odwiedzić..." I poczułam na ramionach ciężar. Schowałam bilety i próbowałam myśleć o czymś innym. Ale odwiedzę, choćby nie wiem, jaka miała być zawieja i zamieć. Chociaż tak naprawdę fizyczne miejsce już nie ma znaczenia, przynajmniej taką mam nadzieję.

I tak patrząc na kartki tej "powieści", widzę tekst, któremu wiele brakuje. Wiem, na komputerze gdzieś mam wersję poprawioną, ale jej też pewnie potrzeba nowej wersji. Być może, gdybym zechciała nad nim usiąść doszedł by do "doktoratu", ale... Widzę tam ważną część siebie, swojego życia - dawnego, albo obecnego,... którą nie wiem czy chcę, i czy wypada się dzielić z obcymi.
Dziwne uczucie. Znam treść, wiem, co będzie dalej, znam zakończenie, a jednocześnie czuję się zaskoczona tym, co w tym znalazłam.

A jednak, mam rację mówiąc, że nastąpił koniec świata i stałam się kimś innym.

Wiem, że to zupełna zmiana tonu i jakości wypowiedzi, ale rozmawiałam o pewnej kwestii z Lubym i zrodziło się pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Poza tym nie chciałabym dalej ciągnąć wcześniejszego tematu, by nie powiedzieć więcej ponad to, co wypada mówić.

Może któreś z Was wie: Czy kiedykolwiek nakręcono film (fabularny, a nie przyrodniczy), w którym w ogóle nie było ludzi?

Chal-Chenet - 8 stycznia 2010, 22:15

Król Lew. ;P:
Ellaine - 8 stycznia 2010, 22:19

No tak. Nie sprecyzowałam, nie chodziło mi o bajkę dla dzieci. Chociaż... w pewnym sensie by się nadawało, w sensie jako argument w rozmowie. Jakby nie patrzeć było troszkę brutalne.
Dziękuję, Chal-Chenecie.

Martva - 8 stycznia 2010, 23:17

Ciemny kryształ. Ale nie wiem czy się łapie ;)
Żerań - 8 stycznia 2010, 23:18

Jaki film dla dzieci? Tam był i romans, i zabójstwo, i walka o władzę, i spisek, i zemsta - oglądaliśmy z dziewczyną "Króla Lwa" w sylwestra, w ramach przypominania sobie czasów dzieciństwa, i tak sobie myślę, że dzisiaj Disney takiego filmu by już nie wyprodukował...(tzn mi chodzi o animacje). " :wink:
Ellaine - 8 stycznia 2010, 23:32

Hm, nie widziałam "Ciemnego kryształu", opis jaki znalazłam na filmweb też mi niewiele powiedział, niestety. Ale dziękuję za odpowiedź, Martvo.

W sumie masz rację, Żeraniu (wolno mi odmieniać Twój nick? Pytam bo nie jestem pewna, czy dobrze to robię). Tylko chodzi mi o to, że w "Królu Lwie" brutalność jest ograniczona, fakt, że na początku Mufasa ginie dość brutalnie, ale w żadnym momencie filmu nie występują sceny jatki. Nawet po upadku z wysokiej skały i stratowaniu przez stado gnu lew wyglądał na... że tak to ujmę - nietkniętego. I to jest dla mnie znak, że to bajka dla dzieci - pokazujemy śmierć, żeby wycisnąć z widza łzy, ale nie pokazujemy widzom jak bardzo może być paskudna ta śmierć.

Żerań - 8 stycznia 2010, 23:43

Co do odmiany, to chyba obie formy są poprawne:-) Czyli można pisać i "Żerań", i "Żeraniu", ale łapek sobie uciąć nie dam. Nie chodzi tutaj o to, ile krwi przelano, ale o symbolikę obrazu, prostotę przekazu na poziomie metafilmowym, oto że w amerykańskiej animacji, przeznaczonej teoretycznie dla dzieci, ktoś zostaje zamordowany. Być może się jednak mylę, a takie filmy obecnie powstały; z filmami Disneya nie jestem ostatnio na bieżąco. Zresztą, może ten problem jest też wśród innych filmów animowanych produkowanych przez Stany (w "Epoce Lodowcowej 3", skądinąd momentami naprawdę zabawnej, głębszych treści już na przykład nie uświadczysz).
Ellaine - 8 stycznia 2010, 23:50

Z nieco brutalniejszych disneyowskich produkcji to kojarzę "Pocahontas", w dodatku to chyba jedna z niewielu bajek (jedyna?), która nie miała szczęśliwego zakończenia;
Spoiler:

jakby na to nie patrzeć on ranny odpłynął, a ona biedaczka została w tej Ameryce.

Tylko, że tam są ludzie i to mi psuje moje poszukiwania.
Bo mnie bardziej chodzi o filmy, które są brutalne, krew się leje, trup się ściele, ale brak tam jakichkolwiek ludzi i humanoidów (bo mi tu jeszcze ktoś Hobbitem rzuci, jak to zrobił mi Luby, żeby było zabawniej ;) chociaż to nie jest film [jeszcze], poza tym tam też wystąpili ludzie). A, no i właśnie, może są takie książki? Poszerzę te poszukiwania, co prawda szukam trochę bardziej z ciekawości, niż z jakichś konkretniejszych pobudek (chociaż... ale mniejsza o to).
I jeśli już chodzi o książki to na przykład w takiej "Zaginionej Dinotopii" byłoby wszystko pięknie, gdyby nie ci ludzie... Bo nie przypominam sobie żadnej, w której tych ludzi w ogóle nie było.

Martva - 9 stycznia 2010, 11:05

Z Pocahontas zrobiłaś spoiler i jakbym nie widziała, to bym się obraziła, poza tym podobno dorobili drugą część ;P:

Ellaine napisał/a:
A, no i właśnie, może są takie książki?


Nie jestem stuprocentowo pewna czy brak ludzi, ale 'Las Duncton' i 'Pieśń Łowcy'? Czytałam wieki temu i nie pamiętam jak było z ludźmi. W sensie czy byli chociaż w tle, czy nie.

Zapytaj jeszcze w temacie 'samopomoc czytelnicza', na blogi zagląda niewiele osób.

Ziemniak - 9 stycznia 2010, 11:13

Martva napisał/a:
poza tym podobno dorobili drugą część


Tak, nazywa się Avatar

ihan - 9 stycznia 2010, 11:15

I dzieje się w Szwajcarii, gdzie grasuje wirus powodujący, że nawet krowy są fioletowe, to cóż dziwić się, że Indianie niebiescy.
Ellaine - 9 stycznia 2010, 11:23

Martva napisał/a:
Z Pocahontas zrobiłaś spoiler i jakbym nie widziała, to bym się obraziła

Pardon, już poprawiłam :) Wczoraj późno było, nie myślałam zbyt trzeźwo.
I dziękuję, Martvo, rozejrzę się za tymi książkami. Ewentualnie później jeszcze zapytam w "samopomocy..."

Ziemniak napisał/a:
Tak, nazywa się Avatar

Padłam. xD

Martva - 9 stycznia 2010, 11:31

Pewnie jest jeszcze jakieś animal fantasy tego typu, ale w tym momencie nic mi nie przychodzi do głowy. W Pieśni Łowcy były jakieś straszne sceny, w Lesie Duncton też, ale takie bardziej zwyczajne.
Ellaine - 9 stycznia 2010, 22:57

Życie pisze najpiękniejsze historie i najstraszniejsze zarazem.

Niedawno rozmawiałam z przyjacielem, którego wywiało na jedną z Wysp. Zaczęło się niewinnie, od stwierdzenia, że po wojnie były w Polsce wędrówki ludów, niekoniecznie z własnej woli.
I nagle doszłam do wniosku, że moi przodkowie po kądzieli musieli mieć masę szczęścia, że ani po Pierwszej, ani po Drugiej nie ruszono ich z Górnego Śląska. Masę szczęścia w nieszczęściu. Posłuchajcie proszę krótkiej historii. Dlaczego krótkiej? Bo złożonej z kilku skrawków, które ledwo udają się poskładać w logiczną całość. Ponieważ nie miał mi kto jej opowiedzieć ze szczegółami. I już nie zostanie mi ona opowiedziana. Nigdy.

Wyobraźcie sobie dwoje młodych ludzi, zapewne kochających się szczerze. Jan w czerwcu skończył 24 lata, Elżbieta w październiku będzie obchodzić 22gie urodziny. On pochodzi z raczej chłopskiej rodziny. Wcześnie stracił ojca, ale dzięki poświęceniu sióstr i matki udało mu się zdobyć wykształcenie: inżynier architekt. Natomiast ona pochodzi z niebiednej rodziny, ale trudno mi określić z jakiego była stanu. Nie mam pojęcia. Ona skończyła szkołę gospodyń domowych.
Jest ciepłe lato. Zapewne już wcześniej planowali ten jedyny, najważniejszy dzień w życiu... Gości zapewne nie było wielu, a może jednak wielu?
Ale nieszczęśliwie... Jan musiał pójść do wojska. Już został skoszarowany, w końcu szykowała się większa afera... każdy żołnierz był na wagę złota. Zapewne musiał wybłagać przepustkę na własny ślub! Przełożony prawdopodobnie nie był zachwycony, ale pozwolił.
Jan ledwie dostał się do rodzinnej miejscowości. Ktoś ponoć im powiedział tego dnia: Albo weźmiecie dzisiaj ślub, albo nigdy... Posłuchali mądrych słów. Pobrali się. Pewnie byli szczęśliwi i jednocześnie pełni obaw o jutro. 27 sierpnia 1939 roku, jak piękny i jak straszny dla nich to był dzień? Świadomość, że już za chwilę oblubieniec będzie musiał wrócić w wojskowe kamasze.
Pięć dni później rozpętało się piekło na ziemi, a on, nieszczęśnik, musiał walczyć w imię innego kraju niż by chciał, a myślę, że pewnie by chciał... tylko... Czyż mógł coś innego zrobić? Przecież nie każdy może zostać wielkim bohaterem, który poświęci życie dla idei! Przecież trzy dni wcześniej wziął ślub, wróg na pewno odnalazłyby jego młodą małżonkę i zatrułyby życie jemu, jej i całej ich rodzinie.
Ale początkowo może nie było tak źle. Front był daleko od ich domu. Był tymczasowo bezpieczny. Ziemie zostały wcielone do Rzeszy, więc póki co... mógł być częściowo spokojny o małżonkę. Ba! Mógł ją nawet odwiedzić. Ich pierwsze dziecko przyszło na świat w drugim roku wojny.
Co działo się potem? Wieść gminna niesie, że dostał się do alianckiego obozu jenieckiego gdzieś, hen, w Belgii. Co się z nim działo? Nie wiem, nikt mi nie powiedział. Jak długo tam był? Jak w ogóle się tam dostał? Nie wiem. Pytania te dla mnie prawdopodobnie na zawsze pozostaną bez odpowiedzi.
Ale wrócił. Do żony, do córeczki. Tylko obrączka... obrączka gdzieś przepadła na wojnie. Pewnie kupił coś w zamian za ten kawałek złota.

I tylko tyle wiem, tylko tyle jestem w stanie opowiedzieć. Niestety. Niestety świadkowie zamilkli już na wieki. Dziadek odszedł w 1995, Babcia w 2002. A ja byłam zbyt młoda by móc zapytać. Mogłabym szukać wieści u ich dzieci, ale boję się pytać, nie chciałabym urazić... Chociaż może kiedyś się odważę. Ale tę historię znam od najmłodszej z ich dzieci, niestety Ona też już odeszła.

Matrim - 15 stycznia 2010, 23:12

A propos książek i filmów... Las Duncton był, Pieśń Łowcy też. Z książek przypomina mi się jeszcze O czym szumią wierzby, ale tam zdaje się była jakaś dziewczyna.

Film... "Zwierzęcy", przez który miałem koszmary, jak główny bohater ;) Niedźwiadek Annauda, ale tam jednak ludzie byli i to ważni, choć film zwierzakowy i tak :)

joe_cool - 16 stycznia 2010, 12:55

Ellaine napisał/a:
Mogłabym szukać wieści u ich dzieci, ale boję się pytać, nie chciałabym urazić...


Nie bój się. Moja mama ostatnio zaczęła się interesować genealogią i zaczęła spisywać historię rodziny - jeszcze z tego ksiązka będzie :) Zaczęła szukać krewnych, wypytywać o ich krewnych i większość z nich była wzruszona i ucieszona, że ktoś się interesuje, że ktoś chce ocalić od zapomnienia. Część była na początku nieufna, ale w końcu też się otworzyli. Pytaj, póki jest kogo.

Ellaine - 16 stycznia 2010, 22:54

Cóż, właściwie nie interesuje mnie genealogia rodziny, tylko historie, jakie jej członkowie mogliby mi opowiedzieć. Niestety, te najciekawsze (z mojego punktu widzenia) już odeszły w niepamięć - ponieważ, jak sądzę, dziadkowie nie opowiadali dzieciom o tym, jak to było w czasie wojny - skoro trójka z czwórki urodziła się już po. Jak mówiłam tę historię, czy raczej - tę wersję wydarzeń - splotłam z fragmentów wiadomości jakie docierały do mnie od mojej Mamy. Ponieważ jedyne, co jest pewne to, to że Dziadek w Wermachcie był (widziałam nawet zdjęcie z tego okresu) i to, że pobrali się 27 sierpnia 1939.

Mama opowiadała raz na jakiś czas, kiedy Babcia kiedyś jej zarzuciła, że się niemieckiego nie nauczyła: "Mogliście nas nauczyć niemieckiego, ale łatwiej się było Wam po austriacku w domu pokłócić, wiedząc, że nic nie zrozumiemy." (Szczerze mówiąc, to dość ciekawa taktyka na to, żeby dzieci nie miały zielonego pojęcia o co tak naprawdę rodzice się na siebie pogniewali.)

Ale może kiedyś się przełamię i zacznę zadawać pytania krewnym. Nie wiem, trudno mi powiedzieć.

Natomiast drzewo genealogiczne mam i to całkiem ładnie rozbudowane. Tworząc je skorzystałam z notatek, które zostały po Dziadku. Dlatego korzeń po kądzieli poszedł naprawdę głęboko w przeszłość. Do szóstego pokolenia wstecz (nie licząc mojego). Przodków po mieczu mam tylko do trzeciego pokolenia - czyli pradziadków. Co prawda prawidłowo licząc (z tego, co pamiętam), powinnam też wliczać siebie jako pierwsze pokolenie (czy raczej ostatnie - zależy od której strony patrzeć), ale tak jakoś mi łatwiej.
A imiona moich najwcześniejszych przodków od strony Dziadka były dla mnie zaskoczeniem: Mathias i Klara, oraz Balcer i Rosina. Moim zdaniem to bardzo ładne i oryginalne imiona, ale sądzę, że jeśli kiedyś będę mieć dzieci, to mój hipotetyczny małżonek by nie pozwolił nazwać dziecka po pra...dziadkach.
Z tego samego pokolenia, tylko że od strony Babci imion i nazwisk przodków jest więcej ale są zdecydowanie mniej zaskakujące: Piotr i Zofia, Antoni i Magdalena, Franciszek i Marianna, Paweł i Józefa. Z tych czterech par zdecydowanie prościej byłoby coś wybrać. Wśród młodszych przodków po stronie Babci wystąpiło też parę typowo niemieckich imion, ot choćby Wilhelm.
Cóż, niestety nie wiem nic na temat ich dat urodzenia ani śmierci, ani nawet miejsca urodzenia (/ śmierci), ale z moich obliczeń i przypuszczeń (jedno pokolenie to około 25 lat) wynika, że niektórzy z nich mogli się najwcześniej urodzić około 1800.

I na koniec jeszcze, dziękuję Matrimie, że zechciałeś powrócić myślami do wcześniejszej kwestii tutaj poruszonej. Pieśń Łowcy mam już na celowniku, więc pewnie po sesji (lub w trakcie) przeczytam tę powieść.

Ellaine - 18 stycznia 2010, 20:55

Powiedziałam koledze z grupy, że mój dziadek był w Wehrmachcie, a on na to: Żartujesz!
No po prostu nie chciał mi uwierzyć... Dziwne! Nie spodziewałam się takiej reakcji, zwłaszcza po studencie takiego, a nie innego kierunku.

Zresztą... Nie rozumiem, co w tym takiego nadzwyczajnego i niezrozumiałego? Skoro mieszkam na Górnym Śląsku i przyznaję się, że połowa mojej rodziny to rodowici Ślązacy. To chyba normalne, że parę moich przodków było w wojsku niemieckim, pruskim, tudzież austriackim (mogę tylko przypuszczać, ponieważ nie mam zielonego pojęcia czym zajmowali się moi pradziadowie).

Normalne jest też to, że w tej samej rodzinie mógł być taki przypadek: weźmy pod lupę siostry z pewnego rodzeństwa: mąż jednej z nich był żołnierzem Wehrmachtu, mąż drugiej - zginął w obozie koncentracyjnym - a ją samą wywieziono po wojnie razem z małymi dziećmi do Niemiec, bo Ślązaczka, bo umie niemiecki, więc Niemka.

Życie jest naprawdę straszne.

Agi - 18 stycznia 2010, 21:22

Ellaine, mój dziadek poznał swoją przyszłą żonę pracując w kopalni na terenie Niemiec jeszcze przed I wojną. Ożenił się, przywiózł ją w okolice Kazimierza nad Wisłą, później znowu wyjechał "na saksy". Co jakiś czas wracał, dzieci przybywało. W czasie II wojny dziadek był gdzieś we Francji, a babcia z dziećmi, w tym moim tatą w Polsce. Już w marcu 1940 roku całe rodzeństwo zostało wywiezione na roboty przymusowe do Rzeszy, babcia została sama pod Lublinem. Tak się losy plotą.
Ellaine - 19 stycznia 2010, 20:39

Ano, plotą się...
Ktoś kiedyś zasugerował mi, że powinnam założyć partię polityczną. Ale mój dziadek był w Wehrmachcie (drugi w czasie wojny był na robotach w Niemczech), a dziadek mojego Lubego był oficerem politycznym (drugi nie pamiętam czym się zajmował). Doszłam do wniosku, że nie mielibyśmy szans w polskim życiu politycznym z taką przeszłością naszych przodków.

W dodatku naszło mnie na napisanie wiersza. Pokażę go, chociaż ostrzegam, że jest marnej jakości, w dodatku nie wyszedł mi idealny dziewięciozgłoskowiec (a w taki celowałam, niestety pierwszy wers ma za dużo sylab o jedną). Oczywiście rymy są boskie, bo częstochowskie, a tytuł wymyślony naprędce:

Krótkim "barokiem" o samotności

Tam, gdzie jasne słońce nie ogrzewa.
Tam, gdzie nie widać skrawka nieba.
Tam, gdzie jesienny wiatr cicho łka.
Tam, samotne życie spędzam ja...

Virgo C. - 21 stycznia 2010, 21:51

Ellaine napisał/a:
"Pod Czerwonym Gryfem"

Ehh, ile ta nazwa pięknych wspomnień z okresu liceum przywiała :mrgreen:

Ellaine napisał/a:
Swoją drogą Świdnica to piękne miasto

Perła w koronie Dolnego Śląska :)

I już mnie nie ma ;)

Ellaine - 23 stycznia 2010, 20:52

Cytat:
Perła w koronie Dolnego Śląska :)

Cóż, niestety nie znam Dolnego Śląska zbyt dobrze, ale Świdnica to urocze miejsce, więc wierzę Ci na słowo, Virgo C..


Zimowe popołudnie. Zmywam naczynia po obiedzie. Nagle wchodzi do kuchni, od progu roztacza przygnębiającą aurę. Nie przerywam czynności. Rzucam okiem przez ramię. Stoi przy oknie z niezapalonym papierosem w dłoni. Wpatruje się nieruchomo w horyzont.
- Coś się stało? - pytam, staram się brzmieć naturalnie.
- Smutno mi... - odpowiada martwym głosem.
- Wiem. - mówię cicho, niemal szeptem. Nie wiem, czy usłyszał. Wracam spojrzeniem do brudnych naczyń. Opuszczam głowę. I staram się nie myśleć. Również robi mi się smutno. Po chwili słyszę, że wychodzi z kuchni. Wzdycham ciężko.
Doskonale go rozumiem... Chociaż nie mamy szans, żeby się dogadać.

Niby jest łatwiej. Wszystko wraca do... nawet trudno to nazwać "normą", ale po końcu świata z popiołów tworzy się zupełnie nowy, inny. Jeszcze trudno powiedzieć, czy lepszy, czy gorszy. Po prostu inny. On tworzy nowe normy, nowe zasady według których należy nauczyć się żyć, by nie przysparzać sobie cierpień. A jednocześnie czuje się pustkę. Odczuwa się ranę, która nie potrafi się zasklepić, a mimo to nie powoduje już tego rozrywającego bólu, jak na początku. Ale wciąż jest, nieco przytępiony, ale jest... i czasem przypomina o sobie silniejszą falą, kiedy nieostrożnie zaczynam wspominać. Kiedy wspominam ostatni miesiąc Starego Świata. Ale już na co dzień, mimo bólu, nawet udaje mi się skupić na nauce, na tym, że żyję... Nie tak jak przez pewien czas, kiedy rzeczywistość zupełnie mnie nie obchodziła. Chciałam pójść tam, skąd już się nie wraca, ale część mnie doskonale wiedziała, że to najgłupsze z możliwych wyjść.

Najwyraźniej pogodziłam się z losem. Musiałam, choć to tak bardzo boli. Nie zawrócę kijem rzeki czasu.
A tak wiele chciałam... i tak niewiele. Tylu rzeczy nie powiedziałam, nie pokazałam, nie zrobię... Nie usłyszę, nie poczuję. Pozostała mi tylko dożywotnia tęsknota.
Za parę dni minie kolejny miesiąc nowego porządku. I chociaż pogodziłam się z tym, co się stało to nie wiem, kiedy przywyknę, czy kiedykolwiek przywyknę do tego Nowego Świata.

Ponieważ wolałam Stary, który ceniłam zawsze, ale doceniłam tak naprawdę dopiero, kiedy się skończył...

Agi - 23 stycznia 2010, 21:32

No i popłakałam się.
Rafał - 24 stycznia 2010, 00:42

Ellaine, nie żebym coś sugerował, ale czy już nie pora na fora ze dwora?
Ellaine - 24 stycznia 2010, 10:33

Wybacz, Rafale, ale co masz na myśli?
Rafał - 24 stycznia 2010, 22:59

Zapuszczenie korzeni w nowej glebie :wink:
Ellaine - 25 stycznia 2010, 10:24

Niestety, trzeba jeszcze studia skończyć. Tak niefartownie się złożyło, że na moim uniwerku jestem ostatnim rokiem na studiach jednolitych, a uniwerek, na którym bym się chciała przenieść zlikwidował jednolite wcześniej niż mój.
Nie uśmiecha mi się degradować na drugi, albo trzeci rok licencjatu, kiedy do magisterki zostało mi niecałe półtorej roku. Poza tym i tak mnie nie stać na wyprowadzkę w tej chwili, a potem... potem się zobaczy.

Ziuta - 25 stycznia 2010, 12:59

Ellaine, to masz podobnie ze studiami, jak ja. Męczę się strasznie, narobiłem sobie okropnych zaległości, ale muszę się wyrobić, żeby nie spaść z czwartego roku jednolitych na trzeci rok licencjatu. Zresztą, zabiliby mnie w domu za to.
Będzie dobrze. Musi być.

Ellaine - 26 stycznia 2010, 22:52

Cóż, ja szczęśliwie nie zrobiłam sobie zaległości. To znaczy zrobiłam, ale nadrobiłam. Teraz jedynie przygotować się do egzaminów i napisać rozdział magisterki, i kolejny semestr będzie za mną. A potem przeżyć dwa jeszcze (tzn. w przedostatnim będę mieć... cztery przedmioty). Bo w tym ostatnim to już właściwie tylko półtorej godziny tygodniowo będę mieć, więc tyle, co nic.

Chciałam napisać coś inteligentnego teraz. Ale chyba nie mam pomysłu na wzniosłe wpisy. Powinnam wziąć się do nauki, w piątek egzamin z dość obszernego materiału. Jak na złość mam "lenia". Leży sobie u mnie na wersalce i patrzy tymi kpiącymi, kaprawymi oczkami na mnie i mówi ciągle:
"nie ma szans, nie pouczysz się! Nie chce ci się... zobacz, tyle fajniejszych rzeczy do robienia masz! Książkę poczytaj, właśnie ci siostra oddała "Mistrza i Małgorzatę" - no nie mów, że nie chciałabyś jej przeczytać po raz kolejny! "Pisarz jest pisarzem ponieważ pisze, a bynajmniej nie dlatego, że ma legitymację" - Więc pisz! Bądźże pisarzem! Nooo... grzeczna dziewczynka."

I siedzę tu i piszę. Bynajmniej nie przybliża mnie to do bycia pisarzem. Właściwie to do niczego mnie to nie przybliża, ale jeśli Wam się podoba czytać to, to się cieszę. Owszem, mogłabym na poczekaniu napisać jakąś historyjkę, tylko dajcie mi chwilę... No, dobra, nie dam rady. Ale zacytuję tu moje haiku. Czasem pisuję haiku, taka pozostałość po graniu w Legendę Pięciu Kręgów.

Pędzel w dłoni
lekki ruch nadgarstkiem
stworzenie świata


Albo w sumie to jest ładniejsze moim skromnym zdaniem:

Cisza przestrzeni
Snu resztki odchodzące
Leniwość świtu


Sami oceńcie, które z nich według Was jest bardziej godne Waszej uwagi.

I przepraszam, Agi, że płakałaś z powodu tego, co tu przeczytałaś. Obiecuję, że następnym razem postaram się lepiej panować nad tym, co tutaj wypisuję.

Agi - 26 stycznia 2010, 23:12

Ellaine, nie przepraszaj. Ja generalnie mam oczy "w mokrym miejscu" i dużo empatii.
Kibicuję Ci serdecznie żebyś uporała się z problemami i znalazła swój kawałek podłogi.
Drugie haiku podoba mi się bardziej, chociaż i pierwszemu niczego nie brakuje.

Ellaine - 27 stycznia 2010, 21:22

Dziękuję, Agi.

Ech, do czego to doszło! Po prostu jestem oburzona! No, dobra. Nie jestem, ale w końcu miałam tutaj kłamać, a póki co to mi się średnio udaje.

Wyobraźcie sobie, że mój Luby, mój osobisty facet, zrobił mi naprawdę okropne świństwo... Bez pytania wrzucił mój osobisty tekst na bash.org.pl! Po prostu tego się nie spodziewałam. Dobra, po nim można się wielu rzeczy spodziewać. Tego też, bo w sumie to jak wypowiedziałam te słowa, to stwierdził, ze wrzuci je na basha.

A oto i ten tekst:
<Ania> O! Tylko -10 stopni! Okno sobie otworzę.

A teraz mi się Luby przyznał, że nie był pewien czy tekst miał szansę przejść, ponieważ... nie wierzył w basha. Przynajmniej tak się tłumaczył, gdy mu zarzuciłam, że nie wierzył w moje możliwości.

Po ilu godzinach się zgłasza zaginięcie? To znaczy, mam nadzieję, że pewna osoba nie zaginęła... tylko zaczynam się martwić.
Wrócił. A ja niestety nie przestanę się martwić... taka karma.

Ellaine - 30 stycznia 2010, 20:21

Żeby nieco rozbudować postać do systemu RPG, w którym gram od dwóch tygodni, przeglądałam na Youtubie solowe występy baletnic. I przyznać muszę, że poczułam bardzo niegodne uczucie... jakim jest zazdrość.

Dawno, dawno temu, kiedy słońce było bogiem, a ja miałam mniej niż naście lat bardzo chciałam tańczyć w balecie. Było to dla mnie coś tak fascynującego... Niezwykłego i pięknego. Chociaż tak naprawdę, nigdy w życiu nie widziałam baletu na żywo. Moja starsza siostra tańczyła w zespole, który działał pod auspicjami domu kultury. Chyba nawet raz, albo dwa widziałam ich występ. Też tak chciałam, ale... zdaje się, że nigdy nie powiedziałam o tym rodzicom. Cóż, bywa. Za to przez cały rok szkolny, kiedy bodajże byłam w trzeciej klasie podstawówki, chodziłam do owego domu kultury na zajęcia z rękodzieła dla dzieci. Taka tam, pozalekcyjna plastyka. Przez pewien czas należałam do kółka teatralno-literackiego (to też podstawówka), ale gdybyście mnie zapytali, co tam robiliśmy to... szczerze? nie mam zielonego pojęcia. Nie pamiętam.

Za to w gimnazjum byłam w szkolnym chórku. Ale nie dostałam żadnej solówki do zaśpiewania, czego również zazdrościłam koleżance, która w akademii z okazji 11 listopada śpiewała solo "Rozkwitają pąki białych róż". No cóż, bywa. W gimnazjum nie mieliśmy kółka teatralnego - a przynajmniej nie przypominam sobie, ale... ponieważ klasa w której także byłam sprawiała najwięcej problemów wychowawczych...

Nasz genialny wychowawca, nauczyciel historii, wpadł na równie genialny pomysł i... za to, że byliśmy tak beznadziejną klasą tuż przed końcem gimnazjum, musieliśmy zrobić akademię dla grona pedagogicznego. Ściślej - dla nauczycielek, ponieważ to było z okazji Dnia Kobiet. (Zresztą w gimnazjum i tak było więcej nauczycielek, poza naszym wychowawcą i zapewne jakimś wuefistą z nauczycieli pamiętam jedynie pana od KOSS-u* (potocznie zwane WOS-em))

Akademia składała się z kilku scenek rodzajowych i paru piosenek. Koleżanka (ta od "pąków białych róż") ponownie miała bardziej eksponowaną rolę śpiewaną, której jej już nie zazdrościłam... ponieważ śpiewała w duecie z naszym wychowawcą, piosenkę Anny Jantar "Przetańczyć z tobą chcę całą noc". Były scenki od samego stworzenia świata... znaczy była scenka z Adamem i Ewą, była piosenka z disneyowskiej adaptacji Królewny Snieżki, jeśli dobrze pamiętam. Był też fragment z Moralności pani Dulskiej (ten, gdzie Dulski robi przykazany lekarskim zaleceniem, codzienny spacer... dookoła stołu). I była też scena balkonowa z "Romea i Julii" (którego wciąż nie przeczytałam do końca)... "Romeo, czemuż tyś jest Romeo... Czyż róża nie pachniałaby równie pięknie pod inną nazwą" (czy jakoś tak to szło) "Nie, nie przysięgaj na zmienny księżyc, by twa miłość również nie była zmienna" (tak, to jest wariacja na temat tego fragmentu, wybaczcie, ale zdążyłam zapomnieć).

Tak... mnie przypadł (a raczej kopnął mnie) zaszczyt zagrania Julii. Przypłaciłabym tę grę skręconą kostką (co najmniej), ponieważ... Na awatarze tego może i nie widać, ale parę osób może poświadczyć żem okularnica. A nota bene okularnicą jestem od czasów jeszcze bardziej zamierzchłych niż czas, kiedy uczęszczałam na rękodzieło. I jednocześnie, nie umiałam wyobrazić sobie, żeby Julia (ta piękna, idealna, zwiewna i w ogóle, czyli w prostej linii zupełne przeciwieństwo mnie)... nosiła okulary. Toteż dla lepszego efektu odłożyłam okulary na bok... Muszę przyznać, że już wtedy bez nich mogłabym malować jak Claude Monet "Budynek Parlamentu w Londynie" (a obecnie to nawet jeszcze bardziej niewyraźnie). Oczywiście, generalnie coś tam widzę... tylko wyobraźcie sobie, że macie niewyraźny obraz i musicie wejść na "balkon", który jest krzesłem... Pointy można się bardzo łatwo domyślić: Prawie się minęłam z moim "balkonem". Na szczęście - prawie. (A potem nawet udało mi się nie pomylić w tekście... nie zeżarła mnie trema tylko dlatego, że nie widziałam "Romea", ani widowni. Czasem krótkowzroczność jest błogosławieństwem!)

W licem nie mieliśmy chóru. Za to założyliśmy kółko teatralne i jedyne, co wystawiliśmy to były Dziady cz. II. Grałam wtedy Kruka. Ale o tym to Wam może innym razem opowiem. Bo to dość długa historia. Sam opis scenografii sporo by mi zajął, więc póki co, to daruję to sobie.
Poza tym w liceum moja klasa miała do zorganizowania Dzień Wiosny (totalna klapa. niestety miałam w tym swój udział, jeśli idzie o scenariusz... na bardziej ambitny wena niestety przyszła o wiele za późno (na tydzień przed Dniem Wiosny)), i Jasełka - do których napisałam scenariusz (w bardzo prosty sposób... przejrzałam dużo i nawet dość znane kolędy, tylko że sięgnęłam do zwrotek dalszych, których nikt normalny nie zna. I tak je pokroiłam, że zrobiłam z tego najnormalniejsze dialogi) (wyszło tradycyjnie aż do bólu... ale rok przed nami inna klasa robiła Jasełka i zrobili w taki sposób, że no cóż... dyrektor był delikatnie mówiąc - zdegustowany).

A wracając do baletu... to cóż, moja śp. Mama mawiała od czasu do czasu: "mam głos jak do baletu i nogi jak do opery". Ale popatrzeć na tych, co potrafią tańczyć i tak lubię. Mimo, że im zazdroszczę, bo ja tak nie potrafię.


___
*KOSS - Kształcenie Obywatelskie w Szkole Samorządowej. Naprawdę nie wiem, kto wymyślił tę pokrętną nazwę... ostatecznie w liceum na WOS-ie mieliśmy podobne kwestie podnoszone.

Ellaine - 5 lutego 2010, 11:22

Odwieczna mantra:
Boże, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce!

Jutro wyjeżdżam i mam masę rzeczy do zrobienia. Normalne przed wyjazdem.
Głównie to się opiera na tym, że muszę odwiedzić trzy biblioteki i dworzec PKP, a przy okazji jeszcze jakiś sklep (ratunku!). Zrobić pranie ręczne i posprzątać mieszkanie (nie wiem czy brat ma wolne w sobotę (sprawdziłam - nie ma, ba! idzie do roboty na 12h), ale nie będę jak mojego ojca dzieci i pokażę, że mam dobre serce... przynajmniej w tej no, metaforze, bo nigdy serca nie badałam. A może powinnam? Nieistotne).

Pogoda dzisiaj jest wyjątkowo ładna, zachęca do wyjścia i chyba dlatego nie chce mi się z domu ruszać. Ponieważ? Na dworze jest masa słońca! To tałatajstwo odbija promienie od śniegu i mnie oślepia. Zresztą nawet jak nie ma śniegu, a jak jest na zewnątrz bardzo jasno to mnie razi po oczach. A niestety, nie mam i nie mogę nosić okularów przeciwsłonecznych. To znaczy mogłabym, ale nie chcę wydawać kupy pieniędzy na ciemne okulary ze szkłami -7,5 D. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, ile to mogłoby kosztować. Cierpię więc z nadmiaru słonecznego światła i moje oczy także łączą się ze mną w tym cierpieniu.

W dodatku się nie wyspałam (cóż za nowość!) i zamiast wstać jak na mnie przystało koło siódmej/ósmej to obudziłam się przed dziesiątą. Ech, znów nie mogłam spać przez pół nocy. Męcząca sprawa. Dlatego na noc nie wyłączam od paru miesięcy radia, żebym mogła się chociaż w muzykę wsłuchiwać, skoro i tak nie śpię.
Aczkolwiek to jeszcze nie jest bezsenność. Tylko raz mi się przytrafiło, że nie mogłam zasnąć do siódmej rano, a potem zasnęłam tylko na jakieś trzy godziny. Zresztą... chyba odkąd zaczęłam studiować to tak źle sypiam. No cóż, życie. A potem potrzebowałam w nocy czegoś, co będzie na mnie działać jak środki uspakajające.

Bo właśnie odkąd odeszła to muzyka mnie wydatnie uspokaja. Chociaż jeszcze zanim odeszła to zaczęłam uspokajać się właśnie muzyką. Słucham RMF Classic, odkąd odkryłam, że moje radio w pokoju (taki tam zdezelowany, 13letni radio-magnetofon) je odbiera i to bez najmniejszych zakłóceń. Gdyby nie muzyka to by mnie mogło już nie być. Oczywiście, miałam wsparcie Lubego i przyjaciół... ale zanim to dotarło do mnie, że chociaż Ona odeszła z fizycznego świata, a ja mam przecież jeszcze co najmniej jedną osobę dla której warto żyć, to chciałam pójść za Nią. Kiedy byłam młodsza to właśnie fakt, że była Ona zatrzymał mnie na tym świecie. Nie chciałam Jej wtedy ranić.

Wiem, że to naturalna kolej rzeczy, że rodzice przeżywają swoje dzieci. Ale tak trudno się z tym pogodzić.

Muzyka pozwalała mi nie myśleć, zatonąć w spokoju, zwłaszcza, kiedy miałam taki czas, że leżałam na wersalce i gapiłam się w sufit godzinami (niemal dosłownie), albo wpatrywałam się w niebo i płynące po nim chmury (tak się składa, że przed moim blokiem nie ma żadnego innego wysokiego budynku, więc kiedy leżę na łóżku to w oknie widzę li tylko i wyłącznie niebo, co zresztą bardzo mnie cieszy). A nocą muzyka tuliła mnie do snu, kiedy po raz kolejny poduszka musiała przyjmować słone łzy.

Wiecie, klasyczna i poważna muzyka czasem dodaje człowiekowi chęci do życia, kiedy naprawdę już się nie chce... Poza tym się nie narzuca ze słowami o różnych dziwnych rzeczach, jak muzyka pop. Po prostu płynie... i w niej słychać to urocze, lekkie, radosne, ale też i to przerażające piękno świata.

Wybaczcie proszę, że Wam to wszystko opowiadam. Ale czasem człowiek musi się wygadać komuś kto go nie zna. Poza tym wczoraj była msza w Jej intencji i wszystko wróciło, jakby to było wczoraj. Trzy miesiące ponad, a boli dokładnie tak, jak wtedy.

Pamiętam, jak przyjaciółka z grupy była pod wrażeniem, że w ogóle przychodziłam na zajęcia tuż przed i tuż po Jej odejściu. Wzruszałam wtedy ramionami. Luby twierdził, że byłam dzielna. Nieprawda. Po prostu uciekałam tam, gdzie mogłam nie myśleć o tym, co się z Nią działo. Byłam tchórzem. Poza tym... zdawałam sobie sprawę, że nie życzyłaby sobie, bym zawalała studia. Wiedziałam, że mogę się nie uczyć na zajęcia, ale musiałam na nich być, żeby potem nie mieć problemów, większych niż byłabym w stanie znieść.

Jeszcze raz Was przepraszam. Wyjeżdżam na tydzień, może po powrocie uda mi się przestać obarczać Was moimi smutkami. Mam wrażenie, że jedynym kłamstwem jakiego dopuściłam się na tym blogu to jego tytuł... Powinnam to zmienić i rzeczywiście zacząć kłamać i udawać, że przecież wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo w teorii tak jest... ale... to tylko teoria.

Ellaine - 9 lutego 2010, 12:19

Mam dziwaczne wrażenie, że wpisami odstraszam czytających, którzy mogliby coś powiedzieć od siebie. Hm... mam nadzieję, że się mylę.

Ale żeby nieco słońca wpuścić w ten blog, przedstawię Wam niżej krótką rozmowę. Zanim jednak to zrobię opowiem Wam, jakie piękne słońce mam za oknem. Tak, cichaczem wkrada się do pokoju. Umiejętnie przeciska się przez oczka starej firanki. I chociaż światło nie wpada bezpośrednio przez okno i tak jest jasno. A nie wchodzi bezpośrednio, ponieważ odbija się od okien, białych ram i pomarańczowych ścian naprzeciwległego bloku. Czteropiętrowego bloku, jak wszystkie w okolicy.

A pomiędzy blokami, lata ogromne stado mew, krążąc ponad zadaszeniem dla kubłów. Niezwykły i jakże niecodzienny to dla mnie widok! Owszem zdarzało się wielokrotnie, że jaskółki latały na wysokości moich okien. Ale na bogów! Jest przecież różnica pomiędzy piętrem ósmym, a drugim! A mewy owe latają tuż przy ziemi nieomalże, ze względu na śmietnik, o którym wspomniałam. Poza mewami widuję tu także gołębie i kawki, o ile nie mylę tych drugich z jakimś innym gatunkiem ciemno-upierzonego ptactwa.

Tak... Oto jedna z dzielnic Gdańska. Wyglądem przypomina mi nieco jedno z osiedli świdnickich, a także szczecineckich, a nawet katowickich. Właściwie nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza mewami.

A teraz pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragment pewnej rozmowy, która z pewnych przyczyn wydała mi się zabawna:

(...)

- Nie podniosłabym cię za szlufki, za ciężki jesteś.
- Nie, to ty jesteś za słaba.
- Nie jestem za słaba, tylko delikatna. Jak prawdziwa dama - stwierdziła z przekonaniem, mrużąc oczy.
- Prawdziwych dam już nie ma.
- To musisz mnie zabić...
- Dlaczego? - zdziwił się niepomiernie.
- Skoro nie ma prawdziwych dam, a ja jestem... - westchnęła, a jemu zabrakło słów. - Dlaczego nie uważasz mnie za damę? - zapytała z wyrzutem po chwili milczenia.
- Jest kilka powodów...
- Tak? To wymień... piętnaście! - powiedziała z zaczepną nutą.
- ...Wygrałaś! - wykrzyknął i obydwoje zaczęli się śmiać.

A potem żyli długo i szczęśliwie, chociaż on wciąż nie uważał jej za prawdziwą damę, a ona o tym doskonale wiedziała. Wystarczało jej, że od czasu do czasu traktował ją tak, jakby damą była.

Ellaine - 15 lutego 2010, 20:02

shenra, w Skojarzenia Fantastyczne napisał/a:
"hej! ksiądz samica! zejdźcie mi z tego zica, bo tam leży moja myca!" :arrow: :shock:

To ja może przetłumaczę?

W oryginale:
Zeflik jechoł se banom. Odłożył se myce na zicu, nale ni sie łobejrzol, a jakos baba go wzieła i podsiodła. No to łon do nij:
- Hej! Ksiądz-samica! zejdźcie mi z tego zica, bo tam leży moja myca!

A teraz po polsku:
Józef jechał tramwajem. Położył czapkę na siedzeniu, ale ani się obejrzał, a jakaś kobieta go podsiadła. No to on do niej:
- Hej! Zakonnico, zejdź mi z tego krzesła, bo tam leży moja czapka.

Właściwie w oryginale, który dawno, dawno temu usłyszałam od mojej Mamy było coś, co mnie brzmiało zawsze jak: kapelmyca, albo cingielmyca (w każdym razie, wydaje mi się, że w tym mało-zabawnym kawale chodziło o beret). Tylko, że nie jestem pewna, co do słuszności tego, co jako dziecko słyszałam, więc wolałam wpisać coś, co na pewno znaczy - czapka. Czyli myca, mycka.
A czemu skojarzyłam to z "hut"? Hut to jest po niemiecku (i po ślunsku tyż, ino bez tego der-di-dasa) - kapelusz.

Trochę poszukałam po Internecie i znalazłam cypelmyca i bombelmyca (obie wg tego słownika to czapka z pomponem. Aczkolwiek... być może to właśnie cypelmyca występowała w oryginalnej wersji, ale w sensie jako beret. Cóż, niestety nie jestem w stanie tego zweryfikować.)

Ellaine - 19 lutego 2010, 22:59

Zostałam zdemaskowana... jestem wampirem. Od jakichś czterech lat. Ale... mniejsza o to. Ważne, że dawno się tak nie uśmiałam. Potrzebne mi to było.

Praca nad sobą w końcu przynosi jakieś efekty. Od trzech lat podróżuję regularnie na Pomorze. Spotkałam wiele osób, naprawdę całkiem sporo. Część z nich doskonale pamiętam, chociaż już mogę nie kojarzyć, kiedy dokładnie się spotkaliśmy. Ani na jakiej trasie, i czy jechałam na Pomorze, czy na Górny Śląsk. Zresztą, to mało istotne w tym momencie.

Te efemeryczne znajomości są zdecydowanie interesujące. Przez chwilę rozmawiasz z kimś zupełnie obcym. Ale paradoksalnie na parę stacji człowiek ten przestaje być nieznajomym, chociaż zwykle nie poznaje mojego imienia, i vice verso. Czasem sobie myślę, że powinnam była zapisywać te historie, które zasłyszałam w podróżach. Aczkolwiek z ostatniej podróży wypisałam sobie chociaż mniej więcej tematy, które poruszaliśmy w rozmowie. To było dość niecodzienne... Ponieważ praktycznie wszystkie osoby w przedziale udzielały się (mniej lub bardziej) w trakcie tej rozmowy. W skrócie... to od niewinnej rozmowy o RPG przeszliśmy do systemu bunkrów pod Wrocławiem. Fakt, że nie od razu i z zupełnie inną osobą. O RPG i przyległościach - fantastyka w książkach i filmach, gdzieś jeszcze studia się przewinęły - rozmawiałam ze studentką filologii angielskiej na UO. Natomiast o tych bunkrach to była rozmowa z lekko podpitym masażystą z Brzegu oraz z żołnierzem, który wsiadł w Opolu, a obydwaj jechali do Krakowa. Niestety musiałam przerwać tę intrygującą rozmowę, ponieważ bilet miałam jedynie do Katowic. Życie.

Wrócę jednak do kwestii "pracy nad sobą". Parę lat temu nawet nie spróbowałabym nawiązać rozmowy, nawet jeśli w przedziale byłabym tylko ja i jeszcze jedna osoba. A co dopiero odważyć się, żeby poprosić o kontakt, by znajomość mogła trwać nieco dłużej niż wspólnie spędzone parę godzin. A jeszcze bardziej zabawne jest to, że w ciągu ferii zdobyłam w ten sposób kontakt do dwóch osób (pierwszy kiedy jechałam na Pomorze, a drugi jak wracałam). Rekord. I mój drobny sukces w pracy nad sobą.

Aczkolwiek sądzę, że osoby, z którymi się widziałam na spotkaniach w Bierhalli mogą mimo wszystko poświadczyć, że przy osobistym poznaniu tracę na elokwencji. :)

Ozzborn - 19 lutego 2010, 23:03

e tam... przyjedź na SKOFĘ to ocenimy w większym gronie - będzie większa istotność statystyczna wyniku ;)
Ellaine - 19 lutego 2010, 23:04

Cóż, powiedziałabym, że Warszawa to dla mnie za daleko... (taaa) ...ale powiem raczej, że na razie Warszawa jest mi nie po drodze. Może kiedyś skorzystam z zaproszenia. :)
Virgo C. - 20 lutego 2010, 09:31

Kraków bliżej ;)
Ozzborn - 20 lutego 2010, 17:48

Ale my mamy bliżej do Ciechanowa :mrgreen:
Ellaine - 20 lutego 2010, 20:06

Wybacz, Ozzbornie, że zapytam, ale co ma jedno do drugiego?
Ozzborn - 21 lutego 2010, 17:05

Bo w Ciechanowie się robi Ciechana... a jak wiemy jest to najlepsze piwo w tym kraju i na SKOFIE występuje wysoki współczynnik spożycia owego :mrgreen:
Ellaine - 22 lutego 2010, 16:55

Wiemy? Nic mi o tym nie wiadomo, żebym uważała "Ciechana" za najlepsze piwo w tym kraju. Bardzo dobrym piwem jest "Racibor" (które piłam parę lat temu w jednej knajpie w Katowicach - o ile nie jest/była to jedyna knajpa w Katowicach, gdzie można/można było dostać "Racibora") i "Piast Świdnicki". Niestety nie pamiętam, które było lepsze.
Ellaine - 22 lutego 2010, 20:58

Jestem z siebie dumna. Upiekłam ciasto, które mi się nie zapadło niedługo po tym, jak wyłączyłam gaz. Mam tylko nadzieję, że nie tylko będzie ładnie wyglądało, ale i smakowało. Cóż, jeśli przeżyję, to napiszę, czy w smaku było równie udane. Zresztą... Co można zepsuć w zwykłej babce piaskowej? (Oczywiście... zawsze może wyjść zakalec, ale czyż ciasto z zakalcem nie jest smaczne? By nie powiedzieć: smaczniejsze?) Co prawda jak tak przeglądam przepisy w Sieci, to ten, którym się posłużyłam jest nieco inny niż te, które tutaj widzę. Mniejsza o to.

W każdym razie potrafię upiec aż cztery rodzaje ciast... wszystkie są jak najbardziej jadalne. Nie powiem, że zjadliwe, bo mnie wielokrotnie poprawiano, że zjadliwe to mogą być bakterie. Wciąż jednak marzy mi się, że na któreś urodziny upiekę sobie (tak, sobie, a nie komuś... taka samolubna jestem, a!) - Fale Dunaju.

Niestety z tego, co pamiętam, kiedy Mama raz w życiu zdecydowała się na upieczenie tego cudownego ciasta, żeby to zrobić... potrzeba naprawdę dużo wolnego czasu. Najlepiej całego dnia. Dlatego też po tym jednym razie, nie zdecydowała się na ponowne jego zrobienie. Niestety.

Ale może kiedyś się zdecyduję... Może kiedyś - jaka to piękna zbitka słów!

Martva - 22 lutego 2010, 22:05

Może kiedyś to moja ulubiona zbitka słów :D
Babkę piaskową piekłam ostatnio wieki temu, a pierwszy raz jeszcze w podstawówce (może byc że dzisiaj juz by było gimnazjum) według przepisu ze strasznie starej Kuchni Polskiej. Wychodziła bez problemów.
Zakalec wychodził mi w swoim czasie w 'piegusku' bo przepis z książki Musierowicz zawierał za dużo tłuszczu, i w raz zrobionym cieście pomarańczowym, po którym obraziłam się na inną książkę ;)
Staram się szukac przepisów jak najmniej czaso- i pracochłonnych, takie z kilkoma warstwami róznego ciasta i róznych mas są fajne, ale strasznie by mi się nie chciało. Ostatecznie mogę wrzucić jabłka, marchewkę, cukinie czy buraki do urządzenia rozdrabniającego, ale juz nie chce mi się na przykład oddzielać żółtek od białek i ubijać piany z tych ostatnich ;)

lucek - 22 lutego 2010, 22:07

Martva napisał/a:
ale juz nie chce mi się


Klasyczny objaw depresji! Na leczenie!

Fidel-F2 - 22 lutego 2010, 22:07

Martva napisał/a:
ale juz nie chce mi się na przykład oddzielać żółtek od białek i ubijać piany z tych ostatnich
:roll:
lucek - 22 lutego 2010, 22:08

O. Jednosekundowa Jednomyślność! O!
Martva - 22 lutego 2010, 22:38

lucek napisał/a:
Klasyczny objaw depresji!


Pfff, cos nowego byś powiedział ;)

No co, nie chce mi się i tyle. Do marchwiaka nie trzeba oddzielać, do cukiniowca czekoladowego chyba też nie. Jest masa fajnych ciast z którymi się nie trzeba babrać, a póki nie muszę się babrać, to nie chcę.

Ellaine - 23 lutego 2010, 19:50

Martva napisał/a:
Ostatecznie mogę wrzucić jabłka, marchewkę, cukinie czy buraki do urządzenia rozdrabniającego, ale juz nie chce mi się na przykład oddzielać żółtek od białek i ubijać piany z tych ostatnich


A... to i tak masz się lekko. Urządzenie rozdrabniające, jestem pod wrażeniem. Ja to używam tarki, bo poza sokowirówką to nie mam żadnego "urządzenia rozdrabniającego". Jak pierwszy raz robiłam marchwiowe ciasto, to myślałam, że mi ręka odpadnie. Nie mówię już o tym, że kawałek ręki sobie starłam przy okazji, ale to drobiazg. Jeśli chodzi o oddzielanie żółtek od białek to muszę potrenować, bo zdarzyło się, że musiałam użyć większej ilości jajek niż to było w przepisie przewidziane. A pianę można ubić mikserem, jak się nie chce ręcznie, chociaż... rękę trzeba ćwiczyć, żeby potem mieć siłę, by komuś nos zmierzyć prawym sierpowym. Bywa, że jak mam ochotę to i czasem ciasto wyrabiam ręcznie, znaczy warzechą (drewnianą łyżką).

Swoją drogą, Martvo, czy w przepisie, którego używałaś do robienia babki piaskowej było mleko/śmietana? Pytam z ciekawości, bo właśnie jak przeglądałam przepisy w Sieci to w ani jednym nie było słowa o mleku. Natomiast sprawdziłam w takiej starej książce Kuchnia Polska i tam było. Swoją drogą to porównując przepisy, to z mojego wychodzi duża ilość ciasta (bo robi się je z 6 jaj).

Cukiniowiec czekoladowy? Mogłabyś coś więcej o nim powiedzieć? Nigdy nie słyszałam. W sumie to się pomyliłam wcześniej, potrafię zrobić sześć rodzajów ciast (dumna z siebie jestem). Oczywiście żadne z nich nie jest specjalnie wymagające: babka piaskowa, Zebra, ciasto na oleju, Babka Gogo, Murzynek i marchwiowe. Babka Gogo jest zabawna i trochę trzeba mieć aptekarskiej chęci, bo w przepisie jest coś tam np takiego (to, co teraz napiszę to nie jest fragment przepisu!): mąki dać tyle ile waży 6 jaj, cukru tyle ile ważą 4 jaja (i mniej więcej tak on wygląda. Mamie się zwykle nie chciało ważyć tego wszystkiego, więc też nie robiła tego ciasta zbyt często).

Generalnie to ciasto, które wczoraj upiekłam, udało się wyśmienicie. Wyrosło pięknie i nie było ani krztyny zakalca. Wszyscy byli zadowoleni, i nawet uraczyli mnie kilkoma pochwałami.

Martva - 23 lutego 2010, 21:00

Ellaine napisał/a:
Ja to używam tarki,


No nieee, jestem za leniwa stanowczo. Jakbym nie miała urządzenia rozdrabniającego, to moje zapędy cukiernicze kończyły by się na przekładanych waflach ;)

Ellaine napisał/a:
A pianę można ubić mikserem,


Wyłącznie ;P:

Ellaine napisał/a:
Swoją drogą, Martvo, czy w przepisie, którego używałaś do robienia babki piaskowej było mleko/śmietana?


Ha! zupełnie, ale to zupełnie nie pamiętam. A sprawdzić nie sprawdzę, bo Kuchnia Polska wylądowała w śmieciach podstępem, ku zgrozie mej i moich sióstr. Ale wydaje mi się że były 4 jajka, nie 6 - chyba że mi się coś porąbało, pamiętajmy że to było ze 12 lat temu :)

Ellaine napisał/a:
Cukiniowiec czekoladowy? Mogłabyś coś więcej o nim powiedzieć? Nigdy nie słyszałam.


Bardzo czekoladowe ciasto, zwarte, ciężkie i wilgotne, które to cechy zawdzięcza cukinii. Zawiera taką ilośc czekolady, ze tej cukinii nie czuć, chociaz niektórzy się boją spróbować na wszelki wypadek ;) Przepis jest chyba włoski.

Ellaine napisał/a:
mąki dać tyle ile waży 6 jaj, cukru tyle ile ważą 4 jaja


Juz mnie to przeraża :D A te jajka w skorupkach ważone czy bez? ;)

W sumie nigdy nie liczyłam ile ciast umiem zrobić, bo niektóre mi się zdarzało jednorazowo. Mam kilka stałych w repertuarze (przy czym te najchętniej pieczone się zmieniają, często eksperymentuję i potem jestem zakochana w eksperymencie więc go często piekę).

Ellaine - 26 lutego 2010, 20:29

Martva napisał/a:
Juz mnie to przeraża :D A te jajka w skorupkach ważone czy bez? ;)

Ważyłam w skorupkach. Ciasto wyszło jadalne, więc chyba należy ważyć w skorupkach. Jeśli kiedykolwiek będę mieć dzieci, które będą chciały bawić się w kucharzy, to z nimi upiekę takie ciasto. Odmierzanie i odważanie to dla dzieciaków powinna być frajda, prawda? Tak mi się wydaje przynajmniej. Osobiście rzadko kiedy pomagałam Mamie w kuchni, bo zwykle uważała, że jej zawadzam. Ale zawsze lubiłam wspólne pieczenie pierników, albo ubijanie piany. Lubiłam być przydatna.
Martva napisał/a:
W sumie nigdy nie liczyłam ile ciast umiem zrobić

Cóż, ja policzyłam, bo póki co to wystarcza mi palców dłoni, by je policzyć. Jeśli kiedykolwiek mój repertuar się powiększy to już nie będę tego liczyć.

***

Ambiwalencja - uczucie, które towarzyszy mi dzisiaj. Jest ze mną od samego świtu. Radość i smutek splotły się w dwukolorowy warkocz, jak dwie wstążki, oplatujące się. Niestety.

Od rana w zakamarkach umysłu czaił się lęk, że ponownie mi się nie uda. Chociaż drugi wewnętrzny głos podpowiadał, że tym razem wszystko pójdzie jak z płatka. Że nie mam czego się bać. W końcu poświęciłam nie jedną, ani nie dwie godziny, żeby pamiętać.
Dzień przywitał mnie ciepłym, chociaż nieco niepewnym, uśmiechem zza szarych chmur. Mrugnął do mnie jasnym okiem, z którego jednak popłynęło kilka chłodnych kropel. A ja ubrałam się elegancko, mimo, że nie lubię spódnic przed kolana. Na szczęście czarny płaszcz do kostek zakrywał mnie przed światem. A potem, jak zwykle zasnęłam w autobusie... Aż trudno uwierzyć, że kiedyś tak wiele książek przeczytałam jadąc tą samą trasą. Bywałam nawet zdolna do tego, by wychodzić na wcześniejszy autobus, który do celu dojeżdżał okrężną drogą, po to tylko, żebym mogła jak najdłużej czytać przed lekcjami.

Nie chciałam się spóźnić, chociaż nie mogłam się spóźnić. Trudno spóźnić się na egzamin ustny, kiedy samemu ustala się czas wejścia do gabinetu. Ale odruchowo chciałam być przed czasem. Nawet jeśli nie zamierzałam wchodzić jako pierwsza... głupi odruch.
Niemal w biegu pokonałam kilka schodów, które dzieliły mnie od drzwi wejściowych Wydziału. A potem trzeba było odrobinę zwolnić. Na marmurowej posadzce tak łatwo o skręcenie kostki... a ja znów nie wykupiłam ubezpieczenia.

Korytarz z wolna zapełniał się ludźmi. "Nic nie umiem", "Aaa!", "Kiedy to było? A gdzie to było?!", "Jak się nazywał ten koleś, co był po...", "O co im właściwie poszło?", "A potem on chciał, żeby tamten mu oddał... ale wtedy tamten mu podrzucił świnię...", "Jak was słucham to mi się wszystkiego odechciewa!". I tak dalej, i tym podobne. A później: "I jak?", "Jakie wylosowałeś pytania?!", "Mocno maglował?", "Ty szczęściarzu!", "Uch, nie chciałbym dostać tego pytania!". Głosy oczekujących i tych, co dopiero co wyszli z gabinetu niosły się po korytarzu.

Normalne. Aż wreszcie po paru godzinach zdecydowałam się, że też wejdę i będę mieć to już za sobą.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. Proszę wylosować pytania - powiedział egzaminator, odbierając ode mnie kartkę z przeczytanymi lekturami. A ja dokonałam wyboru, mając nadzieję, że tym razem los będzie mi przychylniejszy niż pod koniec stycznia. Tymczasem słyszę: - O! Czytała pani pracę Fayarda! No to niech mi pan powie... to znaczy, niech pani mi powie. Przepraszam, myślałem o Fayardzie.
- Nie szkodzi, panie doktorze. To bardzo ciekawa książka - odparłam z uśmiechem, w tyle głowy słysząc cichy chichot mojego dobrego humoru.

- ... Już? - zapytałam zaskoczona. Przecież ledwo dotarłam do połowy mojej odpowiedzi. - Ale chciałam jeszcze powiedzieć o kampanii rosyjskiej...
- Nie, nie. Wystarczy. O Napoleonie moglibyśmy rozmawiać co najmniej do jutra - stwierdził egzaminator ze śmiechem, ucinając wszelkie protesty. - Proszę przejść do kolejnego pytania.
- No dobrze. Front zachodni podczas I Wojny Światowej...

I tak oto zdałam. Na trzy, ale zdałam. Pocieszałam się myślą, że w domu czeka na mnie zakończenie "Łups!", które specjalnie zostawiłam niedoczytane. Ot, taka drobna nagroda pocieszenia. "Pocieszenia?" - zdziwił się Luby, kiedy o planie opowiedziałam mu dzień wcześniej. - "Tak. Przecież zdam. A to znaczy, że opcja z tróją jest najgorszą z możliwych, prawda? W takim razie zasługuję na nagrodę pocieszenia!" Trochę jeszcze protestował, ale ostatecznie uznał moje racje.

Cieszyłam się po wyjściu z gabinetu, chociaż na tym idealnym obrazku było jedno, błędne pociągnięcie ołówkiem. Nieuważny rysownik zapomniał je poprawić. Niszczyło całą kompozycję. W idyllę wkradł się fałsz. Pożegnałam się ze znajomymi.

I dopiero na zewnątrz zdałam sobie sprawę, jak mało czasu mam do autobusu powrotnego. Ostatnie metry pokonałam biegiem. Jak zwykle w takich okolicznościach, pojazd, który był moim celem stał na przystanku za dwoma innymi. A ja nadbiegałam z przeciwnej strony. Ot, ironia losu! Biegłam, w duchu licząc na ludzki odruch kierowcy. I znów przewrotny uśmiech losu: był ludzki.
Zaczekał. Skinęłam mu głową w podzięce, kiedy tylko znalazłam się w środku. Mam nadzieję, że kierowca to widział. Parę sekund po tym, jak wpadłam do pojazdu - ruszył.

Z autobusu zadzwoniłam do domu. Po kilku sygnałach traciłam nadzieję, że zostanie odebrane. Wiedziałam, czemu się spóźnia z podniesieniem słuchawki. Głos, który się odezwał, tylko mnie upewnił w naturze sprawy, z którą przyjdzie mi się zmierzyć, kiedy wrócę. Radość ze zdanego egzaminu i całego dnia przygasała, jak dopalający się ogień na kominku.

- Jestem z ciebie dumny - powiedział. Siłą woli powstrzymałam się przed ironicznym komentarzem, czy choćby prychnięciem. Nie odezwałam się. Jego niebieskie oczy wyglądały, jakby miały w sobie za dużo wody. Błyszczały niezdrowo. Znam ten błysk, aż za dobrze. Popatrzył na mnie jeszcze chwilę i poszedł do siebie. Wstałam z łóżka.
Dlaczego ja nie mogę być dumna z ciebie? - zapytałam w duchu, zamykając drzwi pokoju za sobą. Zamykając się w sobie. Jak zwykle w takie dni, jak dzisiaj. A to, co miałam posłać w eter, co mogłoby pomóc, wciąż niewysłane. Jak można być tak głupim, tak dumnym? Można. Wiem to po sobie. I jest mi smutno, chociaż cieszę się, bo przeżyłam... kolejny semestr stał się historią.

xan4 - 26 lutego 2010, 21:54

Ellaine, absolutnie zabraniam Ci zaniechania pisania, jak napisałaś po ostatnim naszym spotkaniu z NURSem, absolutnie :D
Ellaine - 27 lutego 2010, 19:11

Absolutnie? Zabraniasz?! Mnie...? (uprzejme niedowierzanie przyprawione odrobiną rozbawienia)

Ale tak w ogóle, to w tym, co napisałam po spotkaniu z NURSem nie chodziło mi bynajmniej o zaniechanie pisania, tylko o to, żeby przestać myśleć, że kiedykolwiek, cokolwiek wydam drukiem.
Ha! Mój przyjaciel kilka lat temu stwierdził, że specjalnie dla mnie założy wydawnictwo. Przypuszczalnie póki on tego nie zrobi, nic mojego się nie ukaże. Prawdopodobnie tego nie zrobi, więc...

A pisać będę i nie przestanę. Bez obaw.

Ellaine - 28 lutego 2010, 17:10

Tak na początek, wczoraj na blogu, który prowadzę z przyjaciółmi, zamieściłam mój posesyjny rachunek sumienia czytelniczego, czyli Wampir tkwi w szczegółach. To tak, jakbyście mieli ochotę zerknąć, ot przy okazji.

Śnieg stopniał i teraz można zaobserwować jak wiele rękawiczek zaginęło w zaspach w ciągu zimy. Wracając dziś rano ze świątyni zauważyłam dwie, albo trzy. Ledwo się dało je odróżnić od czarnego asfaltu, ale kiedy już człowiek zawiesił na nich oko to ostatecznie dochodziło do wniosku, że to rękawiczka, a nie jakichś kamień o dziwnym kształcie.

Sama też w tym roku pozbawiłam się rękawiczek. Nie zgubiłam ich w sensie dosłownym. Zwyczajnie zostały w domu rodzinnym Lubego (, który od mojego domu jest oddalony o ponad 500 km). Fakt ten dotarł do mnie dopiero, kiedy znaleźliśmy się na dworcu PKP na dwadzieścia minut przed odjazdem mojego pociągu. Luby chciał nawet, jak na dżentelmena przystało, odstąpić mi swoje, ale... po pierwsze: ma większe dłonie od moich, po drugie: jeśli oddałby mi swoje, to czym on chroniłby dłonie przed chłodem?, po trzecie: w mojej torbie dziwnym zbiegiem okoliczności miałam jeszcze jedną parę rękawiczek. Doprawdy nie wiem, jak się one tam znalazły, ale wiem, czemu ich nie nosiłam... bo ta para była nie do pary. Różnią się odrobinę odcieniem. Z daleka nie widać, większość panów by nie zwróciła nawet uwagi na taki drobiazg (proszę szanownych panów o wybaczenie) - ale niestety ja tę drobną różnicę kolorystyczną widzę doskonale (w końcu jestem córką krawcowej, skoro szyć nie umiem to chociaż kolory rozróżniam).

Jeszcze parę tygodni minie, a owocowe drzewa w przydomowych ogródkach zaczną wypuszczać pąki. A później wszystko zatonie w bieli, chociaż to będą inne płatki, niż te śnieżne. Och, nie mogę się doczekać maja i kwitnących bzów, wtedy niektóre ulice dzielnicy pachną tak oszałamiająco...

Ech...
... staram się, żeby ten dzień był jak najmilszy, żebym nie myślała za dużo. Nawet wizualizacja pięknej wiosny nie jest w stanie odwrócić mojej uwagi. Wciąż w pamięci mam to, że dzisiaj mijają dokładnie cztery miesiące. Mam pewien... czasowy dysonans. Jednocześnie odnoszę wrażenie, że minęły lata od tamtego dnia, ale z drugiej strony... jakby zdarzyło się wczoraj. I do tego wszystkiego, jakby nie było mi wystarczająco ciężko, gdzieś na skraju świadomości plącze mi się melodia i słowa piosenki Violetty Villas:

Mamo, smutno tu i obco / drzewa inne rosną / i ciszy nikt nie zna tu.
Mamo, nie myśl, że się skarżę / żal mi tylko marzeń ...
A ty mamo śpij / jeszcze noc, dobrze śpij...

Gdyby nie to, że spacer po parku, między ogołoconymi z liści drzewami, prawdopodobnie przyprawiłby mnie o myśli samobójcze - wyszłabym z domu. A tak, no cóż... może spróbuję coś napisać, albo poczytam idąc za słowami Marka Tuliusza Cycerona: "Ludzie mówią, że życie to jest to, ale ja wolę sobie poczytać". Heh.

SithLady - 28 lutego 2010, 20:14

W piątek byłam na cmentarzu. Niby jeszcze na chorobowym, ale na imieniny do mamy zajrzec trzeba. Mimo upływu lat nadal... oczy mi się pocą.

Edit: Na blogu z wampirami nie mozna komentowac wiec wklejam tutaj
Też mam ostatnio sezon na wampiry. Na różnym etapie czytania:
Twilight Stephanie Meyer, Dead Until Dark Charlaine Harris z cyklu True Blood, Naznaczona P.C Cast i Kristin Cast, Guilty Pleasures Lauren K. Hamilton z cyklu o Anicie Blake. Czy zamówię następne części - zobaczymy.

Ellaine - 2 marca 2010, 17:47

Osobiście omijam cmentarz, na którym Ją pochowaliśmy. Nie czuję się na siłach, żeby tam pojechać. Nigdy nie twierdziłam, że nie jestem tchórzem.

SithLady napisał/a:
Na blogu z wampirami nie mozna komentowac wiec wklejam tutaj

Przepraszam, nie wiem jakim cudem się nie da komentować. Coś się zepsuło, a administrator główny wziął i znikł. Chyba za bardzo przywykliśmy, że nikt nie komentuje tamtego bloga i nie wiem nawet od kiedy występuje ten błąd. (tu było coś innego, ale napisałam tamto wcześniej, nie sprawdzając słów SithLady, przepraszam najmocniej. - edycja o 21:00)

SithLady, czytasz te książki w oryginale? Podziwiam. U mnie na półce stoi pożyczona książka, która niestety jest po angielsku i chociaż ponad rok ją trzymam to do tej pory udało mi się przebrnąć zaledwie przez wstęp i pierwszy rozdział. Angielski to dla mnie czarna magia (- z tym, że to drugie jest łatwiejsze). Co prawda to nie jest powieść tylko praca naukowa... no, też nie do końca, ale dość specyficzna rzecz: The Time-Traveller's Guide to Medieval England: A Handbook for Visitors to the Fourteenth Century, autorstwa Iana Mortimera.


***

Zapomniałam dzisiaj zabrać na zajęcia mój ekologiczny zeszyt (proszę się nie śmiać! on naprawdę jest "ekologiczny" - z papieru makulaturowego i z okładką zrobioną z papieru pakowego. Co zabawniejsze był tańszy od innych brulionów, mimo tego magicznego przymiotnika - ekologiczny, który podbija często ceny towarów). W każdym razie w plecaku znalazłam inny zeszyt, który zapewne noszę na wszelki wypadek - jakby mi się wena na głowę rzuciła czy coś. Zwykle rzuca się na mnie podczas zajęć, wtedy zamiast pisać - rysuję. Mam całe strony w notatniku zapełnione różnymi obrazkami. Normalne. Czasem przez całe półtorej godziny jestem w stanie nie zapisać nic ponad datę...

Niektóre rysunki nawet się udały. Koleżanka siedząca obok mnie w ławce czasem mi mówi, że zazdrość ją bierze, jak patrzy, kiedy rysuję te moje potworki... Cóż to najmilsza rzecz, jaką mogłabym usłyszeć w odniesieniu do tych bazgrolików.
Pokazałabym je Wam... może, gdyby nie to, że nie mam sprawnego skanera. I bardzo dobrze.

W każdym razie ten zeszyt (ten nie-ekologiczny) to mam jeszcze z liceum, był do informatyki. Na początku są nawet merytoryczne notatki... potem też były merytoryczne chociaż pozbawione szerszego omówienia. Zabawne, kiedy pomyślę sobie, że potrafiłam kiedyś stworzyć stronę internetową w html, bazę danych w MySQL, i księgę gości w php - ale z drugiej strony to normalne, kiedy kończyło się profil w połowie informatyczny*. Gdzieś jeszcze powinna istnieć strona, którą tworzyliśmy jako nasz "wytwór" semestralny. (Ha... istnieje, działa. I nic się nie zmieniła. Dziwne, że ja wciąż pamiętam adres, ale mniejsza o to.)

*w drugiej połowie był humanistyczny. Właściwie to w tej większej połowie, bo oficjalna nazwa profilu głosiła: Informatyka w humanistyce. Poza w/w bawiliśmy się też sporo grafiką, także 3D. To były czasy...

W każdym razie w tym zeszycie zapisywałam różne rzeczy z tyłu (w czasie i już po liceum). Znalazłam tekst mojego psora D.B. (miał z nami lekcje polskiego, a później także wiedzy o kulturze).

Był początek drugiej klasy liceum. Po wakacjach wróciliśmy w nieco okrojonym składzie. Z ośmiu Katarzyn, które były w klasie, zostało tylko siedem. (Swoją drogą to bardzo ekonomiczne było posiadać w klasie tyle osób o takim samym imieniu, jak stwierdził któryś z nauczycieli - powiesz: Kasia, uspokój się! - a 1/3 dziewczyn będzie cicho w tym momencie) Zniknięcie jednej z Kaś wywołało zdziwienie u profesora, zapytał co się stało. Na to ktoś odparł:
- Zabrała papiery. Przeniosła się do innej szkoły.
Na to profesor odparł z rozbrajającą szczerością:
- Ja też chcę zabrać papiery z tej szkoły!

Mimo tak wyrażonej chęci nie zabrał papierów i jeszcze dwa lata był z nami, dopóki nie opuściliśmy murów kochanego liceum. Przypuszczam, że nadal tam pracuje, aczkolwiek nie wiem - nie byłam w liceum od czterech lat. Raz tylko odwiedziłam mojego wychowawcę (uczy informatyki) tuż przed początkiem studiów.
Kiedyś planowałam odwiedzić również psora D.B., żeby mu przekazać radosną nowinę, że byłam 26-ta na liście przyjętych na kierunek: filologia polska... A potem dodałabym równie radośnie, że zabrałam stamtąd papiery, ponieważ dostałam się na historię: na miejscu piątym (od końca! ale z pierwszej listy przyjętych, tym się pocieszam).
Później jednak doszłam do wniosku, że pewnie i tak mnie nie będzie kojarzyć za bardzo, bo ja średnio rzucam się w oczy i sądzę, że dość łatwo umykam z pamięci. Chociaż niektórzy ośmielają się twierdzić odwrotnie. (A to jak wiadomo jest absurd, bo absurd to stwierdzenie jaskrawo różne od naszej opinii. To zdaje się rzekł Ambrose Bierce, może trochę inaczej, ale w tym duchu.)

Mam wrażenie, że strasznie się rozgaduję tutaj. Obyście mi to wybaczyli... Tak czy inaczej w zeszycie znalazłam jeszcze jedną ciekawą rzecz. Otóż, kiedy przestał mi służyć po skończeniu liceum, najwyraźniej miałam zamiar pisać jakieś opowiadanie. Tylko, że z tego zamiaru został tylko niewielki fragment, który właściwie nie wiadomo do czego można by przypiąć. Akcja dzieje się w karczmie, jakiś szczupły młodzieniec pyta bogatego kupca, czy nie widział jego dziewczyny. Odpowiedź jest przecząca, ale zaraz po tym kupiec wypytuje: - Ale dlaczego pytacie o nią? Rzuciła was? Ukradła coś?
- Nie, nie! Ona nigdy by nikogo nie okradła. Była,... jest zbyt dobrą osobą, by się zniżyć do takich brudnych czynów. - (i tu następuje zaskakująca, złota myśl. A tak w ogóle to jestem straszna... cytuję samą siebie. Powinnam się wstydzić.)
- Chłopcze, nikt nie jest zbyt szlachetny, by nie zrobić czegoś paskudnego.


Cóż... dla rozluźnienia atmosfery na sam koniec przytoczę jeszcze krótką wymianę zdań.
Siedzimy w sali, czekamy na przyjście pani doktor. Harmider jest okropny, ale cóż zrobić. Do pomieszczenia wchodzą dwie koleżanki, obie z naręczem kserówek. Kumpela siedząca obok mnie nagle mówi:
- Jak widzę kserówki, to aż się boję!
Odwracam się do niej i lekko głaszczę po ramieniu.
- Nie bój się... - mówię - nie pogryzą cię!
Zapewne, gdybym miała wtedy poważną minę, modulowała głos na uspokajające tony, czy coś w ten deseń, to byłoby jeszcze bardziej zabawnie... Niestety w połowie zdania zaczęłam się śmiać, psując efekt.
(A mówił psor D.B., mówił, że nie należy się śmiać opowiadając kawał...)

Ha! Tak długo pisałam, że aż mnie forum wylogowało.

Ellaine - 4 marca 2010, 19:02

Albo rzeczywiście jestem nieczuła, albo jeszcze bardziej nieczuła... niż sądziłam.

Dzień, do póki nie wróciłam do domu, był naprawdę piękny. Rano słońce, mimo, że trochę mróz trzymał. A potem parę godzin w koszarach (to znaczy w byłych koszarach). Po prostu lepszych zajęć nie mogłabym sobie wymarzyć... Później jednak wróciłam do domu i czar prysł, wrócił codzienny koszmar, zwany dalej - szarą rzeczywistością.
No i odkryłam, że jestem potworem. Dzień toczył się swoim torem, nieprzyjemnym, aż rutyna koszmaru została nagle przełamana. Wprowadziło się nieco świeżości. Zaczęło się normalnie: łubudu! Zignorowałam, czy to raz się zdarzyło? Nie, ależ skąd. (No, dobra, raz po takim łubudu! zbierałam z podłogi kawałki wazonu i kryształ, który o dziwo po spotkaniu z podłogą nie miał ani jednej rysy. Niestety podłoga przyjęła to dużo gorzej) Wracając do tematu po łubudu! nastąpiła chwila ciszy, a potem wołanie o pomoc.
Co zrobić? Poszłam sprawdzić, co się stało... tym razem.

Zobaczyłam człowieka z wybitym barkiem i ani trochę mnie to nie ruszyło. Nie poczułam w sobie ani odrobiny, ani jednego atomu współczucia. Tylko to: Dobrze mu tak. Może zmądrzeje... a potem, nieeee, ten facet jest za stary, żeby cokolwiek do niego dotarło.

Sam fakt wybicia barku też mną nie wstrząsnął, że tak powiem: wzruszyłam ramionami. I jedna myśl: Jak on to zrobił!? W sumie nie znam sposobów, jak można sobie wybić bark. Musiał naprawdę niefortunnie upaść. Ale jak go znalazłam to ręka leżała prawie jak na tych filmach, gdzie pokazują człowieka, który spadł z wysokości. Bardzo charakterystycznie.

Potem pomyślałam, że może warto byłoby jakoś unieruchomić tę rękę, jak mnie uczyli na PO. Tylko problem polegał na tym, że ta osoba nie dałaby się tknąć. Brat go jedynie przetransportował na łóżko. Cóż... a my poszliśmy pogadać z sąsiadką. Zasugerowała, że dobrym pomysłem byłoby zawieść go na izbę przyjęć. Tak, tylko czym? Brat z pięć razy podchodził do egzaminu na prawko, ale się nie dorobił. Ja nie wyobrażam siebie za kierownicą, póki co, jak łatwo się domyślić: prawka - nie mam. Do siostry nie chcieliśmy dzwonić, przy nadziei jest, więc nie warto jej takim drobiazgiem martwić. Wystarczająco przeżywała ostatnie miesiące życia Mamy i jej śmierć, żebyśmy teraz jej dodawali problemów.
Poza tym - pacjent nie dałby się tknąć. Zadzwoniliśmy na pogotowie. Przybyli po jakichś czterdziestu minutach. W międzyczasie zapakowaliśmy mu, co mogłoby się przydać w szpitalu. Chociaż awanturował się: po co dzwoniliśmy na pogotowie? O i tekst tygodnia: Jemu nic nie trzeba, jemu tylko umrzeć. Ależ proszę bardzo... nikt nie broni.
Nie no, jestem potworem, wiem.
Potem krzyczał, czemu jeszcze ich nie ma. Nie śpieszyli się, to fakt. Ale po co? To nie pożar, żeby lecieć do nas na kogucie. Pacjent nie krwawił, miał tylko wybity bark.
Sąsiadka, która przyszła z synem, żeby trochę uspokoić pacjenta i pomóc nam przy pakowaniu torby, śmiała się, że najpierw nie chciał, a teraz ich wyczekuje. Stwierdziłam na to tylko:
- Jaaa, czeka na pogotowie, co by im nazdać*: "po co przyjechali?!"

W końcu przybyli. Pomacali, założyli chustę. Zapytali: Pił pan dzisiaj alkohol?
- Taa... piwo rano - wybąkał, nie do końca wyraźnie, pacjent.
- Yhm, pił, ale nie wiadomo w jakich ilościach - prychnęłam pod nosem, nie wiem nawet czy pielęgniarze dosłyszeli. Jak nie to trudno, jeśli tak, tym lepiej. Zresztą, sąsiadka sugerowała na początku, żeby dać mu coś przeciwbólowego. Cóż, mój Luby kiedyś powiedział mi, że niewolno łączyć paracetamolu z alkoholem, bo może to się skończyć tragicznie. Może i jestem potworem, ale zamknąć się nie dam. Zresztą, zasłużył sobie na tę odrobinę bólu. Niech wie, że żyje.

Pielęgniarz powiedział, że pewnie go nie zatrzymają w szpitalu, ale cóż... pożyjemy, zobaczymy. Na razie czekam na jakikolwiek sygnał od brata, chociaż, może zadzwonię? Albo. Czym tu się przejmować. Wróci, to się dowiem.

Siostra niestety się dowiedziała o tej komedii, bo ta gnida do niej dzwoniła, jak nikt nie patrzył. Jakby nie mógł leżeć spokojnie... no nie mógł, stary piernik. Mam nadzieję, że na tyle siostrze wyjaśniłam sytuację, że się teraz nie martwi. Tak, bardziej przejmuję się siostrą niż nim.
Tacy jak on, mają o dwóch aniołów stróżów za dużo...

edycja o 19:32:
Wrócili. Złamał rękę. Dobrze mu tak. W końcu jakaś kara musi być, prawda? Iskierka sprawiedliwości się objawiła. Tylko... ech, będzie trzeba się nim opiekować. Kuźwa... za jakie grzechy?
___
*śl. nakrzyczeć, wygarnąć, zwymyślać.

Ellaine - 5 marca 2010, 17:44

To pierwszy piątek, od wielu, wielu miesięcy, kiedy wstałam przed dziewiątą. Zwykle w piątki nie mam zajęć, więc mogę spać do woli, albo dopóki utyskiwania roznoszące się po domu jak zaraza nie pozwolą mi dłużej się wylegiwać. Dzisiaj niestety było inaczej - ktoś musiał iść po chleb, a z wiadomych przyczyn nikt poza mną nie był do tego zdolny. Póki nie wstałam z łóżka sądziłam, że jest naprawdę urocza pogoda. Białe chmurki wolno przesuwały się po niebie, które miało ten przyjemny dla oka kolor błękitny. Kolor ten na pewno ma nazwę, ale kogo by to obchodziło? Jednak... wstałam i wtedy moim oczom ukazał się przerażający widok, w promieniach wschodzącego słońca skrzył się - śnieg! To był horror. Aż się odechciewało ubierać, mając świadomość, że tuż po śniadaniu trzeba iść do sklepu.

Znów poczułam się tak, jakby niedługo miały być święta. Jednorodzinne domki, bliźniaki miały spadziste, czerwone dachy przykryte warstewką śniegu, błyszczącego w słońcu. Ulice i chodniki również były równiutko ubielone, tylko gdzieniegdzie widoczny był niepokryty śniegiem ślad po zaparkowanym aucie. A czasem nawet chodnik był odśnieżony, znak, że gospodarz dobry i pracowity mieszkał po drugiej stronie płotu.
Raz po raz wiatr strącał z drzew płatki śniegu, które wyglądały w jasnych promieniach niczym drobiny złota. Idą święta...
... tak, idą święta, ale Wielkanocne! - pomyślałam z mieszaniną rozbawienia i irytacji.

Szłam jak zwykle - środkiem ulicy; tam akurat samochody bardzo rzadko jeżdżą, więc to nie jest żadna brawura, raczej wygoda. Dla rozrywki ślizgając się, co parę kroków, żeby nie myśleć, że wolałabym wiosnę. I ni z tego, ni z owego, przypomniała mi się opinia o Katowicach, wyrażona przez przyjaciółkę, gdy przyjechała mnie odwiedzić. Mnie i parę innych osób ze śląskiej ekipy forum, na którym wtedy przebywałam. Teoretycznie przyjaciółka także należała do śląskiej ekipy, chociaż tylko administracyjnie, a nie geograficzno-historycznie.

- Katowice to miasto samobójców - stwierdziła kategorycznie.
- Ależ dlaczego? - zapytałam, szczerze rozbawiona.
- Chodzicie bez zastanowienia po tych torach tramwajowych! - stwierdziła z oburzeniem.
- Och, przecież to nasz Rynek! - zaśmiałam się.
- Rynek? Pętla tramwajowa! Przechodzicie albo tam, gdzie nie ma pasów, albo na czerwonym świetle...
- Nie na czerwonym, tylko ciemnozielonym!
- A tu w ogóle nie ma świateł! - zauważyła z przerażeniem, kiedy mieliśmy przekroczyć trójpasmową ulicę Dworcową, ponieważ po drugiej stronie, parędziesiąt kroków dalej za wiaduktem, znajduje się sklep "Bard", do którego przyjaciółka bardzo, ale to bardzo chciała pójść. To już stało się nieomal tradycją, że kiedy odwiedzała naszą ekipę - albo mnie, kiedy ekipa się rozjechała po świecie, odwiedzałyśmy też "Barda", żeby mogła zaopatrzyć się w jakąś nową kość, zwykle to było śliczne k10.
- Przecież ta ulica jest jednokierunkowa, na co ci światła? - zapytałam z uśmiechem. - Nie bój się, w Katowicach są bardziej kulturalni kierowcy niż w twoim mieście - jak wchodzisz na pasy to się zatrzymują, a nie dodają gazu!
Ostatecznie przyjaciółka po raz pierwszy ulicę Dworcową przeszła z zamkniętymi oczami, wywołując tym rozbawienie całego naszego zgromadzenia. Innym razem, kiedy pojechałam do niej w odwiedziny (co to dla mnie, to były tylko niecałe dwie godziny pociągiem osobowym)...

- Stójcie! - zawołała przerażona na mnie i jeszcze jedną osobę, kiedy przymierzaliśmy się do przejścia przez ulicę. - Jest czerwone! To nie Katowice!
- Ale... ale, spójrz, ten czerwony człowiek na nas czeka po drugiej stronie ulicy! - zawołał przyjaciel, wskazując na sygnalizację. - Trzeba do niego iść. A ten zielony do nas idzie, więc należy na niego zaczekać...
Takiej argumentacji jeszcze w życiu nie słyszałam, ale przypadła mi do gustu. Później jeszcze wymyślił, że jak przechodzi się na czerwonym należy krzyknąć: naprzód młodzi komuniści!
- A jeśli przechodzisz na zielonym, to co będziesz krzyczał? - zapytałam. - "Naprzód młodzi ekolodzy!"?
Niestety nie pomnę, co mi wtedy odparł.

Później, wciąż kierując się do piekarni, puściłam myśli luzem i nagle znalazły kolejny temat do rozmyślań. Zderzenie kultur. Tej z Północy i tej z Południa. Nie wiem, czy wiecie, jakie to może sprawiać problemy... Przypomniały mi się słowa, których nie znał mój Luby, a które mi tak naturalnie wkradały się do rozmowy:

- Masz może zicherkę?
- Co takiego?
- No, tę... jak to jest po polsku... E... zamek mi się rozjeżdża, muszę to czymś zapiąć.
- Chodzi ci o agrafkę?
- Tak, właśnie! ...przecież o to pytałam.

- To co, może kupimy sobie po kołoczku?
- Po czym?
- E... no... drożdżówkę?
- ??
- Kupujesz takie w cukierniach... z dżemem, makiem, serem, albo budyniem.
- Masz na myśli słodką bułkę?
- ??

- ... no, dobra, już cię nie będę szterować.
- Co mnie nie będziesz?
- Ekhm... moment, daj mi pomyśleć, bo zapomniałam polskiego słowa.
- Okeeej...
- No! Już wiem! Nie będę ci przeszkadzać, idę poczytać.

Czasem faktycznie szybciej mi na myśl przychodzą śląskie słówka niż polskie, normalnie jakby polski nie był tak do końca moim ojczystym językiem. Chociaż tak naprawdę nie umiem płynnie godać.

Ellaine - 8 marca 2010, 17:14

Dzisiejszy dzień przywitał mnie przepięknym słońcem i siarczystym mrozem. Chyba używanie słowa siarczysty do temperatury, która ledwie osiągnęła minus dziesięć stopni Celsjusza jest z mojej strony nadużyciem, jeśli pamięta się o wiele poważniejsze mrozy z tej zimy... Niech jednak pozostanie, że to był siarczysty mróz. Na szczęście śniegu prawie nie ma, w sumie nie zaglądałam do lasu, więc może tam się nieco ostało. A mogłam zajrzeć, ponieważ szłam do sklepu, który stoi tuż pod ścianą drzew. Właściwie to nad, bo las jest w niecce, zapewne w skutek górniczej działalności. Bywa. Póki mi się dom nie zapada, to wszystko jest w porządku.

Ojciec rozbawił mnie setnie parę dni temu, kiedy wspominał, że mam dzisiaj pójść do sklepu przed zajęciami:
- Kup musztardę, za to, co zostało z ostatnich zakupów. I czekoladę dla siebie z okazji Dnia Kobiet.
To było... no cóż. A czekolady ostatecznie nie kupiłam. Może innym razem.

Już o tym wspominałam, że dostałam przepięknego czerwonego goździka i parę rajstop. To było niezwykle miłe ze strony chłopaków z mojej grupy. Taka drobna aluzja historyczna, ale czegóż innego miałybyśmy się spodziewać po kolegach, którzy jak my, są historykami in spe? Zresztą jednego roku koledzy z okazji Dnia Chłopaka (który co prawda wypada dzień przed początkiem roku akademickiego, ale kto by się tam o jeden dzień kłócił. Nie możemy im składać życzeń z okazji Dnia Żonatych Mężczyzn (10. marca), bo żaden z nich jeszcze nie dołączył do Czterdziestu Męczenników) otrzymali od nas "Zestaw Młodego Archiwisty", to znaczy: ołówek z gumką, lateksowe rękawiczki i maseczkę. Fartuchów nie dostali, bo to już byłaby lekka przesada.

Na szczęście żaden z nich nie bąknął czegoś głupiego, że to "takie komunistyczne święto". Ostatecznie w 1910 w USA nie było jeszcze komunizmu. Chociaż zdanie, że Dzień Kobiet to komunistyczne święto jest wciąż niezwykle żywotne. Nie bardzo rozumiem, dlaczego niby komuniści mieliby ustanawiać takie święto? Dzień Matki Polki, albo Dzień Przodowniczki Pracy to rozumiem, ale Dzień Kobiet? Bez sensu, to nie w ich stylu. Ale - mniejsza o większość.

Wróciłam do domu po dniu pełnym wrażeń, z całkiem dobrym nastawieniem do życia. Siedzę przy komputerze, spożywam obiad, słucham RMF PRL, aż tu nagle słyszę, że ktoś dzwoni do drzwi.
- Otwórz! - woła ojciec z głębi mieszkania. Niechętnie ruszam się od biurka. Fakt, miałam najbliżej, zresztą on ma tę swoją kontuzję. Idę, idę... mruczę pod nosem. Zaglądam na sień przez kuklok, czy też judasza, albo wizjer - jak kto woli. Przed drzwiami stoi młoda kobieta o miłej dla oka aparycji. Ciemnowłosa, ubrana raczej w ciemnych barwach, z zielonym szalikiem owiniętym wokół szyi. Przez ramię przerzucona wypchana torba, a w ręku trzyma ciemną teczkę. Aha... pewnie ankieterka.
Po chwili wahania stwierdzam, że może to coś ciekawego, więc uchylam drzwi i pytam uprzejmie:
- Słucham?
- Dzień dobry. Przeprowadzam ankietę dotyczącą (tu nastąpiło długie i zawiłe przedstawienie problemu) dla osób od dwudziestego piątego do pięćdziesiątego roku życia.
Śmieję się w duchu, bo wiem, że nie będę w stanie pomóc, choćbym nie wiem jak bardzo tego chciała. Uśmiecham się miło do ankieterki.
- Przykro mi, ale tutaj tacy nie mieszkają - mówię, czuję, że w głosie słychać moje rozbawienie. Kobieta również uśmiecha się, po czym żegna i kieruje ku schodom.

Ach, a tak chciałam pomóc! Zwykle nie otwieram drzwi ludziom, których nie znam... a teraz jak już zdecydowałam się otworzyć, to nie mogłam nic zrobić. Jak pech - to pech. Ja jeszcze się nie mieszczę w podanym przedziale wiekowym, a mój ojciec już się nie mieści. Ot, ironia losu!, a ten, który by się akurat zmieścił i ewentualnie mógłby być pomocnym - jest jeszcze w pracy. Bywa.

Ellaine - 9 marca 2010, 20:51

Mroźny poranek obudził mnie zupełnie, odganiając resztki snu, którego nawet nie byłam w stanie zapamiętać. Pewnie nie śniłam niczego konkretnego, jak zwykle. Nawet Ona mi się już nie śni, odkąd powiedziała, że wszystko jest w porządku i żebym się o Nią nie martwiła.
Słońce obdarzało promieniami spragnioną jasności ziemię, lecz nie dawało ani odrobiny ciepła. Chłodny wiatr plątał się między nogami, jak radosne szczenię, podbijając ku górze poły płaszcza i chłodząc podszewkę. Nieprzyjemne ciarki przebiegły mi po plecach. Niechże ten autobus przyjedzie! Ostatecznie, wyłonił się majestatycznie zza zakrętu, oślepiając roziskrzoną w słońcu żółcią karoserii.

Ile jeszcze do końca zajęć? – z tą myślą sięgam po telefon do wewnętrznej kieszeni torby. Muszę być bardzo ostrożna i czujna, by nie spowodować hałasu, który zwróciłby na mnie uwagę prowadzącej i grupy. Zresztą, całkiem ciekawe rzeczy są omawiane. Bolesław Wieniawa-Długoszowski do Józefa Piłsudskiego, który chciał mianować go dyplomatą: "Panie Marszałku, w kawalerii można robić głupstwa, byle nie robić świństw. W dyplomacji jest zupełnie odwrotnie – można robić świństwa, byle nie popełnić głupstwa. Proszę mnie zostawić w kawalerii". Wbrew pozorom – zajęcia dotyczyły historii powszechnej.

O! SMS... ... tatę zostawili w szpitalu bo to złamanie jest poważniejsze niż wyglądało... Ech, jak nie urok to przemarsz Armii Czerwonej! Ze złością odkładam telefon i staram się skupić na treści zajęć, ostatecznie nawet nie sprawdziłam, która godzina. Wzdycham w duchu, licząc, że już niedługo się stąd wydostanę. Tylko, co ja zrobię z odzyskaną wolnością? Niech to się już skończy. Tak, tak. Anschluss. A potem Monachium – skoro Czesi są gotowi oddać część Sudetów, to niech oddadzą całe, a co im szkodzi? Na co im Sudety? Że się nie zgadzają, i co z tego? Przecież blefowali z tą całą mobilizacją. Już! Dzwonek... Nie, nie. Dzwonka nie będzie, głupie przyzwyczajenie po dwunastu latach szkoły. Piesek Pawłowa.

To teraz tylko oddać indeks i można jechać do domu. Będzie spokój, będę mogła zająć się sobą – w końcu. Zaraz, zaraz... czemu tu nie ma podpisu? ARGH! Idiotka ze mnie, jak mogłam nie zauważyć? Egzamin był miesiąc temu, a dopiero teraz zauważam, że egzaminator na karcie nie złożył autografu. A żeby to lumbago pokręciło! Spokojnie, tylko spokojnie. Wykład to nie powietrze, więc nie umrę, jak na niego nie pójdę. Skoczę po podpis i wracam do domu. W końcu muszę pogadać z siostrą...

- Co tu taka kolejka? Wszyscy czekacie do doktora K.? – pytam, mając nadzieję, że nie słychać mojego przerażenia w głosie. - Nie, nie. My tu czekamy na profesora B. – odpowiada ktoś. - Ale jest rada wydziału – wtrąca jeszcze jedna osoba. – Doktora K. też nie ma jeszcze.
No to jest na radzie, czy go nie ma? Trudno, poczekam. Chociaż mam nerwy straszne na to wszystko, co się dzieje, kurde, dlaczego się tak przejmuję? Nie ja mu złamałam rękę! Niech to szlag! Urwałam guzik z płaszcza. Trudno, przyszyję w domu. To już drugi płaszcz, któremu coś urwałam. Ciekawe czy mam jeszcze gdzieś guzik z tamtego drugiego? Hm...
- O! Ewcia, nie zauważyłam cię. Na kogo czekasz?
- Na profesora.
- Aha...

Zaraz, zaraz... co to za kartka. W dniu jutrzejszym dyżur doktora K. od 12.30 do 13.30. Jutrzejszym? Kiedy to wywiesili. Ósmy marca... No, jak pech to pech! Jeszcze niecała godzina czekania, o ile przyjdzie punktualnie. Jednak mogłam iść na wykład. No trudno, usiądę na podłodze i poczytam. W końcu mam czas dla siebie, niezbyt wymarzony, ale jednak... Co ja wzięłam ze sobą? Ach, tak! Noce Coruscant. Pogrom Jedi. W sumie niezłe, w sam raz do czytania, kiedy nic lepszego nie ma się do roboty.

- Dzień dobry. Jeśli można, to ja tylko po podpis pana doktora... nie podpisał się doktor na karcie – tłumaczę uprzejmie z czym przyszłam, przysiadając na krańcu fotela.
- O, jaki gapa ze mnie!
- To nic takiego, ze mnie też gapa, nie zauważyłam wcześniej – mówię, starając się uśmiechnąć. Dobra mina do złej gry. – Dziękuję. Do widzenia.

No to może jednak zajrzę do dziekanatu, o tej porze nie powinno być wielkiej kolejki.
- Wszyscy z historii?! – Kolejka niestety dłuższa niż się spodziewałam.
- Wszyscy, wszyscy - pada odpowiedź.
- O, witam! – Przede mną akurat stoi kumpel z seminarium. – Jak widzę też z indeksem i po pieczątkę.
- Owszem, chociaż nie wiem, może jutro oddam. - mówię, dodając po chwili. - Hm, a do której dzisiaj mają otwarte?
- Do pierwszej... jest za dziesięć.
- Jak w tej piosence, co? – uśmiecham się, mam nadzieję, że wygląda szczerze, chociaż średnio jest mi do śmiechu. - Tylko tam otwierali o pierwszej. A nam zamkną ten kram...
- ... Jeszcze czterdzieści sekund.
- No i udało się! – Mówi, kiedy wyszliśmy z gabinetu.
- Taa, rzutem na taśmę. No to miłego dnia!

Wreszcie w domu. Jak można być aż tak zmęczonym, jeśli się nic nie robiło? Może by obiad zjeść? Ale po co... Pouczyć się? Ależ skąd. To ja poczytam. Chwila spokoju. Bez zgiełku, bez pośpiechu. Muzyka, książka i ja. Prawie, jak raj. Prawie. Złamanie z przemieszczeniem, toś się bratku urządził – myślę, wpatrując się w niebo barwione pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca. – Nie przejmuj się – upominam siebie. – Nie warto. Już nie. Już od dawna nie... ale to mój ojciec. I co z tego? Nie wiem. I nawet nie próbuj go usprawiedliwiać, ani bronić. Nie będę... chyba. Ech, beznadziejna... Wiem. - Jak zwykle biję się z myślami.

Szpital obskurny, przygnębiający. Kolejny dołujący szpital. Neurologia była całkiem przyjemna, żółte wesołe ściany i każda sala zaopatrzona w osobną toaletę z prysznicem. Tylko, że nie była zaopatrzona w uchwyty, co zaznaczyłyśmy w ankiecie zresztą. Ciekawe, czy zainstalowali je w końcu? Interna była straszna. Aż było mi źle na myśl, że musiała tam leżeć... Miała żal, że zadzwoniliśmy po pogotowie. A ja po prostu byłam przerażona... Ona omdlała na dłuższą chwilę, a na nim jak zwykle nie można było polegać. Niedługo potem dowiedzieliśmy się, że nadzieja umarła już dawno, że wszystko jest już tylko kwestią czasu. Może to trwać dzień, tydzień, miesiąc... Życie tliło się już tylko nieco ponad tydzień.

I ten teraz - ortopedia – łuszcząca się, brudna farba, kiedyś prawdopodobnie biała. Wysokie, też niezbyt czyste okna. Jedynie pościel była czysta. Szpital... równie przygnębiające miejsce, co cmentarz. Aż mi się słabo robi. Co ze mnie za głupia larwa, która udaje, że jest silna i pewna siebie? A niech to wszyscy diabli...

... i tak dzisiaj rano, tuż przed zajęciami pewien kumpel powiedział, że zrzuci mnie ze schodów. A co mi tam. Już ze trzy razy spadłam ze schodów. A raz to chyba mi się nawet przyśniło.

Ellaine - 12 marca 2010, 20:12

Z góry przepraszam, poniosło mnie trochę.

***

Między świtem a zmierzchem własną drogą się przechadzam. Tworzę światy nieistniejące, uśmiecham się do wspomnień wyimaginowanych. Śpiewam piosenki, których nikt nie usłyszy. Tańczę do muzyki, która jeszcze nie zabrzmiała. Uśmiecham się do białych chmur, majestatycznie kroczących po błękicie nieba. A słone łzy ukradkiem ocieram wierzchem dłoni, by nikt ich nie widział. Nie pytał. Nie zainteresował się.

Przechadzam się po ogrodzie myśli, które kwitną nawet w mroźny dzień. Krople rosy błyszczą na różnobarwnych płatkach, rozszczepiając światło na tysiące maleńkich tęcz, uśmiechów nieba. Głupie myśli rosną jak grzyby po deszczu. A te mroczne pną się niczym zdradziecki bluszcz po murze, który dawno temu zbudowałam, by nikt nie wtargnął do ogrodu bez zaproszenia. Mur z wiekiem popękał w wielu miejscach, a tam gdzie nie było przejścia, w pewnym momencie pojawiła się zielona furtka o fantastycznych zdobieniach, uchylona. Ale uważaj! zaskrzypi przeciągle i zatrzaśnie się przed nosem, gdy zbyt natarczywie zechcesz ją otworzyć szerzej.

Uspokajający szum strumienia świadomości płynie w dal, wijąc się między drzewami rodzącymi pomysły, niczym ogromny wąż. Klucz dzikich skojarzeń przelatuje mi nad głową. Taki zabawny i zwariowany. Po chwili jednak zapominam, o czym śpiewał w przestworzach.

Zdejmuję książkę z półki. Jedną z wielu. Pochylam się nad kartkami, by poznać melodię ich zapachu, z wyczuwalnym tonem tuszu. Wyglądam, jakbym kłaniała się przed świętą księgą. Zaczynam czytać. Wkraczam na cudzą ścieżkę, rozglądam się po tym nieznanym miejscu. I wiem, że w tym samym czasie w moim ogrodzie rosną nowe, kwieciste myśli. Kolejne, do których będę mogła się uśmiechnąć.

- Znów nos w książce!
- Pozmywaj!
- Posprzątaj!
- Poucz się!
- Cały dzień przy komputerze siedzisz!

Obce słowa niesie porywisty wiatr. Nie oglądam się za nimi. Są bez znaczenia. Lekkim krokiem wchodzę w las wyobrażeń. Z każdej strony witają mnie moi starzy znajomi, którzy tylko czekają, by się ziścić. Mamię ich, obiecuję, że w końcu ujrzą światło rzeczywistości. Tak bardzo chcieliby pokazać się komuś jeszcze, ale wciąż wiedzą, że brak im czegoś... a to przeszłości, a to odpowiedniego stroju, wyrazistego charakteru, lub celu w życiu. Tak jak mnie. Dlatego doskonale mnie rozumieją i nie ponaglają. Przynajmniej oni tego nie robią...

Odkładam pióro. Spoglądam na kolejny rysunek, uśmiecham się do siebie. „Powinnaś pójść do Akademii Sztuk Pięknych”, powiedziała pewnego razu nauczycielka do swej siedmioletniej uczennicy. Może powinna...? Ale nie poszła. Z tak wielu marzeń zrezygnowała... Ponieważ była tchórzem. Jedyne, co mogła zrobić, to stworzyć swój własny, tajemniczy ogród.

Między zmierzchem a świtem – czekam, aż nadejdzie sen, który zabierze mnie w podróż. Gdzie choć przez chwilę będę mogła spotkać Go na księżycowych ścieżkach. Lecz sen nie przychodzi, zostawiając mnie samą w ciemności. Gdyby myśli mogły dodawać skrzydeł... Gdybym mogła... pobiegłabym smugą księżycowego światła tam, gdzie mieszka ten jedyny człowiek na świecie, któremu zostawiłam pod poduszką klucz do mojego ogrodu.

Między świtem a zmierzchem – oddalam od siebie myśl, że tęsknię. Między zmierzchem a świtem – łudzę się nadzieją, że skoro świt ruszę w drogę, na której końcu będzie czekał On. Pociesza mnie najpiękniejszy kwiat w ogrodzie, drobna myśl, że mimo iż wciąż stoję w miejscu – każdy świt przybliża mnie do powrotu w najbezpieczniejsze miejsce na świecie, Jego ramiona.

nimfa bagienna - 12 marca 2010, 20:25

Bardzo lubię twojego bloga, Ellaine.
Raz, że ładnie stylistycznie (a momentami bardzo ładnie). Dwa, że nadajesz swoim zwierzeniom taką a nie inna formę. Pięknie dzielisz się swoim życiem. Nie sztuka jest napisać: dziś gotowałam zupę pomidorową, potem obejrzałam film, a potem położyłam się do łóżka. Niestety, większość czytanych przeze mnie blogasków tak właśnie wygląda. Jest nudna, drętwa i nie jest w stanie sprawić, że zainteresuję się ich autorem.
U ciebie jest zupełnie inaczej. I dzięki temu masz we mnie wierną czytelniczkę.
Pozdrawiam serdecznie.

Fidel-F2 - 13 marca 2010, 06:20

Ellaine napisał/a:
- Znów nos w książce!
- Pozmywaj!
- Posprzątaj!
- Poucz się!
- Cały dzień przy komputerze siedzisz!
czasem trzeba to i owo wokół siebie ogarnać, samo się nie zrobi
Ellaine - 13 marca 2010, 08:01

Owszem, samo się nic nie zrobi, ale człowiek nie musi tego wysłuchiwać cały czas, kiedy akurat tego nie robi (bo np. czyta), i pomimo tego, że w rzeczywistości ogarnia przestrzeń wokół siebie. To jak w tej piosence: "choć ja się staram jak mogę - przez całe życie słyszę ten tekst".
Fidel-F2 - 13 marca 2010, 08:13

bywa, tylko czy to jest powód do takiego rozpamiętywania, takie życie
Ellaine - 13 marca 2010, 08:17

A czy ja rozpamiętuję? To tylko słowa, cała miara kłamstw, w których być może jest samotne ziarno prawdy. Może jest wręcz odwrotnie, może wszystko, co piszę jest prawdziwe? cóż, czy to ma znaczenie? Zresztą uprzedzałam, że jestem kłamcą, bo znam tylko moją własną prawdę.

edit:

Dziękuję, nimfo bagienna.
Cieszę się, że czytasz i że znajdujesz przyjemność w czytaniu tego bloga. Czuję się zaszczycona.
Pozdrawiam. :)

Rafał - 14 marca 2010, 01:02

Ellaine, tak sobie przeczytałem w "od tyłu" jak masz na imię, jak się okazało dałem córce tak samo, tyle ,że na odwrót :D
Ellaine - 14 marca 2010, 20:07

:D

Cóż, to w gruncie rzeczy całkiem ładne imię. Chociaż długie lata nie mogłam wybaczyć rodzicom, że mnie tak nazwali, bo strasznie dużo znałam dziewcząt o tym imieniu. Według mojego dziecięcego umysłu - za dużo. Wtedy chciałam mieć na imię Weronika (bo akurat w dzień moich urodzin są imieniny Weroniki) - prawie jak Ania Shirley, która chciała nazywać się Kordelia (jeśli dobrze pamiętam. Mam nadzieję, że nie muszę zaznaczać tego jako spoiler, hm? ).

Ale w końcu mi przeszło i się pogodziłam z moim imieniem, aczkolwiek teraz i tak spora część znajomych (a że większość poznałam przez Internet, więc nic dziwnego) mówi do mnie per Ellaine, Koto-Smoka, Pani Chaosu lub Tsuki (z czego przedostatnie już praktycznie wypadło z użycia, drugie - bardzo rzadko używane i raczej przez jedną, dwie osoby; a ostatnie tylko przez kilka osób z innego forum, gdzie odgrywam postać Hirumy Tsuki.)
Na samym początku w Internecie znana byłam jako Ayers, ale za często ludzie sądzili, że jestem chłopakiem, więc mój pierwszy nick został li tylko w adresie mailowym. A z drugiej strony - bardzo rzadko zdarza mi się za pierwszym razem zareagować, gdy ktoś na żywo zwróci się do mnie którymś z nicków (zwłaszcza, że w przypadku Ellaine słyszałam już tyle wersji wymawiania, że naprawdę niekiedy to w ogóle nie brzmiało mi jak mój nick np. kumpel z Siemianowic wypowiadał to z francuska i wychodziło mu Elen (z akcentem na "en"), a za to kolega z Gdyni mówił: Ilejn.)

Piech - 14 marca 2010, 20:44

Ellaine napisał/a:
że w przypadku Ellaine słyszałam już tyle wersji wymawiania, że naprawdę niekiedy to w ogóle nie brzmiało mi jak mój nick np. kumpel z Siemianowic wypowiadał to z francuska i wychodziło mu Elen (z akcentem na "en"), a za to kolega z Gdyni mówił: Ilejn


A wg reguł jakiego języka ma to być wymawiane? Jeżeli z angielska, to najprędzej Elejn. Raczej nie Ilejn, na pewno nie Elajn.

Ellaine - 14 marca 2010, 20:55

Przywykłam do błędnej formy, czyli Elajn, ale chyba równie często słyszę Elejn. Jakby nie patrzeć to jest angielskie imię, tylko, że z podwojonym L. Zresztą prawdopodobnie zaczerpnęłam je z "Ani z Zielonego Wzgórza" (tylko, że tam wystąpiła Elaine).
SithLady - 15 marca 2010, 06:26

Wygląda na to, że urodziny obchodzimy tego samego dnia
Ellaine - 15 marca 2010, 09:57

Ano, tak jakoś wyszło, wybacz proszę. ;)
Ellaine - 15 marca 2010, 21:11

Dwugodzinna, a może jednak trzygodzinna, drzemka nie jest w stanie zastąpić zdrowego, pełno-wymiarowego snu. W mądrym programie na Discovery mówili, że do prawidłowego funkcjonowania ludzki organizm na dwie godziny czuwania potrzebuje jednej godziny snu. A u mnie wygląda na to, że dzisiaj wypada jedna godzina snu na siedem godzin czuwania. Świetnie! – myślę, odrzucając chęć dalszego wylegiwania się w łóżku.
Jest siódma, do pokoju wlewa się czyste światło słoneczne. Kto by pomyślał, że spać kładłam się nieco ponad trzy godziny temu, a potem jeszcze zapomniałam o przestawieniu budzika, który raczył mnie wyrwać z tego półsnu o godzinie szóstej. Zapomniałam? Ależ skąd! Miałam szczery zamiar zerwać się o szóstej i dokończyć to, czego nie zdołałam, gdy uznałam, że lepiej położyć się na te parę godzin niż czekać aż mnie świt dopadnie nad tworzeniem. Niestety się nie udało, wstałam więc o siódmej.

Ale czego się nie robi dla nauki? Jeszcze ostatni przypis. Rzut okiem na całość, poprawka we wstępie, jedna, czy dwie literówki. I można drukować. Dziesięć stron bez interlinii, już czuję suchość w gardle na myśl, że będę musiała to odczytać. Całe! Przecież w połowie to na pewno głos stracę, albo zacznę się plątać. Dobrze, że nie musiałam zreferować całego okresu istnienia NRD i okresu rządów komunistycznych w Bułgarii. To już byłby temat na, co najmniej, pracę licencjacką.

Bogowie, jak ten śnieg razi po oczach. Normalnie jakbym była na kacu. Hm... nie żebym wiedziała jak to jest, ale pewnie mniej więcej tak jak teraz się czuję. Stanę w cieniu, będę patrzeć na zacienione miejsca na śniegu – to powinno mnie uchronić przed bólem. Trochę lepiej. Jak tu miło i chłodno... nawet nie potrzeba kawy, żeby się obudzić, wystarczy postać kilka minut w oczekiwaniu na autobus, a od razu człowiekowi odechciewa się spać. Za to jak już wsiądę do pojazdu... o tak, wtedy znów pozwolę się przytulić Morfeuszowi.

- Masz jako pierwsza referat? – pyta koleżanka, siadając jak zwykle obok mnie.
- Ani mnie nie denerwuj... – mruczę pod nosem nie siląc się na uprzejmość. Z niechęcią patrzę na kartki. Nawet nie jestem pewna, co właściwie tam napisałam. Przecież nie miałam kiedy tego przeczytać! Heh. Dam radę. U psor W. sobie poradziłam, to teraz sobie nie poradzę? Ostatecznie nawet sesję zamknęłam w terminie, więc co to dla mnie przeczytać jakichś przeraźliwie długi tekst? Pfff...

Uf, już po wszystkim. Pewnie nikt nie zrozumiał z tego, co czytałam. Nie powinnam była tak szybko czytać... O ile ktokolwiek słuchał.
- Czy ktoś ma pytania do referentki? – pyta doktor. Nie, nie. O nic nie pytajcie, wszystko było jasne i klarowne, a kto nie słuchał ten trąba. Też bym nie słuchała, gdybym mogła. – Tak? – Ooo... ktoś jednak się zgłosił. Za jakie grzechy?
- Mam pytanie - zaczął wolno kolega - bo dopiero teraz zrozumiałem, bo tam była mowa o armii carskiej i cały czas myślałem, że chodzi o Rosjan. W wypadku Bułgarii też tak można mówić? – zapytał zdziwiony.
- No... tak – mówię, nieco zdezorientowana. Najważniejsze to nie parsknąć śmiechem. – W Bułgarii panował car, więc jego armia to była armia carska... – tłumaczę, mając nadzieję, że kolega nie robi sobie głupiego kawału. Chociaż nie wiem, co gorsze... Aż chciałoby się jeszcze do tego dodać amerykańskie: Heloooł, Człowieku! mówimy o latach po II Wojnie Światowej, a gdzie niby tam miała by być jeszcze carska Rosja!?

Te same zajęcia, tylko, że nieco później. Kolejny wygłaszany referat, tym razem dotyczy powstania na Węgrzech w październiku 1956. Jak dobrze, że miałam o NRD i Bułgarii, przynajmniej nazwiska jakoś łatwiej szło przeczytać. W wypadku jednego z komunistycznych działaczy, między referentką a doktorem. Działacz nazywał się Imre Nagy.
- Nodzi... - zaczyna mówić referentka.
- Nodź – mówi doktor, poprawiając ją.
- Nodzi – mówi koleżanka, próbując się poprawić.
- Nodź – poprawia doktor ponownie. – Bez i na końcu - tłumaczy.
Chwila ciszy ze strony referentki, która ostatecznie decyduje się powiedzieć:
- No więc ten Imre... – sala w śmiech, bo cóż innego można zrobić. A koleżanka do końca referatu nazywała działacza po imieniu. Mimo to każdorazowe wspomnienie „tego Imrego” wywoływało uśmiech u co poniektórych osób.

Następna koleżanka miała mieć referat o Praskiej Wiośnie.
Doktor pyta uprzejmie o obszerność referatu:
- Długi ma pani?
Koleżanka nie dosłyszała, gdyż akurat wstawała, więc zrobiła pełną niezrozumienia minę.
- A... spłacone? – próbuje zażartować doktor, zauważywszy niejednoznaczność zapytania. Część osób, siedzących bliżej prowadzącego uśmiechnęła się między sobą. Koleżanka jednak i tego nie usłyszała. Doktor zrezygnowany dodał już bardziej do siebie:
- No dobra, nieważne...

A potem dzień ciągnął się jeszcze kawałeczek. W tym czasie wysiedlaliśmy Niemców, pozwalając zabrać ze sobą tylko tyle ile byli w stanie unieść, a przede wszystkim garnki i pościel, czy choćby koce. Później przeszliśmy się po wydziale, żeby cofnąć się w czasie. Zaczęliśmy budować potęgę gospodarczą Górnego Śląska. Tworzyliśmy pierwsze kopalnie i huty, bo było czym odpompować wodę z chodników, i wciąż był nieograniczony popyt na stal. Wchodziliśmy w okres prosperity.
Na koniec, no, prawie na koniec, dowiedzieliśmy się jeszcze, że:
- Jak już państwo skończą te studia, i nie daj Bóg, znaleźliby się państwo na bezrobociu, niech państwo pamiętają – zacznijcie grzebać w śmieciach, bo tam znajdują się miliony!
Niektórzy faktycznie byli w stanie sporo wycisnąć z odpadów.

- Panie hrabio, proszę, sprzedaj mi tamtą hałdę - mówi, któregoś (pewnie pięknego dnia) Karol do swego pracodawcy.
- Karolu! – woła zaskoczony hrabia Ballestrem. – Przecież ci mogę ją dać za darmo! To tylko hałda. – oferuje bez zbędnego gadania. Taki dobry zarządca, a chyba po tym, co przeszedł to w końcu mu się w głowie poprzewracało... – myśli zaskoczony hrabia, z niejakim smutkiem.
- Nie, nie, jaśnie hrabio. Chcę ją kupić - upiera się Karol. Wolał załatwić wszystko formalnie.
- Dobrze... – mówi hrabia. Cóż mi szkodzi? Chce mieć te odpady na własność? Proszę bardzo – myśli sobie. – Zapłacisz mi za nią pięćdziesiąt talarów i jest twoja.

I tak oto Karol, który w dzieciństwie został osierocony, a w wieku młodzieńczym oszpecony i wykastrowany - został właścicielem hałdy, z której zaczął wytapiać dużo ciekawych metali. Miał nosa, co do tego interesu. W odpadach odkrył pokłady milionów. Gdy zmarł, jego majątek szacowano na 2 miliony talarów, na który składała się masa kopalń galmanu i węgla kamiennego, huty cynku i kilka majątków ziemskich. Cóż, taki to był ten Karol Godula. Nieszczęśnik, który później miał szczęście... Ludzki los naprawdę dziwnie się plecie.

Hm...

Alatar - 17 marca 2010, 18:42

Się ubawiłem, ponownie.... :D
Swoją drogą, Karol miał nie tylko szczęście... Ciekawe jednak czy był szczęśliwy...
Zresztą wydawało mi się, że jego rodzice zmarli około 1812 roku, a oszpecony i wykastrowany został już w wieku dorosłym. Kłócił się nie będę. :wink:

Ellaine - 17 marca 2010, 21:22

Owszem, jego rodzice zmarli kiedy był dzieckiem 10-11 letnim, (co napisałam) później spotkał go hrabia Ballestrem, gdy wciąż był dzieciakiem, czy jakoś tak. A wypadek mu się zdarzył jak był po dwudziestce, to znaczy - ja to tak zrozumiałam, że nie miał jeszcze trzydziestki, czyli jak dla mnie: młodzieniec.
Jeśli Ty, Alatarze, nie uważasz, że osoba w Twoim wieku jest młoda... to bardzo mi przykro z tego powodu.

A jak następnym razem będziesz się chciał wykpić przed przyjściem na NURSową wieczerzę, to inaczej pogadamy :P Pal licho, że nie wiem czy dzisiaj się odbyło, ja nie poszłam. Zresztą dobrze zadecydowałam, bo siostra mnie odwiedziła (właśnie wyszła), a też już dawno się nie widziałyśmy.

Ellaine - 18 marca 2010, 19:54

"Wiosna, wiosna,
wiosna - ach, to Ty!"

- Marek Grechuta

Zaklinam wiosnę, bo już dość mam mrozów i szarości przedwiośnia. Ckni mi się do lekkiego powiewu niosącego zapach kwiatów po mieście. Marzę o ujrzeniu tęczy nad lasem. I chciałabym znów wyjść z domu w spódniczce, bez obaw o zdrowie. Żeby w końcu zamienić ciężki, flauszowy czarny płaszcz na lekki, jasny prochowiec. Ale zanim to nadejdzie, zaniosę go do czyszczenia.

Zaklinam wiosnę, kiedy słucham celtyckiej muzyki pełnej radosnych, ciepłych dźwięków. Gdy w radiu puszczą Wiosnę, Vivaldiego i Poranek z Peer Gynta, Ibsena. Kiedy czuję, jak energia niesiona przez muzykę zachęca mnie do tańca, żeby w końcu się obudzić i poczuć radość rodzącego się życia. Które już niedługo, już za chwilę, pojawi się na świecie...

Tymczasem, w oczekiwaniu na wiosnę i poranny autobus, przyglądam się sierpówkom, które siedzą na kablu ponad ulicą i kraczą do siebie. Tak, sierpówki wydają z siebie podobne dźwięki do wroniego "kra". Często słyszałam to w okolicy i zwykle myślałam, że to wrony, choć nigdy żadnej nie widziałam... ale prawdopodobnie były to sierpówki, tak jak i dziś. W okolicy najbliższej potrafię rozpoznać tylko kilka rodzajów ptasich, poza najbardziej popularnymi - gołębiami skalnymi i wróblami, widuję tu od czasu do czasu - gawrony, kawki, jaskółki, sroki, sikorki oraz kosy. A dzisiaj, oczekując wiosny i porannego autobusu, słyszałam także dzięcioła.

Pewnego razu, zdaje się rok, albo dwa lata temu poszłam na spacer do pobliskiego lasu. Nie odchodziłam daleko od domu, ponieważ nie czułam się tam zbyt pewnie. Zresztą, do lasu weszłam z dziwnej potrzeby zanurzenia się w zieleniach - gdyż było to lato. Z domu wyszłam wynieść śmieci, a potem tknięta niezrozumiałą emocją - weszłam między drzewa...
Kilkanaście metrów ode mnie na powalonym, ogromnym pniu siedziała para pijaczków, do których wolałam się nie zbliżać - mimo tego, że przez drzewa prześwitywały dwa pobliskie bloki i droga osiedlowa. Starałam się zignorować obecność tych dwóch i nie zwrócić ich uwagi na siebie. Niech piją w tej knajpie "Pod Jeleniem"*, pomyślałam. Niedługo później i tak poszli w swoją stronę.

Przeszłam kilkanaście kroków w głąb kniei, ale starając się nie tracić z oczu domu. Las, pachniał latem, nieco wilogtną glebą. Światło przesączające się przez gęste korony drzew miało miękką, zieloną barwę, tworząc wokół tajemniczą mgiełkę. Jeszcze kilkanaście kroków, a już mogłabym zapomnieć, że parędziesiąt metrów za mną jest blok, a za nim miasto. Wiem, że ten relikt Śląskiej Puszczy ciągnie się nieprzerwanie aż po horyzont, i gdybym poszła za drgnieniem serca, by jeszcze bardziej zapomnieć się... mogłabym zajść naprawdę daleko. Tak daleko, że nie wiedziałabym, gdzie jestem...
Coś niespodziewanie czmychnęło mi przed stopą. Szmer poruszanej ściółki zwrócił moją uwagę, odrywając od nieistotnych rozmyślań. Rozejrzałam się dookoła, szukając stworzania, które umknęło przede mną. Starałam się nie poruszać, by nie spłoszyć go ponownie. A jednocześnie robiłam, co mogłam, by mieć jak najszersze pole widzenia. Aż w końcu dostrzegłam... Nic dziwnego, że miałam problem z wypatrzeniem go wśród ciemnobrązowej ściółki.
Stała kilka kroków ode mnie, między konarami. Brązowe upierzenie zlewało się ze ściółką, niemal idealnie. Obserwowała świat ciemnym okiem, o jaśniejszej obwódce. Przez chwilę jeszcze rozglądała się, a kiedy ja nieostrożnie poprawiłam ułożenie stopy... Uciekła ponownie, tym razem już nie zdołałam jej odszukać. Takie to było pierwsze spotkanie z samicą kosa. Ale kilka dni wcześniej, w niewielkim "ogródku" przed blokiem - dostrzegłam kosa o przepięknych, błyszczących piórach, z wyraźnie odcinającymi się żółtymi tęczówkami i jasnym, pomarańczowym dziobie.

Innym razem, kiedy Lubemu zdarzyło się mnie odwiedzić w - zdaje się - te same wakacje: Poszliśmy, korzystając z uroczej pogody, na spacer nad stawy po drugiej stronie dzielnicy. Przechodząc pomiędzy blokami jednego z osiedli, mijaliśmy "ogródek", gdzie rosła rozłożysta wierzba płacząca, nieopodal zaś ogromny krzew obsypany złotym kwieciem. A wokół niego, na trawniku, biegały, skakały, fruwały to tu i tam - kosy w wielkiej liczbie.
Staliśmy na chodniku, dosłownie parę kroków od harcujących ptaków, obserwując je przez chwilę. Luby wydawał się być zaskoczony widokiem, co wyraził zresztą na głos:
- Nigdy nie widziałem w mieście tylu kosów...
Uśmiechnęłam się lekko.
Ot, kolejny dowód na to, że Katowice nie są takie złe.

Sierpówkę natomiast pierwszy raz dostrzegłam, kiedy byłam jeszcze w liceum. Siedziałam na lekcji, być może religii, ponieważ z tamtej klasy był dobry widok na drzewa rosnące przed szkołą. Wpatrywałam się w okno. Zdaje się była wiosna. I wtedy ją zobaczyłam... Zgrabną, pełną wdzięku, o jasnoszarych piórkach i ciemniejszych lotkach u skrzydeł. Z tak charakterystyczną ciemną linią wokół karku, od której wzięło się jej przezwisko. Opisałam później to zjawisko memu przyjacielowi, który parę lat później stał się moim Lubym. Stwierdził wtedy, że to dość niezwykłe, by sierpówkę dostrzec niemal w centrum miasta.
A jednak... można, od czasu do czasu.

____
*tak przechrzciła to miejsce moja Szanowna Rodzicielka, kiedy odgłosy pijackiej zabawy niosły się aż na ósme piętro. Jak mawiała: tylko jelenie tam pijają. Nieco głębiej w las, znajduje się (również dziki) "Bar Pirania", zlokalizowany w pobliżu niedużego stawu. Nazwa także, z tego co pamiętam, stworzona przez moją Szanowną Rodzicielkę.

Ellaine - 20 marca 2010, 22:02

Tak naprawdę to niewielu wróżyło nam długi staż. Chyba tylko przyjaciele wierzyli, że coś z tego będzie, wyrażając się bardzo pozytywnie o tym, co się między nami zaczynało dziać. Ale nikt poza nimi... niestety. Dopiero w jakiś czas później rodzina się przekonała (i pogodziła z faktem), że na miłość i upór nie ma lekarstwa.
Kiedy pochwaliłam się koleżankom z grupy, że mam chłopaka na drugim końcu kraju niejedna i nie dwie pokręciły głową z politowaniem. "Związek na odległość nie ma przyszłości", "Znałam taką jedną parę. Później nie umieli ze sobą wytrzymać dłużej niż tydzień". I inne równie fatalistyczne historie, wypowiadane kategorycznym tonem stu lat doświadczenia. (Nota bene jedna z tych, które się tak pewnie wypowiadały na ten temat też obecnie ma Lubego kawałek od siebie, bo gdzieś za Krakowem. Ot, ironiczny uśmiech losu.)
Ileż ja się ich nasłuchałam? Jakbym była człowiekiem złośliwym, pomyślałabym pewnie, że zazdroszczą. A tak poza tym myślałam, że może się o mnie martwią? Chyba jednak zazdrościły, bo aż tak dobrze się jeszcze nie znałyśmy...
A teraz nawiedza mnie co raz częściej myśl: O, bogowie! To już ponad trzy lata!? Minęło jak jeden dzień! Nim się obejrzymy, a zamieszkamy razem...

Dawno, dawno temu nie sądziłam, że jestem zdolna być z kimkolwiek. Ba! Że znalazłby się taki naiwny, żeby się mną zainteresował. A kilka dni temu okazało się, że inni widzą to nieco odmiennie.

W zimowe ferie pojechałam do Lubego, spędzić przemiły tydzień w jego towarzystwie, odwiedzić parę przyjaciół, spotkać kilkoro znajomych. Zabawić się, popić, czyli robić to, co się robi w gronie najbliższych. Przy okazji odwiedziliśmy Straszny Dwór, tj. Wydział, na którym studiuje Luby. Dlaczego Straszny Dwór?
Wyobraźcie sobie ogromną, szarą sylwetę rozległego budynku o spadzistym dachu przykrytym czerwoną dachówką, wyraźnie odcinającą się od ciemnej ściany starego lasu. Wyobraźcie sobie, że pałac posiada ośmiokątną wieżę zegarową. Wejście z wysokim na dwa piętra zdobnym portalem z jasnego kamienia. Oraz gdzieniegdzie zaakcentowaną kamienną ścianę. Przywodzi na myśl – jeśli nie Straszny Dwór, to jakiś dziewiętnastowieczny pensjonat dla panien, którym podobno był. Ale kiedy wchodzisz do środka od razu uderza cię różnica między zewnętrzem, a wnętrzem. Już nie Straszny Dwór, ale szpital... Ściany pomalowane na jasny, chłodny kolor kremowy, oczywiście z lakierowaną lamperią. Długie korytarze, które prowadzą Bóg wie, gdzie. Półkoliste sklepienia. Po pewnym czasie można się zgubić w plątaninie przejść. Chociaż może byłam tam zbyt krótko, by zrozumieć logikę budynku. Jedne schody szerokie i wygodne, inne zwyczajne zupełnie, a jeszcze inne niemal kręte. Labirynt. Ale najbardziej urzekł mnie strych... Znów powracam do skojarzeń ze Strasznym Dworem.

Przebywając tego dnia na Wydziale spotkaliśmy Prezesową, jedną z koleżanek z roku Lubego, którą poznałam lepiej niż większość dziewcząt z jego roku. I którą dzisiaj także nazywam z dumą swoją koleżanką. Spotkaliśmy ją w podziemiach, gdzie siedziała z jeszcze jedną dziewczyną. Tak jak Luby polowały na prowadzących, by otrzymać od nich tak ważne przecież autografy. Kiedy Luby biegał po Wydziale, ja spędzałam czas z Prezesową, żartując i gadając od rzeczy. Może czasem przysunęłam się do niej, by było zabawniej. Normalna rzecz. Później jak zwykle pożegnałyśmy się przyjaznym uściskiem.

Wszystko odbyło się tak, jak zwykle w atmosferze ogólnej sympatii. Tylko gdzieś ktoś po drodze to widział i wyszła z tego historia dość... kuriozalna. Kilka dni temu, jak zwykle, rozmawiałam z Lubym. W pewnym momencie pyta:
- Pamiętasz, jak byliśmy w ferie na wydziale? Spotkaliśmy się z Prezesową, prawda?
- No, tak... – odpowiadam, nie do końca rozumiejąc do czego zmierza. – Ale co w związku z tym?
- Przytulałaś się do niej?
- Pewnie tak, na dzień dobry, czy tam do widzenia. Jak zwykle.
- No to posłuchaj – zaczyna, a ja słyszę w jego głosie narastające rozbawienie. – Ktoś to musiał widzieć. Siedzę dzisiaj przed zajęciami z paroma dziewczynami i nagle jedna z nich wypaliła: „Wiecie, co? Chyba nasza starościna ma dziewczynę! Widziałam jak na początku ferii się przytulała z taką jedną, całkiem ładna była.” Potem zastanawiały się, kto to mógł być. Ja tam nic nie powiedziałem... ale... – Luby śmieje się w głos. – ...wiesz, co? Wydaje mi się, że miały ciebie na myśli!

W ten sposób dowiedziałam się, że potrafię na raz kręcić z dwiema osobami różnej płci, mimo tego, że w jednym z przypadków – całkowicie nieświadomie! Wczoraj o tej historii dowiedziała się druga zainteresowana, tj. Prezesowa. Kiedy później z nią rozmawiałam i zapytałam, co u niej słychać – stwierdziła: "Uśmiałam się jak nigdy! Dzisiaj się dowiedziałam, że moja dziewczyna ma chłopaka! Niezłe, prawda?" Prawda, prawda.
A Luby na to: "Widzisz, Kochana... Jesteś tak piękna, że nikt ci się nie może oprzeć! Wszyscy na ciebie lecą..." – powiedział, po czym dodał (bo nie byłby sobą, gdyby nie dodał, ale to nic – ma rację) - "...dopóki cię lepiej nie poznają."

Aż chciałoby się zapytać: Nikt? Bez względu na płeć i wiek? Hm... co do płci, to już wiem, a co do wieku... cóż, jeśli wziąć na poważnie wyznanie mi uczuć przez jednego z użytkowników pewnego forum, to w takim razie wiek też nie ma znaczenia.
Jednak nie da się ukryć – ta sytuacja mile połechtała mą próżność. „Całkiem ładna” – opinia o kobiecie usłyszana z ust drugiej kobiety - to nie komplement, to stwierdzenie faktu! Wciąż nie mogę opanować śmiechu, jak tylko o tym pomyślę.

hardgirl123 - 21 marca 2010, 10:33

Ellaine, bardzo mi się podoba Twój blog, dziś przeczytałam go bardzo dokładnie :)
wspaniale ubeiraszw słowa to, co chcesz wyrazić.
tak trzymaj:)

Ellaine - 21 marca 2010, 19:30

Dziękuję, hardgirl123 :) Zrobię, co w mojej mocy.
Tymczasem, przeglądając zawartość szafki w moim osobistym biurku znalazłam stare brudnopisy z okresu liceum. Liczą sobie siedem-sześć lat. W jednym z nich odkryłam fragment listu, którego prawdopodobnie nie wysłałam nigdy. Zresztą, nawet nie ma adresata, jakbym zapomniała zapisać imię. Przytoczę go tutaj w całości, ponieważ jest fragmentem historii o moich czasach licealnych. Poza tym niedawno przypominałam sobie sztukę epistolarną, kiedy parę dni temu pisałam odpowiedź na list otrzymany od przyjaciółki, która na semestr pojechała studiować do Ostrawy.

***

Katowice, 21 V '04.

Witaj,

8:10
Nie mam zielonego pojęcia od czego zacząć. Mówiłam Ci już, że dawno nie pisałam listu... W domu, jak i w szkole (w pewnym sensie) nigdy nie dzieje się nic ciekawego. Jednym słowem: Nic szczególnego. Hm... to były dwa słowa.

Siedzę teraz w Hadesie, to takie miejsce [w podziemiach] ze stolikami, gdzie przed lekcjami nagle wszyscy zaczynają się uczyć (z zeszytów niewłasnych). Oprócz tego zawsze można tu coś zjeść. Teraz - parę minut po ósmej, oprócz mnie są tu jeszcze dwie osoby. Właściwie to powinnam się uczyć historii, bo mam dzisiaj powtórkę z całego średniowiecza (tj. prawie całego). Nic, a raczej niewiele wiem, ale jakoś nie mam ochoty powtarzać. Przynajmniej nie w tej chwili.

Od tygodnia, a może nawet więcej, próbuję się zabrać za przeczytanie "Fausta", ale co i rusz mi coś na to nie pozwala. A to "Monachomiachia", "Powrót posła", czy "Kandyd". Mam jednak nadzieję, że dam radę go w końcu przeczytać.

Ostatnio śmieszne rzeczy się dzieją w naszej klasie. Na przykład w środę założyliśmy organizację "SWAT". Całkiem zabawna sytuacja. "SWAT" ma na celu - jak nazwa wskazuje - swatać. Nawet już nie bardzo wiem, jak to wszystko przebiegało i skąd to wynikło. Być może dlatego, że wiosna w pełni i ludzie szukają kogoś z kim mogli by być. Nie mam pojęcia. Właściwie dziwne, że akurat na wiosnę (no może nie wszyscy) chcą z kimś chodzić. To wszystko przez Lucyferię!
Mówiłam Ci pewnie o mojej koleżance, która próbuje poderwać pewnego chłopca. I - o zgrozo! Wszyscy próbują jej w tym jakoś pomóc.

Jak to trafnie zauważył Alex - "bo my jesteśmy jak jedna, wielka rodzina". Wprawił tym wyznaniem w śmiech całą klasę i w głębokie zdziwienie profesora z polskiego, to jednak było w tym wiele racji. Cała klasa wie o sprawie Lucyferii, i każdy próbuje ją wspomóc. Ja zwykle ją pocieszam i błagam o cierpliwość i wytrwałość. [Tak naprawdę, jak potem wspominałyśmy tę całą sytuację to miałyśmy ubaw po pachy. Ja tym większy, że nie byłam stroną zainteresowaną]

A zresztą, ona nie jest jedyną dziewczyną z naszej klasy, która próbuje poderwać chłopaka. Palestyńczyk również próbuje, i prawdę mówiąc, jej to idzie sprawniej niż Lucyferii.

Nasza klasa w ogóle jest jakaś inna. A może to tylko moje odczucie? Albo sprawia to fakt, że Palestyńczyk ma przyjaciółkę Żydka. W ogóle to wszystko zaczęło się od tego, że koleżanka nazwała swoją przyjaciółkę "wieśniakiem żydowskim". Spytałam ją, czy ma coś przeciw Żydom? A ona na to: Nie, tylko przeciw temu jednemu.

Coś mi się wydaje, że jak ktoś do kogoś mówi - "Ty Żydzie", raczej nie ma na myśli wyznawcę judaizmu. "Żyd" stał się raczej czymś na kształt zwykłego wyzwiska, tak jak np. "Ty ośle!" Zawsze mnie dziwiło, czemu słowo osioł jest obraźliwe. Osły są przecież bardzo inteligentnymi stworzeniami. Co do Żyda, to w jednej książce było troje bohaterów: rabin, szejk i franciszkanin. I rabin do szejka powiedział coś w tym rodzaju "Dziś to my jesteśmy Żydami, ale nie wiadomo, czy jutro muzułmanie się nimi nie staną."* Uważam, że to dość interesujące stwierdzenie.

na tę chwilę przerwę, bo zaraz zaczną mi się lekcje - 8:43.

***

*Niedokładny, jak przypuszczam, cytat z powieści "Księga z szafiru" Gilberta Sinoué'a. Swoją drogą, na tyle na ile ją pamiętam - bardzo mi się podobała. I myślę, że jest godna polecenia.
A niestety muszę się przyznać, że "Fausta" do tej pory nie przeczytałam do końca. Po przeczytaniu pierwszej części musiałam ją oddać do biblioteki, a ponownie nie miałam już kiedy jej wypożyczyć. Jednak wciąż noszę się z zamiarem przeczytania go od deski do deski. Zresztą, któregoś dnia, wracałam do domu z koleżanką, która studiuje biologię:
- Muszę nadrobić braki w lekturach - stwierdziła w pewnym momencie.
- To znaczy?
- Nie chodzi mi o szkolne! Tylko o kanon literatury. Niektóre książki po prostu wypada znać! Ostatnio postanowiłam wypożyczyć "Annę Kareninę" - wytłumaczyła mi.

Ma rację. Są książki, które wypadałoby przeczytać, i znać. Zresztą już w liceum próbowałam sięgać po książki spoza i tak już dość szerokiego zakresu lektur (bądź, co bądź byłam w klasie humanistycznej. Dzięki temu "zmuszono" mnie do przeczytania takich powieści, jak: "Mistrza i Małgorzata", "Rok 1984", itp.). Ale czasem omawialiśmy jedynie fragmenty książek, po które później sięgnęłam. Tym sposobem przeczytałam "Dekameron", Giovanniego Boccaccia, i "Germinal", Emila Zoli. A po omówieniu fragmentu "Sklepów Cynamonowych", zamiast sięgnąć po nie - przeczytałam "Ptaśka", Williama Whartona. Podjęłam też próbę przeczytania "Idioty", Fiodora Dostojewskiego, ale nie zdążyłam w ciągu miesiąca i znów niedoczytaną książkę musiałam oddać bibliotece.

Poza tym wciąż mi się marzy przeczytanie "Boskiej Komedii", bo ostatnim razem utknęłam w Piekle...

Ale póki co, wśród 24 (sic!) wypożyczonych i pożyczonych książek znajduje się "Wroniec", Jacka Dukaja i "Ucieczka z Festung Breslau", Andrzeja Ziemiańskiego. Aktualnie nie mam czasu zajrzeć pod ich okładki. A gdzieś jeszcze znalazłby się w tym wszystkim "Głos Pana" Stanisława Lema, którego przeczytanie postawiłam sobie za punkt honoru. To pierwsza książka Lema, jaką postanowiłam przeczytać (a kilka w domu ich posiadam, prawdopodobnie są własnością ojca) - i od znajomego dowiedziałam się, że to jedna z najcięższych powieści tego autora. Czy to prawda? Może faktycznie rzuciłam się z motyką na słońce... ale zdaje się, że to jeden z tych pisarzy, których dzieł po prostu nie wypada nie znać.

Ellaine - 22 marca 2010, 20:37

Wena, to irytujące stworzenie jest jak kochanek, który boi się zobowiązań. Przychodzi na chwilę, zawraca biednej dziewczynie w głowie, omotuje ją sobie wokół palca. Usługuje jej, rozpieszcza, powoduje nagłe, euforyczne stany. A potem, po tych kilku dniach, tygodniach uniesień... odchodzi bez słowa, zostawiając tylko brudną skarpetkę pod łóżkiem i wspomnienie cudownych chwil. Zostawia po sobie masę rozgrzebanych spraw, które jątrzą ranę samotności, jak tylko człowiek sobie o nich przypomni.

I nagle wraca... przeprasza, prosi o wybaczenie. Przynosi bukiet róż i śniadanie do łóżka. Obiecuje poprawę. A głupie dziewczę wierzy, że może tym razem zostanie już na zawsze i będzie cudownie aż po kres ich dni. I jest znów pięknie, kolorowo, stare rany się zasklepiają pod czułym dotykiem. Ale historia lubi się powtarzać. Wena odchodzi, pozostawiając po sobie pustkę i niechęć. I słowa dziewczyny: A, idź w cholerę! Nie chcę już. Nie będę! Mam to wszystko gdzieś!

Aż nagle przychodzi taki dzień, kiedy znów po długiej nieobecności wraca... Skruszony. Chce przepraszać. Zostaje łaskawie wpuszczony do domu, ale sprawa niespodziewanie dla niego stawiana jest na ostrzu noża.
- Będzie tak jak ja chcę, lub nie będzie wcale – mówi kategorycznym tonem dziewczyna. – Jeśli nie, droga wolna. Gdzie są drzwi, sam wiesz.
Zostaje, bo może rzeczywiście tęsknił? Może faktycznie się zmienił? Ale w końcu zaczyna przeszkadzać dziewczynie w życiu. Niespodziewanie to ona chciałaby się go pozbyć, wystawić za drzwi i mieć spokój. Nie umie wytrzymać z jego obecnością, narzucającą potrzeby, których nie jest pewna, czy chce zaspokajać. Po tylu razach, kiedy pojawiał się i znikał, gdy wracał i odchodził – teraz to ona ma ochotę uciec, odejść. Zostawić go za plecami i przejść się gdzieś bez jego natrętnego towarzystwa. Przestać myśleć o kolejnych słowach, zdaniach, epizodach... przestać wymyślać fabuły.
By móc wreszcie zająć się życiem, które zdaje się przebiegać bez jej udziału...

... tylko jak pozbyć się kogoś, kogo kocha się do szaleństwa? I pragnie się w głębi serca, by pozostał już na zawsze? A słowa innych o zabranianiu zaprzestania pisania kwituje się krzywym uśmiechem, bo po cóż zabraniać, jeśli nie chce się zaprzestać?

A jednak, czasem przydałaby się chwila odpoczynku od weny. Zwłaszcza, gdy przydałaby się o nieco innym charakterze, przydatniejszym do nauki, niż do bujania w obłokach.

Prawie dziesięć tysięcy znaków. A ani jeden z nich nie przyda się na jutrzejsze seminarium.

Agi - 22 marca 2010, 20:43

Ellaine napisał/a:
Prawie dziesięć tysięcy znaków. A ani jeden z nich nie przyda się na jutrzejsze seminarium.

Ale innym, na przykład mnie, dały dużo radości. :D

Ellaine - 22 marca 2010, 20:49

Zawsze do usług, Agi.

Poprawiłam we wcześniejszym wpisie błąd logiczny (albo rzeczowy? w każdym razie błąd) przy ostatnim pytaniu w trzecim akapicie od dołu. Nie zauważyłam tego przy wysyłaniu, przepraszam.

Rafał - 23 marca 2010, 08:37

Ellaine, może strzelę gafę (a może nie) pisujesz coś dla mas oprócz tego topiku? Jakoś tak poczułem, że chce mi się ciebie czytać :D
Ellaine - 23 marca 2010, 17:11

To nie jest gafa, bynajmniej. Obawiam się, Rafale, że Cię rozczaruję odpowiedzią.

Prawda, pisuję od czasu do czasu, ale poza mną niewielu ma dostęp do tego. Wysłałam jedno opowiadanie do SFFiH, ale raczej nic z tego nie będzie, a może spróbuję później podesłać je do któregoś z zinów. Hm, ale w Internecie jest dostępne jedno z moich starszych opowiadań. Powstało w 2005, później wielokrotnie ewoluowało - naturalna kolej rzeczy, bo w tym czasie dość intensywnie zaczęłam doskonalić warsztat. W pewnym momencie doszłam do miejsca, w którym stwierdziłam - po raz kolejny czytając to opowiadanie, że chyba już wystarczy kombinowania. Ostatecznie zakończyłam edycję tego tekstu w zeszłym roku. Zamieściłam je na blogu w połowie grudnia na prośbę przyjaciółki, bo twierdziła, że to jej ulubione z tych, które miała okazję czytać.

Tu jest bezpośredni link: Jeździec Burzy. Na blogu też jest mocno zaniedbany dział: Historie (nad)zwyczajne. To jest niejako pierwowzór tego tematu. Tamto nie do końca wypaliło, i ostatecznie zrezygnowałam, a później już nie miałam ochoty kontynuować.

W tym temacie jest mi jakoś łatwiej zmobilizować się do pisania. A właściwie do tego, żeby usiąść na chwilę, pomyśleć na spokojnie, znaleźć w gąszczu wrażeń najciekawsze spostrzeżenia z dnia, czy tygodnia i podać je w możliwie strawnej postaci, po to by Wam się czytało jak najlepiej i najprzyjemniej.

Ellaine - 24 marca 2010, 20:43

Początek wiosny ma to do siebie, że człowiek nie ma zielonego pojęcia, jaka pogoda będzie za chwilę. Budzi się, zaspanym krokiem idzie do kuchni i patrzy na termometr – ledwo powyżej zera. Ubiera się dość ciepło, by nie zmarznąć z samego rana. Ale kiedy wraca do domu... Ma największe szanse na przeziębienie, bo mimo, że idzie z rozpiętym płaszczem to się przegrzewa, a co chłodniejsze powiewy to go ziębią. Na razie jednak wydaje się być zupełnie zdrowym. O tym, czy wiosenny katar go zaatakuje przekona się najpewniej za jakiś czas.

Siedziałam na ławce w korytarzu, czekając na kolejne zajęcia. W torbie czekał drobiazg od koleżanki, który zaoferowałam się przekazać koledze. Było jeszcze trochę czasu do zajęć, więc przypuszczałam, że skoro nie pojawił się na wykładzie... to będzie tuż przed początkiem ćwiczeń. Gdzieś obok toczyła się rozmowa o kościele rzymskokatolickim w II Rzeczpospolitej. No tak, zdaje się, że miałam się pouczyć... Ale co mi tam! Nauka nie zając.

O, jest. A czemuż to kolega wygląda, jakby go walec przejechał? Hm... no cóż, to może go chociaż ten drobiazg ucieszy. Humor mu się nieco poprawi. A tak, zdaje się ma mieć referat u pani profesor, przypominam sobie. To tym bardziej należy mu się coś od życia na poprawę nastroju. Uśmiecham się lekko do własnych myśli.

- Hej! – odezwałam się do niego, możliwie radośnie.
- Hej – bąknął, i usiadł obok mnie.
- Mam coś dla ciebie – powiedziałam z uśmiechem.
- Nie, nie! Daj mi spokój. Nic nie chcę – mówi szybko. Facet! Jeszcze nie wie o co chodzi, a już nie chce. Ale zaraz zmieni zdanie... Zresztą i tak nie mogłabym tego zatrzymać. Byłam tylko pośrednikiem.
- Ale... no wiesz, co?! – pytam z oburzeniem, sięgając do torby.
- Nie, nie. Naprawdę. – powtarza.
- Masz – wcisnęłam mu w ręce płyty z muzyką.
- Oooo... dzięki! – odparł uradowany, kiedy rzucił okiem na okładki. Wiedziałam, że zmieni zdanie! Zaczęłam się śmiać. Parę osób, które akurat widziały naszą wymianę zdań także. Stare przysłowia są dobre, bo stare... albo dlatego, że prawdziwe: Jak dają – to bierz!

A potem dzień przebiegł nieco utartym torem. Kolejne miłe zajęcia u pani profesor, tak się złożyło, że kolega nie zdążył ze swoim referatem. Biedak, kolejny tydzień się pewnie będzie zamartwiać i denerwować. Ale może jak posłucha trochę piosenek Jaromira Nohavicy to nie będzie tak nad tym rozmyślać? Mam nadzieję, bo szkoda zdrowia na nerwy.

Luby zadzwonił do mnie gdzieś po trzeciej popołudniu. Nic nadzwyczajnego. Dzwoni codziennie(, a spróbowałby nie!) Przynajmniej tak możemy ze sobą mieć stały kontakt. Miał jechać na proszony obiad do przyjaciół. Ba! Już był niemal na miejscu, szedł właśnie z dworca SKM do bloku, w którym zamieszkują nasi przyjaciele. I po kilku minutach rozmowy o życiu i kosmosie, mówi:
- Kończę już, bo zaraz mi się telefon rozładuje i potem nie będę mógł ci puszczać strzałek i będzie ci smutno... – w głosie wyczuwam delikatną nutę ironii. Pytam, jakby nigdy nic:
- A ładowarkę wziąłeś?
- Przecież nie idę do nich na tydzień!
- Wiesz, już ci się tak zdarzało... – mówię spokojnie, ale jestem pewna, że dobrze odczyta to zdanie. Kiedyś pojechał do nich na jedną noc zagrać sesję, a został na dwa dni. Tak, tak... drobna złośliwość nie zaszkodzi.
- Spadaj! Mądrala. – prychnął.
- Sam spadaj! – śmieję się mu do ucha. - Z głupią byś nie był! – dodaję.
- Oczywiście, że nie!
- No! Więc, co się czepiasz?! – Niestety na tę zaczepkę już nie odpowiedział. Ostatecznie zakończyliśmy rozmowę, żeby faktycznie mu się ten aparat nie rozładował. Innym razem zdarzyła nam się równie ciekawa rozmowa. W pewnym momencie Luby poprosił, żebym powtórzyła, bo:
- Nie dosłyszałem.
- Oczywiście. Ty tak zawsze! – śmieję się. - Albo nie słyszysz, co mówię, albo jeśli już słyszysz to nie to, co faktycznie mówiłam.
- Argh! Przestań! – Powiedział to takim uroczym tonem... człowieka, który absolutnie się poddaje. Kochany jest, naprawdę. Nikt nie potrafi mnie tak doskonale rozbawić, jak on. Rozzłościć też potrafi, ale na niego nie da się gniewać zbyt długo. Poza tym - po co się gniewać, lepiej się pośmiać razem z siebie nawzajem.

Pewien marcowy wieczór. Dzwoni do mnie Liga Mistrzów. Odkładam wieczne pióro na bok, by nie poplamić różowych kartek, na których starałam się pisać możliwie ładnie. Odbieram telefon, nie musząc sprawdzać kto kryje się pod tą doskonale znaną melodią.
- Hej, jak tam? – słyszę mój ukochany głos.
- Piszę list... – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- O... do mnie? – mruczy.
- Nie – pada odpowiedź, wypowiedziana dość suchym tonem. Chociaż rzeczywiście, jestem mu winna list. Kiedyś, gdy nie byliśmy jeszcze ze sobą, pisaliśmy listy. Potem staliśmy się parą, a na mnie wypadła kolej odpisania. I tak biedny on, czeka na mój list ponad trzy lata... Może kiedyś dla żartu mu odpiszę. Kto wie, kto wie. W każdym razie to nie koniec był rozmowy:
- Hm... – słyszę pewne rozczarowanie w tym nieartykułowanym dźwięku. - A co masz na sobie? – pyta zmysłowym tonem.
- Eeee... Dres. – Niestety... poza tym, że jestem kłamcą, to równie często bywam paskudnie prawdomówna.
- No wiesz, co?! – pyta oburzony. – To, to... Koniec z nami!

I tak oto - padliśmy ze śmiechu,... na obu krańcach Polski.

Ellaine - 26 marca 2010, 01:00

Dla jedynego

Zachodzące słońce rozpromienia dachy mijanych kamienic. Posypane sadzą mury nabierają jaśniejszych barw. Obserwuję je z zachwytem, czuję, że drzemie w nich duch, którego nie potrafię ogarnąć ułomnymi zmysłami. Pulsują życiem, choć wydają się być tak surowe. Trwają. I za to należy im się podziw. Mimo przeciwności losu, mimo odpadającego tynku, mimo odrapanych okiennych ram, mimo uszkodzonych cegieł. Trwają, chroniąc swych lokatorów. Surowe z zewnątrz, ale tak naprawdę niesamowicie opiekuńcze. Niczym rodzic.

A tuż obok stoi dopiero, co odnowiona czynszówka, zachwyca czystym kolorem ścian i zdobieniami. Spójrz, po jednej ze ścian pną się kamienne kwiaty. A tam, widzisz? Twarz o nieodgadnionym wejrzeniu. Jak wiele widziały te niewzruszone oczy? Jak często wiał w nie wiatr? A tutaj, Atlas na swych barkach wspiera balkon cały. Na pewno go nie upuści, możesz być o to spokojny.

Nie wiem, jak to się dzieje, że zachwycasz mnie co dzień. Za każdym razem znajduję w Tobie coś nowego, niezwykłego. Nie przestajesz mnie intrygować. Widzę w Tobie piękno, które nie wiedzieć czemu tak wielu umyka. Dlaczego otwierasz się właśnie przede mną? Nie wiem, ale jestem Ci dozgonnie wdzięczna, że uśmiechasz się do mnie odkąd Cię znam. Wiesz, że Cię ubóstwiam? Rozumiem, że bywasz zazdrosne o inne. Nie musisz się martwić, nawet jeśli inne mi się podobają, to Ty jesteś i będziesz na pierwszym miejscu. Już na zawsze. Może w przyszłości zamieszkam, gdzieś daleko od Ciebie, ale wiem, że będziesz blisko mojego serca. W końcu urodziłam się w Tobie, wychowałeś mnie, ukształtowałeś i rozkochałeś w sobie.
Dobrze, że jesteście, moje ukochane Katowice.

***

Pewnym krokiem przechodzę przez ulicę, którą biegnie też i linia tramwajowa. Na drugim brzegu już czeka na mnie jedna z wariatek, dla których postanowiłam spędzić wieczór poza domem. Wariatka znów zmieniła fryzurę, aż dziw, że ją poznałam.

- To dokąd idziemy? – pyta Lucyferia, kiedy już byłyśmy w czwórkę. Padło kilka nazw, z których może jedną, czy dwie kojarzyłam. A może nawet w jednej z nich byłam kiedyś, dawno temu.
- Mnie to obojętne, dawno nie byłam w katowickich knajpach, nie orientuję się – mówię z rozbrajającą szczerością. – Obawiam się, że lepiej znam gdańskie... – dodaję z szerokim uśmiechem.
Rozbawiłam tym wyznaniem towarzyszki, ale nic na to nie poradzę. Ostatecznie jednogłośnie został wybrany lokal. Jednogłośnie – bo jedna z nas podjęła decyzję za pozostałą trójkę. I dobrze, czasem tak jest lepiej. Knajpa okazała się bardzo przyjemnym miejscem. Z Lucyferią zajęłyśmy miejsca w niezwykle mrocznej wnęce.
- Przyzwyczajenie erpegowca, zawsze siadaj plecami do ściany... – mówię ze śmiechem.
- ... i w zaciemnionym miejscu – dodaje Lucyferia.
Racja. Chroń plecy i miej baczenie na najbliższe wejście, by nikt cię nie zaskoczył, gdy będziesz się raczył piwem. No tak, piwo. Z menu wybrałam jednak czekoladę na gorąco. Nie żałuję sobie, zwłaszcza, kiedy mogę nie żałować. Dawno nie trafiłam na tak wyborną czekoladę. Prawdziwą czekoladę, a nie jakaś udawana – proszek zalany gorącym mlekiem, czy wodą. Bynajmniej! Była gęsta – a momentami nawet wyławiałam nie całkiem rozpuszczone kawałki, ciepła i doskonale czekoladowa.

- Mogę mieć do ciebie prośbę? – pytam kumpelę. Zgadza się. – Wpiszesz mi się do pamiętnika? – Zgodziła się również, choć próbowała udowodnić, że nie ma weny. Opowiedziała mi przy okazji, że gdy była w podstawówce wpisywała się do własnego pamiętnika, bo potrafiła wymyślić oryginalniejsze wierszyki niż jej koleżanki. Później tamte zachwycały się nad wpisami, a kumpela na to im odpowiadała: No, to mi się wpisała koleżanka... – i tu dawała zmyślone imię, wyimaginowanej koleżanki. Sprytnie!
Po jednym piwie jednak kumpeli wróciła wena. Ba! Wpisała mi się nawet po arabsku, żeby było ciekawiej. A pod spodem napisała tłumaczenie. Ponieważ nie jest arabistą, napisała tyle ile potrafiła – wyszło bardzo oryginalnie i życzliwie, a przy tym niezwykle zabawnie.

Lucyferia niestety wykręciła się sianem, ale obiecała przygotować się na następne spotkanie i wtedy mi się wpisze. Cóż, będę trzymać ją za słowo i nie odpuszczę póki się z obietnicy nie wywiąże.

- ... też w liceum miałam ksywkę – zaczyna się ciekawy temat, kiedy koleżanka ze studiów Lucyferii wspomina, że miała przezwisko: Halina. - Wymyślaliśmy sobie indiańskie imiona. Na przykład (...) była Odwłokiem Mrówki – mówi Lucyferia o kumpeli.
- *beep* Mrówki! – poprawiłyśmy ją równocześnie.
- No tak, ale chciałam to powiedzieć delikatniej...
- A z nazwiska Wszaka wyszło mu imię Wszystkie Krowy Jeżdżą Na Nartach. (Kow-al(l)-ski) Z mojego nic się nie dało wyciągnąć... nie mam indiańskiej duszy – dodaję z udawanym smutkiem. – A ty byłaś zwana też Lucyferią Ashtarot – przypomina mi się. – A ty byłeś Asmodeuszem – mówię do chłopaka Lucyferii, który dołączył do nas, kiedy byłyśmy już w knajpie. – Hm, a na mnie mówiłaś przez pewien czas Dezynwoltura.
- O, faktycznie... – mówi Lucyferia nieco zaskoczona. – Ty to masz pamięć! – wykrzykuje z nieskrywanym podziwem. - No, nic dziwnego, studiujesz historię! – dodaje.
- Prawda, mam dobrą pamięć, ale do głupot – przyznaję ze śmiechem.
Później jeszcze parę innych ksywek mi się przypomniało, ale to już nie jest istotne. Wyszły z obiegu, jak stare pieniądze.

Ostatecznie dotarliśmy do kina. Nasza grupka ponownie się powiększyła, o młodszego brata Lucyferii. A potem, potem zostaliśmy wciągnięci w wir i znaleźliśmy się w Krainie Czarów, razem z Alicją. Nic jednak o tym nie powiem, by nie psuć nikomu zabawy, zwłaszcza jeśli się wybiera na film. Mogę tylko rzec, że nie żałuję. Chociaż na ten fakt złożyła się nie tylko jakość filmu – fabuły, aktorskiej gry, efektów specjalnych, ale i całej atmosfery, którą stworzyliśmy naszym towarzystwem.

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Nawet jeśli wydaje mi się inaczej, to jednak nie wolno mi zaprzeczać... W życiu niekoniecznie bywa kolorowo, wiadomo, ale w gronie przyjaciół – zawsze. Chociaż nie widujemy się często, bo każde z nas ma własne problemy, obowiązki, czy studia, które chciałby skończyć. Na przykład kumpela – dzisiaj nazwałam ją Kogucikiem z powodu ekstrawaganckiej, nieco punkowej fryzury – zaczęła pisać pracę licencjacką, w której chce porównać tłumaczenia Kruka, Edgara Allana Poego, jeśli dobrze pamiętam. Natomiast Lucyferia, Halina i ja powinnyśmy się w najbliższym czasie zabrać za pisanie pracy magisterskiej. Poważne przedsięwzięcie.

Ale mimo natłoku zadań raz na jakiś czas potrafimy znaleźć chwilę dla siebie. Może nie zawsze w tak szerokim składzie; zwykle we dwie, lub trzy, jeśli się uda skrzyknąć. Siadamy wtedy, w którejś z katowickich knajp i rozmawiamy o życiu i kosmosie. Wtedy w ogóle nie odczuwam tego, że nie widziałyśmy się miesiąc, dwa, czy więcej. Jest tak, jakbyśmy rozstały się wczoraj, no maksymalnie dwa dni temu. I to uważam za szczęście, że mam przyjaciół, z którymi nawet jeśli nie mam codziennego kontaktu, to po miesiącach rozłąki wciąż rozmawiam, jakby taki kontakt istniał.

***

Napiszę na koniec jeszcze tak z zupełnie innej beczki, skoro nie odczuwam senności i mam w miarę jasny umysł, a tymczasem Jaromir Nohavica mi śpiewa, że póki się śpiewa to jeszcze się nie umarło...

Tuż po dzisiejszych zajęciach w koszarach, splotem przypadków trafiłam na główny dworzec PKP. Jest tam ogromny antykwariat, jedno z moich ulubionych miejsc na dworcu. Wbrew pozorom nie jedyne – lubię jeszcze siedzieć na peronie i obserwować ludzi, oczekując pociągu, który zabierze mnie do Lubego. Wtedy czasem zastanawiam się, z którą z tych osób będę podróżować, czy będziemy siedzieli w tym samym przedziale? Czy może uda mi się zamienić z którymś z oczekujących kilka słów w trasie? Jak daleko jadą? I tak dalej, i tym podobne. A czasem po prostu obserwuję gołębie, ale to inna bajka zupełnie.

Przeglądałam wystawione książki. Ten antykwariat jest niezwykły pod wieloma względami. Poza jego rozmiarami, rzuca się w oczy fakt, że sprzedają tam też zupełnie nowe książki. Niektóre z nich nawet bywają w folii. W każdym razie poza dwoma, czy trzema długimi stołami zarzuconymi najróżniejszymi książkami – można wejść w głąb i poszperać pomiędzy regałami, prawie jak w bibliotece, ale też w koszach i kartonach. Gdy tak spacerowałam pomiędzy książkami, w oko wpadł mi sporych rozmiarów stos gazet, dokładniej magazynu Fantastyka. Większość z nich była sprzed mojego pojawienia się na świecie. Zastanawiałam się nad kupnem, któregoś z numerów, ale z drugiej strony... kupować tak na chybił-trafił? Uznałam, że to byłoby trochę pozbawione sensu. Odłożyłam więc gazety na miejsce i ruszyłam w stronę regału, gdzie jak pamiętałam, zwykle były umieszczone książki fantastyczne. Cały regał, od podłogi aż po sufit.

Mój wzrok padł niemal od razu na niepozorną książkę, od razu rozpoznałam... zresztą duże, białe litery głosiły wszem i wobec: Gwiezdne Wojny. George Lucas. Zamrugałam z niedowierzaniem. A potem uśmiechnęłam się triumfalnie. Mam cię! Wypuściłam cię kiedyś z rąk, ale teraz do mnie wracasz... Zerknęłam na stronę tytułową. Rok wydania: 1990. Czy to możliwe, że jesteś tą samą, którą kiedyś odłożyłam? – zastanowiłam się. Rzeczywiście, parę lat temu wpadła mi w ręce książka autorstwa Lucasa, dokładnie w tym samym antykwariacie. Wtedy jednak nie miałam funduszy, więc byłam zmuszona ją odłożyć... a Luby nie mógł tego odżałować. Teraz jednak, skoro dostałam szansę się zrehabilitować, nie wahałam się już ani chwili. Zabieram cię ze sobą! - oznajmiłam książce, chociaż wiadomość wysłałam jej telepatycznie rzecz jasna.
Idealnie na prezent! Luby jest fanem Gwiezdnych Wojen, starał się nawet mnie przekabacić na Jedyną i Słuszną Stronę Mocy... trudno powiedzieć, czy mu się udało. Ale dzięki niemu obejrzałam całą serię i odłożyłam sceptycyzm na bok. Nawet zaczęłam czytać książki z tego uniwersum, które właściwie nie są takie złe. Fantastyka, ot tak po prostu.

Jadąc do domu rozmyślałam, czy sprezentować mu ją jak tylko go spotkam, czy dopiero dać mu ją na urodziny, które ma za parę miesięcy... Postanowiłam jednak, że otrzyma ją z okazji świąt, choć zdaje się, że ani w jego, ani w mojej rodzinie nie mieliśmy tradycji obdarowywania się na Wielkanoc. Nieistotne! Na urodziny dostanie coś innego, może rzutki, które mu się marzą... a może Mistrza i Małgorzatę? Cóż, mam jeszcze dość czasu by nad tym pomyśleć. Póki co, wiem, że z tej książki na pewno się ucieszy. I to powoduje, że także odczuwam radość na samą myśl, że sprawię mu taką niespodziankę.

Słowa, słowa... Dawno się tak tutaj nie rozpisałam. Ale zdaje się, że już czas najwyższy, by zamknąć okienko forum, zgasić światło i wtulić się w miękkość snu.

Fidel-F2 - 26 marca 2010, 05:53

Ellaine napisał/a:
Przyzwyczajenie erpegowca, zawsze siadaj plecami do ściany... – mówię ze śmiechem.
zwyczajny atawizm
Ellaine - 29 marca 2010, 18:24

Fidel-F2 napisał/a:
zwyczajny atawizm

Nie twierdzę, że nie.

***

Po przestawieniu zegarka, czasem potrzeba mi czasu, żebym przywykła do zmiany. Chociaż bardzo lubię zmianę z czasu zimowego na letni, bo uwielbiam wstawać, kiedy słońce wita mnie serdecznie ciepłymi promieniami. Kiedy po otwarciu oczu zamiast ciemności widzę bielejące się chmurki na przepięknym błękicie nieba. Wtedy, co prawda wiem, że już niedługo znów niejedna osoba przypomni mi, że się zestarzałam. Ale to nic! Skoro (według niektórych) jestem wampirem... To tym bardziej nie mam się czym przejmować.

Dzisiejszy dzień rozpoczął się doprawdy uroczo. Słońce dyskretnie zapukało w okno, zachęcając do pobudki i pozostawienia snu pomiędzy fałdami pierzyny. Ptaki świergoliły wesoło, a mnie uradował widok zieleniejących powoli trawników. Wiosna rozpędza się i nabiera sił z każdym dniem! Cudownie.
Niewiele myśląc zastąpiłam spodnie, ten zimowy pancerz – jasną spódniczką przed kolana. Golf poszedł w odstawkę i zastąpiony został delikatną, czarną bluzką z nie za dużym dekoltem. Z zimowego rynsztunku pozostały jedynie czarne oficerki, których cholewkami nie mogłam się pochwalić przez większą część zimy. Dziś zaś były doskonale wyeksponowane. Oczywiście na tyle miałam rozsądku by ubrać skórzaną kurtkę, która sięga kilkanaście centymetrów za pas i owinąć szyję granatową apaszką. Chciałam wiązaniem zaimprowizować ciemny kwiat, ale nie sądzę, by mi się to udało. Bywa.
Za to niepomiernie się zdziwiłam słysząc takie oto dictum na mój strój:
- A coś ty się tak elegancko ubrała?
- Elegancko? – dałam wyraz swemu zaskoczeniu. – Jest ciepło, ubrałam się inaczej – wzruszyłam ramionami.
- No, ale tak bardziej elegancko... Inaczej niż zwykle.
- Znaczy, że zwykle ubieram się niechlujnie? – zapytałam podejrzliwie z lekkim uśmiechem.
- Nie, nie. Tylko... zwyczajniej.
- Teraz też jestem ubrana zwyczajnie – powiedziałam, zupełnie już nie rozumiejąc toku myślenia kolegi. Nie przyszłam przecież w sukni wieczorowej, tylko spódniczce! Rozumiem, gdyby nigdy, przenigdy nie nosiła spódnic i spódniczek... ale bez przesady, zdarza mi się i to nie tak, że "raz na ruski rok"!

Za to po południu szczerze pożałowałam, że zamiast kurtki nie wzięłam flauszowego płaszcza. Słońce skryło się za chmurami, zaczął dąć wiatr i zrobiło się pieruńsko zimno. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie przewiało mnie aż tak, żebym musiała się rozłożyć z gorączką. Cóż, prawda, że wtedy Luby zaopiekowałby się mną jeszcze troskliwiej, ale po co miałabym sprawiać mu kłopot? Nie lubię być kłopotem, nie tylko dla niego.

***
Krótka rozmowa o niczym z idiotycznym morałem:

- Co robisz ciekawego?
- Patrzę przez okno.
- I co widzisz?
- Śmietnik.
- Och! Jak tak możesz? Podglądać śmietnik!? Ktoś mu coś robi?
- Nie.
- A mewy tam są?
- Jest już za późno na ptaki.
- Aha... Poszły spać z kurami?
- Technicznie - tak.
- Hm... Ptaki ciernistych... śmietników.
- E... Wiesz, co? Pójdę się pouczyć.
- W porządku.

Ellaine - 31 marca 2010, 20:28

Chciałoby się rzec, że usiadła nad brzegiem Rawy i płakała. Nie, bynajmniej. Zniosła to z dumnie uniesionym podbródkiem, wspominając delikatny aromat zielonej herbaty splecionej harmonijnie z wonią jaśminu.

Piętnaście minut. Akademicki kwadrans... ale to nie studenci. Dajmy im więcej czasu. To zajęci ludzie.
Trzydzieści minut. Czy te przeszklone drzwi są otwierane od czasu do czasu? Hm... Wyjmuje zeszyt i zaczyna "szkicować" czarnym długopisem dość prostą, drewnianą raczej klamkę. Najtrudniejsze będzie cieniowanie.
Czterdzieści pięć minut. Rysunek niemal ukończony. Nie jest idealny, ale prawie... A pod rysunkiem słowa:
NURSowa wieczerza bez NURSa, i kogokolwiek innego. Trochę dziwnie, smutno... Cóż, mam nadzieję, że zdrowi, i że nic złego im się nie przytrafiło. Może po prostu nie zdążyli... może obowiązki ich pochłonęły? Może. Może.

Może powinnam sobie stąd pójść?

A mogłabym być teraz w Gdańsku...
... ale przynajmniej herbata dobra. Tylko szkoda, że pita w samotności...

Sześćdziesiąt minut. Owija szyję jasną apaszką w białe, pomarańczowe i zielone romby, chowa zeszyt, zakłada szary płaszcz. Wychodzi pewnym krokiem. Jakże zimny jest dzisiejszy wieczór, jakże chłodny ten wiosenny deszcz. Jak idealnie pogoda wpasowała się w jej przygnębiony nastrój. Tramwaj. Kolejne parę minut na chłodnym deszczu. Autobus. I ciepły dom.

Może po prostu mnie nie lubią? Rozumiem, jest za co.
Narzekam? Być może, ale czuję się... nieco... rozczarowana frekwencją. Chyba, że rzeczywiście ślepa jestem. Ale rozglądałam się. I nic, nikogo.

Cóż, ale za to jutro... jutro będzie lepiej. I tak przez półtorej tygodnia. Choć zanim tak będzie, czeka mnie dziewięć godzin w pociągu. To nic. Już nic. Od dawna. Nawet przestałam mieć reisefieber z tego tytułu. Ostatecznie - przywykłam.

Ellaine - 7 kwietnia 2010, 22:33

Trochę mnie tu nie było. Bywa.
Nazbierało mi się przez ten czas trochę historii, ale muszę je przeanalizować i napisać w miarę po ludzku. Dzisiaj też było w miarę interesująco, ale o tym kiedy indziej - zresztą kontakty z PKP zawsze są ciekawe - na szczęście udało się nam (Lubemu i mnie) dojechać tam gdzie chcieliśmy, więc...

Serdecznie pozdrawiam Was z Gdańska, który przywitał nas iście londyńską mgłą, jakiej będąc w Londynie nie uświadczyliśmy. :))

***

Prawie jak clubbing...

- Idziemy z chłopakami na piwo - oznajmił, kończąc rozmowę telefoniczną.
- W porządku.

Zebrało się nas ośmioro. Sześciu chłopaków i dwie dziewczyny. Spora gromada, trzeba przyznać. Zapowiadał się poważny problem, i choć wszyscy o tym wiedzieli, to nikt głośno tego nie chciał powiedzieć. Sobota, wieczór w pełni, a Miasto ma mocno ograniczoną liczbę knajp. Ot, urok miejscowości poniżej pewnego poziomu zaludnienia i zapotrzebowania na puby. Warto jednak spróbować. Pełni zapału ruszyliśmy w senne uliczki, zalane pomarańczowym świateł latarń.

Idąc w kierunku rynku mijamy spiżowy pomnik znanego, miejscowego astronoma, który zdawać by się mogło, że przycupnął na kamieniu przed maszyną do szycia. Na jej blacie niedbale położony materiał, a nim luneta i notatki. Mężczyzna z uniesioną dłonią patrzy w rozgwieżdżone niebo. Koleżanka ma aparat, więc proszę ją o zrobienie zdjęcia.
- Usiądź mu na kolanach! - żartuje któryś z kolegów. Nie odważyłam się, przysiadłam na kamieniu tuż za astronomem. Przez chwilę poczułam się jak turystka. A przecież od dawna nie traktuję tego miejsca jak obce i nowe. Owszem, ciągle odkrywam tam coś nowego, ale ostatecznie miejsce mojego urodzenia wciąż pozwala mi zobaczyć je od nowa, choć powinnam je już doskonale znać.

Podróż po knajpach zaczynamy od zajrzenia do Zameczka. Na szczęście wszystko pozajmowane. Na szczęście? No tak, kiedyś nie doczekaliśmy się obsługi i wyszliśmy, rezygnując bez żalu z takiej gościny. Innym przydarzyło się, że zabrakło kufli... Schodzimy do Piwnicy. I tutaj rozczarowanie. Wolne miejsca są, ale nas jest za dużo. Osobiście cieszę się w duchu, bo dawali tam chrzczone piwo, właściwie było tam bardzo niewiele piwa w piwie. Szukamy dalej. Na rynku wybiło wpół do dziewiątej. Niedaleką pizzerię od razu skreśliliśmy z listy, w końcu nie szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy coś zjeść.

Kolejny bar na liście o uroczej nazwie - Kredens, także nie oferuje nam wystarczającej liczby miejsc. Niestety. Na kilku ostatnich metrach zostaliśmy wyprzedzeni przez czteroosobową grupkę, która zajęła ostatni wolny stolik.
- Ludzi jak mrówek - zauważa któreś z nas.
- Studenci...
- Nie, wszyscy wrócili na święta z Anglii - mówi jeden z kolegów.
- Właśnie odkryliśmy niszę!
- No, czas otworzyć własną knajpę - sezonową!
- I co? Będzie z czego żyć tylko w czasie świąt i wakacji... - ktoś chłodzi zapał pozostałych.
- Ech, szkoda, że zamknęli Konsumy, tam zawsze były wolne stoliki - mówi któryś kolega z pewnym rozrzewnieniem. Pewnie dlatego ją zamknęli - myślę sobie. Faktycznie na dużej sali w Konsumach zawsze było pusto, kiedy tam przychodziliśmy. Bywało, że cały wieczór byliśmy jedynymi gośćmi. Choć z drugiej strony to nie była knajpa w ścisłym sensie tego słowa, raczej bar mleczny, gdzie wieczorem kuchnia była zamykana i wydawano jedynie napoje wyskokowe.
- No to może Garaż? - niespodziewanie proponuje jeden z kolegów.
- Nawet jeśli nie ma tam tłoku, to jak przyjdziemy to będzie.
Nie do końca zrozumiałam, ale... po krótkim spacerze przekonałam się, że Garaż to nieduży budynek, w którym ledwo zmieszczono ze trzy stoliczki. A ludzie prawie wylewali się stamtąd drzwiami i oknami, wprost niemalże do przepływającej obok rzeczki.

- To może do Jolki? - rzuca ktoś zdesperowany. Owszem taka propozycja to objaw desperacji, ponieważ Jolka to dość luksusowa restauracja, a przecież nawet do pizzerii nie chcieliśmy pójść wcześniej! Jak na studenckie kieszenie dania u Jolki są bardzo wymagające, choć z drugiej strony... przecież to nie jest wielkie miasto, więc piwo nie powinno kosztować więcej niż gdzie indziej, prawda? Rzeczywiście nie były.
- Możemy spróbować.
W drodze do Jolki minęliśmy jeszcze jedną knajpę. Widok siedzących w środku gości nas zmylił. Drzwi mimo ich obecności były zamknięte; najwyraźniej już tylko wypuszczano klientów. Zresztą wisiała w widocznym miejscu kartka z godzinami otwarcia. W soboty tylko do dwudziestej pierwszej. Było już kilkanaście minut po.

Koledzy w końcu nie wytrzymali i po drodze kupili po piwie. Skręciliśmy w pobliski park, rosnący wzdłuż brzegu jeziora, które z początkiem roku całe weszło w granice miasta. Jezioro śródmiejskie, ciekawa sprawa.
- A wy nie pijecie? - pyta Lubego i mnie jeden z kolegów.
- Nie wiem jak was, ale mnie nie stać na płacenie mandatu - odpowiada Luby.
- Ale jeśli nas złapią, to wy też będziecie musieli zapłacić - stwierdza koleżanka.
- Niby czemu? Powiemy, że was spotkaliśmy po drodze - mówię, wzruszywszy ramionami.
- Właśnie, wyprzemy się was! - dodaje ze śmiechem Luby.

- Spójrz, Orion! - wskazuję Lubemu ogromny gwiazdozbiór wiszący nisko nad horyzontem.
- O, widzę, że pamiętasz coś z tej wizyty w planetarium - mówi. W zeszłe wakacje zupełnym przypadkiem załapaliśmy się na ostatni seans tamtego dnia w Planetarium im. Antoniego Ledóchowskiego w Gdyni. Co prawda z domu wyszliśmy wtedy z myślą zwiedzenia Akwarium, ale ani wieloosobowa kolejka, ani wysokie ceny biletów nie były w stanie nas zachęcić do odwiedzenia tego przybytku.
- Potrafiłam już wcześniej go poznać - mówię odrobinę urażonym tonem.
Bywało, że będąc na wakacjach u chrzestnej zabieraliśmy z kuzynem leżaki i szliśmy na łąkę za stodołę. Rozkładaliśmy się tam i oglądaliśmy gwiazdy. Zwykle udawało mi się znaleźć oba Wozy i Kasjopeję, jakoś tak najłatwiej było. Kuzyn od dziecka pasjonował się astronomią i starał mi się objaśniać, gdzie znajdują się jakie gwiazdozbiory. Szkoda, że w dużym mieście trudno obserwować nocne niebo... Żółto-pomarańczowa poświata bijąca od nocnego oświetlenia przydusza blask gwiazd i nawet fakt, że mieszkam na ósmym piętrze nie pomaga. Zresztą... niewygodnie jest się wychylać tak, by patrzeć w górę a nie w dół. I teoretycznie można przy tym wypaść z okna, ale póki co jeszcze mi się to nie udało.

Gdzieś obok mnie przepływały błahe rozmowy o niczym. Przyglądałam się jezioru, idąc wybetonowanym brzegiem. Od ciemnej toni, która zdawała się pochłaniać światło niczym czarna dziura, dzielił mnie mniej niż krok. Zaledwie i aż krok wystarczyłby, żeby znaleźć się pod powierzchnią hipnotyzującego mroku. Tylko gdzieniegdzie odbijało się od powierzchni blade światło gwiazd. A może to światło pochodziło z czarnych głębin? Kto wie, co ciemną nocą budzi się na dnie jeziora?
Wszystko wokół zdawało się być jaśniejsze od wody, tak sitowie gęsto rosnące przy brzegu jak i wiszące nisko nad jej powierzchnią wciąż jeszcze nagie konary drzew...

W Jolce znaleźliśmy dużo wolnego miejsca. Po nieznacznym przemeblowaniu stworzyliśmy stolik odpowiadający idealnie na naszą liczbę. I tak jeden z kolegów stracił piwo, bo założył się o nie z innym, że w restauracji także będzie tłum ludzi. Rozmowy przybrały tor różnorodny, tak, że trudno byłoby opowiedzieć o czym właściwie była mowa. Trochę o studiach, trochę o życiu, trochę o chemii, czyli prawie jak o studiach i życiu jednocześnie.

Mimo początkowo nieudanych i nierokujących dobrze poszukiwań knajpy, spacer po Mieście był przyjemną rozrywką. Także rację miał jeden z kolegów; przecież nie chodziło o to, żeby pić, tylko o to, by spędzić ze sobą kilka chwil, pogadać o starych czasach i dowiedzieć się, jak z życiem radzą sobie dawno niewidziani koledzy.

Ellaine - 9 kwietnia 2010, 18:58

I have a dream, a song to sing
To help me cope with anything
If you see the wonder of a fairy tale
You can take the future even if you fail ...

- Abba, I have a dream.


Miałam sen. Niezwykle realistyczny, żywy, ciekawy... a mimo to nieprawdopodobny. Jego nieprawdopodobieństwo polegało głównie na niespójności kontinuum czasowego. Uważam, że raczej trudno obrócić do Buenos Aires i z powrotem w ciągu jednego dnia. Zaznaczam - dnia, nie doby. Właściwie nie jest powiedziane, że to było Buenos Aires, to mogło być jakiekolwiek inne miasto w Argentynie. A, że to była Argentyna to wiem na pewno, bo nazwa tego państwa parokrotnie pojawiła się we śnie. Poza tym kolejną niemożliwą kwestią był fakt mojego pojawienia się na uczelni w piątek, kiedy doskonale wiem, że nie mam tego dnia zajęć. A muszę wyznać, że bez wyraźnej potrzeby nie ruszam się z domu, zwłaszcza na uczelnię! Swoją drogą, to ta moja uczelnia zadziwiająco podobna była do liceum, w którym się niegdyś uczyłam. I tu zaczyna się cała ta niezwykła opowieść:

Kiedy już wróciłam z Argentyny i nagle znalazłam się w budynku zadziwiająco podobnego do przybytku Dziesiątki... Wyszłam ze szkoły na zalaną słońcem ulicę, którą akurat przejeżdżał czerwony tramwaj. Nie wiem skąd wiem, ale to bezdyskusyjnie był piątek, prawdopodobnie w maju, lub czerwcu. Chyba miałam na sobie sukienkę, ale to nie jest tak istotne dla całej historii. Przeszłam kilkadziesiąt kroków wzdłuż ulicy, przysiadłam na parkowej ławce pod rozłożystym drzewem, które rzucało zielony, chłodny cień wokół. Położyłam na kolanach zeszyt dużego formatu o miękkiej oprawie. Otworzyłam go i zaczęłam uważnie przeglądać.

Wszystkie strony były zapisane odręcznymi notatkami, rozbudowanymi i szczegółowymi. Czego dotyczyły? Najprościej powiedzieć, w zeszycie znajdował się projekt powieści, rozplanowanej na trzy obszerne tomy. Miałam tam rozpisaną fabułę główną, kwestie poboczne, opisy wyglądu, historii i osobowości postaci, szczegóły świata przedstawionego, ba! były nawet krytyczne komentarze przy niektórych notatkach. A co za tym idzie - skreślenia i wprowadzone w ich miejsca poprawki. Na jednej z kartek były nawet projekty okładek z gotowymi tytułami. W zeszycie była zawarta pewna sugestia, że dałoby się do tego dorobić też luźno połączony z całą trylogią czwarty tom...

Miałam sen. Niezwykle realistyczny, żywy, ciekawy... nieprawdopodobny.

Miałam sen, z którego zapamiętałam jedynie ogólną sytuację. Niestety, żadnych szczegółów, które tak uważnie we śnie studiowałam siedząc na ławce pod drzewem. Rzekłabym, że jestem tym faktem mocno załamana. Moja ukochana podświadomość na srebrnej tacy podała mi gotowy projekt powieści, może wiekopomnego dzieła! a ja głupia go zwyczajnie zapomniałam. Wystarczyło się obudzić, by marzenie o wielkości rozwiało się jak dym, tuż po pierwszym przeciągnięciu się.

***

Wieczorem tego dnia znów poszliśmy z kolegami na piwo. Tym razem było nas jedenaścioro, stan dziewcząt nie zmienił się od soboty. W planach mieliśmy zrobienie ogniska, niestety pogoda cały dzień chciała nam udowodnić, że to nie jest najlepszy pomysł. Co prawda pod wieczór się rozpogodziło, ale było zimno, tak bardzo, że ognisko nie byłoby w stanie nas ogrzać. Nie było też sensu zastanawiać się, czy szukać jakiejś knajpy... skoro dla ośmiu osób trudno było coś znaleźć, to co dopiero dla jedenastu! Aczkolwiek to był poniedziałek, to jednak wciąż świąteczny. Po krótkiej dyskusji przed sklepem doszliśmy do konsensusu - idziemy do garażu Araba.

Arab nie miał innego wyjścia, musiał się zgodzić. Wiecie jak to jest - siła złego na jednego. Cała zgraja poszła przodem, a właściciel wrócił się do domu po klucze. Chwilę czekaliśmy między garażami aż Arab i jego dziewczyna do nas dołączą. Niektórzy żartowali, że pewno zgubił się po drodze. Któryś z chłopaków zadzwonił do niego, gdzie są. - Pod garażami, padła odpowiedź. Inny wyjrzał na drogę, ale ich nie dostrzegł. - Chyba robią podkop! - Ta, albo idą kanałami. Żartowali jeden przez drugiego.

Kolejny problem pojawił się, kiedy weszliśmy do garażu. Na czym usiąść? Ostatecznie udało się zorganizować kilka zaimprowizowanych siedzisk. Zrolowany i zafoliowany dywan. Stara kolumna. Kilka plastikowych pudeł. Deski. Składane krzesło... i składany fotel bujany (sic!). Ostatnie mnie mocno zszokowało, nie spodziewałam się. Fotel był zrobiony z czarnych rurek aluminiowych, siedzisko i oparcie z zielonego materiału. Cóż, generalnie to sądziłam, że to było krzesło które wędkarze zabierają na łowy... Tylko dlaczego bujane? Skąd mi się wzięli wędkarze? Cóż, w garażu jak łatwo się domyślić nie było żadnego pojazdu... za to cała jedna ściana, na której zawieszono stary dywan, była obwieszona kilkoma wędkami.
- Arab, po co twojemu ojcu tyle wędek? - zapytał któryś z kolegów.
- Jedna jest na niedzielny połów węgorzy... - wyręczył Araba od odpowiedzi inny.
- ... a ta na szczupaki.
- Ta jest na okonie.
- Ta tutaj na szczupaki, jak ta pierwsza się zepsuje.
I tak chłopcy zaczęliśmy się przerzucać hasłami, która z wędek jest na jakie ryby i w jakie dni jest używana.

Na dworze praktycznie było już granatowo, kiedy Luby postanowił nas zadziwić swymi zdolnościami magicznymi. Obiecał parę dni wcześniej pokazać przyjacielowi, co się stanie, gdy zmiesza się pewne składniki i doda jeszcze jeden*. Mówił, że nazywa się to Zemstą Atomową, czy jakoś tak... Zresztą nieistotne. Opowiadał, że kiedy z Uczelni pojechali z pokazami do jakiegoś liceum wszystkim uczniom bardzo się podobała owa Zemsta, i kiedy poproszono o powtórkę - gruba płyta żaroodporna pękła. Pewnie producent nie przewidział, że będzie się ją dwa razy pod rząd podgrzewać do bardzo wysokiej temperatury. Swoją drogą, kiedy szliśmy do garażu kolega, któremu został ten występ przyobiecany, zastanawiał się, czy tak dałoby się rozpalić ognisko. Luby stwierdził, że pewnie tak, o ile drewno by się nie zwęgliło.

Wywołaliśmy na zewnątrz wszystkich obecnych. Po krótkim i pełnym napięcia oczekiwaniu, nastąpił niezwykle piękny, ale nieduży wybuch... którego niestety nie widziałam w całości ponieważ odruchowo zamknęłam oczy. Natomiast ci którzy chcieli być odważni, lub po prostu mają gorszy refleks... zostali na chwilę oślepieni.
- Łeee, co to za zabawa, jak nic nie widziałem!? - skarżył się później jeden z kolegów.
- Gdyby nie było wiatru to dym ułożyłby się w taki ładny grzyb atomowy... - powiedział później Luby. Niestety wiatr, choć delikatny - był, i dym szybko się rozwiał. A na środku uliczki między garażami ziemia się nieco przypaliła.

*ponieważ sztuczka ma klauzulę "niebezpieczne, nie próbujcie robić tego w domu bez nadzoru wykwalifikowanego chemika", zostałam zobligowania przez Lubego do niepodawania nazw związków chemicznych, które zostały przez niego użyte.

Tego wieczora nastąpiła jeszcze jedna sytuacja godna upamiętnienia. Siedzimy grzecznie w garażu, rozmowy płyną swobodnym nurtem, nikt nie liczy godzin, ani piw. Ktoś przypomniał sobie, że kupił kiełbaski, które mieliśmy piec na ognisku. Znalazł się też chleb. Było prawie tak jakbyśmy byli przy ognisku, tylko tak jakby brakowało ognia...
Paru chłopaków wyszło przed garaż, żeby zapalić, czy załatwić ważną sprawę. Nagle główną ulicą przejeżdżał radiowóz. Koledzy mówili, że przejechał obok jakby nigdy nic, a potem widzą, że wycofał i zatrzymał się przy wylocie uliczki, przy której mieścił się także i nasz garaż. Z pojazdu wysiadł policjant i podchodzi do naszych kumpli.
- Co tu robicie? - pyta.
- Stoimy - odpowiada jeden z nich. Trudno o bardziej oryginalną odpowiedź.
- Gdzie właściciel garażu?
- W środku.
Otworzyli wrota garażu. Policjant zajrzał do wnętrza i zmierzył wszystkich uważnym wzrokiem.
- Które z was jest właścicielem?
- Ja - Arab wstał z miejsca. I podszedł do funkcjonariusza.
- Macie jakieś narkotyki? - ten zapytał podejrzliwie.
- Nie - odpowiedzieliśmy niemalże chórem.
- Tylko piwo i kiełbaski - dodaje ktoś.
- Może chciałby się pan poczęstować kiełbaską? - proponuje Arab uprzejmie.
Nie dosłyszałam odpowiedzi policjanta, ale raczej odmówił. Rzucił jeszcze raz okiem po obecnych, po czym zostawił nas w spokoju. W pierwszym odruchu zastanawialiśmy się, czy po prostu nie zachowywaliśmy się za głośno. Może ktoś wezwał policję, żeby nas upomnieli? Ale przecież od najbliższych budynków mieszkalnych dzieliło nas parę rzędów garaży i szeroka ulica. Można by powiedzieć, że znajdowaliśmy się prawie poza miastem. Później oczywiście koledzy, którzy stali na zewnątrz, opisali nam mniej więcej całą scenę, tak jak teraz to zrobiłam. Zupełny przypadek, że ci policjanci się tam znaleźli. A garażowa impreza trwała jeszcze trochę, do momentu w końcu nie było już czym zagryzać kiełbasek.

***

W środę przyszedł czas pożegnać rodzinne miasto Lubego, by wrócić do Gdańska. To znaczy, z jego perspektywy to powrót na Uczelnię, z mojej - dalszy ciąg ferii wiosennych. Niestety tak to już czasem bywa w PKP, że czasem łatwiej przejechać całą Polskę, niż dostać się z jednego miasta do drugiego, a które są położone relatywnie blisko siebie. Mniej więcej 191 kilometrów do przejechania, a w tym trzy przesiadki, z czego to połączenie jest najwygodniejsze z wszystkich proponowanych przez PKP na tej trasie. Na szczęście na stacjach przesiadkowych nie trzeba czekać zbyt długo... Przynajmniej na to wskazywał rozkład. Pierwszy pociąg wyjechał punktualnie i równie punktualnie dotarł do celu.

Dopiero tutaj zaczynały się schody. Po przejściu trzech peronów, znaleźliśmy się na tym właściwym, gdzie stał pociąg... który wielkością przypominał dwu-wagonowy tramwaj. I taką samą miał pojemność. Pech chciał, że w środę wracała masa studentów, czego PKP oczywiście nie przewidziało. Udało nam się znaleźć "miejscówkę" w okolicy schodków, blisko początku składu. Mieliśmy idealny widok na "przedział służbowy", czyli cztery krzesełka zajęte przez jednego konduktora. Ironię tej sytuacji dostrzegły również trzy studentki, z których jedna odważyła się podejść do konduktora i zapytać, czy mogłyby usiąść na wolnych miejscach.
- Nie, to jest przedział służbowy - powiedział konduktor kategorycznym tonem.
- To ja poproszę dłuższy pociąg! - rzuciła na odchodnym dziewczyna i wróciła do koleżanek.

Po chwili, kiedy szynobus wciąż stał na peronie, konduktor powiedział, że można zająć wolne siedzenia. Usiedliśmy z Lubym, a na przeciwko nas usiadły owe studentki. I niespodziewanie konduktor znów zabrał głos:
- Być może będą musieli państwo opuścić pociąg, bo staramy się właśnie o uzyskanie dłuższego składu.
Dłuższego składu? O! Tamta dziewczyna chciała dłuższy pociąg i być może go dostanie. To prawie jak magia! Mówisz i masz. Rzeczywiście musieliśmy wysiąść. Na podstawienie dłuższego pociągu trzeba było jednak poczekać kilkanaście minut, a co za tym szło - była ogromna szansa, granicząca z pewnością, że nie zdążymy na przesiadkę w Tczewie. Ale tym człowiek sobie nie zaprzątał póki co głowy, zwłaszcza, że pewnie jakaś osobówka z Tczewa do Gdańska by się trafiła.

Staliśmy na peronie w promieniach popołudniowego słońca, wśród całkiem sporego tłumu ludzi. A obok nas z owym łaskawym konduktorem kłóciła się pewna dama. Nie żebym podsłuchiwała, ale mówiła na tyle głośno, że - za przeproszeniem - tylko głuchy by nie usłyszał. Chodziło mniej więcej o to, że damie śpieszyło się na lotnisko. O godzinie dwudziestej miała mieć odprawę. Konduktor tłumaczył jej spokojnie, że nie ma pojęcia, o której pociąg będzie w Tczewie, i czy uda się zorganizować wygodną przesiadkę. Dzwonił nawet gdzieś wyżej, żeby się tego dowiedzieć, ale w końcu zrezygnowany dał aparat owej damie, żeby sama porozmawiała z ważniejszymi od niego. I tu nastąpiła taka mniej więcej rozmowa, która niezwykle zapadła mi w pamięć:
- ...
- Dlaczego mam zakładać, że pociąg będzie niepunktualnie?! - żachnęła się dama.
- ...
- Kim wy w ogóle jesteście?! - warknęła do słuchawki wyraźnie zirytowana.
Niestety trudno się nawet domyślać, co też otrzymała w odpowiedzi. Scena ta jednak miała swój finał. Dama zrezygnowała z oczekiwania na podstawienie pociągu. Została pożegnana niezwykle uprzejmie przez konduktora, który życzył jej powodzenia i spokojnej podróży. Ba! Nawet ostrożnie objął damę. Kobieta natomiast szybkim krokiem poszła w kierunku wyjścia z dworca. Nie wiem, co też działo się z nią później, ale mam nadzieję, że zdążyła na samolot. Choć z drugiej strony, mogła pojechać do Tczewa i stamtąd taksówką na lotnisko, ale rozumiem, zdenerwowanie robi swoje.

Natomiast cała reszta doczekała się wymarzonego przez tamtą studentkę dłuższego pociągu, a w Tczewie znaleźliśmy się z ponad półgodzinnym opóźnieniem. I stanęliśmy przed pytaniem: co dalej? Według rozkładu następna osobówka do Gdyni jechała dopiero za nieco ponad godzinę. Natomiast w międzyczasie miały przejeżdżać pociągi pośpieszne.
Razem z Lubym poszliśmy za tłumem, który zdawać by się mogło chciał szturmem wziąć kasy, bo w jednej chwili w hali dworcowej zaroiło się od podróżnych. Luby stanął w ogonku. Szczęśliwie kilka minut później komuś udało się dowiedzieć czegoś konkretnego, a mianowicie: osoby, które przyjechały opóźnionym pociągiem do Tczewa, a miały jechać do Trójmiasta, mogły wsiąść do pośpiesznego bez konieczności dopłaty. Oczywiście z radością skorzystaliśmy z tej niewysłowionej łaskawości PKP, ponieważ w Gdańsku znaleźliśmy się mniej więcej o tej porze, o której wsiadalibyśmy do osobowego w Tczewie. Tylko... z czystej ciekawości zastanawia mnie jedna kwestia, jak Przewozy Regionalne i InterCity teraz się z tego rozliczą...?

Ellaine - 12 kwietnia 2010, 17:03

Niedziela przywitała nas jasnymi promieniami słońca, chociaż wiatr nie dawał złudzeń, zapowiadało się na chłodny dzień. Na jednym z balkonów niedalekiego bloku powiewała flaga z czarną wstążką. Jedyny widomy znak sobotniej tragedii. Później zauważyłam, że na każdym tramwaju i każdym autobusie znajdowały się proporczyki z kirem. I oczywiście przed każdym urzędem. Jedynie przed dworcem nie zauważyłam flagi, chyba rzeczywiście jej tam nie było.
Z nikim nie rozmawiałam o tym, co czułam w związku z wypadkiem pod Smoleńskiem. Słuchaliśmy relacji, komentarzy, które komentowaliśmy, ale nie mówiliśmy o uczuciach. Każde z nas było opanowane.
Czułam się dziwnie, że przyjęłam to tak spokojnie. Tak naturalnie. A przecież w telewizji mówili, że powinnam płakać, czuć żal i smutek... Nie było we mnie ani jednego z tych uczuć. Było mi szkoda tych ludzi, owszem, ale... śmierć jest częścią życia. Każdemu się przydarzy. W taki czy inny sposób, prędzej czy później. A wszyscy chcą, by było to później. Mimochodem myślałam o Mamie, przecież też była za młoda na śmierć. Co to jest, pięćdziesiąt cztery lata? Czym to jest wobec wieczności?

Znalazłam miejsce w pociągu bez żadnego kłopotu, podróżnych było właściwie niewielu. W przedziale, który upatrzyłam siedziała starsza pani, i niemal łysy mężczyzna w sile wieku. Położyłam płaszcz na półce, a potem... Jak zwykle miałam problem z wrzuceniem plecaka na półkę bagażową, co chyba zostało zauważone.
- Może ja pani pomogę – powiedział mężczyzna, nagle znajdując się tuż za mną.
- Dziękuję – odparłam, nieco zażenowana. Z jego pomocą umieszczenie bagażu na odpowiednim miejscu nie było ani odrobinę kłopotliwe. W końcu usiadłam i zapatrzyłam się w okno. Znów wyszło na to, że jestem słabą kobietą. Może rzeczywiście jestem? – pomyślałam, wpatrując się w mijany krajobraz. Chociaż nigdy nie pakuję do bagażu więcej niż byłabym w stanie unieść, to jednak wrzucanie plecaka na półkę zawsze sprawiało mi problem. Co innego gdy mam małą torbę na kółkach, z powodu mniejszej pojemności jest po prostu lekka. – I zwykle nie muszę prosić o pomoc, panowie jakoś tak sami z siebie się oferują... To jest, muszę przyznać, całkiem miłe. Uśmiechnęłam się w duchu.

Lekka wibracja i melodyjka odrywają mnie od lektury na temat procesów wojskowych między 1944 a 1956. MMS od szwagra, próbuję zdjęcie ściągnąć parokrotnie, ale nic z tego. Mam przeczucie, że wiem o co chodzi. W końcu próbuję zadzwonić do nadawcy. Zajęty. Nic nie szkodzi, poczekam. Kilkanaście minut później odzywa się mój telefon.
- Cześć, mam chwilę.
- Hej. Co mi wysłałeś? Nie mogę odebrać tej wiadomości – mówię.
- Wysłałem zdjęcie. O jedenastej zostałaś ciocią. Trzy sto siedemdziesiąt kilograma i pięćdziesiąt cztery centymetry – w głosie szwagra słyszę nuty zmęczenia, które zagłuszyły dumę świeżo upieczonego taty.
- Wspaniale! I jak się czują, wszystko w porządku?
- Tak, tak. Obyło się bez problemów.
- To dobrze. Trzymajcie się ciepło! – mówię jeszcze, kończąc rozmowę. Nie miałam serca przedłużać jej, bo pewnie szwagier potrzebował odpoczynku. Z tego, co pamiętałam, miał to być poród rodzinny. A pewnie wszystko zaczęło się w nocy... Cała trójka powinna się porządnie wyspać, myślę, wracając do czytania. Mam niejasne wrażenie, że jeszcze przez chwilę na ustach błąkał mi się delikatny uśmiech. W końcu jest się z czego cieszyć.

W Łodzi Kaliskiej przedział opustoszał. Nie było to przyjemne, zwłaszcza, kiedy z dalszej części wagonu docierały do mnie pijackie śmiechy. Zadzwoniłam do Lubego, sprawdzić jak się miewa. Kiedy dowiedział się, że jadę sama, zasugerował mi, żebym poszukała mniej pustego przedziału niż mój własny. Rada dobra, ale... Obejrzałam się na plecak. Nie-eee, nie chcę mi się go zdejmować a potem znów się męczyć z jego wkładaniem na górę. Zostaję tutaj! Postanowiłam. W końcu trzeba być twardym Słowianinem, a nie miękkim ninją! Jeszcze Łodzi nie zdołałam opuścić, a słysząc kolejne głośne zachowanie rozochoconych alkoholem młodych ludzi – przezornie zasłoniłam okna i drzwi przedziału. W końcu nikt nie musi wiedzieć, że jestem w przedziale zupełnie sama.

Patrzę na mijany krajobraz, pogoda zdążyła się już dawno zmienić. Jaskrawe słońce, które towarzyszyło mi na Pomorzu zostało zasłonięte przez ciemne chmury, ciężkie od nagromadzonego w nich deszczu. Jeszcze nie pada. Nagle mój wzrok przyciąga czerwona plama na torach biegnących równolegle do tych, po których jedzie moja TLKa. Wokół szarości jaka opanowała świat, mocna czerwień akcentuje silnie swoją obecność. W końcu dochodzi do mnie na co patrzyłam przez tę krótką chwilę. Dwie dziewczyny, być może gimnazjalistki, ubrane na ciemno, siedziały na torach, każda na własnej szynie. Obie miały nogi podciągnięte niemal pod brody. Ale jedna z nich trzymała w ręku rozłożoną, czerwoną parasolkę...
Tory. Dość niezwykłe miejsce na spędzanie niedzielnego popołudnia.

Na chwilę przystanęłam przy oknie. Czasem trzeba wyprostować kręgosłup, po tylu godzinach siedzenia i posiadaniu perspektywy dalszych godzin jazdy. Oparłam się o ramę. Łódź Widzew, czytam duży napis na ścianie. W budynku nastawni ktoś patrzy przez okno. Przez ułamek sekundy mam nierzeczywiste wrażenie, że wzrok mężczyzny i mój – skrzyżowały się. Nie, to przecież niemożliwe. Po prostu patrzył na przejeżdżający pociąg, myślę, siadając ponownie, wciąż jednak nieco skołowana.

Pociąg mknie dalej. Kolejne miasto; Piotrków Trybunalski. Podnoszę wzrok na mijany właśnie ciemny, ogromny budynek stojący niedaleko torów. Zakład pewnie już dawno został zamknięty, oceniam po ilości okien bez szyb. Mimochodem czytam napis ułożony z dużych, zaniedbanych, jak cały zakład, liter: Huta Szkła Okiennego KARA. Ironiczny chichot losu, czy może już rechot? Huta okiennego szkła z oknami w dużej mierze pozbawionymi owego szkła.

Co by tu...? Nie, nie... O procesach wojskowych nie będę już czytać, fragmenty raportów po tym, jak wyglądali przesłuchani po przesłuchaniach mnie najzwyczajniej w świecie zemdliły. Nie ma szans. Mój Boże, co ja robię na historii!? Trzeba było iść do tej handlówki, a nie ogólniaka. Ostatnie opowiadanie z marcowego SFFiH też przeczytałam w międzyczasie, czyli numer już całkiem przestudiowany. Niby mam w torbie drugi tom Nocy Coruscant, którą pożyczyłam od Lubego, ale jakoś nie mam weny do czytania czegokolwiek ze Star Wars. Uczyć na poprawę kolokwium też mi się jakoś nie chce, ale jestem z siebie dumna, bo zrobiłam sobie powtórkę, gdzieś między Włocławkiem, a Kutnem.
No to... trzeba by się trochę skupić, przywołać nieco magicznej mocy. Inkantacja jest prosta jak świński ogon: Weno, weno, do mnie przyjdź! Już! Wyjmuję z teczki pustą kartkę. Biorę do ręki długopis. Zaraz będziemy czarować...
Rzuciłam jeszcze okiem na wcześniejsze szkice, żeby przypomnieć sobie, co nieco koncepcyjnie. Tak, teraz już można. Trochę trzęsie. Ciekawe, czy będę w stanie to później odczytać? Nieważne! Będę się martwić, jak postanowię przepisać to do pliku. Zresztą, mam doświadczenie w odczytywaniu gryzmołów, ostatecznie neogotyckie pismo z XIX wieku też jest mało czytelne na pierwszy rzut oka. Później idzie już z górki.

Tutaj stacja Radomsko.
- Czy można? – pyta mnie młode dziewczę w różowych trampkach i niewielkim bagażem.
- Oczywiście, miejsca jest na tyle – mówię z lekkim uśmiechem, odłożywszy moją pisaninę. – Zasłoniłam tylko, żeby nikt nie widział, że sama jestem – wytłumaczyłam mimochodem. – Ale jak chcesz, możesz odsłonić – dodaję. Dziewczyna jednak zostawiła zasłonki tak jak były. Mnie tam bynajmniej to nie przeszkadzało. Wyciągnęła jakieś notatki, a ja wróciłam do tworzenia bzdur.
W którymś momencie obie odłożyłyśmy dotychczasowe zajęcia, i zaczęłyśmy rozmowę. Okazało się, że tak jak ja, wracała od chłopaka, z tą różnicą, że... ma do niego mniej więcej pięć razy bliżej niż ja do Lubego. Kiedy jej to powiedziałam, oczy niemal wyszły jej z orbit. Po chwili stwierdziła radośnie:
- Ludzie dookoła mnie mówili, czemu nie możesz sobie znaleźć kogoś na miejscu, tylko jeździsz ponad sto kilometrów! Teraz będę mogła powiedzieć, że poznałam kogoś, kto ma do chłopaka ponad sześćset.
- I możesz dodać, że są ze sobą ponad trzy lata – dodałam z szerokim uśmiechem. Zabawne, Luby i ja zaczynamy być przykładem dla innych. Tak, zdecydowanie zabawna sprawa. Ale co ciekawsze, Dziewczyna podzielała mój pogląd, że to wcale nie jest złe posiadanie faceta na odległość – trudniej się pokłócić poważnie, a jak się już człowiek widzi, to szkoda czasu na idiotyczne kłótnie. Zresztą, Luby stwierdził ostatnio, że musimy sobie znaleźć jakąś emocjonującą rozrywkę, bo kłótnie nam wybitnie nie wychodzą. Nawet jak już się coś przydarzy i trochę na siebie pokrzyczymy, to chwilę później okazuje się, że to nawet nie była sprzeczka... tylko zwykłe wygłupy. Pewnego razu, będąc w rodzinnym domu Lubego, odstawiliśmy taką właśnie szopkę pod tytułem „kłótnia”. Nawet nie wiem, o co poszło, ale już w trakcie zaczęliśmy się z tego nabijać. A jak siostra Lubego krzyknęła nam z sąsiedniego pokoju: Przestańcie się kłócić! – Wybuchliśmy serdecznym śmiechem.

Witaj ponownie, szara rzeczywistości – szepnęłam, wysiadając z pociągu wprost na peron drugi dworca głównego w Katowicach. Spojrzałam na zegar. Dwudziesta pierwsza pięć. Pociąg przybył punktualnie, co do minuty! Uśmiechnęłam się pod nosem. Przechodząc przez dworzec rzuciłam okiem na „pasaż”. Mój ulubiony katowicki antykwariat wciąż był czynny. Nie zdziwiło mnie to w najmniejszym stopniu. Pamiętam doskonale, że pewnego dnia, kiedy dla odmiany to Luby do mnie przyjechał – po dwudziestej drugiej dokonaliśmy tam zakupu książki z anegdotami o chemikach i innych uczonych.

Pewnym krokiem wyszłam na estakadę, otwierając parasol. W Gdańsku żegnało mnie słońce, a Katowice przywitały wiosennym deszczem. Wzięłam głęboki oddech, smakując powietrze, tak odmienne od tego północnego. Powietrze tak doskonale znane. Witajcie, moje drogie Katowice.

Aż w końcu wróciłam... gdybym się nie odezwała, mój powrót zostałby przeoczony. Wróciłam - do miejsca, którego od paru miesięcy nie nazywam już Domem. Wszak mądrzejsi ode mnie mawiali wieki temu, że: Dom twój tam, gdzie serce twoje.

Ellaine - 13 kwietnia 2010, 17:25

Nienawidzę tego człowieka. Nienawidzę tego człowieka. Nienawidzę tego człowieka. Nienawidzę tego człowieka. Nienawidzę tego człowieka. Nienawidzę tego człowieka. Nienawidzę tego człowieka...

Powinnam była przywyknąć. Tak, jakby to było coś nowego? Przecież zawsze taki był. Ale za każdym razem, wiem, że nienawidzę tego człowieka. Zresztą on mnie pewnie w takich dniach też nienawidzi, skoro powtarzał mi nie raz "Daj ci Boże jak najgorzej!". Mam wrażenie, że już dał...

Jestem głupia. W inne dni go bronię, w końcu to przez niego tu jestem, co prawda marna to zasługa dla ludzkości, ale jednak.
W dni takie jak dziś - nienawidzę.
Powinnam kogoś poprosić o pomoc. O wysłuchanie. Może coś mi poradzi.
Nie potrafię. Jestem głupia. W końcu... jakby na to nie patrzeć, to jest... Nie warto nawet tego nazywać po imieniu. Każdy ma w życiu problemy. Nie warto obarczać nimi innych. A ja to robię i jest mi wstyd, przepraszam Was.

Pewnie niedługo zacznie krzyczeć, żeby mu pomóc.
Nie pomogę, nie żebym chciała, próbowałam. Ale nie pomogę, bo nie jestem w stanie. Ani fizycznie,... ani psychicznie.

Martva - 13 kwietnia 2010, 17:32

Ellaine, na litość Bogini, wyprowadź się stamtąd, gdziekolwiek i najszybciej jak się da. Dla swojego dobra.
Trzymaj się, dziewczyno.

Virgo C. - 13 kwietnia 2010, 17:54

Zgadzam się z Martą, zwiewaj stamtąd. Im szybciej tym lepiej.
dzejes - 13 kwietnia 2010, 17:58

Ellaine napisał/a:
Pewnie niedługo zacznie krzyczeć, żeby mu pomóc.
Nie pomogę, nie żebym chciała, próbowałam. Ale nie pomogę, bo nie jestem w stanie. Ani fizycznie,... ani psychicznie.


Sama sobie pomóż. Czytam twoje wpisy i ciekawy jestem czy masz świadomość problemów, które dostałaś "w spadku". Jeśli chcesz więcej informacji - chętnie pomogę, odezwij się na PW.

Ellaine - 13 kwietnia 2010, 19:20

Dziękuję.

Martvo, Virgo C., gdybym mogła... ale jeszcze ten czas nie nadszedł. Teoretycznie mam dokąd, ale nie mam środków, a nie mogę uciec do kogoś i stać się dla tej osoby ciężarem. Poza tym to niskie - uciekać. Chcę wyprowadzić się z tego miejsca, które przez niemal całe moje życie nazywałam Domem - z godnością, a nie jak podły tchórz.

Idąc za sugestią, dzejesa, postanowiłam przestać być upartym osłem, i zacząć pomagać sobie. Jeszcze raz dziękuję, dzejesie.

Ellaine - 15 kwietnia 2010, 17:31

Melodia budzika wydobywająca się z telefonu wyrwała mnie ze snu, wyłączyłam ją, nie mając najmniejszej ochoty wstawać. W końcu było dopiero za dziesięć szósta. Pięć minut później budzik ponawia próbę. Tym razem dałam się przekonać. Szarość za ramą okna nie nastraja pozytywnie do życia, ale cóż z tego? Zresztą, ja tam lubię deszcz.

Rzuciłam okiem na biurko i nieco pożółkłą obudowę monitora, coś mi to przypomniało... Racja! Trzeba wydrukować reces*! – przecież to dlatego wstałam tak wcześnie. Miałam to zrobić wieczorem, czyli tak koło północy, ale drukarka działa tak głośno, że... mogłabym zostać posądzona o naruszanie ciszy nocnej. Komputer włącza się niespiesznie. Wystarczająco dużo czasu, by się odrobinę ogarnąć. Radio cicho grało stare przeboje, nieco nostalgiczne ze względu na narodową żałobę.

Otworzyłam plik i na "dzień dobry" dostałam komunikatem po oczach. Jedna z tabel, ble, ble... skonfigurować w... coś tam, coś tam. Jedyny możliwy przycisk to: OK. No dobra, niech mu będzie, że „OK.” Choć mam pewne nieprzyjemne podejrzenia... Nim zdążyły się one wyklarować, wyskoczył kolejny komunikat: Wystąpił błąd, bla, bla, bla, program zostanie zamknięty. Że co, proszę?! Spróbujmy jeszcze raz. Niestety, żadnej poprawy. A żeby w was piorun strzelił! By nie powiedzieć dosadniej...
Tylko spokojnie, wdech, wydech... na pewno da się to jakoś odzyskać. Jak nie Wordem, to może Wordpadem? Prawie dobrze, tylko, że "wcięło" mi tabelkę i trzy strony tekstu, reszta żyje i można spokojnie wkleić do nowego dokumentu. Super! – mruczę pod nosem, bez entuzjazmu. Piętnaście po szóstej. Szukam notatek. Hm... Śniadania na pewno nie zjem, ale może chociaż z tym tutaj zdążę? - pomyślałam. Z wielką energią, po prawdzie graniczącą z desperacją, zabrałam się za przepisywanie. Pewnie byłoby prościej i szybciej, gdyby tekst nie był po niemiecku... (Na szczęście już kilkanaście tygodni temu dokonałam straszliwego czynu, tj. germanizacji swojej klawiatury i ustawiłam skróty klawiszowe dla umlautów)

... Gnz. Enter. Control „u”. Ausfertigung. Enter. Parę cyfr. I już! mogłam drukować. Chwila dla siebie..., może chociaż zdołam przygotować sobie drugie śniadanie, skoro na pierwsze nie mam nadziei? Gotowe. Z kuchni usłyszałam, jak drukarka kończyła pracę. Świetne zgranie w czasie!

- Dochodzi siódma – stwierdził spiker w radiu. Tak, jakbym nie wiedziała! Wrzuciłam wydruk do teczki, teczkę do torby. Kanapkę w locie zapakowałam w papier. Zaimprowizowane „drugie” śniadanie także wylądowało w torbie. Co mi jeszcze potrzebne? W radiu powoli kończyły się wiadomości. Wystarczająco dużo się ich nasłuchałam w ostatnich dniach. Wieczny odpoczynek zmarłym..., a co żywym...? Ech. "Naród wspaniały, tylko ludzie …" – zakołatał mi w głowie cytat z Piłsudskiego, który przypomniało mi przeczytane niedawno opowiadanie. Szkoda, że masz rację, panie Marszałku. Wyłączyłam wszelki sprzęt i nastała błogosławiona cisza.

- Zaczekać na ciebie? – zawołał z przedpokoju brat, który również zbierał się do wyjścia.
- Zaczekaj, zaraz też wychodzę – odkrzyknęłam w pierwszym odruchu. - Albo nie! Idź już! – w sekundzie zmieniłam zdanie. Ach, jakie to kobiece - podobno.
Zakładam w biegu sweter, zgarnęłam torbę pod pachę. Usłyszałam, jak brat zamykał drzwi za sobą. Po co zamknął na klucz?! Bez sensu...

Tymczasem żołądek boleśnie przypomniał mi, że śniadanie to absolutnie najważniejszy posiłek dnia i szklanka wody nie jest w stanie go zastąpić(, jak i paru innych rzeczy). Biegnę do meblościanki w dużym pokoju. Otwieram szafkę, w której zawsze trzymamy słodkości, w nadziei, że znajdę coś odpowiedniego. Czekolada? Nie, to raczej nie jest dobry pomysł. Chusteczki higieniczne? Kozą nie jestem. Landrynki i miętówki? Chyba nie bardzo się nadają. O! Wafelki! Właśnie tego szukałam! Anektuję dwie. To niby jest śniadanie, też coś! – moja bardziej rozsądna część prychnęła z niesmakiem. Cicho tam! Lepsze to niż nic. Pocieszałam się myślą, że w torbie mam kanapkę na później, co prawda też dość średniej jakości...

Jeden wafelek w dłoni, drugi zaczęty trzymałam w ustach, a klucze w drugiej ręce. I jak niby teraz drzwi zamknąć!? Niewiele myśląc, wafelek włożyłam do kieszeni płaszcza. Bylebym go nie zgniotła paskiem torby przypadkiem, bo to byłaby piękna katastrofa, pomyślałam, zamykając drzwi. Dojadłam wafelek i wyjęłam z kieszeni drugiego, czekając na przyjazd windy. Wolałam nie sprawdzać, która była godzina; zresztą, po co się dodatkowo denerwować, gdyby okazało się, że jest za późno?
Wybiegłam z bloku. Szczęśliwie przystanek znajduje się dość blisko. Zwolniłam, kiedy dostrzegłam sporą gromadę ludzi, oczekujących na transport. Pod ścianą sąsiedniego bloku stał brat, podeszłam do niego.
- Zdążyłam! – powiedziałam, dumna z siebie. Brat wyjął z uszu słuchawki i spojrzał na mnie, kiwając głową. Z uznaniem, lub bez, zresztą mniejsza o to.
- No, już myślałem, że ci się nie uda.
- A jednak. Moje śniadanie – pochwaliłam się, pokazując wafelek. W skrócie opowiedziałam mu całą poranną sytuację. Ponownie pokiwał głową, być może ze zrozumieniem. Brat wsiadł do wcześniejszego autobusu, ja na transport musiałam poczekać jeszcze przez chwilę. A tak się martwiłam, że nie zdążę! Zaśmiałam się w duchu.

Usiadłam i pomyślałam z zadowoleniem: tak, teraz mogę się wyspać. Czekała mnie prawie godzinna podróż przez całe Katowice, aż do moich ulubionych koszar i do tego cudownego Recesu, którego transliteracją się zajmowałam. Chociaż, muszę przyznać, że kiedy znalazłam się w koszarach pierwszy raz, miałam niezbyt przyjemne skojarzenia... Zwłaszcza, gdy podczas oprowadzania nas po terenie, przeszliśmy koło sporej przyczepy wysoko zakrytej żółtą plandeką, i zostaliśmy wtedy poinformowani: „...A tutaj znajduje się komora gazowa”. No, cóż... Ale na szczęście eksterminacja różnego rodzaju drobnoustrojów, roztoczy, czy grzybów nie jest zbrodnią, przynajmniej nie według ludzi.

____
*Reces, niem. Rezess, umowa uwłaszczeniowa między właścicielem ziemskim a chłopem/chłopami. Umowa, której transliteracji dokonywałam pochodzi z 5 listopada 1855 i naprawdę pięknie pachnie atramentem.

Ellaine - 19 kwietnia 2010, 20:58

Zawsze wydawało mi się, że o wszystkim da się napisać kilometry tekstu. Jeśli tylko się odpowiednio postarać. A jednak... Czasem brakuje mi słów, albo odpowiedniego nastawienia. Tworzenie z własnych wspomnień opowieści, jest trudniejsze niż sądziłam. Choć nigdy nie uważałam, że będzie proste. Jednak przychodzą takie dni, jak ten, kiedy człowiek niepotrzebnie zaczyna sobie zadawać pytania: dlaczego? W jakim celu? Dla kogo? I co z tego?
Jeśli nawet znam odpowiedzi na trzy pierwsze pytania, to ostatnie wciąż mnie nurtuje. Ponieważ nie wiem, co z tego. Nie wiem, jak to, co piszę jest odbierane. I pewnie stąd te wątpliwości, co do sensowności pisania. Mam tak za każdym razem, kiedy piszę. Dlatego szanse, że kiedykolwiek, cokolwiek skończę są dość... niskie. (Chociaż raz na jakiś czas zdarza mi się usiąść, napisać, i zostawić na wieki, wieków w pamięci komputera.)

Chociaż były czasy, kiedy pisałam krótkie teksty, prawie hurtowo. Niedawno brat pokazał mi numer gazetki, w której byłam jednym z redaktorów (och, jak to dumnie brzmi). Zdziwiłam się, skąd ów znalazł się w posiadaniu brata. Okazało się, że jego kumpel, a mój rówieśnik, kiedyś kupił gazetkę i znalazł ją przy sprzątaniu. I pokazał ją memu bratu, ten wziął, przeczytał i oddał mnie. Akurat tego numeru nie miałam (niestety, jeśli redaktor chciał mieć gazetkę też musiał ją kupić, w końcu nakład to było jakieś 50-60 sztuk, a redakcja w porywach składała się z około 20. uczniów).

W owych czasach zwykle do gazetki pisywałam opowiadania, swego rodzaju szorty, ponieważ było ograniczenie do 2-3 stron na każdy tekst – bez względu na to, czego dotyczył (chyba, że był to wywiad). Na znaki przeliczając, to wychodziło jakieś 5 tysięcy znaków, więcej pewnie nie. Pamiętam, jak przyszłam do redakcji, będąc pierwszoklasistką. Przyniosłam na dobry początek dwa krótkie i jedno dłuższe opowiadanie. Było to bezpośrednio po okresie w moim życiu, do którego nie chcę wracać, a jako pamiątkę mam wydruk powieści pod niezwykle oryginalnym tytułem: „Śmierć to dopiero początek”. W każdym razie wszystkie były odrobinę moralizujące, dwa dotyczyły czytania książek, a trzecie... cóż, rozmyślań o samobójstwie. Opiekun gazetki stwierdził, że to ostatnie jest nieco zbyt... ostre. Ale z tego, co pamiętam i tak poszło w którymś numerze, gdzieś w środku roku szkolnego. Tamto opowiadanie, w przeciwieństwie do powieści, miało bardziej poetycki tytuł „Drogi w ciemności”. Mniejsza o to.

W numerze, który przyniósł brat także było moje opowiadanie. Nieostrożnie zapytałam, czy przeczytał. Odparł, że owszem. I jak? – drążyłam temat. – Hm... takie, dziwne.
Obawiam się, że spotkałam się z niezrozumieniem w rodzinie. Zresztą, nikt w rodzinie nie był szczególnie zainteresowany tym, co pisałam. Nawet nie próbowałam ich w to wtajemniczać, ponieważ wolałam chować pliki po kątach, niż żeby mi mieli powiedzieć, że mnie nie rozumieją. Zresztą, gdybym powiedziała, że większość się mieści gatunkowo w szeroko pojętej fantastyce, to pewnie dowiedziałabym się, że piszę bajki i głupoty.

Dzisiaj natomiast nie ośmieliłabym się nikomu pokazać tych tekstów, które zbyt pochopnie dałam do druku w gazetce. Nie dość, że średnio ciekawe, momentami bez sensu, to jeszcze z błędami... Szkoda gadać.

Swoją drogą, to zastanawiam się, czy by nie napisać bajki dla siostrzeńca. Tylko nie mam na razie odpowiedniego pomysłu, poza „latającą procą i krwiożerczymi cukierkami”. Może macie jakieś ciekawe pomysły na tytuł bajki?

***

A tak zupełnie na marginesie: Dzisiaj udało mi się nie udusić z powodu powstrzymywanego śmiechu. Po wygłoszeniu referatu na temat Represyjnej funkcji prawa (w Polsce Ludowej w latach 1944-1956), omówieniu go przez doktor prowadzącą zajęcia, od słowa do słowa przeszło do stonki, którą amerykanie zrzucali na Polskę.

Siedziałam przodem do sali, na miejscu zwyczajowo przeznaczonym dla referenta, dlatego też doktor podała mi książkę, w której była mowa o owej stonce. Uznała, że powinnam to przeczytać całej grupie – bo zanim oni to przeczytają, to wieki miną (coś podobnego powiedziała, kiedy odbierałam książkę od niej). Chcąc, nie chcąc – zaczęłam czytać.
Ponieważ rzecz była wielce zabawna, a śmiać się nie wypadało... to cóż, nie było łatwo nie wybuchnąć śmiechem, żeby nie przerwać czytania. Ale udało się, i po zajęciach dowiedziałam się, że niektórym bardzo podobał się mój sposób czytania. (Zwyczajnie starałam się zaakcentować momenty, w których autor przytaczał fragmenty prasowe, przechodząc mimochodem w peerelowski ton. Niestety nie potrafię naśladować głosów, więc nawet nie próbowałam imitować głosu tego pana, którego często słychać na filmach propagandowych z tamtego okresu.)
Tylko... niestety okazało się, że bardziej pamiętali czytany przeze mnie fragment, niż moje wystąpienie o represyjności prawa. Cóż, życie.

I tak przywykłam do bycia ignorowaną, raz na jakiś czas. A przynajmniej ludzie się czasem zachowują tak, jakbym była fragmentem krajobrazu... Bywa. (Aczkolwiek przed chwilą odezwała się do mnie koleżanka, z którą nie rozmawiałam od dawna, co prawda z prośbą o pomoc, ale z drugiej strony to miłe, że wzięła mnie pod uwagę szukając kogoś, kto mógłby pomóc. Naprawdę miło z jej strony.)

Tak przy okazji, to mam nadzieję, że ktoś się prędzej czy później odezwie w kwestii spotkania.

ketyow - 19 kwietnia 2010, 21:14

:shock: Przez chwilę myślałem, że otworzyłem blog Ambioryksa ;P:

A propos bajki - zdaje się, że koty i Chulhu są teraz na czasie :D

Ellaine - 19 kwietnia 2010, 21:40

ketyow napisał/a:
Przez chwilę myślałem, że otworzyłem blog Ambioryksa

O, bogowie! aż się boję zapytać, ale muszę: Dlaczegóż to, ketyow? x]

Wiem, że na czasie są koty i Cthulhu. A ja nie szukam na czasie, szukam czegoś oryginalnego (co raczej łatwe nie będzie).

Agi - 19 kwietnia 2010, 21:44

Moja córka zawsze domagała się bajek z historii rzeczy, a właściwie nie bajek, tylko porządnego i po kolei opowiadania skąd się wziął np. stół (od posadzenia drzewka), czy skąd się wziął chleb.
ketyow - 19 kwietnia 2010, 21:45

Ellaine, dużo tekstu naraz, bałem się czy sprostam :wink:

Z byciem oryginalnym będzie ciężko, ale może kocie-cthulhu-mutanty (może do tego dodać zombie) to nie jest taka często używana mieszanka? Siostrzeniec pewnie byłby zachwycony :mrgreen:

Przypomniało mi to temat na angielskim o różnych zagrożeniach w przyszłości dla ludzkości. Oczywiście wymyślaliśmy głupie rzeczy. I w końcu:

Pani magister: - Okay, but what is more dangerous than invasion of zombie or aliens?
My: - Invasion of zombie aliens!

Matrim - 19 kwietnia 2010, 22:02

Ellaine, podpowiem ci, jak zagłosujesz na szorty ;)
Ellaine - 21 kwietnia 2010, 19:50

ketyow napisał/a:
Ellaine, dużo tekstu naraz, bałem się czy sprostam

Hm, tak jakby tutaj to była nowość ;) Ale jeśli pierwszy raz tu jesteś, to witam :))

Matrim napisał/a:
Ellaine, podpowiem ci, jak zagłosujesz na szorty ;)

Cóż,... to tak... zobaczymy. Może sama coś wymyślę :P

***

Siedzę na krawędzi świata, nogami majtając w kosmicznej przestrzeni. Największa z gwiazd uśmiecha się do mnie łagodnie. Macham do niej wesoło.

Jak trafiłam na ten czat? Nie pamiętam. Może szukałam strony, gdzie mogłabym podpisać protest. A znalazłam czat. Protestu nigdy nie podpisałam, ale tak jak oni tęskniłam za tym, co odeszło. Poznałam ich na czacie, niesamowicie pozytywnie zakręconych ludzi. Potrafiłam przesiadywać godzinami przy komputerze, ku ogromnemu niezadowoleniu mojej Szanownej Rodzicielki i brata, z którym dzieliłam pokój. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, czyli jak parę lat później powiedział mi pewien pisarz: „o życiu i kosmosie”.

- O szesnastej pod Teatrem.
Zwykle tak się umawialiśmy. Nie trzeba było dodawać nic więcej, każdy wiedział, o który teatr chodzi. W wyznaczonym dniu i porze zjeżdżaliśmy się z różnych miejsc i miast. Po przybyciu – jeśli akurat było ciepło i sucho – siadałam na schodach przed Wyspiańskim i czekałam, aż przyjdą. Obserwowałam gołębie przechadzające się po placu. A jeśli, ktoś inny przyszedł wcześniej:
- Cześć, Ayers! Dobrze cię widzieć!
I tu następowało krótkie, acz ciepłe powitanie na misia. Po krótkim oczekiwaniu schodziła się cała grupa. Sześć, czy osiem osób, może mniej, może więcej, różnie bywało. Każdy przynosił ze sobą całą masę dobrej energii. I to wystarczało. Oczywiście, ani razu nie byliśmy w teatrze.

Z nimi zaczęłam poznawać centrum rodzinnego miasta, w którym bywałam sporadycznie z powodu braku potrzeby. Ale przecież zaczęłam niedawno liceum, najwyższy czas poznać nieco więcej świata, który znajduje się poza otaczającym moją dzielnicę lasem. I przestać podchodzić do ludzi jak do wściekłego psa. Chociaż niektórzy to są jeszcze gorsi.

Scena Gugalander, albo Belka. Ciemne, zadymione wnętrza, każde o swoim własnym, niepowtarzalnym klimacie. Rozmowy prowadzone przy piwie i soku jabłkowym. Dlaczego jabłkowym?
Po pierwsze: niepełnoletni piwa nie pijają, a przynajmniej tego zawsze się trzymałam. Odmawiałam alkoholu, gdy któreś z nich proponowało, i szczęśliwie nikt nie wpadł na „genialny” pomysł wyśmiewania tego. Chwała im za to! Niech żyją w zdrowiu i szczęściu!
Po drugie: sok jabłkowy i piwo w pewnym specyficznym, barowym oświetleniu – a właściwie przy jego braku – mają niemalże idealnie taki sam kolor. Prawda, wyróżniałam się, ale jednocześnie nie rzucało się to w oczy.

Pewnego razu, zdaje się, że Eddy, przyniósł ze sobą piłkę do siatkówki i jengę. Spotkaliśmy się, jak zwykle przed Teatrem, było nas kilka osób. Dziś nie pamiętam kto dokładnie, ale pewnie, byli ci, co przychodzili zwykle i zapamiętałam ich najlepiej z całej drużyny. Poszliśmy całą bandą w dół Alei, w oddali widząc porzucony przez Marsjan kosmiczny statek. Z każdym krokiem byliśmy coraz bliżej i bliżej. Wreszcie znaleźliśmy się wśród soczystej zieleni niedużego skweru, który bezpośrednio graniczy z wybrukowanym placem, gdzie nad Rondem dumnie górują trzy skrzydła odlane w brązie, dar mieszkańców Warszawy.

Rozsiedliśmy się na betonowych, niskich, kwadratowych murkach, znajdujących się u podnóża wznoszącego się delikatnie placu. Wysokie są nie bardziej niż do kolana, ale za to o powierzchni stołu na osiem osób. Tylko projektanci zapomnieli o krzesłach...
Zaczęliśmy zabawę pod pomnikiem. To była już druga taka, w jakiej miałam okazję uczestniczyć. Kilka dni wcześniej nasze spotkanie również obyło się pod pomnikiem. Tym razem ktoś przyniósł piłkę do nogi. Ochoczo poszliśmy na jeden z okolicznych placów, w efekcie - wciągnęliśmy do gry w piłkę samego Marszałka! Z wysokości paru metrów cokołu i grzbietu Kasztanki, był nam sprawiedliwym, lecz niestety dość milczącym sędzią.

Natomiast na placu-cokole skrzydlatego pomnika zagraliśmy w siatkówkę. Bez siatki, bez boiska, bez podziału na drużyny. Czyli tak naprawdę po prostu odbijaliśmy piłkę między sobą. Dobrze się przy tym bawiliśmy. Ale kiedy już wszystkich ręce zaczęły boleć, wróciliśmy do betonowych siedzisk. Eddy wyjął jengę, zaś do pudełka schował butelkę z winem. No, tak. Nie wspomniałam o tym drobiazgu... większość lubiła pić Komandosy. Zresztą, oni też nazywali siebie, Komandosami*. Jeśli miałabym być szczera, nigdy nie spróbowałam tego trunku, nie mam pojęcia jak to smakuje. Wtedy odmówiłam, gdy mi proponowano, bo wcale nie piłam, a dzisiaj odmówiłabym – bo pijam tak rzadko, jakby wcale, a jeśli... to nie tego typu. W każdym razie ukrycie wina w pudełku po jendze było zabawnym posunięciem, ale koniecznym... Jakby nie patrzeć, znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, a od pewnego czasu w życie wszedł zakaz o takiej praktyki.

Jedni grali, inni się im przyglądali. W którymś momencie razem z Karanissą, Owcą i Myszą poszłyśmy pozwiedzać. Na placu, gdzie stoją skrzydła, od skweru aż do skarpy ciągnie się parę równoległych „ścieżek” wybrukowanych innego koloru kostką niż całość.
- Spójrzcie – powiedziałam do koleżanek. – oto droga do Nikąd – wskazałam na jedną ze ścieżek. Prowadziła prosto do nieba, które znajdowało się pomiędzy Superjednostką a innym budynkiem. Ruszyłam, za mną zaś koleżanki, podchwyciwszy chęć podróżowania do Nikąd.
- I jesteśmy.
Usiadłam na samym skraju placu, z nogami wiszącymi nad ziemią, która znajduje się w tamtym miejscu kilka metrów niżej. Usiadły tak, jak ja. Pod nami samochody jeździły po Rondzie. Środek Ronda natomiast przeobraził się przez ostatnie parę miesięcy w ogromną piaskownicę. Przypatrywałam się chwilę placowi budowy. A później poświęciłam nieco uwagi porzuconemu przez Marsjan spodkowi, który z odpowiedniej perspektywy wygląda, raczej jak beret, albo może sombrero...

Siedzimy na krawędzi świata, nogami majtając w kosmicznej przestrzeni. Nad nami uśmiechnięte słońce, pod nami przejeżdżają samochody. Machamy przyjaźnie do kierowców i do pasażerów. W głos śmiejemy się, widząc ich zaskoczone miny,...
...choć raz na jakiś czas, mniej zaskoczeni, także i do nas machają.

____
*Komando Rock Radia (Śląsk) – ludzie, którzy brali udział w protestach w 2003 roku, kiedy KRRiTV wydała wyrok o odebraniu koncesji; Rock Radio Śląsk 96,3 FM zamilkło 13 września 2003 roku, po dziesięciu miesiącach nadawania.

Matrim - 21 kwietnia 2010, 20:24

Ellaine, no wiesz co? :( A mówiłem, że będą nagrody? ;)
Ellaine - 25 kwietnia 2010, 14:10

Matrimowi dziękuję serdecznie za niezwykle cenną wskazówkę. Jeśli ktoś jeszcze miałby pomysł na bajkę, lub na tytuł bajki to wciąż jestem ciekawa i zbieram każdą sugestię sumiennie. :))


***

Sen jeszcze nie zdołał umknąć przed rodzącym się dniem, który z coraz większym blaskiem wchodził przez okno, nie przejmując się, że było zamknięte. Budziki milczały, także we śnie pogrążone. A już z kuchni dobiegł mnie znany i znienawidzony głos, który raczył uświadomić mi, jakie to złe i bezużyteczne dzieci posiada. Spłodziłeś, to masz – mruczę do siebie, przekręcając się na drugi bok. Zdążyłam przywyknąć, w końcu jestem nadprogramowym dzieckiem, w dodatku błędem wychowawczym. Ileż ciekawych rzeczy się człowiek dowiadywał podczas kłótni!
Tymczasem uczynny sen otulił mnie pierzyną i głaszcząc delikatnie po włosach, nucił ulubioną kołysankę. Był łaskawy dla mnie wyjątkowo, pozwolił zapaść w mroczną nieświadomość na kolejne dwie godziny.

*

- Podlewaliście kwiatki w ogóle?! – krzyknęłam do starego, ze złością w głosie.
- Mnie tam nie potrzeba kwiatków – odpowiada z kuchni.
- Więc zrobiłeś to specjalnie!? – warknęłam, nie dbając nawet o grzecznościowe formy. Kiedyś oberwałabym za to po głowie, ale tym razem najwyraźniej nie dosłyszał.
Trzy roślinki zawieszone na wschodniej ścianie przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nie było mnie półtorej tygodnia, kiedy wyjechałam na święta,... a poza tym opieka nad roślinkami zawsze należała do brata. Nie sądziłam... Nie, sądziłam, ale miałam nadzieję, że mimo wszystko pamiętał. Nie pamiętał... a to by oznaczało, że ta trójka nie widziała wody od ponad trzech tygodni.

Zdjęłam ze ściany najgorzej wyglądającego kwiatka. Postawiłam na podłodze i nie dbając o otoczenie, zaczęłam obrywać wyschnięte na wiór listki. Tam, gdzie nie było czego ratować odcinałam całe gałązki. To, co zostało z rośliny... Biedactwo. Zabrałam ją do siebie, z nadzieją, że jeszcze odżyje. Chociaż okno wychodzące na północ raczej nie będzie jej służyć... ale nawet nie wiem, jak to biedactwo ma na imię, więc nie jestem w stanie dowiedzieć się, czego jej tak naprawdę potrzeba do szczęścia, poza wodą i światłem?

*

Krążyłam po sklepie trochę bez celu. Musiałam się oswoić z nowym rozstawieniem regałów, trochę się zmieniło, odkąd byłam tam ostatnio. A zdaje się, dawno nie miałam okazji. Regałów z fantastykę szukałam przez dłuższą chwilę. Historię rzucili pod ścianę, na drugim końcu salonu. Ech, kiedyś było wygodniej, historia z fantastyką były blisko siebie, a teraz będzie trzeba biegać po całym sklepie! – pomyślałam, zirytowana. Mijały kolejne minuty, a ja wypatrzyłam w tym czasie kilka książek, które wydały się warte bliższego zapoznania.
Rzucam okiem na stanowisko, przy którym spodziewałam się zastać brata. Ale odkąd weszłam do sklepu, wciąż było puste. Pewnie poszedł na fajkę, albo zjeść coś. Ma prawo, chyba. Hm... jakaś rodzinka się tam zaczęła kręcić, a brata wciąż ani widu, ani słychu. Sięgnęłam po komórkę. Odebrał po trzech sygnałach:
- Brat, gdzie jesteś? – zapytałam bez ceremonii.
- W robocie – odpowiedział, śmiejąc się do słuchawki. Uśmiechnęłam się także.
- Tak? Jakoś cię tu nie widzę - mówię. - Kolejka ci się przy stanowisku robi – dodaję, poważniejąc.
- Kolejka? No, dobra, już idę.

- No to daj dowód – powiedział, kiedy rodzinka zabrała kilka folderów reklamowych i poszła w sobie tylko znanym kierunku.
- Poczekaj, najpierw usiądę.
- Okej, okej. Siadaj, jasne.
Załatwienie formalności było bułką z masłem. Parokrotnie musiałam jedynie złożyć mój autograf. Na razie tylko tak mogę je rozdawać - na dokumentach (listach obecności i bibliotecznych rewersach), może kiedyś przyjdzie czas na inne rozdawnictwo podpisów? Może, kiedyś.
- Dać ci je? – zapytał, spinając dokumenty przeznaczone dla mnie. - Czy przywieźć ci, jak wrócę do domu?
- W sumie... Weź je ze sobą – decyduję w końcu. Później zaczęliśmy rozmawiać o niczym, bo w pobliżu nie zauważyłam oczekujących klientów, więc mogłam śmiało zajmować mu czas.
- Znalazłaś Chmielewską? – zapytał w pewnym momencie. – Bo ja nie pytałem.
- Ech – wzdycham teatralnie. – Myślałam, że sprawdziłeś czy jest, masz tutaj kontakty i w ogóle. Też nie szukałam, poza tym trochę się pozmieniało tutaj... cóż, zapytam w Info. – Rzuciłam okiem na zegarek, miałam jeszcze niecałe półgodziny do umówionego spotkania. Chmielewska, a właściwie jednak konkretna książka jej autorstwa na szczęście była obecna, ostatni egzemplarz. Takie już rodzinne szczęście, zwykle bierzemy ostatnią sztukę. Zabrałam z podziękowaniem podaną mi książkę. Podeszłam z powrotem do brata z radosnym okrzykiem: znalazłam!
- Nie korzystasz z promocji? – zapytał, nieco zdziwiony.
- A jest tu jakaś informacja o niej? Bo nie zauważyłam.
- Widzisz tamten wielki plakat? – wskazał mi kierunek. Faktycznie, był wielki, ale jak ktoś – tak jak ja – rozgląda się w księgarniach po półkach a nie po suficie, to mógł go nie zauważyć. – I w gazetce. – Rzuciłam okiem na folder reklamowy, rzeczywiście była informacja.
- No dobra, to idę zapolować - stwierdziłam wesoło, upewniona, że promocja istnieje.

Po krótkim spacerze przez sklep zabrałam upatrzone wcześniej pozycje. I raźnym krokiem, ponownie wróciłam do brata.
- Jeszcze ktoś pomyśli, że tutaj jest kasa – zaśmiałam się lekko, podając mu książki i pieniądze. Nie sprawdzałam, co prawda czy przy kasie była kolejka, ale musiałam się zbierać, nie lubię się spóźniać. Co do żartu, nie był on do końca zabawny... Bo brat często narzekał, że odkąd przemeblowano wnętrze, ludzie pytają go, czy to stanowisko ochrony, czy może Info... więc czemu by nie kasa? Zastanawiam się w takich momentach, czy ludzie w ogóle patrzą kogo pytają? Nie żeby brat na koszuli miał wyszyte logo firmy, dla której pracuje (pozwolę sobie tutaj nie wspomnieć o ogromnym telebimie, gdzie lecą reklamy firmy, a obok stoi również niemała galeryjka, na której też znajduje się sporych rozmiarów logo.) Zresztą, byłam tamtego dnia świadkiem, jak chłopak zapytał brata, czy może zostawić u niego książki... Brat zaprzeczył i uprzejmie wskazał na stanowisko ochroniarza, znajdujące się vis a vis, tego przy którym sam pracuje.

*

Na miejsce spotkania dotarłam niecały kwadrans przed czasem, cóż, bywa i tak. Przed ostrym słońcem ukryłam się w cieniu rzucanym przez parasol, umieszczony w ogródku przed małym punktem gastronomicznym. Miałam z tego miejsca dobry widok na zegar umieszczony nad wejściem dworca. Dobry widok to może przesada – widziałam zegar w prześwicie pomiędzy ukwieconymi gałęziami rozłożystego krzewu rosnącego na wysepce.

Lucyferia także przyszła odrobinę za wcześnie. Po skomentowaniu niezwykle uroczej i ciepłej pogody, ruszyłyśmy przed siebie, do miejsca, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. Kiedyś chciałam zaprowadzić tam kilkoro przyjaciół, niestety nie potrafiłam go znaleźć, pomimo znajomości orientacyjnej – gdzie mogło się znajdować. Następnym razem, kiedy zechcę kogoś tam zabrać nie powinnam raczej zabłądzić.

Fanaberia, bo tak nazywa się lokal, do którego zaprowadziła mnie Lucyferia, to intrygująca herbaciarnia. Ludzi na szczęście nie było wielu, właściwie to w ogóle. Rozejrzałyśmy się po salach, które tworzą całość. Ostatecznie cofnęłyśmy się nieco, wybierając jasno oświetlone miejsce z trzema stolikami. To było dość niezwykłe, ponieważ cała Fanaberia znajduje się w podziemiach śródmiejskiej kamienicy. Natomiast podest, na który się zdecydowałyśmy także umieszczony jest pod poziomem ulicy, ale "wystaje" przed budynek... i został ograniczony szklanym dachem. Ale nie na tym kończyła się niezwykłość miejsca!

Podest wyłożony został miękkimi dywanami o orientalnych wzorach, także ściany były miękkie ze względu na gąbkę, która je pokrywała, a została umiejętnie zakryta różnobarwnymi i wzorzystymi tkaninami. Natomiast wokół niskich stoliczków leżało sporo kolorowych poduszek, natomiast goście mogli zasiąść na niedużych, okrągłych, obitych bordowym aksamitem... z braku słowa(, które pewnie istnieje, tylko go nie znam), powiem, że to były pufy. Chociaż przypominały raczej okrągłe poduszki na desce. Zanim jednak weszłyśmy do tej orientalnej komnaty zdjęłyśmy kurtki i buty.

Umościłyśmy się w zacisznym kątku, każda na swój sposób zajmując miejsce. Usiadłam bokiem, zginając delikatnie nogi w kolanach. Chciało mi się śmiać. Paradne! Jeszcze dzień wcześniej rozmyślałam przed snem, czy są restauracje, w których spożywa się posiłki leżąc, jak to czyniono w odległych od teraźniejszości czasach. A tu taka niespodzianka!

- Znam ten cytat – powiedziałam Lucyferii, po przeczytaniu wstępu do obszernego menu. – Czytałam tę książkę, jest krótka, ale bardzo interesująca.
Książka, z której właściciele Fanaberii zaczerpnęli cytat to "Księga herbaty", Okakura Kakuzo.
- Zamów pierwsza – stwierdziła przyjaciółka.
- Dobrze, ale to trochę potrwa – uśmiechnęłam się delikatnie znad karty, którą zaczęłam uważnie studiować. A było, co czytać... ponad 80. propozycji wszystkich kolorów herbat i najróżniejszych mieszanek, o ile nie więcej. – O! Mają tutaj gyokuro,... najlepsza herbata w Cesarstwie – dodałam zamyślona. Przypomniało mi się, jak podczas jednej z sesji Legendy Pięciu Kręgów moja postać dostąpiła zaszczytu picia gyokuro. Lucyferii stwierdziła, że ten gatunek herbaty nie przypadł jej do gustu, dlatego też wybrałam inną. Ale postanowiłam w duchu, że kiedyś wybiorę się do tej herbaciarni ponownie i skosztuję Drogocennej Rosy.

Jeszcze jeden drobiazg zachwycił mnie w owej niezwykłej herbaciarni. Otóż czarki imitowały kształtem muszle, i nie posiadały płaskiego dna, dlatego też posiadały specjalnie wyprofilowane, drewniane podstawki.

Czas mijał nam niezauważenie podczas delektowania się herbatami. Rozmowa płynęła swobodnie, niewymuszonym nurtem. W międzyczasie Lucyferia, zgodnie ze złożoną przed paroma tygodniami obietnicą, wpisała się do mojego pamiętnika. To, trzeba przyznać, dość ascetyczny wpis, ale jednocześnie nie potrzeba mu żadnych ozdobników, czy rysunków... bo w kilku słowach cytatu ukryta została niezwykle ważka treść.

Kiedy przestałyśmy być jedynymi osobami na podeście, a spokojny nurt rozmowy został zaburzony przez rozmowy toczone obok nas, zdecydowałyśmy się na opuszczenie tego gościnnego, bądź, co bądź, miejsca. Nie był to bynajmniej koniec spotkania. Korzystając z utrzymującej się przyjaznej aury i pomimo zbliżającego się nieuchronnie zachodu słońca, wciąż panującej jasności, poszłyśmy na spacer po Śródmieściu. Tak wypadło, że niespiesznym krokiem przeszłyśmy do następnej dzielnicy, oddalonej już nieco od ścisłego centrum, zmierzając w kierunku stawów. Żartowałam, że jak tak dalej pójdzie to Lucyferia odprowadzi mnie aż pod drzwi domu. Jeszcze czas jakiś dotrzymała mi towarzystwa, podczas oczekiwania na odpowiedni autobus.

Do domów dotarłyśmy prawie, że w tym samym czasie. Ona piechotą, gdyż mieszka relatywnie niedaleko miejsca, w którym się rozstałyśmy, a ja autobusem – parę kilometrów dalej (teoretycznie też niedaleko, ale tylko jeśli posiada się samochód). A skąd to wiem? Ponieważ miałam wyrzuty sumienia, zostawiając ją samą, poprosiłam by posłała wiadomość, kiedy będzie w domu. Teoretycznie nie miałam się, o co martwić, gdyż to jej „teren”, ale mimo wszystko... Strzeżonego, i tak dalej.

Pomimo porannych scysji i marnych prób odratowywania biednej rośliny, ten dzień w ostatnim czasie był jednym z najlepiej spędzonych w Katowicach. I zdecydowanie będę tamto popołudnie miło wspominać przez długie lata.

Ellaine - 27 kwietnia 2010, 19:06

Dzień należał do tych mało zajmujących, kiedy człowiek z przyzwyczajenia bardziej, niż ochoty siedzi na wiejących nudą zajęciach. To taki dzień był, kiedy patrząc za okno na coraz pewniejszą zielenią przyobleczone drzewa i krzewy, ma się sto pomysłów na sekundę, gdzie by się poszło i co by się zrobiło, gdyby nie siedziało się na wykładzie. Chociaż wie się, że spacer aż do Pszczyny zająłby parę godzin... Nawet nie trzeba sprawdzać na maps.google, by wiedzieć. Ale gdyby się miało rower? To przecież tylko trzydzieści kilometrów. No tak, ale najpierw trzeba mieć rower i pewność, że da się radę tyle przejechać... w tę i z powrotem to już 60.

Wykład płynął własnym torem, myśli własnym. Czasem się spotykały w podróży, ale wątek myśli nie rozumiał osnowy wykładu, i znów się rozchodziły. Oj, dziurawa ta materia, dziurawa. Ale mimo wszystko, początkowo człowiek starał się skupić na wykładzie, być może dlatego, że to był pierwszy z tego przedmiotu... A być może ze względu na wykładowcę. Chyba braki w kadrze profesorskiej spowodowały to, że ten miło wyglądający starszy pan, musi codziennie pokonywać własne ograniczenia. Wydaje się, że przeżył kiedyś wylew... Lewa ręka bezwładnie leży na kolanach, a noga – także lewa, nie zgina się w kolanie. Dlatego tym silniej człowiek pragnął słuchać i rozumieć wykładany problem, nie z litości, bynajmniej, z szacunku i podziwu dla hartu ducha, jakim wykładowca musi się wykazywać, skoro nie zrezygnował z pracy pomimo kalectwa.

Niestety, nie cechuję się tak silną wolą... Za oknem bloki i ulica raz za razem to były oświetlona kolącym po oczach, jaskrawym światłem południowego słońca, to znów pogłębiały swą szarość, gdy biały cumulus na chwilę wszedł w drogę promieniom. Ludzie wychodzili z uczelni, kierując się w sobie tylko znanym kierunku, a ja myślałam, że chętnie znalazłabym się na ich miejscu. Uniosłam wzrok na lazurowe niebo, gdzieniegdzie zakryte kłębiastymi olbrzymami. Wpatrywałam się w barwy, jakimi upstrzone były chmury, pomimo, że na pierwszy rzut oka powiedziałbyś, że są białe. Były białe, oczywiście, ale nie tylko. Gdzieś z tej obserwacji zrodziła się myśl, jak należałoby malować chmury - czy zamalować kartkę na niebiesko, czy zostawić białe plamy, a potem wypełnić je jasnymi błękitami i szarościami, by nadać kształt chmurom? Hm...
Spojrzenie powędrowało w kierunku widocznego pomiędzy blokami Spodka. W świetle kwietniowego słońca nawet on wydawał się być wiosenny, a jasny, zielonkawy pas pod krawędzią dachu odcinał się świeżością od ciemniejszego, szarego tła. Z wiekiem świat nam się kurczy, pomyślałam. Kiedyś byłam święcie przekonana, że Spodek jest daleko od mojego miejsca zamieszkania. Ponieważ od urodzenia się nie przeprowadzałam, więc hala nadal jest równie daleko, ale wydaje się być o wiele bardziej osiągalna. Zresztą! Już sam wyjazd na podwieczorek do Babci, która mieszkała parę przystanków przed Śródmieściem, wydawał się wielką wyprawą na koniec świata. A „daleko” zaczynało się od zakrętu drogi, obsadzonej szpalerem drzew... ulica wyznacza starą, północną granicę mojej dzielnicy; z mojego domu do niej można dojść w pięć minut. Im człowiek większy, tym świat mniejszy... Zdecydowanie mniejszy.

Takie rozmyślania towarzyszyły mi przez większą część wykładu, pomiędzy jednym zerknięciem na zegarek a drugim. Aż w końcu profesor podziękował i pozwolił wyjść. Ponieważ odczuwałam nagły brak cukru we krwi, a dokładniej czekolady, od której jestem uzależniona, stanęłam przed pobliskim automatem i przyjrzałam się, co też dają dobrego. Duplo. Nazwę tę kojarzyłam jeszcze z dzieciństwa, kiedy dostawaliśmy paczki świąteczne z kopalni. Pomyślałam, że chętnie sprawdzę, czy zachowane w pamięci wrażenia smakowe, będą odpowiadały tym współczesnym. Niestety, automat stwierdził, że „Brak towaru! Proszę wybrać inny produkt!”. Westchnęłam, bo już raz mi się to zdarzyło... Cóż. Wybrałam inny. Automat zamruczał cicho, coś spadło. Usłyszałam brzęk monet, spadających do metalowej kieszeni do wydawania reszty. Sięgnęłam po baton. Ręka trafiła na cienki, podłużny produkt. Zmarszczyłam brwi. Znałam gabaryty batonu, który wybrałam jako drugi i nijak nie pasowało mi to do kształtu, który trzymałam w dłoni. Wyjęłam rękę. Duplo. Coś tu nie gra... – pomyślałam. I nie zastanawiając się dłużej, sprawdziłam, co stało się z drugim. Był, tylko, że nieco głębiej. Hm... Wrzuciłam oba do torby, po czym wzięłam wydaną resztę. Rzuciłam okiem na monety, wydało mi tyle ile dostałabym, gdybym zamówiła tylko jeden batonik – ten drugi. Dwa w cenie jednego... Aha. Wzruszyłam ramionami i zadowolona z życia ruszyłam w kierunku wyjścia z uczelni.

***

Tak to już ze mną jest, że lubię spać w ciągu dnia. Czasem wychodzi na to, że kładę się na dwadzieścia minut, a czasem zasnę rzeczywiście i budzę się po trzech godzinach. Różnie bywa. Swoją drogą, pewnego dnia w radiu mi powiedzieli, że jacyś amerykańscy naukowcy (bo dlaczego mieliby to być jacyś inni?) – odkryli, że jeśli człowiek zaśnie w ciągu dnia, ten lepiej zapamięta informacje, które otrzymał wcześniej. Ma to w jakiś magiczny sposób wpływać na jakość uczenia się i tak dalej. A jeśli wystąpią marzenia senne, to na pewno człowiek będzie wszystko umiał, na mur-beton!

Cóż, przyznam się – zasnęłam. Tym razem to nie była markowana drzemka, tylko głęboki, mocny sen. Z zapamiętanymi marzeniami sennymi, co u mnie zdarza się bardzo, bardzo rzadko. Jedynie obawiam się tego, że dzisiaj w nocy będę miała poważny problem... Ale cóż, kocha się dalej.
Pozwolę sobie przytoczyć tutaj dzisiejszy sen, ponieważ był wyjątkowo żywy. I w odróżnieniu od kilku poprzednich – nie był koszmarem. Zasadniczo nie śnią mi się takie koszmary jak w filmach: zimny pot i nagłe podniesienie się do pozycji siedzącej, bez krzyków, płaczu i innych efektów specjalnych. Nie, nie, bynajmniej! Po prostu po przebudzeniu wiem (nawet jeśli nie pamiętam szczegółów snu), że śniło mi się coś przykrego, nieprzyjemnego, i nie mam złego humoru tylko dlatego, że wstałam lewą nogą patrząc przez prawe ramię w lewy górny róg okna, ale dlatego, że to, co widziałam we śnie było złe, bardzo smutne, przerażające i jakie tam jeszcze chcecie.

Ale mniejsza o to:

Swego czasu narzekałam (i wciąż zdarza mi się narzekać) na fakt, że często przy pisaniu opowiadań, scenek i tak dalej, słowa są wypierane przez obrazy i wrażenia. Dzisiaj moja wyobraźnia niewerbalna dała czadu, jednym słowem. Śniło mi się między innymi (wszystkich szczegółów nie pamiętam, a niektóre są mało ważne, jak fakt, że kumpel poszedł do toalety, żeby się odlać). Dbałość o szczegóły w tym śnie była powalająca.

W mieszkaniu, gdzie żyję od urodzenia, dokładniej w dużym pokoju była prawie cała moja grupa ze studiów, i do tego jeszcze pani psycholog. Nie jestem pewna, czy byli wszyscy, ale na pewno większość. Psycholożka podzieliła nas w pary, kazała wziąć kartki, długopisy i napisać w różnych kategoriach/sytuacjach życiowych - cechy, jakie charakteryzują drugą osobę z pary (np. jak zachowuje się na uczelni, poza uczelnią, w domu, coś w ten deseń). Filowałam do kartki kolegi z pary, co też o mnie wypisuje (siedział po mojej lewej na kanapie), niestety nie zdołałam zapamiętać.

Później nastąpiło kilka mniej istotnych scen. Aczkolwiek, nie wiem w którym dokładnie momencie, zauważyłam, że w górnym zgięciu palca wskazującego (wybaczcie ten pokrętny opis, ale nie jestem anatomem) miałam wbitą podłużną drzazgę. Ból był bardzo rzeczywisty. Po wyjęciu intruza pokazało się trochę krwi, szczypało naprawdę mocno. //Tak na marginesie: Swego czasu przyśniło mi się, że oblałam sobie palec kwasem, we śnie piekło strasznie, tak bardzo, że w końcu się obudziłam... Po przebudzeniu wciąż czułam ból, wiecie dlaczego? Przez długi czas w nocy tak silnie zaciskałam dłoń, że głęboko (no, skóry nie przebiłam, ale kto wie, może w końcu by mi się „udało”) wbiłam sobie paznokieć w palec, który we śnie oblałam tą żrącą substancją. //

*

A potem... potem wydaje mi się, że przyśniło mi się (w tym dzisiejszym śnie), że poszłam spać, ewentualnie, że zaczęłam grać, albo po prostu zaczęłam zupełnie nowy sen. Otóż:

Dzień był wyjątkowo ciepły, pełen słońca. Trawy porastające pagórki zieleniły się, a w słońcu miały tak żywe barwy, że niemal raziły po oczach. Niebo było czyste, lazurowe, tylko gdzieniegdzie widoczne były popychane letnim wiatrem chmury. Płynęliśmy statkiem po wąskim kanale. Właściwie to chyba był okręt wojenny, ale raczej słabo uzbrojony, bo nie było widać żadnych dużych dział na pokładzie. Przechadzałam się swobodnie po pokładzie. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ludzi było sporo, praktycznie sami żołnierze, którzy rozmawiali między sobą. Weszłam po schodkach na nadbudówkę i oparłam się o pomalowaną na biało barierkę. Zresztą cała jednostka była biała, natomiast pokład i płaski dach nadbudówki, na której stałam, były wyłożone jasnym drewnem.

Okolica przez którą płynęliśmy była spokojna, prawie radosna, słońce oświetlało hojnie otaczające nas pola i łąki, gdzieniegdzie widać było domy, czy nieduże miasta. Wiatr był dość silny, ale ciepły, bawił się moimi długimi włosami.

Nagle przyśpieszyliśmy, a wokół dało się odczuć, że zbliża się jakieś niebezpieczeństwo. Już wcześniej w powietrzu czuć było jakieś oczekiwanie najgorszego, w tym tonie były prowadzone przez żołnierzy rozmowy, które do mnie docierały. Ale nie przejęłam się wtedy, ani teraz. Dookoła mnie zapanował pośpiech, wydawano rozkazy, i tak dalej. Usiadłam na metalowej balustradzie, o którą wcześniej już się opierałam; po to, żeby lepiej widzieć, co się dzieje. "Barka" zaczęła przyspieszać. Zobaczyłam przed sobą, błyszczącą w słońcu, nitkę kanału, który wił się między zielonymi pagórkami jak biało-niebieski wąż, opadając coraz to niżej. Przypominało to nieco zjazd z pochylni pełnej wody, jak w Lunaparku, tylko, że z serpentyną. I tak też się czułam, zamiast strachu przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, cieszyłam się tym wodnym slalomem. Pęd wiatru odgarniał mi włosy z twarzy.

Po chwili dopłynęliśmy do śluzy. Doszły mnie słuchy, że po drugiej stronie będziemy bezpieczniejsi. Jednak z nieznanej mi przyczyny coś się zepsuło, śluza po zamknięciu ani drgnęła; nie podniósł się poziom wody, ani obniżył. Po chwili otworzyły się wrota po drugiej stronie śluzy... i okazało się, że kanał został wysuszony, a na jego środku jak na szerokiej ulicy stał ogromny czołg z lufą wycelowaną prosto w naszą "barkę". Obawiam się, że czołgów było więcej, poza tym zawisł nad nimi uzbrojony helikopter. Tak, karabiny tego ostatniego również były wycelowane w nas.

No cóż, a później... później okazało się, że to była gra komputerowa, bo pojawił mi się interfejs. Co prawda nie było opcji nowa gra, wczytaj, itd. ale były inne. Jednak czułam, że przerzuciło mnie na początek gry.

*

Natomiast po przebudzeniu byłam mocno skołowana. Czułam się jakbym rzeczywiście była na tym statku. I nie byłam do końca pewna, co właściwie zaszło... Chwilę mi zajęło, zanim się zorientowałam, gdzie jestem, i że to co przeżywałam było snem, oraz to, że wbrew wszystkiemu (zwłaszcza odczuciu, że to, co było rano to wczoraj) wciąż jest wtorek.

Ellaine - 30 kwietnia 2010, 22:06

Mimo, że tak naprawdę nie lubię słońca, zauważam u siebie tendencję do coraz większych pokładów zrozumienia dla niego. A nawet czasem cieszę się z tego, że jest w dużych ilościach. Tak też było niedawno, kiedy w dzień wolny z własnej woli wstałam przed dziewiątą! O dziwo, z werwą opuściłam pielesze kilkanaście minut po siódmej.

Pogoda była doprawdy urocza i zachęcała do spacerów. Gdybym posiadała taki cud techniki, jak rower, zapewne bym z niego z chęcią skorzystała. Ponieważ jednak wehikuł takowy mam, lecz niesprawny, siłą rzeczy do spaceru użyć musiałam nóg mych osobistych. Wrzuciłam do torby niezbędne dokumenty, oraz dwie nie przeczytane książki, które może innym razem zdołam doczytać. Jednak od pewnego czasu staje się to niemalże niemożliwością, kiedy stale mam wypożyczonych około dwudziestu książek z czego ¾ to materiały na studia. Tu w formie komentarza - najlepiej zabrzmiałoby głębokie, teatralne westchnięcie, a potem równie teatralne stwierdzanie: Życie!

Droga do kancelarii parafialnej minęła mi nim się spostrzegłam. Chwilę spędziłam w jasnym, czystym pomieszczeniu biurowym, gdzie miła pani wypisała formularz potwierdzający moją przynależność do Wspólnoty. Biurokracja w czystej postaci, nikt nie przyjmie mi na wiarę, że jestem wierząca! Ale skoro trzeba, to trudno. Zresztą, tu wcale nie chodzi o ten świstek papieru, tylko o fakt, że będę mogła dostąpić zaszczytu i podjąć się odpowiedzialności bycia matką, póki co wyłącznie - matką chrzestną.

Rzuciłam okiem na wyświetlacz telefonu, mój jedyny miernik czasu jaki noszę przy sobie. Kiedyś, nim zdobyłam pierwszą komórkę, nosiłam zegarek na ręce. Ostatni, jaki miałam, był też najstarszym, obdarzony „duszą”, a nie z jakąś tam baterią! Kwadratowy z datownikiem zamiast piątki, poza tym był na materiałowym pasku, dzięki czemu mogłam łatwo dostosować obwód do mojego dość szczupłego (jak śmiem sądzić) nadgarstka. A przede wszystkim, odziedziczyłam go po Babci. Dlaczego go nie noszę? Cóż, problem z zegarkami z duszą jest taki, że ich naprawa mogłaby sporo kosztować. Może w przyszłości wydobędę go z zakamarków zapomnienia i zaniosę do zegarmistrza, póki co - spoczywa w spokoju.

8:30. Do otwarcia biblioteki miejskiej pozostało pół godziny. Przypuszczam, że odległość jaka mnie dzieliła od niej, byłabym w stanie przebyć w dziesięć minut. Przypomniała mi się wtedy książka Paulo Coelho „Pielgrzym” i zamieszczone tam „Ćwiczenie Szybkości”, jeśli dobrze pamiętam nazwę (a czytałam to kiedyś tam, czyli dawno i nieprawda). Ruszyłam przed siebie, najwolniej jak potrafiłam. Po drodze obserwując całe piękno zieleniejących drzew i krzewów, podziwiając z zachwytem soczystość kolorów jaka wypełniała całą otaczającą mnie okolicę. Wsłuchiwałam się w ptasi trel, próbując dostrzec tych małych śpiewaków. Zauważyłam jedynie pasącą się nieopodal kościoła srokę, a kawałek dalej przez dłuższą chwilę obserwowałam idącą ulicą sierpówkę. Szczęśliwie umknęła na pobliskie drzewo przed nadjeżdżającym samochodem.

Przystanęłam zaskoczona, widząc nieopodal jednego z wejść do parku drogowskaz z zawieszoną na nim mapą. W centrum miasta próżno szukać mapy Śródmieścia, a tutaj, na peryferiach... skąd się ona wzięła? Podeszłam do ciemnego słupa, zaciekawiona zjawiskiem. Na mapie zaznaczono trasę rowerową, biegnącą przez parę dzielnic, a zaczynając się niedaleko miejsca, w którym stałam. Po przestudiowaniu planu, uniosłam wzrok na zawieszone tabliczki u szczytu drogowskazu. Uśmiechnęłam się lekko, dostrzegając fantazję twórcy. Tabliczki przywieszone zostały do słupa za pomocą metaloplastyki, przedstawiającej welocypedy. Cóż, nic dziwnego, skoro wskazywał trasę rowerową! Przyjemny dla oka akcent.

By jeszcze bardziej opóźnić marsz, weszłam do parku, gdzie alejki wiją się szerokimi zakosami pomiędzy starymi drzewami. Owszem, gdzieniegdzie wyraźnie widoczne są też i wydeptane ścieżki przez ludzi, którym się spieszyło i idąc parkiem starali się skrócić, a nie wydłużyć, drogę. Mnie tymczasem nigdzie się nie spieszyło, wciąż miałam nadmiar dwudziestu minut. Między drzewami dostrzegłam kolejnego pasącego się ptaka, którego gatunku nie potrafiłam odgadnąć. Po dłuższej obserwacji doszłam do wniosku, że być może to jest gołąb, z tym, że od pospolitych gołębi miejskich odróżniało go bardziej jednolicie szare ubarwienie na skrzydłach i wyraźne białe plamy na bokach szyi, tworzące niemal pół-obrożę, jak u sierpówki. Poza tym wydawał się większy od zwykłego gołębia. Później przeszukałam Internet w poszukiwaniu odpowiedzi; prawdopodobnie było mi dane widzieć gołębia grzywacza.

Zostawiłam go samemu sobie po dłuższym kontemplowaniu jego obecności w parku. Skierowałam się szerokim łukiem, bo tak biegła alejka, w stronę jednego z wyjść. Jednak po drodze mijałam pusty plac zabaw. Ostatecznie, wciąż jeszcze był rok szkolny, w dodatku dzień powszedni. Nic więc dziwnego, że o tej porze w parku nie było dzieci, które mogłyby bawić się na placu. Mnie natomiast zrodziła się, gdzieś w tyle głowy psotna myśl...

Nie mogło być lepszej okazji... Spokojnym krokiem podeszłam do huśtawki. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz miałam możliwość, by poczuć ten jedyny w swoim rodzaju wiatr, tę nieważkość... i pozwolić przez chwilę myślom odpocząć. Jednak po chwili odetchnięcia, rozmyślanie poszło nieprzyjemnym torem. Najwyraźniej myśli nie chciały odpoczynku, doszły do okropnego wniosku. Obliczyły pewną kwestię w bardzo niekorzystny dla mnie sposób. Doszukiwanie się symboli i związków między przypadkowymi zdarzeniami czasem bywa pomocne, czasem zgubne, a czasem po prostu idiotyczne... Z tą myślą zatrzymałam się, starając się odgonić myśli o śmierci. Chociaż może rację ma mąż kuzynki, kiedy powiedział dzisiaj: „A może śmierć to jest coś najlepszego, co spotka nas w życiu?” Dowiem się o tym, w swoim czasie,... jak każdy.

Zostawiłam za sobą park, dzieliło mnie już tylko kilkadziesiąt kroków od biblioteki umieszczonej w skrzydle szkoły, do której uczęszczałam. Szkoła rosła wówczas z każdym rokiem, będąc w permanentnym stanie budowy. Zresztą prace budowlane zakończono parę lat po moim opuszczeniu gościnnych murów owej podstawówki. Natomiast w bibliotece znalazłam się chwilę po dziewiątej.

I tak oto w jeden z ostatnich kwietniowych dni ćwiczyłam szybkość.
Byłam szybka, niczym wiatr i punktualna, jak szwajcarski zegarek. Jakby na to nie patrzeć - dotarłam na czas.

Ellaine - 2 maja 2010, 19:09

Średnio mam dzisiaj wenę do pisania na blogu, ponieważ wykorzystuję ją bezlitośnie do innych celów. Wreszcie! Po sześciu latach wiem, czego chcę od wymyślonego dawno temu tekstu... I nawet znalazłam odpowiedni sposób realizacji. Co z tego wyjdzie? Dowiem się, kiedy skończę.

Tymczasem pochwalę się Wam moim siostrzeńcem, który za parę tygodni będzie też moim chrześniakiem. Zdjęcie jest o tyle fajne, że mnie niezbyt widać. Młodego też nie za bardzo, ale nosek mu wystaje spod rożka. Zresztą na razie jest dość... standardowy w wyglądzie, że tak się brzydko wyrażę.

Swoją drogą, ponoć dobrze działam na dzieci, a przynajmniej na to jedno konkretne. Młody miał "pijacką" czkawkę, kiedy przyjechaliśmy do nich na urodziny siostry. Szwagier dał mi synka na ręce i kazał trzymać, z tekstem, że nie zaśnie dopóki mu nie przejdzie. Po dłuższym czasie mu ta czkawka przeszła, a potem bez większych zgrzytów zasnął mi na rękach. Ba! Zanim zasnął to nawet uśmiechnął się do mnie, albo tak usta wykrzywił, że wyglądało jak uśmiech. Nie orientuję się od kiedy niemowlęta uśmiechają się świadomie.
Nawet stwierdzili, że może mnie zatrudnią na niańkę... Nie wiem, czy bym chciała. Ale... jeśli zaproponowaliby mi w zamian wikt i opierunek, hm... Nie, to raczej by nie wypaliło, pewnie by im nie pasował lokator śpiący w salonie na kanapie. Zresztą, mniejsza o to. Pokażę Wam zdjęcie i idę dalej zajmować się tekstem.

Antoni i ja.

Godzilla - 2 maja 2010, 21:47

Bardzo fajny pysio z tego rożka wystaje. Kiedyś twierdzono, że dzieci "świadomie" (cokolwiek miałoby to znaczyć) uśmiechają się chyba od szóstego tygodnia. Ale kiedyś też uważano, że noworodek nie widzi i nie słyszy, i wierzono "słusznie i naukowo" w stek innych bzdur. Znajome mamy twierdzą, że ich maluchy uśmiechały się o wiele wcześniej (nawet w pierwszym tygodniu), i na pewno nie robiły tego, kiedy im było źle. Tak że owszem, mały najwyraźniej uśmiechnął się do Ciebie.

Czkawkę to one mają regularnie. Mojemu starszemu dziecku na dodatek często drżała bródka i wyglądał bardzo nieszczęśliwie, aż babcia i ciocia się martwiły o tego "niesporczaka". Ale niesporczakowi wszystko ładnie przeszło. Teraz są inne problemy: jest uparty, kłóci się z siostrą i nie chce odrabiać lekcji :wink: Tak że wszystko przed Wami :mrgreen:

Ellaine - 2 maja 2010, 21:53

Młodemu też broda drga, jak śpi. Widziałam, bo później jeszcze miałam go do dyspozycji. Siedziałam z nim na rękach przez długi czas na fotelu i pilnowałam mu snów, żeby dobre były. A siostra mówiła, że w szpitalu pielęgniarki przechrzciły go mianem "trzęsibródka" :)

No, jak to będzie później to wiadomo - wyjdzie w praniu. Na razie jest uroczy. A jaki będzie potem, czas pokaże. Ja się postaram w miarę możliwości go do książek zachęcać, zwłaszcza fantastycznych ;)) No i póki co noszę się z zamiarem napisania bajki dla niego, a Matrim mi w tym wydatnie pomógł, podsuwając świetny pomysł, który muszę przemyśleć i nie zepsuć :D

Godzilla - 2 maja 2010, 21:56

Będzie fajnie, jak się zacznie do Was odzywać, gugać i gaworzyć po swojemu. Zawsze mi się to bardzo podobało. Koniecznie z nim trzeba rozmawiać. Kto inny będzie Cię słuchał z taką uwagą?
hijo - 2 maja 2010, 22:00

Godzilla napisał/a:
Czkawkę to one mają regularnie.
potwierdzam, doświadczam na bieżąco :) brzmi to mega zabawnie w wykonaniu Przyszłości...
Ellaine - 2 maja 2010, 22:04

Godzilla napisał/a:
Kto inny będzie Cię słuchał z taką uwagą?

No tak, co racja to racja :)

Młody też brzmiał zabawnie z tą czkawką. Ale aż szkoda go było, mam nadzieję, że to nie jest dla nich zbyt bolesne, czy coś?

Godzilla - 2 maja 2010, 22:06

Podobno nie jest.
Ellaine - 2 maja 2010, 22:08

Aha. No to w takim razie mam nadzieję, że rzeczywiście nie jest.
Matrim - 3 maja 2010, 00:02

Ellaine napisał/a:
a Matrim mi w tym wydatnie pomógł, podsuwając świetny pomysł, który muszę przemyśleć i nie zepsuć :D


O kuna... :shock:

:mrgreen:

Rafał - 3 maja 2010, 01:17

Godzilla napisał/a:
kiedyś też uważano, że noworodek nie widzi i nie słyszy, i wierzono "słusznie i naukowo" w stek innych bzdur.
Ano, jak się urodziła moja pierwsza córeczka, to po udanym podstępnym wbiciu się na oddział jak mnie usłyszała to się pierwszy raz uśmiechnęła :D
Ellaine - 3 maja 2010, 09:20

Matrim napisał/a:
O kuna... :shock:

Gdzie? ;)

Rafał, też fajnie :)

Piech - 3 maja 2010, 09:29

Najlepiej stanąć w oknie albo naprzeciw lampy, tak żeby twarz była dobrze oświetlona, i trzymać dziecko kilkadziesiąt centymetrów od twarzy. Uśmiech na widok twarzy jest u małego dziecka automatyczny.
Matrim - 3 maja 2010, 10:58

Ellaine napisał/a:
Gdzie? ;)


Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie... :)

Kai - 3 maja 2010, 13:31

Rafał, chyba jesteś tatusiem z powołania :)
Ellaine - 10 maja 2010, 19:50

Odprężenie i uspokojenie, jakie uzyskałam dzięki parodniowej obecności i bliskości Lubego, niestety znikło tuż po powrocie szarej rzeczywistości. Ale weekend był wprost cudowny! Najpierw spędziliśmy urocze popołudnie u mojej siostry. Następnego dnia spacerowaliśmy w słońcu po okolicy, racząc się lodami z maszyny deliberowaliśmy nad powodem powstania stawu Janina. Niestety, co do lodów, to już nie te włoskie lody, co kiedyś, ale nie były takie złe - na szczęście. Zdaje się dwa lata temu, w wakacje, ze znajomymi mieliśmy okazję jeść prawdziwie włoskie lody w okolicy chorzowskiego parku (zwanego także WPKiW). W dodatku nawet mały lód tam był duży, a duży chyba musiał być gigantyczny.
Jeśli zaś chodzi o rozmyślania na temat pochodzenia stawu to doszliśmy zgodnie do wniosku, że prawdopodobnie jest to zalane wyrobisko - być może była w tym miejscu odkrywkowa kopalnia węgla, ponieważ nawet osunięcie się ziemi spowodowane zapadnięciem się chodników nie mogłoby być aż tak regularne. Staw jest niemal idealnie prostokątny, na rogach tylko trochę zaokrąglony. (Chyba, że uregulowano staw, kiedy budowano tutaj ośrodek wypoczynkowo-rekreacyjny, bo kto wie, jak stary to staw jest)

Popołudnie natomiast spędziliśmy w Silesii CC, Luby chciał znaleźć dla mnie prezent urodzinowy, ale niestety nie byłam pomocna. Sam niech coś wykombinuje. (Za to wpadłam na pomysł, że może rodzeństwu zasugeruję, co bym chciała dostać... Choć z drugiej strony, książek nieprzeczytanych mam dostatek... Zbieram "Historię życia prywatnego", mam już trzy tomy i ani jednego jeszcze nie ruszyłam. Niestety. Ale tu nie o to chodzi, po prostu od ponad pół roku chodzi za mną myśl, że chciałabym mieć książkę pt. "Chopin w kulturze polskiej". To będzie głupie, ale zapytam brata, czy coś dla mnie ma, jeśli tak, trudno, jeśli nie to rzucę tytułem. Głupie to, bezdennie, ale cóż...)

Przechadzając się po Silesii pokazałam Lubemu nawet legendarną Bierhallę. Tak po prostu, żeby wiedział. A później obejrzeliśmy film: "Jak wytresować smoka" (ale nie w 3D, mnie nie zależało na super-bajeranckich efektach, a Luby odchorowałby je okropnym bólem głowy. Cóż, gra była niewarta świeczki, a i wyszło oszczędniej). A z tego filmu całkiem przyjemna bajka jest. Jednak to tyle, co tutaj mam na ten temat do powiedzenia, w końcu nie będę zdradzać tajemnic, i tak dalej.

W przeddzień wyjazdu Lubego udało nam się spotkać z Lucyferią. Poszliśmy do herbaciarni - Fanaberii, o której już tu wspominałam. Wypróbowaliśmy kolejne trzy rodzaje herbat. Przyjaciółka wybrała herbatę czarną, truflowo-truskawkową, Luby jakiś gatunek wietnamskiej - jej aromat dziwnie mi się z rybą kojarzył. Luby także stwierdził, że smakuje ona nieco, jakby ktoś ugotował wodorosty, w które zawija się sushi (nigdy nie miałam jeszcze przyjemności jeść sushi, ale on miał, więc mu wierzę). Natomiast ja wybrałam mieszankę dwóch zielonych herbat z wieloma owocowymi i kwiatowymi akcentami. Mieszanka miała uroczą nazwę: Mona Lisa. Przy okazji uraczyliśmy się tradycyjnym tureckim ciastem, które co dziwne nazywało się - Marlenka. Ale było smaczne, polecam.
Ponieważ po tej zadumie nad czarkami-muszlami, doszliśmy do wniosku, że osiemnasta to młoda godzina - postanowiliśmy zmienić lokal. Poszliśmy w miasto, w poszukiwaniu miłych knajp. I tak schwyciliśmy chwilę! A właściwie dzień, wylądowawszy w Carpe Diem. Tam zdarzyła się nam dość zabawna sytuacja. Wyekspediowałyśmy Lubego do baru, by zamówił dla nas złoty trunek. Luby powrócił do nas z zamówieniem i uśmiechem od ucha do ucha. I tak oto rzekł:
- Barmanka zapytała, czy macie dowody - zaśmiał się lekko.
- O, jakie to miłe! Dawno nikt mnie nie pytał o dowód - stwierdziła Lucyferia. A ja uśmiechnęłam się szeroko.
- Uroczo. A mamy jej pokazać? Wyjąć i pomachać? - zapytałam ze śmiechem.
- Nie, nie musicie. Powiedziałem jej, że gdybym zgolił wąsy i brodę też by mnie pytała o dowód.
Ubawiliśmy się setnie. Lucyferia stwierdziła, że jej o dowód nie pytają, bo bywa w takiej knajpie, gdzie nikt nikogo o dowód nie pyta. Mnie nie pytają, bo rzadko kupuję piwo, ostatnim razem - zdaje się półtorej roku temu, kiedy kupowałam dla panów na prezent świąteczny dwie małpki - sprzedawczyni, która nota bene jest rówieśniczką mojej siostry i chodziła z nią do klasy:
- Ciebie, Aniu, chyba nie muszę pytać o dowód? Skończyłaś osiemnastkę?
- Tak, już parę lat temu nawet.
Na poważnie, to tylko raz mnie poproszono o dowód, i musiałam go pokazać, bo inaczej bym nie dostała zamówienia (i dobrze, w gruncie rzeczy). To było na poważnie, ale o tyle zabawne, że to był dokładnie dzień moich dwudziestych pierwszych urodzin.
Później znów postanowiliśmy zmienić lokal.
- To gdzie idziemy? - zapytała Lucyferia.
- Hm, może do Starej Bramy? - rzucam propozycją.
- Nie ma już Starej Bramy.
- Och, to może Belka?
- Nie ma Belki.
- Kochanie, kiedy ty ostatni raz wychodziłaś z domu? - zapytał z przekąsem Luby.
- Och, po prostu nie chodzę po knajpach! - zaperzyłam się. W końcu nieznajomość miejsc rozpusty powinna o mnie dobrze świadczyć, a nie świadczyć przeciwko mnie, prawda? Po paru próbach jednak przypomniały mi się miejsca, w których byłam z koleżankami, i nawet wciąż istnieją. Akurat tak się złożyło, że jedno z nich znajdowało się rzut beretem, skręciliśmy w ulicę odchodzącą w lewo od 3ego Maja i tym prostym sposobem, wylądowaliśmy w Red Pubie. Klimatyczne miejsce.
Usiedliśmy w spokojnym kątku, na wygodnych pufach, a po drugiej stronie pod ścianą stało krzesło, właściwie fotel. Drewniany z materiałowym obiciem siedziska i oparcia.
- Spójrzcie, prawie jak krzesło Stańczyka - głośno wyraziłam skojarzenie.
- Faktycznie - zgodzili się ze mną. - Tylko tamto stało chyba odwrotnie - zauważa Lucyferia.
- No tak, ale można by usiąść w nim, tak jak Stańczyk, zrobić zdjęcie a potem odbić je w poziomie - stwierdziłam, nie widząc żadnego problemu. Przyznali mi rację, ale żadne z nas ostatecznie nie udawało Stańczyka. Zdjęć też nie było, po prostu nie ruszyliśmy się z zajmowanej przez nas niszy.
Ostatecznie przy rozmowie i piwie tak miło mijał czas, że ani się obejrzeliśmy, a musieliśmy się rozstać, gdyż w innym wypadku z Lubym nie mielibyśmy powrotnego autobusu. Niestety, największym mankamentem katowickiej komunikacji miejskiej jest absolutny brak nocnych kursów. Niestety, po dwudziestej drugiej są ostatnie kursy, później w większości autobusy startują dopiero tuż przed, lub tuż po piątej.

Odprowadziłam dziś Lubego na pociąg, i rzeczywistość szara powróciła. Znów mam nerwy napięte do ostateczności, cała radość gdzieś prysła jak mydlana bańka. A świadomość, że w pewnych momentach moje życie jest podobne do skeczu Monty Pythona wcale nie poprawia humoru.
Nie żebym nie lubiła Monty Pythona, bynajmniej! a nawet wręcz przeciwnie. Jednak wierzcie, co innego oglądać skecze tych zwariowanych pozytywnie Brytyjczyków, a co innego być częścią takiego skeczu. Na przykład takiego, jak mieli o pociągach (zresztą, fakt ten został zaobserwowany przez Lubego, ponieważ wcześniej tego akurat skeczu nie znałam. Mam niewybaczalne braki, jeśli chodzi o znajomość Latającego Cyrku Monty Pythona).

- O której jedziecie? - zapytał stary, jakby nigdy nic, zaglądając do kuchni, gdzie kończyliśmy śniadanie. Wiszący zegar sugerował*, że już dawno jest po wpół do szóstej.
- Sześć-setką*, o 6:10 - odpowiadam, popijając sok.
- A dlaczego nie Dwunastką? Jedzie pod sam dworzec.
- Jest dokładnie o tej samej porze w centrum, co i Sześć-setka - odpowiadam. "Jestem oazą spokoju... (...) kwiatem lotosu na (...) tafli jeziora"
- Ale wysiądziecie pod dworcem - upiera się.
- Straszne - mruknęłam pod nosem, starając się nie rzucić mięsem. - Bo z Mickiewicza idzie się dziesięć minut na dworzec... - sarknęłam. Spoglądam na Lubego, ten nie kryje uśmiechu, a ja bynajmniej nie staram się ukryć zirytowania. Zdecydowanie, nie chcę żyć w świecie rodem z Monty Pythona...

- Co tam u "Monty Pythona"? - pyta Luby, po oznajmieniu mi, że dotarł cały i zdrów na drugi koniec Polski.
- W porządku. Irytujący, jak zawsze.

(*piszę "sugerował", ponieważ zegar spieszy o dobrych kilka minut.
*potoczna nazwa linii autobusowej, która nie jest linią nr "600", jak mogłoby się wydawać, ale jej liczba po prostu zaczyna się od sześćset.)

***

Czasem, w przypływach jakichś rodzinnych uczuć, zastanawiam się, kiedy do tego doszło, że osoba, która (jakby na to nie patrzeć) przyczyniła się do mojego pojawienia się na świecie stała się dla mnie zupełnie obca i obojętna. A to, że się przyczyniła trudno zapisać jej na koncie zasług, zwłaszcza patrząc na to, co ze mnie wyrosło...
Czasem czuję się odrobinę winna z powodu braku cieplejszych odczuć w stosunku do niego, choć tak naprawdę wiem, że to nie ja zawiniłam, i nie ja na każdym kroku podkopywałam zaufanie i szacunek, jakim darzyłam go, kiedy kochałam go bezwarunkową miłością, jak chyba każde dziecko. Cóż, tak to już jest, jak przestaje się być dzieckiem... I choć szanuję prawa innych do życia i szczęścia, to jednak jestem zdania - i tego zdania nie zmienię - że na szacunek i zaufanie, trzeba sobie zasłużyć, i że wcale nie jest to takie proste. Owszem, ma prawie 60 lat na karku, ja jestem prawie trzy razy młodsza, i temu nie zaprzeczę w żadnym momencie. Z drugiej strony, skoro ja mam go szanować, to on mnie też powinien. To chyba uczciwy układ, czyż nie?

Dobra, mniejsza o to, dość tej ruskiej filozofii, jak to mawiała moja Mama! Tak, od dziecka miałam, że dużo myślałam i pozwalałam myślom uciekać aż za daleko. Mama ostudzała mnie tekstem, że jestem "ruskim filozofem". Nigdy nie dowiedziałam się, dlaczego akurat ruskim, a nie na przykład nepalskim...

hijo - 12 maja 2010, 21:44

Ellaine napisał/a:
Jeśli zaś chodzi o rozmyślania na temat pochodzenia stawu to doszliśmy zgodnie do wniosku, że prawdopodobnie jest to zalane wyrobisko - być może była w tym miejscu odkrywkowa kopalnia węgla, ponieważ nawet osunięcie się ziemi spowodowane zapadnięciem się chodników nie mogłoby być aż tak regularne. Staw jest niemal idealnie prostokątny, na rogach tylko trochę zaokrąglony. (Chyba, że uregulowano staw, kiedy budowano tutaj ośrodek wypoczynkowo-rekreacyjny, bo kto wie, jak stary to staw jest)
posznupałem i znalazłem :twisted:
wikipedia napisał/a:
W roku 1977 kopalnia Staszic rozpoczęła budowę ośrodka w celu zapewnienia miejsca do wypoczynku i rekreacji dla swoich pracowników i mieszkańców osiedla Giszowiec. W ośrodku stworzono dogodne warunki do uprawiania sportów organizowano także festyny, gry i zabawy. Kompleks podzielony został na sześć części: kąpielisko, teren spacerowo-wypoczynkowy, tereny sportowe, miejsce rozrywek, teren zabaw dziecięcych i handlowo-usługowy.

Ellaine - 12 maja 2010, 21:59

To, to i ja też wiem, hijo. Wbrew pozorom potrafię korzystać z Google ;)
Ale nie napisali czy staw (właściwie stawy, drugi jest głębiej w lesie ukryty) istniał już wcześniej, czy go wykopano, kiedy budowano Ośrodek Rekreacyjno-Wypoczynkowy Janina-Barbara. Z którego szczerze mówiąc to zostały stawy, plac zabaw i knajpa. ;)

hijo - 13 maja 2010, 06:24

Ellaine, myślę że wszystko powstało wtedy łącznie ze stawami
Ellaine - 13 maja 2010, 13:20

Być może. Szukałam informacji na ten temat, ale wszystkie były równie lapidarne jak ta, którą przytoczyłeś.
A mnie na uczelni powtarzali, aż do znudzenia, że należy sprawdzać informacje w co najmniej dwóch niezależnych od siebie źródłach, by móc uznać, że informacja jest prawdziwa. Niestety o ośrodku znajduję tylko tę jedną, więc nie mam zamiaru wyrażać żadnych ostatecznych wniosków. Mam tylko parę prawdopodobnych hipotez, których nie mam jak sprawdzić. Np. prawdopodobne jest, że stawy powstały w miejscach dawnych wyrobisk (albo w nieckach po osunięciu się zmieni po zawale chodnika), a podczas budowy ośrodka zostały pogłębione, uregulowane, czy coś.
Żeby się dowiedzieć powinnam może znaleźć plany budowy ośrodka, mapy i inne takie. Ale szczerze? Nie mam na razie czasu, żeby poświęcić go na jazdę do Archiwum ;)

hijo - 13 maja 2010, 21:28

Ellaine, postaram się zajrzeć do kilku książek o historii Katowic, które gdzieś się kurzą w domu rodziców - może tam znajdę
Ellaine - 14 maja 2010, 08:18

Chciałam też poszperać po książkach, ale niestety posiadam tylko historię Katowic wydaną w roku 1976, czyli rok przed rozpoczęciem budowy ośrodka. Natomiast poszperałam w Internecie w poszukiwaniu starych map.

Zanim jednak je pokażę, dam tutaj linkę do widoku współczesnego, bo nie wszyscy muszą wiedzieć, gdzie to leży - chociaż hijo pewno wie :)
Widok współczesny.

A poniżej prezentuję znalezione w Internecie mapy z roku 1914, 1942 i 1960.

Mapa Giszowca z 1914 roku - czyli zrobiona 4 lata po powstaniu Giszowca.


W zachodnich sektorach oznaczonych liczbami 29-33 zaznaczona została rzeczka. Jak widać doskonale, brak na niej jakichkolwiek stawów. Z innych stawów, które są na terenie Giszowca - na północy (sektor 40) znajduje się staw Małgorzata. Natomiast nie ma stawu, który znajduje się za moim osiedlem (sektor 14).

Mapa Katowic z 1942. Sytuacja jest dokładnie taka sama. (Jeśliby narysować na tej mapie układ współrzędnych, tak by dzielił ją na równe ćwiartki, to Giszowiec znajduje się w III ćwiartce blisko osi rzędnych)

Natomiast udało mi się znaleźć mapę Giszowca z 1960 roku, która obejmuje również interesujący nas obszar:

Na północy: Staw Małgorzata. Na zachód - w sektorach, które były na mapach z 1914 i 1942 oznaczone liczbami 29-32 wyraźnie widoczne są dwa, nieduże stawy. Bliższy zabudowaniom to staw Janina, a bardziej oddalony na zachód - Barbara. Natomiast na południu, w sektorze oznaczonym na mapach niemieckich nr 14 - pojawił się staw Górnik.

Wynika z tego, że w pierwszej połowie XX wieku na terenie wsi Giszowiec poza stawem Małgorzata nie było innych większych zbiorników wodnych. Pojawiły się one później. Pytanie jednak pozostaje takie samo: w jaki sposób? Czy są efektem szkód górniczych, które zostały wypełnione wodą niesioną przez zaznaczone na wszystkich mapach cieki wodne, czy może zostały zbudowane. Jeśli tak, to przez kogo i w jakim celu?

Według mnie można jednak z całą pewnością odrzucić tezę, że stawy Janina i Barbara powstały w 1977 - kiedy KWK Staszic rozpoczęła budowę ośrodka, ponieważ stawy te istniały wtedy od, co najmniej, 17 lat.

Matrim - 14 maja 2010, 08:43

Quot erat demonstrandum ;)
Rafał - 14 maja 2010, 09:15

Kopalnia rewelacyjnych map w niezłej rozdzielczości: Archiwum Map Zachodniej Polski (AMZP)
Ellaine - 14 maja 2010, 09:54

Właśnie z tego Archiwum, który podałeś, Rafale, pochodzi pochodzi zaprezentowana przeze mnie mapa Katowic z 1942.
edit: dla terenów, które mnie interesują niestety AMZP nie posiada mapy z innego roku.

Ellaine - 17 maja 2010, 08:35

Spacerem przeszłyśmy pod farny kościół, było trochę chłodno i mżyło nieprzyjemnie. Po chwili jednak kapuśniak ustał i mogłyśmy złożyć parasolki. Siostra musiała dopełnić w kancelarii formalności przed chrztem, więc zostawiła mnie w towarzystwie siostrzeńca. Spał. - To może trochę potrwać, jest kolejka - uprzedziła siostra.
Młody spał, więc ruszyłam w podróż dookoła kościoła. Czułam się nieswojo, jakbym chodziła po cmentarzu...

Kościół znajduje się na szczycie wzgórza tuż przy Rynku, natomiast na stokach mieści się cmentarz. Idąc po schodach do bocznego wejścia świątyni – przechodzi się koło grobów. Okrążając go – mija się nagrobki niemal z każdej strony. Gdzie człowiek nie spojrzy, tam groby... „Droga stąd już tylko w dół, w uścisk gliny, pleśni plusz, pomiędzy groby, których nie ma już”, mimochodem przypomniały mi się słowa Murów ’87. Osiemdziesiąt siedem, nic tylko prychnąć pod nosem – mój rocznik; poczarnobylskie skażone nasienie.

Rzuciłam okiem na tynkowane na jasnożółty kolor ściany kościoła. Przystanęłam zaskoczona. „Tu spoczywa...” – czytam napis na szarej płycie nagrobnej wmurowanej w świątynię. Rozglądam się po ścianie. Wzrok pada na czarny marmur, i kolejny... Idę ostrożnie wzdłuż ścian, uważnie czytając. Na niektórych płytach niemieckie napisy. Nawet kościół cmentarzem. Siostrzeniec mruknął przez sen, przywracając mnie do rzeczywistości. Spojrzałam na niego, nie obudził się. Obejrzałam się wokół, siostry nie było jeszcze widać.

Kolejna rundka wokół kościoła. Nieostrożnie spojrzałam na mijane groby, nieszczęśliwie wzrok mój padł na kwatery dziecięce; niczym nie różniące się daty urodzin i śmierci. Zacisnęłam mocniej dłonie na uchwycie wózka, odwracając głowę z wewnętrznym bólem. Pomyślałam ciepło o maleństwach, które tam złożono i o nieszczęsnych rodzicach... Spojrzałam na nieświadomego niczego siostrzeńca, pogrążonego w spokojnym śnie, życząc mu wielu lat w zdrowiu.

***

Znów jechałam do siostry, by wieczorem pójść na katechezę przedchrzcielną. Ponieważ jechałam z centrum, miałam ponad pół godziny na czytanie książki. Ostatnio częściej przesypiałam podróże autobusami, więc postanowiłam, że najwyższy czas spożytkować bardziej owocnie ten czas. W trakcie lektury trafiłam na cytat, który od razu mi się spodobał. Prawie, jakby autor pisał nie tylko o bohaterze, ale też i o mnie:
"Nie był pewny, czy lubi ludzi, ale ich losy interesowały go bardziej niż cokolwiek innego.""Budapeszt Noir", Vilmos Kondor, Warszawa 2009, s.53.
To jedno zdanie wiele tłumaczy, zwłaszcza to, dlaczego wylądowałam na historii zamiast na filologii polskiej. I dlaczego tak bardzo przejęłam się pewną dziewczyną. Pewno mi to minie, bo widzę, że cokolwiek do niej pisałam – albo jej nie obchodzi, albo dobrze ukrywa to, że cokolwiek do niej trafiło.

Parę dni temu weszłam na link podany przez jednego z użytkowników forum. To był blog dziewczyny, która opisywała tam swoją dietę. Po chwili przeglądania kolejnych wpisów dotarło do mnie, co naprawdę czytam. Blog dziewczyny popierającej ruch pro-ana. Pierwszy raz się z tym zetknęłam, ale szybko zrozumiałam w czym rzecz. I niemal złapałam się za głowę... Ruch propagujący anoreksję, jako świadomy wybór stylu życia. Anoreksja jako sposób na życie! Byłam w szoku, a na myśl przychodziły mi same niecenzuralne słowa.
„Chcę być chuda!” Jedno z wielu mott dziewczyn pro-ana.

Zostawiłam dziewczynie, której bloga przejrzałam najdokładniej – komentarz. W odpowiedzi na niego dostałam tylko: zaciekawił mnie ten komentarz. W sumie, czego więcej miałabym się spodziewać? Luby stwierdził, że gadaniem ich nie wyleczę. Pewnie też w żaden sposób nie pomogę. Szkoda, bo chciałabym móc pomóc. Jakby to określił jeden z moich bardziej cynicznych znajomych: jestem głupią altruistką. Zapewne ma rację. Altruizm to głupota, zwłaszcza, gdy tak naprawdę generalnie za ludźmi się nie przepada. Z drugiej strony, przecież nie wszystko musi być wykalkulowane na pewny zysk.

Najbardziej przeraził mnie jednak fakt, że większość z tych dziewczyn ma lat 15-19, ok. 170 wzrostu, i większość waży poniżej 60 kg; wszystkie oczywiście uważają, że są grube. Idąc tym tokiem myślenia to też jestem gruba, nawet bardziej od nich, bo niższa... taa, tu mi jedzie! I oczywiście nie da się ich przekonać, że wcale tak nie jest, jak one uważają.
Jasne, w ich wieku też uważałam, że jestem brzydka i ewentualnie zbyt okrągła... Ale właściwie to inne dzieciaki śmiały się ze mnie, bo nosiłam okulary i czytałam Wiedźmina, zamiast łazić po placu bez celu, czy pić i palić. Jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby się głodzić.
Skończyć ze sobą, czemu nie? jestem za! Ale jeśli już to możliwie szybko, a nie przez świadome odbieranie sobie przyjemności jedzenia. Zresztą, po tym jak przeczytałam w wieku 16 lat "Wilka stepowego", Hermana Hessego, doszłam do wniosku, że samobójstwo też jest średnio fajnym wyjściem. Chociaż Nietzsche miał rację, że myśl o tym, że można ze sobą skończyć pozwala przetrwać wiele złych nocy. Bo prędzej, czy później nadchodzą te lepsze i wtedy już nie trzeba o tym myśleć. Sprytne, prawda? Poza tym szlachetniej dać się pokonać życiu, niż z niego zrezygnować. Jak to mawiają: życie jest darem, a jak wiadomo: darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby...

W każdym razie: ruch pro-ana jest przerażający. Młode, ładne dziewczyny, o których w większości można by powiedzieć, że są inteligentne (gdyby się nie głodziły) uważają, że idealnie jest mieć 170 cm wzrostu i 45-40 kg wagi... bo przez lata w telewizji pokazywano anorektyczne modelki, na których ubrania „zawsze wyglądały dobrze” – bo wisiały jak na wieszakach. Dla tych dziewcząt nie ma kobiet szczupłych. Pokazują na blogach „thinspiracje” – wychudzone modelki vs. kobiety ważące powyżej 100 kg. Pewnie dla nich kobieta mająca 164 cm wzrostu i ważąca mniej więcej 57 kg jest gruba... Trudno!

W tym wszystkim rozbawił mnie tekst na jednym z blogów. Dziewczyna wyznaczała sobie kolejne cele: „55 kg: usiądę Jemu na kolanach. 50 kg: będzie mógł nosić mnie na rękach.” Dlaczego mnie to tak rozbawiło? Bogowie, gdybym ważyła i 30 kg to mój by nie nosił mnie na rękach, bo mu lekarz zabronił nadwyrężać kręgosłup. Ale na szczęście na kolanach mogę mu siadać. Zresztą, parę razy on siedział u mnie na kolanach... Cóż, cud, że mi nogi nie odpadły! Nie to, żeby był gruby, to po prostu facet, który wygląda jak facet. I dopóki lekarz mu nie zabronił, nosił mnie na rękach. Teraz też to robi, ale już wyłącznie metaforycznie.

Ellaine - 24 maja 2010, 19:55

Tyle mam do opowiedzenia, że nie wiem od czego zacząć. I nie mam nawet chwili, żeby spokojnie nad tym pomyśleć i opisać. Niby tylko przez weekend mnie nie było, a mimo to... No, nic. Usiądę, pomyślę, chyba będę musiała sobie na kartce najpierw wszystko napisać, a potem tutaj to przepiszę. Dziwne to trochę, ale trudno.

Przy okazji, wiedziona głupim impulsem założyłam blog przeciwko ruchowi pro-ana; Jakby ktoś zajrzeć to proszę bardzo: www.anty-ana.bloog.pl Nic nadzwyczajnego, więc też specjalnie nie zapraszam do czytania. Przypuszczam, że prędzej, czy później zlikwiduję ten blog. Jak mi przejdzie misyjny etap, i przejdę nad tym do porządku dziennego.

Martva - 24 maja 2010, 20:07

O ja. Parę w życiu razy próbowałam zapisywać co jadłam, żeby potem sprawdzić ile czego dostarczam w posiłkach, ale po 1,5 doby max zapominałam ;)
I tak na zachętę: jak się zaczyna a6w po raz tak mniej więcej 16, to już nie boli ^^

Ellaine - 25 maja 2010, 19:28

Martvo, dzisiaj bolało trochę mniej, ale tylko trochę. A co do zapominania tego, co się jadło... Abstrahując od tego, że wcale nie liczę tego, co i w jakich ilościach dostarczam organizmowi, to mimo wszystko jest całkiem dobry sposób ćwiczenia pamięci. Aczkolwiek zaśmiecam sobie tym umysł, ale co mi tam.

Dobra, tyle tego się działo w weekend, że muszę to podzielić na części, żeby nie było, że za długie posty wysyłam, i że się źle czyta z monitora, czy coś w ten deseń. To w takim razie idziemy chronologicznie. Ostatni czwartek:

***

Barbarzyńska pora, przed piątą budzik zadzwonił, chociaż cicho, delikatnie... niemal namiętnie, jakby chciał mi szepnąć do ucha, ciepłym oddechem owionąwszy szyję: Kochanie, już pora wstać. Otworzyłam oczy, przeciągając się leniwie w białej pościeli. Westchnęłam, bo obok mnie nie było Ukochanego, a na komodzie czarny telefon nucił cicho. Wyłączyłam budzik. Uniosłam spojrzenie na okno. Horyzont na wschodzie już jaśniał, pomimo chmur. Wiosna! Ach, to ty sprawiasz, że ptaki ćwierkają o trzeciej nad ranem. I dzięki tobie przed piątą jest już tak pięknie jasno!

Kilkanaście minut później niemal byłam już gotowa do wyjścia. Zamek zielonej torby uważnie został zasunięty. Bagaż nawet nie był wypchany za bardzo, w końcu to tylko wyjazd na weekend. „Po, co ty tam jedziesz? – jak zwykle mnie o to zapytał. – Przecież tu był niedawno! Ledwo dwa tygodnie temu!” Dlaczego on ma ten brzydki zwyczaj robienia awantur o byle co, tuż po piątej? Pokręciłam głową z dezaprobatą, sprawdzając, czy przypadkiem nie zapomniałam zabrać dokumentów. „Kiedyś nie było Internetu, telefonów, ludziom wystarczały listy! Nie jeździli do siebie” – słyszałam w głowie echo jego słów. Akurat! – prychnęłam pod nosem, formułując przy tym parę zdań, których nawet po sobie nie wypada powtarzać. Łatwo mu mówić, poznał Moją Mamę, kiedy już mieszkali w tym samym mieście.

- Nie daj się okraść! – pożegnał mnie jak zawsze.
- Cześć – machnęłam ręką, wchodząc do windy. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zaczęła cicho sunąć ku parterowi. Jeszcze mniej więcej miesiąc do końca semestru i nie będę go musiała oglądać przez bite dwa! Dwa miesiące!

***

Kolejka przy kasach nie była zbyt długa. Właściwie w górnym holu dworca ludzi też wielu nie było, nic dziwnego. Powódź. Pociągi z południa z trudem dojeżdżały do stacji docelowych. Spóźnienia były nagminne, na tablicy rozkładów przy jednym z pociągów widniała informacja o opóźnieniu: 180 minut. Ekspres. Zdecydowanie ekspres... Ludzie przede mną i za mną dyskutowali, jak odzyskać pieniądze za niewykorzystane bilety. Jaką trasę obrać, by dotrzeć do miejsca, gdzie im spieszno. A ja w duchu modliłam się, żeby mój pociąg nie miał problemów... W końcu podstawiany, no i nie jechał do Bielska-Białej, Krakowa, ani Warszawy.

Zauważyłam go już na peronie. Jak na mężczyznę – niewysoki, czyli tylko odrobinę wyższy ode mnie. Ubrany był dość jednolicie, w różnych odcieniach granatowego. Ciemną, wyglądająca na ciepłą, kurtkę miał zapięta pod samą szyję. Ale to nie jego strój zwrócił moją uwagę, tylko twarz. Wyglądał na obcokrajowca. Nie wiem czemu, obstawiłam na Filipiny. Miał ciemną karnację, czarne, krótko ścięte włosy, nieco wąskie, ciemne oczy. O, jakże później chciało mi się śmiać ze zbyt prędkich wniosków.

- Czy można? – zapytałam dwie panie w średnim wieku, które przede mną wsiadły do przedziału. Chwilę później zielona torba wylądowała na półce, a ja nie zdążyłam jeszcze się nawet porządnie rozgościć... kiedy do przedziału zajrzał „Filipińczyk” z tym samym pytaniem, co moje. Poczułam się nieco nieswojo, ale cóż, bywa.
Pociąg stał jeszcze chwilę przy peronie. Zrzuciłam niezobowiązujące, choć może trochę nazbyt wścibskie, pytanie: Daleko państwo jadą? Jedna z pań jechała do Częstochowy, druga do Włocławka, a „Filipińczyk” do Tczewa. Wyglądało na to, że z domniemanym obcokrajowcem przyjdzie mi spędzić ponad dziesięć godzin. Trudno.
Ledwie wyjechaliśmy z miasta, a deszcz zaczął lać rzęsiście. Pięknie... – mruknęłam do siebie, ułożywszy się wygodniej do snu. Jak zwykle ułożyłam torbę podręczną pod plecami, tak, by nie dało się wyjąć jej spode mnie bez mojej wiedzy. Zresztą, nie wydaje mi się, bym potrafiła w pociągu zasnąć zbyt mocno. Nigdy jeszcze nie przespałam miejsca, w którym należałoby wysiąść.

Podróż ciągnęła się, jak zwykle. Im dalej na północ, tym bardziej aura stawała się przyjaźniejsza. Zagłębiłam się w lekturze drugiego tomu Nocy Coruscant, bo przecież trzeba kiedyś oddać to, co zostało pożyczone. Hm... A Silmarillion, wciąż nieprzeczytany, stoi u mnie już trzeci rok, oj on do właściciela chyba wróci dopiero, kiedy się do niego przeprowadzę... Niespodziewanie lektura się zakończyła. Wspięłam się na siedzenie, by schować książkę i sięgnąć po trzeci tom. Przeczytałam parę rozdziałów i odłożyłam na bok. Może później...
Do miejsca przeznaczenia był jeszcze spory kawałek. Wyjęłam z torby niedokończone wciąż Lato, trzecią z moich czterech pór roku. Wyszywanie szło mi całkiem raźnie. Po jakimś czasie w przedziale został tylko domniemany cudzoziemiec i ja. A od Torunia słońce przyświecało nam łaskawie.

Nie pamiętam już, kto z nas zaczął rozmowę. Chyba pretekstem stała się wyszywanka, którą miałam w rękach. To całkiem możliwe. Już kiedyś tak mi się zdarzyło...
Pewien student z Bydgoszczy zagadnął mnie wtedy, mniej więcej tak: Chyba trzeba mieć do tego sporo cierpliwości? Później od słowa do słowa rozmowa potoczyła się tak płynnie, że wyznał iż jedzie do Bydgoszczy, po swoje rzeczy i żeby zamknąć kilka spraw, bo właśnie przeprowadza się na Śląsk. Był w Katowicach tylko na parę dni, żeby podpisać umowę wynajmu. Opuszczał rodzinną Bydgoszcz z miłości, ponieważ poznał gdzieś, kiedyś dziewczynę z Bytomia. Mówił, że wynajął mieszkanie w dzielnicy, gdzie i ja mieszkam. Nigdy więcej już go jednak nie spotkałam, ani w pociągu, ani w rodzinnym mieście.
A parę miesięcy później, doktor kulturoznawstwa z Pomorza stwierdził, że takie wyszywanki w cepeliach są sporo warte i czy nie myślałam, by w ten sposób zarabiać. Wspomniał później, że współpracował z Jerzym Hoffmanem, przy kręceniu „Ogniem i mieczem” - jeśli dobrze pamiętam. Opowiedział mi też, co nieco o Wale Pomorskim, wskazując za okno na jego pozostałości. A przy okazji „obraził” mnie niepomiernie, stwierdziwszy, że wyglądam na nauczycielkę. Do tej pory, nie jestem w stanie zrozumieć, co ten pan chciał mi przez to przekazać... Czy że wyglądam tak jędzowato, czy że tak niepozornie? W ogóle po czym poznać nauczycielkę?!

Wracając jednak do ostatniego czwartku. Rozmowa jakoś zaczęła się toczyć, a ja zdecydowanie musiałam odrzucić teorię o cudzoziemskości współpasażera. Okazał się być jak najbardziej Polakiem, prawdopodobnie urodzonym w Starogardzie Gdańskim. Oczywiście o moich wydumanych teoriach nie wspomniałam mu ani słowem. W każdym razie z jakiegoś powodu jechał do rodziców. W trakcie rozmowy dowiedziałam się jeszcze, że studiuje na drugim roku kierunku związanego z organizacją produkcji filmowej, jeśli dobrze zapamiętałam. Nigdy wcześniej nie spotkałam żadnego człowieka, który byłby z tym kierunkiem związany. Chociaż młodszy brat przyjaciółki przymierza się właśnie do takich studiów, po tym jak on i informatyka stwierdzili, że jednak do siebie nie pasują. Informatyka zrezygnowała z niego, a on z niej. I pewnie oboje są teraz z tego powodu zadowoleni.
Od słowa do słowa w rozmowie pojawiła się też kwestia moich studiów. Nieznajomy okazał się jedną z niewielu osób, która na słowa: Studiuję historię, nie wybałuszyła gał i nie powiedziała pełnego obrzydzenia: „Fuuu, historia!”. Była to – muszę przyznać – miła odmiana. Dowiedziałam się przy tym, że współpasażer miał wśród przyjaciół niedoszłego historyka. Jego kolega wybrał ten kierunek, bo bardzo chciał kontynuować rodzinną tradycję, jednak okazało się, że nie jest to coś, co i jego pociąga. I zrezygnował. Zresztą słusznie, nie warto się katować, czymś czego się nie lubi.

W każdym razie „Filipińczyk”, który nie był nim ani trochę, wysiadł w Tczewie, a ja zostałam w przedziale zupełnie sama. Nie martwiłam się tym zbytnio, gdyż od celu dzieliło mnie już tylko jakieś pół godziny. I w tym czasie jeszcze jedna osoba zwróciła uwagę na moje haftowanie, zaciekawiony jak długo wyszywa się taki obrazek. Pan w średnim wieku, ubrany w jasną marynarkę i z kremowym kapeluszem na niemal łysej czaszce, gdzieniegdzie jeszcze przyozdobioną białymi zupełnie włosami. W promieniach wieczornego słońca, które choć jeszcze nie zachodziło, ale już zmierzało w tym kierunku, wyglądał bardzo przyjaźnie. Z delikatnym uśmiechem na przystojnej, choć poznaczonej już licznymi zmarszczkami, twarzy.

***

Wreszcie! Jakiś czas wcześniej dałam znać Lubemu, w którym mniej więcej miejscu ma mnie oczekiwać. Trochę mi zajęło wysiadanie z pociągu, gdyż nie całkiem sprawny pan przede mną zaklinował sobie laskę między drzwiami wagonu a ścianą. Schyliłam się po nią i podałam wysiadającemu, także plecak, który zostawił na podłodze, by nie musiał się po niego naciągać. Podziękował mi skinieniem głowy i odszedł w swoją stronę. W końcu także zeskoczyłam ze schodków i znalazłam się wreszcie na gdańskiej ziemi.
Rozejrzałam się wokół za Lubym. Przecież kiedy pociąg hamował widziałam go jak tu stał! – pomyślałam. Dojrzałam w końcu jego plecy, oddalał się ode mnie coraz bardziej, idąc wzdłuż pociągu. Westchnęłam. Szybkim krokiem poszłam za nim.
- Hej! Gdzie idziesz?! – krzyknęłam za nim. Odwrócił się. – Mówiłam ci przecież, że drugi wagon od początku!
- Wszyscy wysiedli, a ciebie nie było nigdzie widać, zamierzałem pójść na tramwaj... – stwierdził kąśliwie.
- No wiesz, co? – prychnęłam, udając oburzenie. – Wracam do domu! Zaraz pewnie będzie jechał powrotny... O, panie konduktorze! – przyuważyłam kogoś z obsługi pociągu. Luby odciągnął mnie od zamiaru powrotu, zaczął się śmiać, zresztą ja również. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim dostałam od niego bukiecik ciemnofioletowych kwiatuszków. Chyba przed tą rozmową, bo miałam zamiar go nimi zdzielić za to, że chciał sobie pójść. W każdym razie bukiecik był uroczy, a jak rzekł Luby: „Idąc tutaj, zerwałem je z myślą o tobie. - po czym dodał, w odpowiedzi na moje powątpiewanie: - A dziwnym trafem starowinka siedząca w przejściu podziemnym sprzedaje identyczne...”

Martva - 26 maja 2010, 09:57

Cytat:
Martvo, dzisiaj bolało trochę mniej, ale tylko trochę.


Mówię o zaczynaniu po raz 16, a nie o 16 dniu ;) a co Cię boli? Mięśnie brzucha czy kręgosłup?

Ellaine - 27 maja 2010, 08:06

Cytat:
Mówię o zaczynaniu po raz 16, a nie o 16 dniu

Śmiem stwierdzi, że owszem, domyśliłam się. ;)
Co mnie boli, hm... Po pierwszym dniu najbardziej bolał mnie kark, a po drugim mięśnie pleców. W pewnym momencie taki ból mi wlazł pod prawą łopatkę, że musiałam na chwilę przerwać. No, a mięśnie brzucha to swoją drogą, ale nie jakoś mocno.
Ogólnie nie jest źle :) Mogło być gorzej.

Martva - 27 maja 2010, 09:33

Myślałam że kręgosłup, ale nawet jeśli nie, mała rada na przyszłość: pierwsze cztery ćwiczenia rób z nogami ugiętymi w kolanach. Proste robią potworną krzywdę w krzyże, prędzej lub później :)
Ellaine - 28 maja 2010, 12:47

Dziękuję za radę. Skorzystałam. W każdym razie idzie mi coraz lepiej, najgorsze jest ćwiczenie piąte, ale cóż. Przywyknę, prędzej czy później.

Chciałam wczoraj napisać coś ciekawego i w ogóle, ale komputer z dostępem do Internetu się zepsuł. Ponoć nigdy nie dzieje się nic samo, ale ja się do niczego nie przyznaję. Jak zwykle.

W każdym razie nie wiem jak u Was, ale tutaj jest cudna pogoda. Słońce aż razi po oczach, aczkolwiek w Polskim Radiu Katowice ostudzili mój entuzjazm wspomniawszy, że jutro też będzie ładnie, a od niedzieli/poniedziałku pogoda znów się rozmyje w deszczu raczej. Cóż, ale obiecali, że Katowic nie zaleje. Wiecie, niby nie mamy dużych rzek w okolicy... ale jak nam Rawa przebierze to wybije w samym centrum miasta i zamiast Alei Korfantego będzie Strumień Korfantego. A ulica Stawowa będzie mieć uzasadnioną nazwę (, która powstała dla uczczenia stawu, który niegdyś tam był).

No cóż, zbieram się stąd, bo zaraz stracę kolejną złotówkę za korzystanie z Internetu.

Ellaine - 1 czerwca 2010, 18:34

Jaki mamy piękny listopad tej wiosny. Lepka szarość przesączała się przez szpary okien, sugerując by pozostać w pieleszach. Pozostać w ciepłych objęciach Morfeusza, który szeptał czułe słówka i głaskał delikatnie po włosach. Budzik dzwonił kilkakrotnie przypominając o obowiązkach... I tak zamiast o szóstej raczyłam wstać po siódmej. A potem, potem trochę mi się spieszyło z wszystkim. Efekt był do przewidzenia, chociaż niezwykły. Wydrukowałam, co wydrukować miałam, ale zapomniałam wstawić u dołu strony numeracji... Ołówkiem ją dopisałam. Na szczęście to nie idzie na konkurs, to ledwie wstęp, to przygrywka do czegoś większego. A później, chociaż zrobiłam sobie drugie śniadanie – raczyłam zostawić je na desce w kuchni. Bywa.

To było dobre przedpołudnie. Kolejne dwa wpisy i autografy wylądowały w indeksie. Niespiesznym krokiem załatwiłam formalności związane z odbyciem praktyk zawodowych. Ponownie będę pracować w archiwum uniwersyteckim, to miło, że mnie zechciano. Pani A. to niezwykle miła kobieta, pani M. i pan K. również są ludźmi do rany przyłóż, więc myślę, że bezkonfliktowo przetrwam te cztery tygodnie. Właściwie tydzień plus trzy. Jeden tydzień na przełomie czerwca i lipca, trzy na przełomie września i października. Tym sposobem mam całe trzy miesiące wakacji. Hip hip... urra? Cóż, będzie dużo czasu do zajmowania się pracą magisterską (och, marzenia ściętej głowy!).

Poza tym dzisiaj się ktoś do mnie uśmiechnął. Albo się nie uśmiechnął tylko mi się tak wydawało? To też możliwe. Pewnie pomyślał, że zabawnie wyglądam... Cóż, rzeczywiście ubrałam się dość, ekscentrycznie, pewnie głównie chodziło o odzienie wierzchnie... jakoś nie widuję osób w okolicach mojego wieku w takowych. Otóż paradowałam po mieście w długim do połowy łydek kremowym prochowcu ze sztruksowymi wstawkami po bokach połów i rękawów. Spod płaszcza widoczne były pseudo-jensowe pseudo-dzowny udające bojówki, które zakrywały prawie całą cholewę zdezelowanych już nieco czarnych glanów. A przy czarno-szarej torbie jak zwykle przywieszonego miałam kota, którego dostałam parę lat temu od Lubego, by mi zawsze towarzyszył. Kota nazwałam bardzo (mało)oryginalnie: Jeb.anym Futrzakiem, w skrócie Futrzak.

A tak w ogóle wiecie, że był taki francuski generał, co się nazywał Daimos? Dowodził wojskami francuskimi w Afryce. W każdym razie tak chciał nabrać koleżankę jeden z kolegów w grupie.
- Tak, tak. Generał Daimos... a japońską obroną Okinawy dowodził Kapitan Tsubasa! – dodał inny.
- Kapitan? Tylko kapitan? – zapytałam, udając niedowierzanie. – A kim był Yattaman?
- Yattaman to był japoński lotniskowiec! – stwierdził z przekonaniem kolega (ten, co stwierdził, że był taki francuski generał Daimos).
- Ech, czy my kiedyś dorośniemy!? – zapytała, śmiejąc się jednocześnie, siedząca ze mną w ławce koleżanka.
- Po co? – odpowiedziałam ze śmiechem. W końcu dorosłość nie jest niczym fajnym...

To było wczoraj, a dzisiaj powinnam świętować dzień dziecka. Ale rodzic nie złożył mi życzeń z tej okazji, cóż... bywa.

O! Wiem, co jeszcze chciałam opowiedzieć.
Wracałam do domu autobusem, normalna rzecz, chociaż wyjątkowo krótki puścili jak na tę linię. Zwykle jeżdżą przegubowe, ale pal licho. Autobus był starszy, co najmniej dziesięć lat niż ja zapewne, ale to też nic.
Udało mi się wypatrzyć miejscówkę na tylnych siedzeniach. A po chwili wypatrzyłam kolegę, z którym chodziłam do jednej klasy w liceum. Skinęliśmy sobie głowami na przywitanie, ale nie podszedł do mnie – aczkolwiek stał niedaleko. Wyjął z torby jakieś opasłe tomiszcze w raczej jasnej okładce. Dojrzałam fragment tytułu, resztę dośpiewałam i wyszedł mi z tego „Pan Lodowego Ogrodu” (w sumie to jeszcze nie miałam okazji przeczytać, bo w pobliskiej filii Biblioteki nie mają, a na Rybnicką jak zawsze za daleko).
- Też mam książkę – powiedziałam na tyle głośno, że usłyszał. Spojrzał na mnie, a ja wyjęłam z torby książkę Marcina Mortki.
- Pokaż – podałam mu tom. Spojrzał krzywo na okładkę, po czym rzucił okiem na opis z tyłu. – Skarby, piraci... łeeee – skrzywił się zabawnie. Prychnęłam odbierając książkę od niego.
- A pokaż, co ty tam masz? – Rzuciłam okiem na opis z tyłu podanej książki. – Magia, władza? Pfff! Na co to komu? – zapytałam nie kryjąc rozbawienia. Roześmiał się również. I tak każde z nas powróciło do lektury, którą zabrał ze sobą w podróż autobusem.

W sumie, jak tak teraz tutaj siedzę i piszę, to doszłam do wniosku, że skoro się nie uczę to mogłabym poczytać. Mam dwie zaczęte książki, jak zwykle. O Karaibach właśnie, o Budapeszcie (kryminał węgierskiego pisarza), a na swoje lepsze czasy grzecznie czekają Niewidoczni Akademicy, których kupiłam ponad miesiąc temu. Pewnie zabiorę ich do pociągu, kiedy będę jechać na wakacje do Lubego. I sesja nie straszna, gdy ma się w perspektywie opuszczenie "domu" na co najmniej dwa miesiące.
Czasem dziwnie mi myśleć, że kiedyś wsiądę do pociągu/samochodu, i prawdopodobnie już nigdy nie wrócę do Katowic. A na pewno nie po to, żeby tu zamieszkać. Może i dziwnie, ale wierzę i dążę do tego, że taki dzień nadejdzie - już prędzej niż później.

Ellaine - 3 czerwca 2010, 20:49

Żeby nie było nudno mnie, to pomęczę Was moją tfu-rczością...
Po krótkim zastanowieniu, co gdzie należy podłączyć mam teraz i rybki i akwarium. Mogę skanować i drukować symultanicznie, tylko po co? Ale oba urządzenia są sprawne, i przed chwilą sprawdziłam, że skaner doskonale sobie radzi.

Pisałam tutaj o jednej z Wieczerzy NURSowych, która niestety się nie odbyła. Pisałam również, że zajęłam się wówczas rysowaniem klamki przeszklonych drzwi w Bierhalli. Poniżej macie dowód, że to mimo wszystko było prawdą:


Oczywiście może się nieco różnić od rzeczywistości...

A poniżej przedstawiam Wam kilka z moich notatek. Niestety nie wiem, która z notatek powstała jako pierwsza, więc pewnie będzie niechronologicznie.


- to przypuszczalnie notatka z wykładu Historia Polski XIX wiek, tudzież z fakultetu Historia i muzyka. Jedno z dwóch, bo pamiętam kto prowadził zajęcia, a te dwa akurat miałam z tym samym doktorem. Zresztą bardzo ciekawy człowiek. Prowadzi w radiu eM audycję "Noc nie bez końca", dużo ciekawej muzyki.


- tutaj musiałabym jeszcze raz przejrzeć zapiski, by dojść do tego na jakim wykładzie/ćwiczeniach tak intensywnie notowałam. Przypuszczalnie stworzenie to ewoluowało podczas notowania... Z pyska i przednich łap wygląda na to, że miało być wilkiem, tylko ni z tego ni z owego wyrosły mu skrzydła i kolce na grzbiecie... Bywa i tak.


- taka tam wiwerna i rycerz (słabo widoczny, ale jest!) Notatka z wyżej wspomnianego fakultetu - Historia i muzyka. Strasznie miło się notuje podczas słuchania dobrej muzyki...

Dobra, na dzisiaj wystarczy. Mam jeszcze kilka notatek w zanadrzu, ale nie chcę żeby ten wpis z powodu obrazków zrobił się kilometrowy. Poza tym... Może Wam się nie spodobają owe to następnych wrzucać już nie będę.

Martva - 3 czerwca 2010, 20:59

Wooow, jakie fajne zwirze! :bravo
hijo - 3 czerwca 2010, 21:05

Ellaine, masz zajedwabisty charakter pisma :mrgreen: rysunki :bravo
Ellaine - 3 czerwca 2010, 21:12

Martvo, a które? ;)
hijo, miło, że Ci się rysunki podobają. Co do pisma... to, co masz właściwie na myśli? :>

Agi - 3 czerwca 2010, 21:13

Ellaine, świetne rysunki, a pismo wielce ozdobne.
Martva - 3 czerwca 2010, 21:17

Jak to które, wszystkie!
Zazdroszczę dziko talentu plastycznego i zdolności ładnego pisania. Zawsze bazgrałam :)

Ellaine - 3 czerwca 2010, 21:21

Wiesz, Martvo, kiedy się spieszę to też bazgrzę, czasem sama mam problem, żeby się rozczytać. Ale wtedy miałam dużo czasu wolnego, więc i pismo jest niespieszne.
Dziękuję, Agi.

hijo - 3 czerwca 2010, 21:28

Ellaine napisał/a:
Co do pisma... to, co masz właściwie na myśli? :>
bardzo mi się podoba - nie pytaj dlaczego bo nie wiem :mrgreen:
Ellaine - 3 czerwca 2010, 21:34

No dobrze, niech Ci będzie. Nie zapytam. :)
Ellaine - 4 czerwca 2010, 18:09

Taki piękny dzień, a ja tak mimochodem spędziłam go siedząc w domu. Może dlatego, że jestem sama i mogę korzystać ze spokoju, jaki nagle otrzymałam od pozostałych członków rodziny. Telefon milczy, nikt ode mnie niczego nie chce, i ja od nikogo niczego nie potrzebuję. Z internetowego radia płyną stare melodię, które mogę bezwstydnie śpiewać na cały głos. Nie muszę się obawiać, że ktoś mógłby mnie usłyszeć. Tak, śpiewam zamiast wziąć się do nauki, tudzież tłumaczenia umowy uwłaszczeniowej (czyli też do nauki). Nie robię tego nie dlatego, że nie lubię niemieckiego, tylko dlatego, że go nie umiem... I tu leży pies pogrzebany. No, może nie dokładnie tutaj, bo ciężko byłoby zakopać psa w betonowym stropie...

Dawno, dawno temu, bałam się zostawać sama w mieszkaniu. Dawno temu samotność była przykrą koniecznością. A dziś? Dziś jest mi obojętne, czy w domu ktoś jest, czy nie. Może nawet czuję się teraz lepiej, niż kiedykolwiek. Dziwaczne trochę. Bywa.

Jak tak patrzę na to, co wczoraj zeskanowałam, to wychodzi mi, że trochę monotematyczne te notatki. (To tylko dlatego, że nie potrafię rysować kotów, raz mi się udało, ale generalnie kotek wygląda jakby miał wodogłowie*)
Pierwsza z nich daje doskonały ogląd, jak taka notatka wygląda w naturze:

Notatka składa się z kilku do kilkunastu autonomicznych fragmentów, które zwykle nie są ukończone, więc nie nadają się na pokaz. Jeśli chociaż jeden z nich jest ukończony, albo wygląda w miarę reprezentatywnie - jest dobrze. Druga natomiast jest wyjątkowa:

Rysowałam ją praktycznie przez całe zajęcia fakultatywne (półtorej godziny). Poza tym, jak widać - podpisałam się pod (nad) tym, czego zwykle nie robię przy notatkach. Czasem miałam wyrzuty sumienia, że zamiast pisać - rysowałam. Ale nie umiem spisywać nut ze słuchu, więc trudno byłoby... A trzecia notatka:

też w sumie nie miała zbyt licznego towarzystwa, bo się na niej za bardzo skupiłam.

*Wspomniany wyżej kotek z wodogłowiem, obrazek z 2004 roku. Chyba z połowy lipca, jeśli dobrze widzę. Oczywiście mogłabym poszukać oryginału, ale na razie mi się nie chce. Później poszukam.

Martva - 4 czerwca 2010, 18:19

Kotek jest całkiem w porzo, ja bym takiego nie umiała.
Ellaine - 4 czerwca 2010, 19:18

Właściwie to ja też nie potrafię, a przynajmniej nie z pamięci, bo to, to jest rysunek wzorowany ze zdjęcia. Z jakiegoś kalendarza z kotami.
Martva - 4 czerwca 2010, 19:27

Łotewer :)
hijo - 4 czerwca 2010, 20:40

Ellaine napisał/a:
...tłumaczenia umowy uwłaszczeniowej (czyli też do nauki). Nie robię tego nie dlatego, że nie lubię niemieckiego, tylko dlatego, że go nie umiem...


Podrzuć mi ją chętnie poćwiczę niemiecki - dawno go nie stosowałem a bardzo lubię :mrgreen:

Ellaine - 7 czerwca 2010, 09:18

Dziękuję, hijo, co do umowy, jesteśmy już umówieni ;)

***

Wczoraj wieczorem, tak mnie coś napadło, że spisywałam ze słuchu słowa piosenki, jednej z moich ulubionych, która po prostu wryła się w pamięć. Głównie pamiętałam tylko refren, a dokładniej dwa pierwsze wersy z tegoż. Długi czas szukałam tej kasety, gdzie byłam przekonana, że musi być ten utwór. Było kilka kandydatek, wszystkie jak jeden mąż różowe, wyprodukowane w Gorzowie przez firmę Stilon. Mama je, co prawda, opisywała... ale to, że napisane zostało długopisem np. Kombi, nie znaczy, że na tej stronie jest wyłącznie muzyka grana przez Kombi.

W każdym razie, może ktoś z Was będzie wiedział, kto jest wykonawcą i jak nazywa się poniższy utwór - oczywiście nie jest mi to bardzo koniecznie potrzebne, ale ja po prostu lubię wiedzieć. A po prostu ten utwór kojarzy mi się z wesołymi dniami dzieciństwa. Kasetami, które zmieniało się z głośnym trzaskiem w magnetofonie (wtedy nie wydawały się takie stare); ówcześnie był to jedno-kieszeniowy, czarny Grundic. Dzikimi tańcami wokół stołu, z plami światła padające przez balkonowe okno na szary dywan oraz z ciemnobrązową, dwudrzwiową, lakierowaną szafą, która służyła mi za lustro. Oraz z głosem mojej Mamy, jej śmiechem, a czasem dołączała do tańców. Z tego wszystkiego zostały mi tylko wspomnienia i stara, dwudrzwiowa, ciemnobrązowa, lakierowana szafa.

Niestety na początek tej piosenki nałożyła się końcówka wcześniejszego utworu, i brakuje mi dwóch pierwszych wersów:

1. ...
... jadowicie(?)
Gdzieś tam patrzy poza mnie.
Takie mam wrażenie,
jakby od niechcenia,
znów pogłębił jej się zez.

Szafa lekką nóżką
stąpa ku poduszkom,
gdzie tak miła, spieszysz, gdzie?
Chyba świat zwariował,
Boże, moja głowa!
Co w tym domu teraz dzieje się?

Refren:
Jeszcze raz, jeszcze!
Zaklinajmy deszcze!
Zaklinajmy dawny sen.
Oby coraz lepiej na tym dobrym świecie*
Coraz lepiej było z dnia na dzień!

2. W kącie potwór leży,
wielkie zęby szczerzy,
by obudzić we mnie strach.
Lęku nie ukrywam,
choć to tylko dywan,
który płynie w siną dal.

Chyba w tamtym kątku,
znowu od początku,
jakiś dziwny rośnie cień.
Jednak świat zwariował,
Boże, moja głowa!
Co w tym domu teraz dzieje się!

3. Od godziny świta,
a tu jakaś płyta,
znów się kłócić ze mną chce.
Co ja im zrobiłem,
czymże je skrzywdziłem,
że dziś tak nie lubią mnie?

Chociaż wyłączone,
radio jak szalone,
znów nadaje niezły greps.
Jednak świat zwariował,
Boże, moja głowa!
Co w tym domu teraz dzieje się!

__
* w tym wersie już jako dziecko śpiewałam ją z błędem - zamiast "na tym dobrym świecie", to: na tym durnym świecie. Podobny błąd zdarzał mi się przy śpiewaniu piosenki Lady Pank, Vademecum skauta, zamiast - "zęby myj, zbieraj złom", śpiewałam - zęby myj, zbieraj broń. No, cóż...

Ellaine - 14 czerwca 2010, 22:54

Rozumiem, że nikt tego nie zna? Cóż, szkoda. Ale zapytać zawsze warto...

***

O mundialu - laika słów kilka.

Było ciepłe lato, środek lipca. W zeszłym roku o tej porze pół kraju było pod wodą, a reszta cierpiała z powodu suszy. Nikt jednak o suszy nie pamięta, o tym, że pozostawienie termometru w słońcu mogło grozić jego wybuchem, a w cieniu było co najmniej trzydzieści stopni. I czasem w mieszkaniu trudno było wytrzymać z gorąca. Jedynym lekarstwem na skwar była długa kąpiel w jeziorze. Teraz jednak wspomina się jedynie Wielką Wodę, oczywiście szeptem i z trwogą w oczach.

Cykady grały za oknami wieczorny koncert,... a z głośników czarno-białego telewizorka płynął głos spikera. W tle słychać było szum na trybunach; okrzyki, trąbki i cały ten harmider powodowany przez kibiców. W szklany ekran wlepiała oczy czwórka dzieciaków między jedenastym a piętnastym rokiem życia, natomiast honorowe miejsce zajmowała starsza kobieta, będąca babcią trójki z nich.
Kto pamięta ile wtedy goli było? Kto strzelił, kto dostał żółtą kartkę? Pewnie znajdą się tacy. Ale jedenastoletnia dziewczynka nie zarejestrowała tego w pamięci. Piłka nożna była wówczas dla niej niezrozumiała, te spalone, faule, rzuty rożne... Z drugiej strony nie widziała przeszkód, by od czasu do czasu z bratem i kuzynem pobiegać za piłką w czarne i białe łaty po łące za stodołą wuja. Tylko, kto to widział, żeby boisko było na stoku niewielkiego pagórka? Za to bramka nie była ograniczona poprzeczką... Łatwiej było o gole.
Zapamiętała jednak, co innego. Takiego śmiesznego ptaka-stworka w barwach gospodarzy. I melodię, "Carnaval...". I zachowała w pamięci ten wieczór, w który razem z babcią, bratem, kuzynem i kolegą oglądała finał Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1998. Pierwszy mundial, jaki kiedykolwiek miała okazję oglądać, a może pierwszy, który zapamiętała?

Teraz nie wyobraża sobie, że mogłaby siedzieć przed telewizorem i oglądać mecze. Wszystkie? A dlaczego? Przecież najważniejszy i tak jest finał. Tylko, po co oglądać finał w wykonaniu drużyn, których się nie lubi?

Mundial 2006. Najdłuższe wakacje w życiu! Dużo wolnego czasu, z którym nie wiadomo, co zrobić. Książki pochłaniane niemal taśmowo. Komu, by tu kibicować? Niemcom, Francji, Polsce?!? A może by tak...? Siedziała przed telewizorem, chociaż zarzekała się, że jej to w ogóle nie interesuje! Piłka nożna, a feee... I tak minął etap rozgrywek grupowych. Dalej już nie oglądała... Ulubione drużyny odpadły. Trynidad i Tobago, Wybrzeże Kości Słoniowej, Iran... Jedynie Ghana i Ukraina poszły krok dalej, ale to już nie to samo. Ostatecznie, finału nie obejrzała, nie było sensu.

Nadszedł rok 2010. Znów powódź w tle, chociaż w 1998 szczęśliwie nie było już Wielkiej Wody. Czerwiec-lipiec...
- Kto wpadł na poroniony pomysł, by robić sesję w trakcie mundialu?! – irytuje się kumpela z grupy, będąca fanką kopanej piłki. Kto wpadł na poroniony pomysł robić mistrzostwa świata w trakcie sesji, chciałoby się zapytać.

Znów twierdziła – wszem i wobec, że jej to absolutnie nie obchodzi! Tylko, co robić, żeby się nie uczyć? Powieści przeczytane, na kontynuowanie własnej brak motywacji i ochoty – przecież, tak czy siak trzeba się uczyć... Z drugiej strony... Przecież nie zawadzi przez chwilę pooglądać telewizję? Skacze po kanałach, jak to ma w zwyczaju. O! Mecz... Mija pięć, potem dziesięć minut. Ani się obejrzy, a ogląda już drugą połowę.
I oto, co zaobserwowała:

- ...dostał żółtą kartkę za udawanie faulowanego. I prawidłowo! Precz z symulanctwem, precz z bikiniarzami, jazda na traktory! E... to chyba nie ta propaganda.

- ...jeden z graczy robiąc wślizg zarył ziemię, aż kawałek murawy wypadł. Piłkarz podniósł się na klęczki, sięgnął po ów fragment podłoża. Włożył w dziurę, którą uczynił wślizgiem, przyklepał, by dobrze siedziało; i rozejrzał się wokół, jakby sprawdzał, czy nikt tego nie zauważył... jakby chciał powiedzieć „ja nic nie zrobiłem! Samo się zepsuło!” Miał pecha, operator wziął go „en face”... Chłopie! Cały świat to widział!

- „polski akcent na mudnialu!”, o tak... Można się było tego spodziewać! Wyczuła pismo nosem, zanim padła pierwsza bramka. Nie ma to jak szczycić się bramkami niemieckich piłkarzy zdobytymi dla niemieckiej reprezentacji, że „mamy” w tym „swój” wkład. Bardzo przepraszam, nic do nich nie mam, ale nie jestem z nimi spokrewniona, proszę mi tutaj niczego nie insynuować...

- lepiej mieć starszych piłkarzy niż młodych w drużynie, zwłaszcza w obronie, tak stwierdził trener włoskiej reprezentacji. Tak też stwierdzili komentatorzy, ponoć duńska obrona jest młoda... i zapomniała, której bramki miała bronić?

- „Zające uśpiło żółwie tempo gry” – przypomniał mi się cytat z Zoo Cup, kiedy Paragwajczyk strzelił gola.
- "Komentował, Jan Wężyk!" – dodaje brat, u którego obejrzałam cały mecz Włochy-Paragwaj.
- No! W końcu ktoś, kto wie o czym mówię! – ucieszyłam się.
Zwykle, jak rzucałam tekstem z Zoo Cup, nikt nie rozumiał o jaką bajkę mi chodziło... Rozumiem, łatwo przegapić dwuminutowy mecz zwierzaków wciśnięty między Yattamanów a Czarodziejkę z Księżyca, lub jakąkolwiek inną bajkę. A Puchar Zoo to taka tam, całkiem przyjemna, francusko-belgijska bajka.
W każdym razie tak to mniej więcej wyglądało z mojej perspektywy... Zwłaszcza, że niektórzy na trybunach rzeczywiście wyglądali, jakby ich pierwsza połowa pierwszej połowy nieco uśpiła. Widziałam kilku ziewających kibiców.

Zresztą, jeszcze jedna rzecz mi się skojarzyła z dzisiejszym meczem, a właściwie z warunkami atmosferycznymi. Dawno, dawno temu w zamierzchłych czasach, gdy bramę zamykano na drewniane guziki... A przepraszam, nie ta bajka.
Będąc dzieciakami uprosiliśmy rodziców o gry telewizyjne. Nie mam pojęcia, jak się nazywały. To była taka tam konsola z kilkunastoma grami, co najmniej kilkanaście. Grało się joystickami, wiecznie miały przetrącone „karki”. Między innymi była tam gra – piłka nożna. Nie było tam jakichś wielkich rozgrywek. W każdym razie, kiedy padał deszcz, a kwadratowy chłopek robił wślizg po piłkę, jeśli został tenże wykonany nieprecyzyjnie... To nasz piłkarzyk wpadał w wielce malowniczy poślizg. Nagle przestawał być tak bardzo kwadratowy, okazywało się, że miał nogi i ręce, ba! nawet głowę. Przy czym poślizg wyglądał mniej więcej tak, że piłkarz kręcił się na plecach przez jakiś czas. A ja będąc dzieciakiem zastanawiałam się, dlaczego prawdziwi piłkarze, jak się poślizgną też tak ładnie nie wirują po boisku?...

Cóż, to chyba byłoby na tyle moich wrażeń z tych paru dni tegorocznych mistrzostw. W każdym razie, może jutro uda mi się obejrzeć mecz, na który tak czekam... A może nawet zakrzyknę (mimo tego z kim będą musieli się zmierzyć na początek):

Iworyjczycy! Do boju!

Ellaine - 19 czerwca 2010, 19:15

Wczoraj próbowałam napisać coś, ale trzy razy użyłam tego krzyżyka po prawej stronie postu. Miałam tak beznadziejny humor, że byłam przesadnie szczera i mogłoby się to źle skończyć dla tego miejsca. Dlatego zamiast pisać, pochwalę się kolejnymi obrazkami:


Kilkakrotnie siedząc na zajęciach notowałam drzewa, które widziałam przez okno niektórych sal. Zawsze fascynowały mnie kształty, jakie przyjmują gałęzie. I nigdy nie potrafiłam uchwycić tych subtelnych światłocieni, które nadają obrazkowi głębię, trójwymiar.

To jest, obawiam się, nie do końca zgodny z rzeczywistością portret. Modelka do dzisiaj nie wie, że tamtego dnia została przeze mnie uwieczniona. Nie raczyłam jej o tym wspomnieć, zresztą - jak widać, była zajęta lekturą.

Taki tam, gryfek o nieco papuziej głowie.

A tutaj naga Naga. Jedna z pierwszych notatek, jaka powstała podczas wykładów z Historii Polski XIX wieku. Obok był projekt mojego "ex librisu", który nigdy nie został dokończony. Właściwie został, ale nie wydrukowałam go, ani powieliłam, żeby powklejać do moich książek. (Przedstawia kontur smoka śpiącego na stosie książek zamiast na złocie.)

Ellaine - 25 czerwca 2010, 19:29

Nieprzyjemny uścisk w żołądku, chłodne, suche dłonie... Niechybny znak, że kolejny egzamin przede mną. Ranek przywitał mnie kolejnym listopadem w tym roku. I to ma być sesja letnia? Jassssneee... Mimo to, mimochodem, przypomniała mi się piosenka Starego Dobrego Małżeństwa, która od razu poprawiła mi humor:

Ruszaj się, Bruno, idziemy na piwo,
Niechybnie brakuje nas tam!
Od stania w miejscu niejeden już zginął;
Niejeden zginął już kwiat!


Zaśpiewam to po wyjściu z gabinetu, obiecałam sobie w duchu. W autobusie spotkałam koleżankę z liceum, która dzieliła ze mną dole i niedole tej samej podstawówki i tego samego gimnazjum. Chociaż nigdy nie uczęszczałyśmy do tej samej klasy.

W ciągu dwudziestominutowej jazdy przez pół miasta, obgadałyśmy niemal po połowie kadry nauczycielskiej z każdej z powyższych szkół. Podzieliłyśmy się wrażeniami i przeżyciami związanymi z różnymi pedagogami, których miałyśmy szczęście, bądź nieszczęście poznać, mniej lub bardziej. A przy okazji wspominania sposobu na uciszanie klasy przez najwspanialszą nauczycielkę języka polskiego, jaka mnie kiedykolwiek uczyła, zahaczyłam o nauczyciela rachunkowości z pewnego liceum ekonomicznego, o którego sposobie na zbyt głośnych uczniów słyszałam od jednego z nich. Otóż, ów nauczyciel nie zwracał bezpośredniej uwagi na zachowanie uczniów, ale gdy uznał, że klasa robi się zbyt głośna pisał w rogu tablicy liczbę. Mógł w trakcie lekcji napisać jedną, mógł i pięć. Na koniec sumował wszystkie wypisane liczby, wyszło mu powiedzmy: 50, to tymi słowy zwracał się do uczniów:
- Na następną lekcję wymyślcie i rozwiążcie pięćdziesiąt przykładów z omawianego dzisiaj działu.

Wysiadłam tam, gdzie zwykle. Jak zwykle odmówiłam blondynowi przyjęcia gazety, którą ten rozdaje przy przystanku. Zapewne nie jestem tam na tyle często, by zapamiętał, że nigdy nie biorę tej darmowej makulatury. Albo – jeśli zapamiętał – ma nadzieję, że kiedyś od niego wezmę tę przeklętą gazetę. Skłaniam się jednak ku pierwszej opcji, aż tyle pychy nie ma we mnie.

- Przepraszam, jak nazywają się te małe kwiatki? – zapytała mnie niespodziewanie kobieta, która przez chwilę szła obok mnie. Wyrwała mnie z zamyślenia. Kwiatki? Jakie kwiatki? Spojrzałam na nią zaskoczona, nie do końca rozumiejąc, o co właściwie pytała. Wskazała ręką na trawnik. I albo miała na myśli różowe kwiatki, których było już coraz mniej na przy-chodnikowych krzaczkach, albo o małe, białe kwiatuszki rosnące na trawniku. Stokrotki? E, chyba nie.
- Niestety, nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wciąż nie będąc pewną, dlaczego to było tak ważne? A... było ważne? Kobieta przeprosiła i poszła dalej. A ja ponownie spojrzałam na kwiatki. Może jednak stokrotki? Wzruszyłam ramionami i nucąc pod nosem pierwszą zwrotkę piosenki z tekstem Stahury, poszłam tam, gdzie miało się (prawie wszystko) rozstrzygnąć...

Nie rozdziobią nas kruki,
Ni wrony, ani nic!
Nie rozszarpią na sztuki
Poezji wściekłe kły!


I nie rozdziobały, ni wrony, ni kruki, ani nic! Nieco skołowana, wciąż jeszcze z wysokim poziomem adrenaliny wyszłam z gabinetu. Czwórka? Znaczy, że zdałam...? Znaczy, mam wakacje? Przecież to niemożliwe. Czyżby to miała być moja druga sesja bez poprawki? A jednak! Z tych emocji nie zaśpiewałam po wyjściu, a na piwo pójść? Nikt czasu nie miał, mimo, że wszyscy skończyli tego dnia sesję. Jutro to sobie odbiję, pomyślałam, w końcu umówiłyśmy się z Lucyferią na sesji oblewanie.

Pierwsze, co zrobiłam po powrocie do domu, zaraz po tym jak galę zostawiłam na wieszaku, poszłam się zdrzemnąć. Wreszcie mogłam spokojnie zasnąć.

***

Przeczytałam pewien wpis na pewnym blogu. Autor wspomniał tam, że w pewnym gimnazjum uczniowie z najlepszymi wynikami w nagrodę otrzymali książkę o katastrofie samolotu rządowego pod Smoleńskiem. Widzę, że czasy diametralnie się zmieniły, chociaż gimnazjum opuściłam „ledwo” siedem lat temu.
Wówczas dostałam leksykon Mistrzowie duchowi, której to książki do tej pory nie przeczytałam, choć pewnie zaglądałam czasem (ale nie mam takiego zacięcia jak mój ojciec, by czytać encyklopedie). Natomiast na koniec gimnazjum dostałam tomik poezji, ks. Jana Twardowskiego. Zresztą, to była trochę zabawna sytuacja... Przez pomyłkę zapomniano o tym, że mnie też należała się nagroda za wysokie wyniki w nauce. Dlatego tomik ten dostałam nie z pełną fanfarą na sali gimnastycznej, tylko w zaciszu klasy.

W każdym razie najczęściej wspominam książki, które dostałam w nagrodę za bardzo dobre wyniki w nauce i wzorowe zachowanie tuż po pierwszej klasie podstawówki. Prawda, pewnie większość pierwszoroczniaków je dostała, ale – nic to! Otrzymałam wtedy powieść Romana Pisarskiego: „O psie, który jeździł koleją”, bajkę Juliusza Słowackiego: „O Janku, co psom szył buty” i właśnie tę... Nosi tajemniczy tytuł: „Bardzo stare opowieści”. Obrazek na okładce otoczony „złotą” ramką, przedstawia roześmianego chłopaka, który siedzi na plecach (przodem do zadu) klęczącego, rogatego diabła. Chłopak lewą ręką trzyma go za ogon, a prawą zaciśniętą ma pewnie na nahajce... którą zaraz wymierzy (lub jest w trakcie wymierzania) razów diabelskiej d... W rogu natomiast dwa małe susły z zaciekawieniem i być może rozbawieniem przyglądają się całej sytuacji.

Dopiero dzisiaj, po przeczytaniu wspomnianego wpisu na blogu, przyjrzałam się temu wydaniu dokładniej. Książka nie ma podanego autora, jedynie tłumaczkę z rosyjskiego: Barbara Górna, i nazwisko ilustratora: Mendybaj Alin.
Miejsce i data wydania?
Ałma-Ata 1989.

Ellaine - 1 lipca 2010, 19:17

Pożyczyłam na wakacje aparat cyfrowy od szwagra. I nie mogłam się powstrzymać, by go już zaraz nie użyć. Oto efekty, zgadnijcie, gdzie to? :P (W sumie zagadka nie jest w najmniejszym stopniu trudna - zwłaszcza, że większość pewnie wie, gdzie mieszkam :)) )









Ellaine - 5 lipca 2010, 13:46

Kolejny dzień praktyk miał odbyć się w drugim z magazynów, a to oznaczało wycieczkę aż do Chorzowa. Ponad godzinna jazda do sąsiedniego miasta w rozgrzanych do czerwoności autobusie i tramwaju mijała spokojnie, umilana lekturą Niewidocznych Akademików, Pratchetta. Parę przystanków przed miejscem, w którym miałam wysiąść, schowałam książkę do szarego plecaka. Nie było mnie w tych okolicach od prawie roku, wolałam nie przegapić odpowiedniego przystanku. Lekko wyskoczyłam z tramwaju na chorzowski bruk przed jednym z wielu kościołów. Cofnęłam się kilka metrów do przejścia dla pieszych, a później niespiesznym krokiem poszłam w dół ulicy, rozglądając się po mijanych budynkach.
Wysoka wieża przy szpitalu zakryta była aż po szczyt rusztowaniami. Pamiętałam, jak wyglądała jeszcze rok temu, ucieszył mnie więc ten widok. Ciekawa byłam jak będzie wyglądać, kiedy zostanie wyremontowana. Może nawet bez większego powodu przyjadę tam ponownie, by zobaczyć odnowioną wieżę. Pamiętam, że widząc ją po raz pierwszy sądziłam, że to być może wieża jakiegoś wyjątkowo brzydkiego kościoła… Dopiero później uświadomiono mnie, że stoi ona na terenie szpitala miejskiego.
Kontynuując spacer do magazynu przekroczyłam przejazd kolejowy ze szlabanami. A potem było coraz bardziej z górki. Chociaż ulica nie była prosta jak lot strzały, zbiegając w dół po coraz bardziej stromej pochyłości sporym łukiem. Ładnym kamienicom przy Wolności ustępowały miejsca mniej reprezentatywne familoki, które nagle się skończyły, a po obu stronach ulicy teren stał się o wiele mniej miejski. Pomiędzy drzewami o rozłożystych koronach przebijał się jasny, kremowy kolor elewacji chorzowskiej Wojskowej Komisji Uzupełnień. Niestety na dziedzińcu WKU nie było żywego ducha, więc nie było co liczyć na zobaczenie jakiegoś przystojnego wojaka. W zeszłym roku, w sierpniu, także kilka dni przepracowałam w Chorzowie, akurat jeden z tych dni wypadł w dzień obchodów święta Wojska Polskiego. Wtedy naszej pracy towarzyszyła urocza muzyka wojskowej orkiestry.
Tym razem, gdy zmierzałam w kierunku WKU towarzyszyły mi smętne nuty, które wydobywały się z trąbki. Nie widziałam grajka, ale melancholijna melodia zdawała się pasować do towarzystwa konduktu pogrzebowego. Jednak przez wszechobecną zieloność nie widziałam żadnego cmentarza, ani kościoła. Dopiero później, jak wyszłam na główną ulicę dostrzegłam w pewnym oddaleniu szczyt szarej świątyni, na której umieszczono metalowy krzyż.

- Dzisiaj będziemy opatrywać te teczki sygnaturami. Jak to pani skończy, będzie mogła pani pójść do domu – powiedziała pani kierownik, pokazując na kilkadziesiąt teczek. Nie wyglądało to na przesadnie pracochłonną robotę. Przyjęłam to zadanie z pewną ulgą. Teczek nie było wiele, leżały na półkach pierwszego z przesuwnych regałów w pomieszczeniu magazynu. Regały przylegały do siebie szczelnie, podeszłam bliżej, by zobaczyć, czy dużo jest akt na nich. Okazały się być puste, no tak. Rezerwa musi być. Patrzyłam w głąb pustych regałów przez chwilę. Prawie, jak w „Cube”, pomyślałam, widząc jak w mroku giną szczegóły kolejnych półek, ciągnących się aż po przeciwległą ścianę. Idealna perspektywa linearna.

- To widzimy się jutro o ósmej w Katowicach – instruuje mnie pani kierownik po skończonej pracy, która dzisiaj trwała jedynie trzy godziny. Szczerze, wolę pracować w Katowicach, krócej się jedzie. Chociaż w Chorzowie pracę zaczynałam o dziewiątej, ale żeby być na dziewiątą w Chorzowie muszę wstać tak samo wcześnie, jak gdy jadę do pracy na ósmą do Katowic. Czyli tak, czy siak – pobudka o szóstej.

Zadowolona wyszłam z budynku pomalowanego na łososiowo (czyli na różowo). Chociaż zadowolenie nieco się zmniejszyło, kiedy poczułam różnicę pomiędzy przyjemnym chłodem pomieszczeń archiwum, a okropną duchotą samego południa. Zadzwoniłam do Lubego, pochwalić się, że tak szybko wychodzę z pracy. Z tego wszystkiego pomyliłam drogę i chwilę mi zajęło zanim odnalazłam właściwą ścieżkę, po której opuściłam teren należący do Uniwersytetu. Z Lubym pożegnałam się, w momencie, kiedy stanęłam przed przejściem. Co prawda policji nie widziałam w okolicy, ale po co wywoływać wilka z lasu? Potem nieco zamyślona ruszyłam przed siebie, by tą samą drogą, co wcześniej wrócić na przystanek. Okoliczne ptaki, poukrywane wśród zielonych koron, wyśpiewywały pochwałę lata. Podniosłam wzrok na roziskrzone słonecznym blaskiem liście, jednak nie zdołałam dostrzec wśród nich małych śpiewaków.
Tknięta nagłym przeczuciem spojrzałam pod nogi. I bardzo dobrze! Zatrzymałam się w pół kroku, kilkanaście centymetrów dzieliło mnie od niedużej ptaszyny, która jakby nigdy nic stała na chodniku, rozglądając się wokoło. Nawet nie próbowała przede mną uciekać. Zaskoczona tym nagłym spotkaniem, sięgnęłam do kieszeni, w której spoczywała komórka. Nie mogłam przecież przepuścić takiej okazji. Zanim jednak zdołałam włączyć aparat, maleńki ptaszek zadziwił mnie jeszcze bardziej!
Sikorka rozejrzała się wokół, po czym uczyniła dwa krótkie podskoki – hyc, hyc! – i jakby nigdy nic, wylądowała na języku moich adidasów. Gdybym miała sznurówki, mogłabym przyjąć, że pomyliła je z robakami… Ale nie, zawsze chowam końce sznurówek do butów. Ptak rozglądał się wokół, tak jakby nie stał na ludzkim bucie, tylko na kamieniu. Nie-ee, teraz to muszę ci zrobić zdjęcie! – pomyślałam, po czym wprowadziłam myśl w czyn. Gdybym to opowiedziała bez posiadania dowodu, kto uwierzyłby mi w taką historię?

A oto i dowód:

Jak to wszystko się skończyło? Nic nadzwyczajnego. Odważna sikoreczka przefrunęła z buta na pobliski murek. A ja rzuciłam na nią okiem po raz ostatni, by ostatecznie ruszyć na przystanek.

ps. Pozdrowienia z upalnego Pojezierza Pomorskiego.

Ellaine - 15 lipca 2010, 13:53

Już za parę dni, za dni parę, weźmiesz plecak swój...

Nie miałam jednak głowy do tego, by sobie podśpiewywać tuż przed wyjazdem. Ostatni tydzień to było bieganie do pracy i uważanie na spadające z regałów pudełka pełne ciężkich akt. Teoretycznie nie było zagrożenia życia, ponieważ w porządnym archiwum absolutnie nie będzie regałów mających więcej niż dwa metry wysokości. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, nie wolno wnosić krzesełek między regały, a archiwista musi być w stanie zdjąć akta z najwyżej położonych półek. No, a na przykład taka ja ma tylko 164 centymetrów wzrostu w dodatku w kapeluszu.

Sobota wydawała mi się idealnym dniem na wyjazd. Okazało się, że byłoby idealnie gdyby nie idiotyczna rezerwacja połowy pociągu. I to jeszcze, żeby wagony były już od Krakowa zarezerwowane... To nie-eee, od Poznania dopiero! I cóż, że do Poznania ludzie jechali w rozgrzanym pociągu jak nie przymierzając sardynki a ze dwa, albo trzy wagony były absolutnie puste, mając zamknięte na głucho przedziały!
Nie rozumiem dwóch rzeczy. Po pierwsze: czy z Poznania do Kołobrzegu nie jeżdżą absolutnie żadne pociągi poza Krakowianką? Po drugie: czy tak trudno obsłudze pociągu zaprosić do pustych przedziałów ludzi, którzy na przykład jadą do Kościana i nie dalej (powiedzmy, że potrzebowaliby posprzątać te przedziały, więc 40 minut między Kościanem a Poznaniem moim zdaniem wystarczyłoby w zupełności). No, ale przecież to za trudne, prawda? Lepiej zmusić ludzi jadących z Krakowa do Kołobrzegu na jazdę w ekstremalnych warunkach przez jakieś siedem godzin? Supeeeer.

Początkowo znalazłam idealną miejscówkę. Na podłodze na miejscach dla inwalidów. W rogu jakieś dziewczyny i ktoś jeszcze postawił bagaże, a ja się rozsiadłam wygodnie oparłszy plecy o to miękkie pionowe oparcie przygotowane dla ludzi na wózkach. Przede mną siedziały dwie dziewczyny, być może w moim przedziale wiekowym. Zagadnęłam je niezobowiązująco dokąd jadą?
- Do Szczecinka? - powtarzam z niedowierzaniem. - Ja też!

Nie jechałyśmy wspólnie zbyt długo, bo mijający mnie po raz drugi pan z wózkiem z Warsu nachylił się do mnie i rzekł serdecznym tonem:
- Kochanie, dwa wagony dalej są wolne miejsca w takim samym wagonie jak ten. - Przy tym wskazał mi kierunek ku czołowi składu. Trochę zaskoczona taką apostrofą podziękowałam grzecznie, pozbierałam zabawki z podłogi i pożegnałam dziewczyny. Przeszłam pusty wagon zarezerwowany dla Poznaniaków. Musiałam się przy tym nieco przepchnąć koło paru osób, które stały na korytarzu. A w wagonie do którego dotarłam - o niech bogowie zdrowiem obdarują pana z wózkiem z Warsu! - znalazłam wolne miejsce, obok zaczytanej pani.

Wyciągnęłam książkę z torby i zatonęłam w lekturze kryminału Konrada T. Lewandowskiego, "Śląskie dziękczynienie". Parę minut po tym, jak pociąg minął Jastrowie - zamknęłam książkę z pewnym zdziwieniem. Nigdy wcześniej nie przeczytałam całej powieści w ciągu jednej jazdy.

Ps wciąż pozdrawiam Was serdecznie z Pojezierza Pomorskiego - a dokładniej: Drawskiego :)

Agi - 15 lipca 2010, 13:58

Ellaine, Pojezierze Drawskie jest piękne, prawie tak, jak Szwajcaria Chodzieska. :wink:
Ellaine - 15 lipca 2010, 14:10

Ano, co racja to racja, Agi. W sumie to prawie każde wakacje spędzałam na Pojezierzu Drawskim. Na ten przykład - nigdy w życiu jeszcze nie byłam na Mazurach. Jak jeździłam z rodzicami to do mojej chrzestnej, mieszkającej na wsi nad jednym z większych tutejszych jezior. A teraz jeżdżę do Lubego, który jako się rzekło mieszka w Szczecinku :)
A w Szwajcarii Chodzieskiej nie byłam, ale może, może kiedyś... ;)

Ellaine - 22 lipca 2010, 09:25

Znów mnie nieco poniosło, proszę o wybaczenie. Chyba znów mam zbyt dużo czasu na myślenie.

***

To prawie rytuał. Niedługo po przebudzeniu nadchodzi czas na podniesienie rolet. Żółte arkusze powoli suną ku górze, pozwalając coraz większej liczbie promieni. Coraz jaśniej w pokoju. To jak podnoszenie kurtyny i zapalanie reflektorów na rampie. Jednak to nie jest scena. Nie trzeba obawiać się wścibskiego spojrzenia sąsiadów. Niewiele zobaczy, zwłaszcza, kiedy życie przeniesie się do innych pomieszczeń domu. Poza sypialnię.

To prawie rytuał. Za oknami coraz ciemniej, zachodzące słońce daje zbyt mało światła, by móc czytać. Powolnie opuszczanie rolet, by nie pozwolić na ucieczkę światła z podwieszonej pod sufitem na ciemnym kablu żarówki. Nikt z zewnątrz jednak nie będzie wiedział, co dzieje się wewnątrz. Żaden z czujnych sąsiadów. Może tylko dostrzeże niewyraźne cienie przesuwające się po powierzchni żółtych rolet.

To, co dzieje się w pokoju jest tajemnicą. To, co za oknem jest sceną, nie pokój, będący kulisami. Sądzisz, że wiesz, co kryje się za scenografią? Cienie. Ale, czy wiesz, co kryje cień?

Ludzie sądzą, że wiedzą kim jestem. Znają moje imię. I cóż z tego? To tylko słowo, które przynależy do ponad miliona kobiet w tym kraju. Wiedzą, gdzie mieszkam. W tym mieście jest ponad trzysta tysięcy osób. Wiedzą, co studiuję, i jakie książki czytam. Ilu jednak już je przeczytało, a ilu jeszcze przeczyta? Ilu ma tytuł profesorski w tej dyscyplinie, ilu zaś jeszcze dostanie dyplom?

Jest taka zabawa, prosta dość i trudna zarazem. Z grona przyjaciół wybiera się jedną, która opuszcza pokój na chwilę. Pozostali wybierają jedną osobę z siebie, o której będzie mowa. Wraca ta, co wyszła i zadaje pięć pytań, które mają pomóc jej odgadnąć kogo opisują odpowiedzi. Nie mogą to być jednak banalne pytania, jak czy ta osoba jest kobietą, albo czy lubi płatki owsiane. Bynajmniej. Pytania zaczynają się zawsze od słów: Gdyby ta osoba była.... to jaka by była?
Na przykład: Gdyby ta osoba była pogodą, to jaką? - Zachmurzoną z chwilowymi przejaśnieniami.
W zabawie, w pewnym momencie wyznaczono mnie, jako osobę do opisu. I oto takie dwa pytania padły:
Gdyby ta osoba była kolorem, to jakim? Mruknęłam pod nosem, że bezbarwnym. A grupa zgodziła się, że szarym. Gdyby ta osoba była zwierzęciem, to jakim? Tu większość nie miała problemu. Mysz. Choć zawsze sądziłam, że jestem kotem.
Zabolało. Mimo, że doskonale wiedziałam, że to była tylko zabawa. Szara mysz... Cała prawda o mnie?

Szara mysz. Znasz mnie? Wiesz kim jestem? Nie masz pojęcia, bo niby skąd możesz wiedzieć? przecież szara mysz mieszka tam, gdzie nie dosięgniesz, ani nie zajrzysz... Głęboko pod podłogą. W ciemnościach.
Ale... co kryje cień?

Agi - 22 lipca 2010, 09:33

Ellaine, dla mnie nie jesteś szara, ani bezbarwna.
Twoje teksty skrzą się tysiącem odcieni.

nimfa bagienna - 22 lipca 2010, 09:43

Agi mnie ubiegła.
Ellaine, nie jest sztuką dodać sobie barw, zakładając seksowną kieckę albo bez ustanku powtarzając frazę "ja, mnie, mną, mnie, ja, ja JA". Wizerunek oparty na wyglądzie i samozachwalaniu bardzo łatwo przesłonić. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma lepszy PR. Oraz dłuższe nogi, ładniejsze cycki i lepiej potrafi je wyeksponować.
Twój blog to jeden z dwóch, których nie mam w ignorach. A wiesz dlaczego?
Bo jest perfekcyjnym zwierciadłem twojego nastroju.

Rafał - 22 lipca 2010, 09:48

Dużo już koleżanki napisały, zapomniały tylko dodać, że lektura ta ma również działanie odstresujące, thx :D
Ellaine - 23 lipca 2010, 11:00

Zawstydzacie mnie. Ale dziękuję Wam za te miłe i ważne dla mnie słowa.

W związku z deszczową pogodą, znów mnie trochę naszło. A właściwie to... skojarzyło z czymś o czym i tak chciałam Wam kiedyś opowiedzieć.

***

Czy Wam odgłos padającego deszczu też kojarzy się ze skwierczeniem ognia na drewnie w ognisku, lub kominku? Zawsze zastanawiał mnie ten paradoks, że te odgłosy tak przeciwstawnych żywiołów są dla mnie tak podobne. A jednak, nie potrafię pozbyć się tego skojarzenia. I zawsze, kiedy przysłuchuję się deszczowi słyszę też taniec ognia na polanach. Tak samo, jak niezrozumiały szept przeradza się w moim umyśle w dźwięk kapiącej wody. Tak po prostu.

Kilka lat temu, gdy byłam w drugiej klasie liceum, kilkanaście osób, głównie z mojej klasy, założyło kółko teatralne. Pierwszym i ostatnim dramatem jaki wystawiliśmy w ówczesnym składzie była druga część "Dziadów", Mickiwiecza. Później były plany wystawienia "Śmierci porucznika", Mrożka lub zaadaptowanie do formy dramatycznej któregoś z jego opowiadań, np. "Szuler". W tym czasie nawet sama napisałam dwa dramaty, ale... mniejsza o to. W każdym razie nie doszło do realizacji wielkich planów, a przynajmniej nie w czasach, kiedy byłam tam licealistką. Do dziś nie mam pojęcia, czy to kółko przetrwało.

"Dziady", każdy doskonale je zna. Mnie zawsze najbardziej podobała się część druga, pozostałe już nie były tak pociągające. Nikt też nie miał nic przeciwko wysuniętej przez nauczyciela propozycji, zwłaszcza, że premiera była wyznaczona na dzień przed, albo parę dni po pierwszym listopada. Idealny czas na wystawienie części drugiej "Dziadów", nie sądzicie?

Za scenę miała posłużyć nam, nie jak zwykle przy takich okazjach - sala gimnastyczna, ale sala lekcyjna - dość sporych rozmiarów, jak na zwykłą klasę, znajdująca się w podziemiach szkoły. Oznaczało to, że jednego dnia wystawialiśmy to samo przedstawienie czterokrotnie, by wszyscy uczniowie i nauczyciele mogli je obejrzeć. O scenie, właściwie o scenografii, opowiem Wam za chwilę.

Zanim doszło do tworzenia scenografii, należało najpierw rozdzielić role i ich się nauczyć. Nie pamiętam już, czy każdy sam wybierał, czy profesor narzucał, ale myślę, że to pierwsze miało miejsce. Mnie przypadła w udziale rola Kruka. Niezbyt eksponowana postać, ale mnie to nie przeszkadzało. Poza tym lubię kruki. Koleżanka z klasy grała Sowę, a kolega został Widmem złego pana. Lucyferia też grała w przedstawieniu, to dla mnie oczywiste, jej nie mogłoby zabraknąć w takim przedsięwzięciu. Była jedną z osób, które tworzyły Chór. Wszystkie dziewczęta z chóru ubrane były na czarno, czarne bluzki i długie, ciemne spódnice.

Nie wiem, w którym momencie pojawił się pomysł na taką scenografię, jaką stworzyliśmy. Każdy dorzucał coś od siebie w międzyczasie. Paru chłopaków było ówcześnie ministrantami. Jeden z nich rzucił od niechcenia, że ma w domu trójnożny kociołek. Drugi zaś stwierdził, że mógłby poprosić u księdza o trochę mirry. Dla lepszego efektu. Przyniósł wtedy całkiem sporą bryłę mirry.
Ponieważ w aranżowanej w sali kaplicy miało być ciemno, zrzuciliśmy się na arkusze pakowego papieru, którym szczelnie pozaklejaliśmy okna. Prawda, że słońce prześwitywało przez brązowy papier, ale... Cóż, nie można mieć wszystkiego. Problemem jednak pozostawało umeblowanie kaplicy i... stworzenie cmentarza. O ile z kaplicą dało się wybrnąć w dość prosty sposób - ustawiwszy jedną ławkę na sztorc, by tworzyła mównicę, druga przykryta obrusem stanowiła ołtarz. O tyle był problem z cmentarzem. Ktoś ostatecznie rzucił, że może wyciąć nagrobki ze styropianu. Tak powstały trzy, dość spore, zaokrąglone u góry, styropianowe pomniki. Każdy z nich z przodu pomalowany został na szaro, a czarną farbą wymalowano: Rózia R.I.P., Józio R.I.P., Zosia R.I.P.
Koleżanka grająca Sowę zaproponowała, że pograbi nieco na działce i przywiezie cały worek liści. A nauczyciel zobowiązał nas do przyniesienia po zniczu. Jeszcze przez parę lat po przedstawieniu trzymałam w pokoju ten sam znicz, który wtedy przyniosłam.
Pozostał jeszcze problem zaaranżowania wejścia ostatniego z duchów, Upiora. Z tego, co pamiętam, w jakiś sposób zawiesiliśmy płótno, albo po prostu prześcieradło, za którym ukryty przez cały czas stał kolega-Upiór. W odpowiedniej zaś chwili została zaświecona lampka stojąca za nim.

Ostatecznie, w dzień premiery, koleżanka-Sowa przywiozła wielki wór liści. Przez kilka dni przed premierą padało, bo jako się rzekło to był już środek jesieni. Liście były mokre. W sali, kiedy zakrywaliśmy nimi połowę "sceny", zaczął od razu roznosić się zapach, jaki unosi się w lesie czy gdziekolwiek indziej, gdzie po deszczu zaczynają gnić liście. Rozstawiliśmy nagrobki, przy każdym ustawiając parę zapalonych zniczy. Naprawdę można się było poczuć, jak na cmentarzu... W drugim rogu stała zaaranżowana kaplica. Chór natomiast ulokowany został na środku, a za nim stał ukryty Upiór.

Ponieważ ani koleżanka-Sowa, ani ja nie miałyśmy zamiaru mieć bardzo dosłownych kostiumów, toteż poprzestałyśmy na pewnym ogólnym skojarzeniu. Koleżanka-Sowa ubrana była w brązy, na ramiona zarzuciła natomiast - pamiętam jak dziś - również brązowy, szeroki szal w jaśniejszą kratkę. Idealnie nadawał się do imitowania skrzydeł. A gdy stała z założonymi rękami, równie dobrze mogła wyglądać, jakby owa nieszczęsna wdowa piastowała swoje biedne maleństwo.
Jeśli chodzi o mnie, to chyba nie zaskoczę Was, jeśli powiem, że ubrana byłam na czarno. Czarny przylegający do ciała golf, czarne spodnie wpuszczone w wysokie, matowe kozaki. W domu znalazłam duży kawał czarnego materiału - mając Mamę krawcową, zawsze dało się znaleźć sporo różnych materiałów. Mama zrobiła mi z tego, niewielkim nakładem pracy, trójkątną pelerynę (szpic sięgał mi do kolan, albo i niżej), a żebym nie musiała się obawiać się, że zjedzie mi z ramion to przy końcach przyszyła mi gumki, które obejmowały mi nadgarstki. Lepszych skrzydeł nie mogłam sobie wyobrazić.

Za podkład muzyczny do całego przedstawienia służyły nam melodie zespołu Dead Can Dance, przyniesione przez profesora. Nie pamiętam teraz, które z nich.

Wyobraźcie to sobie:

Zaciemniona sala w podziemiach. Przez zasłonięte papierem okna wpada brązowawe światło. W powietrzu unosi się zapach mokrych liści. Przed szarymi nagrobkami płoną różnobarwne, ale proste i nieduże znicze. Na ławce służącej za ołtarz stoi kociołek, z którego wydobywa się smuga dymu niosąca zapach płonącej mirry. Ciężka, słodka woń miesza się z wilgotnym zapachem liści. Cicho snuje się wokół mroczna melodia, która przywodzi na myśl ciemną noc, ledwo tylko rozświetlaną blaskiem księżyca. Aż nagle, nie wiadomo skąd, daje się słyszeć dźwięk ognia, taki jaki można usłyszeć siedząc przy ognisku...

Kilkoro osób później pytało, jak udało się nam uzyskać taki niesamowity efekt z tym ogniem? Mogliśmy tylko wzruszać ramionami w odpowiedzi, po prostu... na zewnątrz przez dłuższy czas padał deszcz*.

__
*nie przez cały dzień, tylko podczas dwóch z czterech przedstawień, bo np. w czasie ostatniego słońce wyszło zza chmur i było zdecydowanie za jasno, ale to nic. Przykro jedynie było patrzeć, kiedy pani profesor, ucząca chemii, wybiegła z przedstawienia ponieważ zrobiło jej się mdło od zapachu mirry... No cóż, nie można mieć wszystkiego. Ja prawie przewróciłam jeden ze zniczy, zahaczywszy moimi skrzydłami, ale to też nic...

Ellaine - 30 lipca 2010, 10:01

Późnym wieczorem wracałam do domu. Od wejścia do sieni czułam, że otoczenie jest inne niż zwykle. Światło było przytłumione, a w powietrzu czuć było zapach, którego nie potrafiłabym opisać. Tajemnica rozwiązała się, kiedy weszłam do kolejnego pomieszczenia, gdzie znajduje się winda i dwoje drzwi prowadzące do piwnic.

Jednak, skąd w tym miejscu znalazły się egzotyczne okazy roślin?! Tropikalne pnącza rosły na ścianach, w wielkich donicach stały podobne do palm drzewka o szerokich liściach. Gdziekolwiek nie spojrzeć, tam było coś żywego i zielonego. Spojrzałam na wyglądającą na mniejszą niż zwykle, windę. Wydawała się wystawać z szybu, i kształtem przypominała raczej sejf. Chyba pójdę schodami, pomyślałam, nie ufając temu dziwacznemu ustrojstwu, które zastąpiło starą, dobrą windę.

Zrobiłam krok pomiędzy rośliny, znajdujące się również na pierwszych schodkach.

- Właściwie nie musimy iść schodami - powiedział mężczyzna znajdujący się ni z tego, ni z owego za moimi plecami. Wyglądał młodo, ale był mi zupełnie obcy. Nie rozumiałam, dlaczego się do mnie odezwał.

Otworzył drzwi windy-sejfu, w środku jednak nie było wolnej powierzchni, całe wnętrze wypełnione było roślinami w donicach.

Chwilę później do bloku wszedł kolejny mężczyzna. Zadał pytanie, które dotyczyło zdaje się ulicy w centrum miasta. Obydwoje - tj. ten pierwszy i ja, pokręciliśmy przecząco głową. Powiedzieliśmy mu, że musi jechać do centrum.

Następnie, zanim tamten wyszedł, a ja jeszcze nie zdążyłam się ruszyć z pierwszych dwóch schodków, wpadła do środka starsza kobieta w towarzystwie innego mężczyzny. Wyglądali jak poszukiwacze przygód. Nie pytajcie, co to dokładnie znaczy, jakbyście ich zobaczyli, tobyście też uznali, że to poszukiwacze przygód. Może nawet znajomi pana Indiany Jonesa? W każdym razie kobieta stanęła, i pewnym ruchem wskazała jedne z dwóch drzwi, prowadzących do piwnic. Akurat te były dość mocno obramowane przez różnego rodzaju pnące rośliny i spomiędzy zieleni ledwo było widać ciemny, brązowy kolor, na który skrzydło drzwi zostało pomalowane w trakcie remontu parę lat temu.

- Tam znajduje się skarb! - powiedziała z triumfem w głosie.

Nic już nie rozumiałam.

*

Po chwili obudziłam się, tam gdzie zasypiałam - obok Lubego. W dłoni czułam nieprzyjemne mrowienie. Musiałam źle leżeć, ścierpły mi palce - mały i serdeczny u prawej dłoni. Przez dłuższą chwilę poruszałam dłonią, to zginając, to rozprostowując palce, by przywrócić normalne krążenie. Po jakimś czasie, ponownie zasnęłam, przytuliwszy się do boku Lubego.

*

Jasny dzień. Wracałam z grupą przyjaciół do domu. Rzuciłam okiem na blok, w którym się wychowałam i niemal stanęłam jak wryta. Wygląda jakby zaraz miał się rozpaść. Elewacja była w opłakanym stanie, w wielu miejscach pozbawiona była kolorowego pokrycia, odkrywając tym samym ogromne połacie surowego betonu. Okna wydały mi się nienaturalnie duże, a zamiast plastikowych ram, posiadały metalowe w dużej mierze zardzewiałe. Część z nich pozbawiona szyb, lub otwarte na oścież.

Czułam narastający niepokój, kiedy tak patrzyłam na coraz bardziej mi obcy blok. Ojciec pozostawiony sam sobie został na kilka tygodni. Jak sobie radził? Czy nic mu się nie stało? Czy w ogóle był w domu? Mimo dziwacznych okien, wydawało mi się, że wnętrze mieszkania było nienaruszone.

Weszliśmy do bloku. I kolejne zaskoczenie. Nie było windy. Skierowaliśmy się na schody. Tylko, że... schodów także nie było. W suficie parteru ziała dziura, a nad nią kolejna i kolejna. Trzeba się było wspinać... na ósme piętro! Jakimś cudem udało się mnie i Lubemu wejść na pierwsze piętro. O dziwo, podłoga była drewniana. Zaczęłam poszerzać dziurę, by pozostałym przyjaciołom było łatwiej wejść na górę.

*

Sen stawał się tak irracjonalny, że aż się obudziłam.

Kiedyś często śniły mi się schody, wchodzenie, schodzenie, a nawet zbieganie. Często we śnie jeździłam windą na straszliwe wysokości, gdzie piętra liczone były w setkach, a ja nie mogłam wysiąść. Ale jeszcze nigdy nie miałam snu, w którym chcąc iść po schodach, okazywało się, że schodów wcale nie ma.

Ciekawe, co to znaczy? W sennikach nie znalazłam. Aczkolwiek w kwestii schodów często sobie przeczyły.

Godzilla - 30 lipca 2010, 10:23

No proszę, skąd ja to znam. Sny schodowo-windowe, z urozmaiceniami w postaci strychów lub - częściej - labirynciastych piwnic, zdarzały mi się regularnie. A mieszkałam kiedyś na 9 piętrze, z chimeryczną windą znałyśmy się jak łyse konie (jak stanie między piętrami, trzeba sprawdzić drzwi, ewentualnie pomiziać je pięścią, wcisnąć jeszcze raz guzik, jak nie zadziała, wcisnąć jakikolwiek inny guzik). Co mi się w tych snach pojawiało:

- winda stara, rozlatująca się, sklecona z desek, z dziurawą podłogą;
- winda zjeżdża w dół, nie na parter tylko do piwnicy, która okazuje się całym labiryntem korytarzy, w tajemniczy sposób prowadzącym do dziury w podłodze w domku mojego dziadka daleko stąd;
- winda przejeżdża przez 10 piętro, ląduje w przybudówce na dachu,
- winda zatrzymuje się tam gdzie chciałam, ale piętra są nieoznaczone, mieszkania bez numerów, nie mogę trafić do siebie;
- najlepsza jednak historia była, jak winda przejechała nad 10 piętro, po czym zmieniła kierunek jazdy na poziomy, wjechała do długiego tunelu i wylądowała w ogromnej ciemnej jaskini (ach ta senna logika), gdzie się znajdowało podziemne miasto pod ogromną kopułą w kształcie bochna chleba albo odwróconej foremki do ciasta. Kopuła była przezroczysta i widać było światła. Miasto było z jakiejś dalekiej przyszłości.

Wersja z zielenią jednak mi się nie śniła. Szkoda, bo fajna :D

Martva - 30 lipca 2010, 10:36

Godzilla napisał/a:
Wersja z zielenią jednak mi się nie śniła. Szkoda, bo fajna

Był taki motyw w Muminkach. Coś z kapeluszem Czarodzieja, chyba :)

Zazdroszczę szczegółowych snów, ja z moich pamiętam ogólny zarys fabuły albo kilka niepowiązanych szczególików na krzyż.

Ellaine - 30 lipca 2010, 14:28

Godzilla napisał/a:
winda zatrzymuje się tam gdzie chciałam, ale piętra są nieoznaczone, mieszkania bez numerów, nie mogę trafić do siebie;

A to też mi się kilkakrotnie zdarzyło. Tak samo zdarzało mi się śnić, że wysiadam na dobrym piętrze, ale piętro wygląda jakoś dziwacznie, jak w jakimś bardzo drogim hotelu, czy coś. Albo kiedyś miałam tak, że szłam schodami do domu i zanim dotarłam na swoje piętro to np. jedno półpiętro to było cudze mieszkanie, przez które trzeba było przejść by pójść dalej.
Godzilla napisał/a:
najlepsza jednak historia była, jak winda przejechała nad 10 piętro, po czym zmieniła kierunek jazdy na poziomy, wjechała do długiego tunelu i wylądowała w ogromnej ciemnej jaskini (ach ta senna logika), gdzie się znajdowało podziemne miasto pod ogromną kopułą w kształcie bochna chleba albo odwróconej foremki do ciasta. Kopuła była przezroczysta i widać było światła. Miasto było z jakiejś dalekiej przyszłości.

To też brzmi ciekawie :D Mnie się raz śniło, że winda jechała w każdym kierunku. To było bardziej jakby się wsiadło do wagonika kolejki górskiej niż windy. Bo zajechałam bardzo daleko od miejsca, w którym wsiadłam do "windy". Ale do miasta z przyszłości mnie nie zabrała :D

Martva napisał/a:
Zazdroszczę szczegółowych snów, ja z moich pamiętam ogólny zarys fabuły albo kilka niepowiązanych szczególików na krzyż.

Wiesz, Martvo, dla mnie nie jest normalne pamiętać sny. Zwykle budzę się, jak to wytłumaczył mi pewien znajomy - po zakończeniu wszystkich faz snu, mózg usuwa śmieci, które segregował w nocy - czyli sen, i jest gotów do działania w dzień. Zwykle wtedy jestem doskonale wyspana, nawet jeśli spałam krótko. A dzisiaj po prostu budziłam się w trakcie trwania snu, za pierwszym razem z powodu ścierpnięcia palców, a za drugim sama się wybudziłam, bo było tak głupie, że już miałam go dość. Ten pierwszy sen, zanim ponownie zasnęłam, to sobie w myślach powtórzyłam, właśnie po to, żeby zapamiętać i tu napisać. Bo był zabawny :) choć dziwaczny, jak to sen.

Godzilla - 30 lipca 2010, 16:50

Ja zwykle błyskawicznie zapominam, czasem jednak część z tej zbieraniny obrazów pozostaje, wraz z ogólnym nastrojem. Cieszę się że od dawna nie miewam koszmarów, bo to już by takie fajne nie było. Choć niektóre z tych snów o windach były trochę straszne.
Kai - 30 lipca 2010, 19:42

A mnie się często śni wejście na strych z brakującym sporym fragmentem schodów, zamiast niego jest chwiejna deska... albo labirynt piwnic/lochów, również pełen miejsc, gdzie trzeba być mężczyzną, żeby przejść.
Godzilla - 30 lipca 2010, 21:12

Ciekawe. Kolejny powtarzający się motyw u mnie to dom mojej babci. Piętrowy, ze strychem. Przy czym nie jest nic a nic przytulny, jest stary, rozlatujący się, strych jest ogromny, sklecony z byle jakich desek, można zlecieć. Wszystko pokryte tonami kurzu. Taki przykry obraz rozkładu i przemijania. W rzeczywistości bardzo za tym domem tęsknię, a może za dawnymi latami, tamtą atmosferą, zapachami, które już nie wrócą. I w ogóle za całym miasteczkiem.
Kai - 30 lipca 2010, 21:24

A u mnie... toaleta. Z której nie można skorzystać. Z różnych powodów (jeden np taki, że jest wielkości kociego kontenerka).
A z ładniejszych snów, zbocze pełne kwiatów, w dole dom. Wrażenie - ciężkich, tureckich wzorów w pomieszczeniach,
I jeszcze jeden śmieszny sen - radioaktywny kot w pomarańczowy samochodziku.

Godzilla - 30 lipca 2010, 22:15

Łazienka. Bardzo duża, nieprzytulna, cała w szpitalnych kaflach. Oświetlenie kiepskie, zimne, w zasadzie to lekki półmrok. Kilka par drzwi otwartych lub bez przerwy się otwierających. Ludzie przechodzą w różne strony. Nie można się zamknąć. Mokro. Wielka wanna pełna wody po brzegi. Tej wody jest za dużo, strach tam wejść. Jest zimna i tak głęboka że aż niebieskawa. Bardzo niesympatyczne są sny z łazienką.
Kai - 30 lipca 2010, 22:21

Godzilla napisał/a:
Nie można się zamknąć.
o to to!

Zobaczę, co mi się przysni dzisiaj. Może nie potworna piętrowa toaleta, ani strych, gdzie trzeba wchodzić po desce...

ihan - 30 lipca 2010, 22:34

Niewątpliwie śni mi się coś każdej nocy, ale pamiętam może jeden, dwa sny na rok. Zwykle są spełnieniem marzenia o byciu kimś wyjątkowym, co w zasadzie raczej żałosne jest. gdy byłam dzieckiem kilka razy śniło mi się, że wracam z przedszkole i w pewnym miejscu, zawsze tym samym, spotykam wilka, i w jakiś sposób było to straszne. Dziwaczne, bo nigdy się nie bałam wilków ani psów i do dzisiaj się nie boję.
hijo - 30 lipca 2010, 23:40

No i nici z pójścia spać. Nawet komputer wyłączyłem, ale standardowo wziąłem do łazienki ipoda żeby coś poczytać przy myciu zębów. Zęby umyłem, ale czytałem dalej w końcu się udało oderwać na chwilę i dokończyć wieczorną toaletę. Co z tego skoro nadal trzymam w łapach ipoda i czytam. Młoda śpi obok, Matrix jedno miejsce dalej tzn że mają za sobą pierwsze nocne papu. W sluchawkach Tom Morelo jako The Nightwatchman, a w glowie mnóstwo wspomnień w tym 3 sny. Każdy inny najmłodszy sprzed 6/7 lat dwa kolejne sprzed lat ok 20 i 16. Pamiętam je że szczegółami. Ciekawe. Szkoda, że od lat nie miałem snów wartych zapamiętania. Brakuje mi tego.
Muzyka Toma jest doskonała na wieczorne pogawędki z przyjaciółmi. Doskonale pasuje mi do tego blogu nawiedził mnie klimat zeszłorocznych wakacji, kiedy to tydzień urlopu spędziłem w towarzystwie Matrix i mojego wspaniałego przyjaciela. To były wspaniale wieczory przy kawie piwie i cygaretkach.

Ellaine dzięki za tego bloga :)

Godzilla - 31 lipca 2010, 09:26

Ellaine przyjdzie i wykopie gadaczy do "Co nam się śni", bo offtopujemy okropnie ;)
Ellaine - 31 lipca 2010, 12:30

Nie ma za co, hijo. :)
Godzillo, dlaczego od razu wykopie? Przecież to nieładnie wypraszać czytelników. Ja tam się cieszę, przynajmniej widzę, że ktoś zagląda i w ogóle. Bo zwykle to taki monolog się tu robi, że po pewnym czasie aż mi głupio pisać nowe posty.

Cytat:
Cieszę się że od dawna nie miewam koszmarów, bo to już by takie fajne nie było.

Zazdroszczę, Godzillo. Mnie ostatnio ze snów które pamiętam, to najczęściej są takie, których nie chciałabym pamiętać. Czasem też mam tak, że snu jako takiego nie pamiętam, ale po przebudzeniu na przykład czuję psychiczny dyskomfort, bo wiem, że to był koszmar. I np. budzę się z uczuciem strachu, czy głębokiego smutku, albo wręcz przeciwnie - jestem wściekła i mam ochotę kogoś zamordować. (Zresztą, drugi sen z przedwczorajszej nocy dla mnie był koszmarem, bo patrzenie na mój blok, będący we śnie obrazem nędzy i rozpaczy, i jeszcze to uczucie niepokoju. Niefajne generalnie)

Dzisiaj też mi się coś śniło, ale był tak pokręcony ten sen, że aż szkoda gadać. Zwłaszcza, że nie sądzę, by był przyjemny.
Ale nie zapomnę jednego, który przyśnił mi się kilka lat temu. Jeszcze w liceum byłam. Generalnie i roboczo, nazywam go "atakiem terrorystycznym na Katowice". We śnie mieszkałam na parterze, co było dla mnie dziwaczne. Była ciężka zima (a śniło mi się to w środku lata), przed blokiem w którym mieszkałam stał inny dziesięciopiętrowy blok (przed moim jest dużo wolnego miejsca, bo okna wychodzą na jednorodzinne domki). A po prawej widoczny był duży księżyc (z okien wychodzących na północ rzadko można zaobserwować księżyc). Później nastąpiło trzykrotne (sic!) zasłonięcie księżyca - albo naturalne, albo jakieś sztuczne. Następnie zaobserwowałam wybuch w naprzeciwległym bloku, cały stanął w płomieniach. A w świetle ognia pomiędzy blokami biegali czarno ubrani ludzie z karabinami maszynowymi i zakrytymi twarzami, oraz ubrani tradycyjnie na biało członkowie Ku-Klux-Klanu. A ja siedziałam pod oknem w kucki i wyglądałam na zewnątrz, tak by jak najmniej mnie było widać w oknie.
Nie wiem, co było dalej, bo się pewnie obudziłam.

Ellaine - 5 sierpnia 2010, 11:23

13 pocztówek.
12 osób (z czego połowę poznałam na żywo).
11 miast.
5 województw.

Czyli Ellaine wysyła pozdrowienia z wakacji.

Nawet nie przypuszczałam, że tak mi się tego nazbierało.
Właściwie to jeszcze dla dwóch osób przewidziałam pocztówki, ale jedną muszę zapytać o adres - przeprowadzała się niedawno, a druga osoba to moja siostra, ale że będę się z nią widzieć w tym tygodniu - więc zrezygnowałam z wysyłania pocztówki.

Poza tym teraz czułam się trochę jak przy wypisywaniu kartek na święta. Siedem wypisałam za jednym zamachem (bo sześć poleciało w lipcu). Ręka pod koniec zaczęła mnie boleć (dawno nie pisałam ręcznie). Poza tym nie ma ani jednej kartki takiej samej, już nie mówiąc o tym, że każdej osobie pisałam co innego. Aczkolwiek pierwsza partia pocztówek poszła z małym dodatkiem - życzeniami z okazji 600. rocznicy bitwy pod Grunwaldem. ;)

Ellaine - 6 sierpnia 2010, 19:20

Delikatny wiatr muska mi szyję, tak spokojnie, tak czule, jakby czyniła to dłoń kochanka. Kosmyki włosów poruszane powiewami łaskoczą wrażliwą skórę. Choć w tej podróży nieraz towarzyszyła mi niepewność, a podmuchy wiatru nie raz, nie dwa ocierały słone łzy z policzków, wiem, co powinnam zrobić. I wiem, że idę właściwą drogą.

Oglądam się za siebie, na ścieżkę, którą przebyłam. Nie należała do najprostszych, od dłuższego czasu wiła się zakosami między pagórkami. Pełna była wyboi i zdradliwych dołów. Potykałam się wielokrotnie, upadałam nieraz. Ale czasem biegłam radośnie, gdy zaświeciło słońce a rosa perliła się na źdźbłach szumiącej trawy. Oglądam się po raz kolejny i wiem, że już nigdy nie wrócę do tego miejsca.

Choć nigdy nie przepadałam za miejscem, które przemierzałam odkąd pamiętam, to gdzieś w głębi rodził się szloch, tęsknota za niewypowiedzianą stratą. Mimo wszystko jednak pokochałam tę trudną drogę po tych rozległych terenach. Raz prostych niczym stół, innym razem pofałdowanych i poprzecinanych wolno płynącymi rzekami. Kochałam się w tych zachodach słońca, w obrysowanych złotem miastach chmur, w migoczących nocą gwiazdami. W widoku falującego morza traw. Pomimo żalu, jaki mnie przepełniał podczas podróży po tych bezkresach i bezcelach. Pomimo nienawiści, która rodziła się nieraz w moim sercu. Czuję, że będę do tego tęsknić. Do tego, co tu przeżyłam. Wiem jednak, że nadchodzi nieuniknione.

Patrzę na rysujący się coraz wyraźniej las. Ciemna ściana na tle jasnego nieba rozświetlonego południowym słońcem. Nie wiem, co mnie czeka. Nie wiem, co tam spotkam. Czy droga przez bór będzie tak samo ciężka i mozolna, równie samotna jak dotychczas? Co znajdę po jego drugiej stronie? Las jawi mi się tajemniczy i wrogi, a jednak wiem, że czas zbliżyć się do niego i zostawić za sobą pozbawioną drzew przestrzeń.

Choć do gęstej ściany zieleni mam jeszcze daleko, to las zdaje się wychodzić mi naprzeciw. Z każdym krokiem widzę coraz więcej drzew wyrastających samotnie wśród równiny pokrytej trawami. To jeszcze nie jest las, ale otoczenie zmienia się.

Zmiany są nieuniknione. Nawet jeśli się ich obawia, trzeba je przyjąć i stawić im czoła. Aż w końcu to, co nieznane stanie się oswojone. Ale później to też się zmieni, i to również, i następne...

To, co się zmienia - żyje.

Ellaine - 17 sierpnia 2010, 20:49

Z góry przepraszam za długi wpis, ale dawno mnie nie było, poza tym sporo się działo a i tak starałam się streszczać, by post nie był dwa razy dłuższy niż jest. W każdym razie mam nadzieję, że nie będzie Wam przeszkadzać jego długość :))

Pozdrowienia z Pojezierza (tak, tak, nadal tu jestem)

***

Ostrożnie stawiając stopy schodzimy po stromym zboczu, pomiędzy drzewami. Czuję osypujący się spod podeszwy piasek. Nie chwytam jednak ramienia Lubego, ale samej odzyskuję równowagę. Początkowo myślałam o przyświecaniu sobie blaskiem z ekranu komórki, ale z drugiej strony... Gdyby wypadła mi z ręki? Wzrok ostatecznie przywykł do mroku delikatnie rozświetlanego przez migoczące gwiazdy. Perseidów jednak nie udało mi się dostrzec.

Wychodzimy spomiędzy drzew, dzięki czemu więcej widzę. Po prawej, poniżej miejsca w którym wyszliśmy z lasu widzę błyszczącą w świetle gwiazd czerń. Jezioro! Schodzimy niżej, by jak najbliżej umieścić się brzegu. Państwo Młodzi zrzucają ubrania, w ich ślad idą dwie dziewczyny. Jest z nami jeszcze jedna para, ale ponieważ pili piwo zdecydowali się nam jedynie towarzyszyć w spacerze. Waham się przez chwilę, ale ostatecznie decyduję się również spędzić chwilę w wodzie. Odkładam ręcznik i ubrania na wilgotną trawę. Wiem, że Luby będzie pilnował rzeczy, bo sam nie miał zamiaru pływać, dzierżąc w ręku puszkę z resztką piwa. Przez moment zastanawiam się, czy może wejść do wody z okularami na nosie. Odłożyłam je jednak do buta. Teraz już zupełnie nic nie widzę. Idę po omacku do brzegu.

Ktoś już pływa, kiedy robię pierwszy krok w wodzie. Jednak ktoś inny wciąż stoi przy brzegu. Wchodzę głębiej i nawet nie myślę o tym, by się zatrzymywać; nie czuję różnicy w temperaturze powietrza i wody. Zanurzyłam się już powyżej pasa. Odbiłam się nogami od dna i zaczęłam płynąć stylem, który najmniej jest dla mnie kłopotliwy. Żabka. Czuję dziwny przypływ euforii.

- Pierwszy raz pływam w nocy. Raz pływałam w deszczu, ale nigdy w nocy - mówię do Pani Młodej, która akurat znalazła się obok mnie.
- No widzisz. Zawsze musi być ten pierwszy raz.
- A mówią, że pierwszy raz nigdy się nie udaje - uśmiecham się szeroko, choć nie wiem, czy mnie widzi. Zaśmiała się.

Następnego dnia wróciliśmy nad jezioro, by w świetle dnia popływać i odpocząć od przygotowań do wieczornego wesela. Nie było to już tak atrakcyjne i niesamowite jak nocne pływanie, a i woda była o wiele zimniejsza. Aczkolwiek nie tak zimna, jak w Morzu pewnego dnia, gdy po przepłynięciu paru metrów miałam wrażenie, że zamarzają mi stawy...


Wieczorem odbyło się wesele, inne niż dotychczasowe cztery na których miałam okazję być. Zamiast sali pełnej gości była wolna przestrzeń, świeżego powietrza nikomu nie zabrakło. Stoły pod namiotami uginały się od sałatek i ciast. Ciepły posiłek zapewniał ogromny grill a później i ognisko, które zostało sprawnie rozpalone. Później to wokół niego skupiła się cała impreza, ktoś do ręki wziął gitarę i zaintonował jedną z wielu znanych wszystkim piosenkę. Wiatr poniósł splecione głosy w dal.

Przy grillu straż pełnił młodszy brat Pana Młodego, i jego świadek w jednej osobie, przyjmijmy, że nazywał się Michu. Michu nie miał lekkiego wieczoru, praktycznie cały czas narażony był na zbyt wysoką temperaturę i dym unoszący się ponad grillem. Im dłużej grillował tym mniej miał ochotę przebywać w jego towarzystwie. Nikt mu się zresztą szczególnie nie dziwił. Im późniejszy stawał się wieczór, tym mniej było do grillowania, ale i mniej było chętnych do jedzenia tego, co pozostało. Przystanęliśmy z Lubym przy Michu, żeby mu smutno nie było samemu. W pewnej chwili podszedł do nas jeden z kolegów, który nasłuchał się od Micha, że nie wie już, co ma zrobić z pozostałym na ruszcie mięsem. Przechodziła akurat obok grilla dziewczyna owego kolegi, która powiedzmy, że na imię miała Monika. I takim oto tekstem została uraczona przez swojego chłopaka:
- Monika, Michu nie ma co zrobić ze swoją kiełbasą i chciałby, żebyś ją wsunęła.
Nastąpiła chwila konsternacji. A później wybuch śmiechu.

W jakiś czas potem, gdy ponownie przy grillu zostaliśmy we trójkę – Michu-grillmeister, Luby i ja, przechodziła obok nas jedna z przyjaciółek Pani Młodej. Dodam na marginesie, że owa dziewczyna to wegetarianka.
- Może boczku? – zagadnął ją Michu zachęcająco. – Wegetariański! – dodał szybko. Koleżanka uśmiechnęła się do niego z pobłażaniem.
- To boczek sojowy! – dorzucił Luby, próbując przekonać ją do grillowanego boczku.

*

Tak po prawdzie to zdaję sobie sprawę z tego, że zaczęłam Wam opowiadać tę historię od środka, doszłam do końca, a teraz czas najwyższy na właściwy początek.

Wszystko zaczęło się od tego, że kilka miesięcy temu dostaliśmy z Lubym zaproszenie na ślub jego przyjaciół. (Ja byłam na zaproszeniu zaznaczona jako „osoba towarzysząca”, ponieważ ani Pani Młoda, ani Pan Młody nie znali mojego nazwiska. Zresztą, widzieliśmy się jakieś trzy, cztery razy w życiu – nie licząc ostatniego widzenia)

Od razu czułam, że ślub może być nieco ekstrawagancki, ponieważ w zaproszeniu para zaznaczyła, by zamiast kwiatków obdarować ich książkami. Ciekawy patent i mam wrażenie, że nie zawaham się go wykorzystać w przyszłości. Dopiero na kilka tygodni przed wyznaczonym dniem ślubu, a był to piątek… trzynastego, dowiedziałam się od Lubego, że po pierwsze – ceremonia zaślubin odbędzie się w Urzędzie, a po drugie, że wesele w ośrodku wypoczynkowym ulokowanym w miejscowości zaprzeczającej swej nazwie, a mianowicie w Sporym i po trzecie, że będzie miało charakter biwaku, czy też grilla.

Jeśli chodzi o kwiatki, to mieliśmy świetny pomysł na książkę, niestety okazało się, że zamówiliśmy ją w lokalnej księgarni za późno i musieliśmy kupić „kwiatki” w innej i inne niż chcieliśmy, chociaż też były warte uwagi („Tao Kubusia Puchatka”, „Te Prosiaczka”, a jako prezent ślubny – „Mistrz i Małgorzata”). Aczkolwiek zamówienie dotarłoby na czas, gdyby nie zawiódł kurier, który zawiózł paczkę do księgarni w Trzciance… Bywa.

O czym to ja? Ach, właśnie! Cóż to był za ślub!? Para Młoda zajechała pod Ratusz, gdzie mieści się USC, na pięknie przystrojonych rowerach. Panna Młoda miała rower przystrojony na biało, zaś Pan Młody posiadał czarny bicykl. Ludzie przechadzający się w słoneczne popołudnie po rynku zaglądali ciekawie w ich kierunku. Zresztą, nie tylko oni!
Przed ceremonią naszych przyjaciół odbywały się zaślubiny innej pary, która również była niecodzienna. Otóż, pan młody był Szkotem i jak przystało na Szkota miał bardzo oficjalny szkocki strój – kilt i całą resztę. Zresztą kilkoro mężczyzn z rodziny pana młodego również było ubranych w kilty. Zachwycili się ślubnymi wehikułami w formie dwóch zgrabnych rowerów i bezwstydnie zaczęli je fotografować. Tak po prostu.

Tradycyjna sala USC, w której zapewne już wiele par powiedziało sobie „TAK”, była w remoncie dlatego przyjaciele Lubego wzięli ślub w sali, gdzie zwykle obraduje Rada Miasta. Największą uwagę przyciągały witraże zamieszczone w oknach, które wyobrażały różne świeckie sceny. Niestety nie przyjrzałam im się dostatecznie uważnie, gdyż zajęta byłam przysłuchiwaniem się ceremonii, w której po raz pierwszy brałam udział. Dotychczas miałam okazję uczestniczyć w czterech ślubach, ale wszystkie z nich były konkordatowe.

Po ceremonii wzniesiony został toast za Parę Młodą, wręczone „kwiaty”, a następnie opuściliśmy Ratusz. Podobno pani, która udzieliła ślubu, powiedziała do nowożeńców: "Idźcie, idźcie, bo chcę zobaczyć jak jedziecie na tych rowerach". I zapewne, by zadośćuczynić prośbie, czy też - tak wyrażonej chęci, Para Młoda w „rundzie honorowej” zatoczyła koło po Rynku. Zapewne pani kierowniczka USC patrzyła przez okno, gdy okrążali fontannę, stojącą w centralnym punkcie placu.

*

A dzisiaj, spacerując po starówce, doszłam do wniosku, że właściwie to mogłabym pojechać do ślubu jedną z riksz, które wożą turystów po Mieście. Bo, dlaczego by nie? (Aczkolwiek nie zdołam przebić moich rodziców, ponieważ oni do ślubu poszli piechotą… Ponieważ kościół znajdował się dosłownie „tuż za rogiem” kamienicy, gdzie mieszkała moja śp. Mama)

Ellaine - 30 sierpnia 2010, 11:53

Powroty do miejsca zameldowania po dwóch miesiącach niebytności bywają trudne. Na przykład okaże się, że dworzec jest remontowany i nie wiadomo, które wyjścia na miasto są aktualnie otwarte. I tak, miałam krótką przebieżkę z obciążeniem, ponieważ wyszłam nieszczęśliwie od strony placu Andrzeja. Musiałam obejść z zewnątrz cały dworzec, uważać na zwianych panów i dotrzeć w jednym kawałku na aleję Korfantego. Co mi się zresztą udało. Następnie kilkanaście minut czekania, dwa strategiczne telefony - do siostry, by się nie martwiła: już jestem w Katowicach, cała, zdrowa, czekam na autobus; i do Lubego: dotarłam, czekam na autobus. - Dobra, zadzwonię później.

Jak na złość jako pierwszy przyjechał autobus, który nie podwozi mnie bezpośrednio pod blok; ale stwierdziłam, że lepszy rydz niż stanie na chłodzie przez kolejne dwadzieścia minut.
Wysiadłam na krajówce, tuż przy willi Uthemanna, czy też Brachta (jak zwał, tak zwał, teraz i tak jest tam bank). A potem szłam żwawo w dół ulicy Górniczego Stanu, odliczając w myśli: raz, dwa, lewa, raz, dwa, lewa... Żeby nie myśleć, o ciężkim plecaku i o bólu pleców po siedzeniu na niewygodnym fotelu w pociągu przez ponad osiem godzin. Kiedy byłam w połowie drogi między przystankiem a domem, dzwon pobliskiego kościoła odezwał się pojedynczym "bim", co oznaczało, że była dwudziesta pierwsza piętnaście. O tej porze dopiero wsiadałabym do autobusu w centrum. Autobus, który prawdopodobnie dowiózłby mnie prawie pod blok. Jakoś świadomość, że mam do domu już tylko paręset metrów poprawiła mi nastrój.

I oto jestem. Cała, zdrowa, odrobinę nieszczęśliwa z powodu, że wciąż jeszcze dzielę świat pomiędzy Katowice i Lubego. Doszłam do wniosku, że już jestem skazana na to, by tęsknić. Jak napisałam siostrze w smsie na dobranoc, w odpowiedzi, czy już chcę wyjeżdżać - "Tęskniłam za Katowicami, ale już tęsknię za Lubym". Zawsze, gdy jedno mam, nie mam drugiego. Chociaż za parę dni Luby przyjedzie mnie odwiedzić, więc będę w pełni zadowolona z życia.

A teraz się Wam "pochwalę" książkami, które przeczytałam w trakcie ostatnich dwóch miesięcy. Lipiec odznaczał się większą różnorodnością tematyczną powieści, a także gatunkową. Sierpień natomiast minął mi pod znakiem Star Wars.

lipiec:
1. Niewidoczni Akademicy, T. Pratchett,
2. Śląskie dziękczynienie, K.T. Lewandowski
3. Posłuchaj mnie..., S. Dessen
Trylogia Mrocznego Elfa, R.A Salvatore:
4. Ojczyzna,
5. Wygnanie,
6. Nowy dom.
7. Sprzedawca broni, H. Laurie
8. Zwyczajne życie, J. Chmielewska
9. Banita, J. Komuda
10. Uczeń Jedi t. 1 Narodziny Mocy, D. Wolverton
11. Uczeń Jedi t. 2 Mroczny przeciwnik, J. Watson

sierpień:
1. Uczeń Jedi t. 3 Ukryta przeszłość, J. Watson
2. Uczeń Jedi t. 4 Królewskie znamię, J. Watson
3. Czarny Lord. Narodziny Dartha Vadera, J. Luceno
seria Komandosi Republiki, K. Taviss:
4. Bezpośredni Kontakt,
5. Potrójne zero,
6. Prawdziwe barwy,
7. Rozkaz 66
8. Yoda. Mroczne spotkanie, S. Stewart
9. Komandosi Imperium: Legion 501, K. Traviss
10. Eryk, T. Pratchett

A teraz mam zamiar zacząć książkę, którą zostawiłam w domu - choć chciałam zabrać, ale mi się nie zmieściła do plecaka. A mianowicie: Amerykańscy bogowie, N. Gaimana.

Ozzborn - 30 sierpnia 2010, 11:58

Łooo fajnie - tyle ksiunżek... mnie zawsze w wakacje czytelnictwo spada drastycznie. W lipcu 3 w sierpniu 2 :roll: a tu w sumie 21 - szacun.
Cytat:
Amerykańscy bogowie, N. Gaimana.

ale Ci zazdroszczę, że dopiero to przeczytasz - rewelacja.

Ellaine - 30 sierpnia 2010, 12:05

Wiesz, Ozzborn, miałam dużo wolnego czasu. Luby pracował całe dwa miesiące, wracał dopiero o czwartej popołudniu, więc żeby się nie nudzić, kiedy go nie było brałam książkę i czytałam. Niektóre tak mnie wciągnęły, że dzień wystarczył, żeby je zacząć i skończyć (poza tym niektóre były śmiesznie krótkie, jak wszystkie cztery tomy Ucznia Jedi).
I odkryłam, że na godzinę czytam średnio 50 stron. Niezbyt imponujący wynik, ale Luby i tak uważa, że nie szanuję książek przez to, że je tak szybko czytam. xD

Kai - 30 sierpnia 2010, 12:14

Nie czytaj Gaimana! Ja przeczytałam i utonęłam... totalnie :twisted:
Virgo C. - 30 sierpnia 2010, 12:24

Ellaine napisał/a:
poza tym niektóre były śmiesznie krótkie, jak wszystkie cztery tomy Ucznia Jedi

Mam tylko pierwszy, ale z tego co pamiętam to czcionka tam była dla niedowidzących, a sama książka ilością stron też nie grzeszyła.

Ellaine - 30 sierpnia 2010, 12:53

Owszem, jak pisałam, te tomy Ucznia Jedi, które czytałam były śmiesznie krótkie i z dużą czcionką.

Kai napisał/a:
Nie czytaj Gaimana! Ja przeczytałam i utonęłam... totalnie :twisted:

A w czym utonęłaś, że tak bezczelnie zapytam? ;)

Matrim - 30 sierpnia 2010, 12:56

Ellaine napisał/a:
7. Sprzedawca broni, H. Laurie

Dobre?

Ellaine - 30 sierpnia 2010, 13:00

Jeśli lubi się angielski humor, to owszem, dobre. Aczkolwiek zakończenie było trochę zbyt amerykańskie, jak na wcześniejszy angielski ton; ale to już moje osobiste zdanie, z którym nie trzeba się zgadzać. Generalnie można przeczytać, trochę się pośmiać przy okazji.
Matrim - 30 sierpnia 2010, 13:03

No właśnie "lubi się". Kiedyś w Empiku przeczytałem kilka stron, ale odłożyłem, chciałem poszukać w oryginale i jakoś mi całkiem umknęło.
Ale zapamiętam, dzięki :)

Kai - 30 sierpnia 2010, 13:04

Ellaine napisał/a:
A w czym utonęłaś, że tak bezczelnie zapytam? ;)

A teraz to już wszystko po kolei chłonę i planuję wrócić do "Bogów" bo się za to zabrałam z "pewną taką nieśmiałością" i nie mogłam w pełni docenić.

Lauriego czytałam fragmenty. Widocznie nie lubię angielskiego humoru :twisted:

Ellaine - 30 sierpnia 2010, 13:11

Z Gaimana to przeczytałam dawno temu Koralinę, potem jego wspólne dzieło z Pratchettem, "Dobry Omen" (która zresztą jest jedną z moich ulubionych książek zaraz po "Mistrzu i Małgorzacie"), później dostałam od Lubego Gwiezdny Pył, który bardzo mi przypadł do gustu. Dostałam ponad rok temu "Chłopców Ananasiego", do których chyba szczęścia nie mam, bo wciąż ich nie skończyłam czytać. No, a o Amerykańskich bogach słyszałam dużo dobrego, to sobie ich sprawiłam z okazji urodzin. I teraz mam zamiar przeczytać. :)

Nie ma za co, Matrimie.

Chal-Chenet - 30 sierpnia 2010, 13:14

Kai napisał/a:
Nie czytaj Gaimana!

Popieram. Z trzech przeczytanych dwie słabe (Gwiezdny Pył, Nigdziebądź), jedna dobra (Koralina). Średnia taka sobie.

Ellaine - 30 sierpnia 2010, 13:17

Mnie tam się "Gwiezdny pył" podobał, ale może dlatego, że lubię baśnie.
Kai - 30 sierpnia 2010, 13:17

Ellaine, Bogowie to nieco inna kategoria, niż Gwiezdny Pył, a nawet Chłopaki Anansiego (choć pożarłam jednym tchem). Koralinę czytałam i oglądałam, na Nigdziebądź się potknęłam (spróbuję w oryginale), niespecjalnie mi Dobry Omen podszedł. Ale Opowieści Cmentarne już owszem :)
Chal-Chenet - 30 sierpnia 2010, 13:19

Ellaine, kwestia gustu, teraz przynajmniej wiesz, że moim się sugerować nie powinnaś. ;)

Ja Gaimanowi jeszcze jedną szansę dam, słyszałem, że "Amerykańscy Bogowie" są świetni, i właśnie z tą pozycją spróbuję się zmierzyć.

Kai - 30 sierpnia 2010, 13:23

A ja przymierzam się do powrotu do niej... jak już skończę pławić się w Kingu :)

Po zmęczeniu prawie całej Ann McCaffrey muszę dojść do siebie intelektualnie.

Ellaine - 30 sierpnia 2010, 13:23

Chal-Chenet napisał/a:
Ellaine, kwestia gustu, teraz przynajmniej wiesz, że moim się sugerować nie powinnaś.

Będę pamiętać ;)

Jak uda mi się przeczytać "Amerykańskich bogów" to jeśli nie zapomnę, to nie omieszkam się podzielić wrażeniami. :)

hrabek - 30 sierpnia 2010, 14:31

Ellaine napisał/a:
A teraz się Wam "pochwalę" książkami, które przeczytałam w trakcie ostatnich dwóch miesięcy. Lipiec odznaczał się większą różnorodnością tematyczną powieści, a także gatunkową. Sierpień natomiast minął mi pod znakiem Star Wars.


Damn it. Ja będę się cieszył, jak do końca roku osiągnę pięćdziesiątkę. Też kiedyś miałem tyle czasu... Ale i tak szacun!

Martva - 30 sierpnia 2010, 14:32

Jestem pełna podziwu, w zeszłym roku machnęłam chyba 27. Niestety uzależnienie od neta powoduje spadek czytelnictwa :(
Ozzborn - 30 sierpnia 2010, 15:30

Martva napisał/a:
Niestety uzależnienie od neta powoduje spadek czytelnictw
sru, choć mimo to poniżej 50paru nie zszedłem od kilku lat. Czytelnictwo wzrasta mi znacznie w okolicach sesji :mrgreen:
Ellaine - 30 sierpnia 2010, 16:13

Ozzborn napisał/a:
Czytelnictwo wzrasta mi znacznie w okolicach sesji :mrgreen:

Mnie również, ale zwykle to są jakieś Zmierzchy, albo inne Pamiętniki Księżniczek. Aż wstyd się przyznać ;)

Normalnie, jak muszę robić dużo rzeczy na raz to czytam pewnie (średnio) po dwie książki miesięcznie (piszę średnio, bo zdarzają się miesiące w których w ogóle nie czytam; jakiś paskudny dół, czy coś w ten deseń). Ale tak po prawdzie to nigdy się nad tym nie zastanawiałam, chociaż często myślałam o tym, żeby spisywać książki, które czytałam w danym miesiącu. Tylko, że zwykle na planach pozostawało.

Ozzborn - 30 sierpnia 2010, 16:18

Ja tylko stawiam kreski w kalendarzu. Mam też listy kilku autorów i jakieś rankingi na których odhaczam :P I fakt zadażają mi się depresje czytelnicze - właśnie chyba wychodzę z jednej.
Ziuta - 30 sierpnia 2010, 16:50

Od stycznia prowadzę listę książek przeczytanych. Przed Polconem skończyłem Wieczny Grunwald Twardocha. Przypadł mu numer 40.
Martva - 30 sierpnia 2010, 16:53

Kurczę, ja na razie dopiero 26 :D
Ellaine - 30 sierpnia 2010, 17:12

Ja 21 na pewno... musiałabym policzyć, co czytałam w innych miesiącach, ale połowy książek i tak nie pamiętam :D
Kai - 30 sierpnia 2010, 17:30

Ellaine napisał/a:
inne Pamiętniki Księżniczek.

Dlatego 13 tomów McCaffrey uważam za czytelniczą porażkę. Potem jednak zaczęłam wracać do ulubionych autorów i myślę, że ok 15 książek na miesiąc wyciągam bez problemu, zważywszy, że co innego czytam w pracy przy śniadaniu, co innego w autobusie.

Ellaine, Expanded Universe się nie pamięta. Po prostu.

Ellaine - 30 sierpnia 2010, 17:34

Kai napisał/a:
13 tomów McCaffrey

Nie przeczytałam wszystkich 13stu, chyba ostatniego, albo dwóch ostatnich już nie zdzierżyłam. Zaczęłam czytać w trakcie sesji, a te już wychodziły grubo poza, więc nie miałam potrzeby się odmóżdżać i sobie darowałam. Tak samo miałam z serią Pamiętniki Wampirów, dopóki trwała sesja, dopóty je czytałam. Gdy ostatni egzamin zdałam, Pamiętniki poszły w odstawkę w połowie czwartego tomu chyba. Nie było sensu tego czegoś kończyć.

Ozzborn - 30 sierpnia 2010, 17:43

właśnie policzyłem swoje - nie jest tak źle, na razie 34 pozycje.
Kai - 30 sierpnia 2010, 17:48

Powiedzmy, że dopóki był ex, dla jego przyjemności przeczytałam ile się dało i starałam się udawać, że mi się podoba. Ale chyba jako nastolatka sama pisałam lepiej.

Swego czasu jednak przeczytałam wszystkie "Angeliki" dostępne na rynku, więc babska lektura nie jest mi aż tak całkiem obca.

Aktualnie pożeram na przemian Kinga, Koontza, do śniadania Mary Higgins Clark i zabieram się za Eriksona. Już raz się zabrałam, ale chyba nie byłam gotowa. Teraz jestem.

SithLady - 31 sierpnia 2010, 20:15

Ellaine napisał/a:
Wiesz, Ozzborn, miałam dużo wolnego czasu. Luby pracował całe dwa miesiące, wracał dopiero o czwartej popołudniu, więc żeby się nie nudzić, kiedy go nie było brałam książkę i czytałam. Niektóre tak mnie wciągnęły, że dzień wystarczył, żeby je zacząć i skończyć (poza tym niektóre były śmiesznie krótkie, jak wszystkie cztery tomy Ucznia Jedi).


Ucznia Jedi jest więcej ale nie po polsku. Ja starwarsy czytam prawie wyłącznie w oryginale, ale ostatnio mam trochę zaległości. W pierwszym półroczu czytałam głównie wampiry (ale nie Zmierzch), potem trochę się zaczęłam rozglądać po urban fantasy, a przed Polconem pochłonęłam Przedksiężycowych

Ellaine - 1 września 2010, 07:17

SithLady napisał/a:
Ucznia Jedi jest więcej ale nie po polsku.

Chyba z szesnaście książek, jeśli dobrze pamiętam. A na polski przetłumaczone siedem, albo osiem tomów.

Siedzę tutaj, słucham Radia Katowice przez Internet... I akurat wspomnieli o tytach, które dzieciaki dostawały z okazji pójścia do szkoły. Pamiętam swoją tytę. Była prawie tak duża, jak ja kiedy miałam siedem lat. Potem chyba dostałam tytkę, jak szłam do gimnazjum, bo do liceum to chyba już nie, prędzej po prostu czekoladę. I jak szłam na studia to pierwszego października Mama dała mi gorzką czekoladę, na osłodę :D

A, bo ja tak piszę o tych tytach, to dla tych, co może nie są obeznani z poniemiecką-śląską obyczajowością, wyjaśnię o co mi chodzi. Taka tradycja tutaj jest, że jak bajtel idzie do szkoły to dostaje piękny, kolorowy rożek wypełniony aż po brzegi łakociami - taki róg obfitości. (W szpicę zwykle dawało się trochę kasztanów, bo tak.) Oczywiście im większa tyta tym lepiej! Nie wiem jak teraz to wygląda, ale pewnie gdziekolwiek będę mieszkać i jeśli będę miała dzieci to moje dostaną takie tyty, nawet jeśli miałabym własnoręcznie zrobić taki rożek (co w zasadzie nie jest szczególnie trudne, tylko ważne, żeby był możliwie wytrzymały).

Miria - 1 września 2010, 11:09

Fajny zwyczaj, nigdy dotąd o czymś takim nie słyszałam, a szkoda!
Ellaine - 1 września 2010, 16:28

Ano, też tak myślę, że fajny jest. Zwłaszcza wydaje się być jeszcze bardziej przyjemnym ten zwyczaj, gdy jest się tym, kto dostaje tytę. ;)
Kai - 1 września 2010, 16:46

Ellaine napisał/a:
jeśli będę miała dzieci to moje dostaną takie tyty

Moje nie dostało. Wyjaśniłam mu, że tam są słodycze i już nie miał pretensji :D Dostał za to kolejny keyboard Casio cośtam.

Ellaine - 2 września 2010, 10:08

Nie no, ja to jestem strasznie łasa na wszelkie maszkety, znaczy słodkości. Ale jeśli moje dzieci wolałyby coś innego dostać w "tycie" to czemu by nie, chodzi o sam fakt podarowania dziecku coś z czego by się ucieszyło, kiedy idzie pierwszy raz do tej strasznej szkoły. ;) Przynajmniej ja tak odbieram tę tradycję.
Matrim - 2 września 2010, 11:03

Ellaine napisał/a:
Ale jeśli moje dzieci wolałyby coś innego dostać w "tycie" to czemu by nie,


Biorąc pod uwagę dzisiejsze tryndy, to bez quada w tycie się nie obejdzie. I cóż to będzie za tyta! :)

Ellaine - 2 września 2010, 11:06

W granicach rozsądku, Matrimie. W granicach rozsądku. A zresztą, zanim do tego dojdzie to jeszcze wiele wody upłynie.
Kai - 2 września 2010, 11:20

Matrim, dla mnie ten keyboard był w granicach rozsądku, bo nie za drogi, a stary się zepsuł. Ot, taka metoda załatwiania sprawy, jak kupowanie skarpetek czy koszuli w prezencie.
Matrim - 2 września 2010, 12:41

Ja wiem, tak sobie czarno pożartowałem :)
Kai - 2 września 2010, 12:58

Matrim napisał/a:
Ja wiem, tak sobie czarno pożartowałem :)


Odpowiem Ci jak moja Mama, tylko się nie obraź, bo to na odczynienie uroku :wink: "Oby się Twoje słowa w g... obróciły".

Ale co prawda, to prawda, i roszczenia, i prezenty eskalują :twisted:

Matrim - 2 września 2010, 13:08

Kai, się nie obrażę, a co więcej, sam się pod tym podpiszę :)
Ellaine - 10 września 2010, 17:25

Luby pragnął skorzystać z komputera. Tak się składa, że jestem w trakcie zmiany jednej starej maszyny na drugą - też starą, ale młodszą od tej pierwszej. Obie maszyny stoją u mnie w pokoju. Muszę tutaj nadmienić, że mam tylko jeden monitor i jedną myszkę, za to dwie klawiatury. Z tego powodu też był problem przy przerzucaniu sporej ilości danych z jednego komputera na drugi, ale od czego się ma Internet? Wujek Google podpowiedział jak zrobić małą domową Sieć, a że kabel odpowiedni w domu miałam, znajomy brata zaś miał odpowiednie narzędzia to i dało się kabel dostosować do wymagań. I tak powstała Sieć. Dzięki czemu mając do dyspozycji jeden monitor i dwa komputery udało się w miarę sprawnie przerzucić z dysku na dysk wszystkie pliki, z którymi nie chcę się pożegnać.

Wracając jednak do sprawy. Luby pragnął skorzystać z komputera, ponieważ przywiózł ze sobą grę strategiczną, nie pamiętam jaką, w każdym razie miał ochotę ją zainstalować u mnie i zagrać. Dlatego też zapytał, patrząc na obie maszyny:
- Który z tych kompów się włącza?
- Czarny - odpowiedziałam nie myśląc zbyt długo, ponieważ akurat zajęta byłam książką Gaimana, "Amerykańscy bogowie". W pokoju jednak zapadła dziwnie skonsternowana cisza. Spojrzałam na Lubego, nie rozumiejąc - o co mu chodzi? Ten zaś patrzył to na jeden komputer, to na drugi.
- Który czarny? - zapytał w końcu, a ja zaczęłam się śmiać serdecznie. Zupełnie zapomniałam, że obie obudowy są czarne!
- Ten bliżej okna - odpowiedziałam mu, gdy wreszcie udało mi się opanować. - A, i myszka jest podłączona do niego. A ta klawiatura, co jest na biurku to nie, tylko ta, co leży na obudowie - wytłumaczyłam mu jeszcze. Szczerze mówiąc, musiałam to przetłumaczyć parokrotnie, bo chyba jakbym to powiedziała sama do siebie to też bym nie zrozumiała o co mi chodzi.

***

Luby opowiedział mi po przyjeździe do mnie zabawne historie z pociągu i pozwolił mi tutaj o nich napisać. Toteż dzielę się z Wami! Historie te są z kategorii - pomyłek telefonicznych. Luby jechał do mnie pociągiem przez całą Polskę Zachodnią. W pewnym momencie zadzwoniła jego komórka. Rzuca okiem na wyświetlacz - numer nieznany. Odbiera:
- Zginęliście na tych grzybach? - pyta go kobiecy głos.
- E... nie jestem na grzybach. Pomyliła pani numer - odpowiada uprzejmie Luby.
- Nie? Och. Pardon - żegna się kobieta ze śmiechem.

Nie mija pół godziny, kiedy znów odzywa się telefon. Ponownie numer nieznany.
- Tak, słucham?
Tutaj Luby nie był mi w stanie dokładnie powtórzyć całej kwestii, ale powiedział, że słychać było, że człowiek ten powtarzał te słowa wielokrotnie. To było coś mniej więcej takiego:
- Młodszy aspirant Jakiś Tam z Komendy Jakiejś Tam Gdzieś Tam, czy pan Maciej S.?
- E... Nie.
- A jest tam gdzieś w pobliżu?
- Nie.
- A czy wie pan, gdzie on jest?
- Nie. Nie znam człowieka.
- Czy dodzwoniłem się pod numer - tu podał numer Lubego - ?
- Tak.
- A, to dziękuję, przepraszam. Do widzenia.

Wiecie, co? Jak policjant mówi "do widzenia" to chyba trzeba się martwić, prawda? Zapytałam o to samo Lubego, a on na to, że w sumie... *śmiech* Potem Luby dodał jeszcze, że później dostał sms od operatora, że ktoś próbował się do niego dodzwonić, kiedy akurat przejeżdżał przez teren pozbawiony zasięgu. I zgadnijcie któż to był? Tak! To również był nieznany numer...

Ellaine - 26 września 2010, 10:24

Usiądź, moja droga. Napijesz się czego? Wody? Może herbaty? nie?
Co u mnie? Ależ wszystko w najlepszym porządku. Tak, jak najbardziej. Nie, nie. Nic mnie nie trapi. Tak, wiem, nie potrafię kłamać.

Tak, owszem. Ale widziałaś jak pięknie wykafelkowali mały przedpokój? "Pękła rura". Niezła ściema. Uwierzyłam, czemu miałam nie wierzyć? W końcu przed wyjazdem w ubikacji ciekło z zaworu przy spłuczce. Rury stare to i pęknąć mogła, bo czemu by nie. A tu wchodzę do mieszkania i patrzę - kafelki! No, no. Muszę przyznać, byłam pod wrażeniem. Zresztą, widziałaś je. Ładne są, takie brązowe i trochę udające drewno. Zabawne, ale podoba mi się.
Tak, tak... tylko teraz będą musieli uważać wracając do domu po imprezach, żeby się na nich nie rozjechali. Na wykładzinie było trudniej się poślizgnąć. No, tak... ale jak się ma ostro w czubie to podłogi bardzo umiejętnie się przytulają do człowieka bez względu na ich fakturę. Podłogi, nie człowieka. Chociaż? Mniejsza o to.

A poza tym? Oj, moja droga, podróż minęła mi cudownie. Aczkolwiek przez ostatnie dwie godziny jazdy pociągiem zaczynało mi się straszliwie nudzić. Jednak dobrze sądziłam, że pratchettowska "Maskarada" będzie za krótką książką na prawie dziewięć godzin jazdy. I była. Ale nie można zaprzeczyć - lektura warta przeczytania. Przecież doskonale wiesz, że uwielbiam jego powieści. Może jutro po pracy pojadę na Rybnicką po parę książek? No, może niekoniecznie Pratchetta, ale to jeszcze się zastanowię, tam jest naprawdę ogromny wybór!

Nie, nie wyciągniesz ze mnie nic więcej! Że co, że smutna jestem? Ot, takie tam, codzienne sprawy. Awantura na przywitanie, doskonale to wiesz, więc po co mnie pytasz, moja droga Rzeczywistości? Och, nie lubisz swojego imienia, ale przecież ominęłam twój przydomek. Szara jakoś faktycznie nie brzmi ładnie. Mogę ci mówić Realitas, jeśli wolisz.

Pamiętasz tę dziewczynkę w pociągu? Śliczna była, prawda? Złote loczki, rumiana buzia i błękitne, błyszczące oczy. Bardzo podobna do swojej mamy. Owszem, ciekawa świata bardzo. Tak! Chyba ją zainteresowały moje glany. - Buty. To są buty tej pani - powiedziała jej mama. - Ty też masz buty - mruknęłam ja, spoglądając na dziewczynkę. Ale nie wiem, czy słyszała. Zresztą, nie starałam się jej zagadywać. Albo jak wpatrywała się we mnie. Czułam jej wzrok, ale udawałam, że nic nie zauważam - zbyt zajęta czytaniem. A kiedy spojrzałam w jej kierunku to uśmiechnęła się do mnie. "Udało się!" Tak, miło było na nią patrzeć. Fajny dzieciaczek. A potem tak ciekawie zaglądała na okładkę Maskarady. Kolorowe to takie, więc interesujące. A bo ja wiem? Mówić nie mówiła, ale umiała chodzić, może miała nieco ponad rok? Półtorej? Nie mam dzieci, trudno mi oceniać ich wiek na oko. Zresztą - sama wiesz - na oko, to chłop w szpitalu umarł!
No, jest Antek, ale on ma dopiero i już pięć i pół miesiąca, i pewnie się zmienił bardzo przez ostatnie dwa tygodnie.

Tęskniłaś za mną, Realitas? Cóż, jeśli mam być szczera, to ja za tobą niekoniecznie. Ale wiesz, że może za kilka miesięcy to, co jest odskocznią będzie tobą? Cieszysz się? bo ja owszem. Ale wiesz? mogłaś z okazji mojego powrotu do piekła zafundować mi chociaż ładniejszą pogodę, trochę słońca by ci nie zaszkodziło, naprawdę.
Tak, tak. Piekło to my i nasze myśli. Zmienię to, zobaczysz. Nie śmiej się ze mnie! Naprawdę się zmienię. Muszę. Dla Lubego też. Ale przede wszystkim dla siebie. Też jestem ważna i mam prawo do nieba.

Ellaine - 28 września 2010, 18:36

Jak zwykle przyjechałam za wcześnie.
Powyższe zdanie to jedno wielkie niedomówienie. Ponieważ – jak zwykle – jest nieusprawiedliwione, przecież dopiero drugi dzień w pracy byłam. Przyjechałam? Nie moja wina, że jazda późniejszym autobusem spowodowałaby, że przyszłabym do biura o kwadrans spóźniona. Zdecydowanie jednak byłam – za wcześnie. O całe dwadzieścia minut.
Postanowiłam więc sztucznie skrócić czas. Wysiadłam z autobusu na odpowiednim przystanku, ale zamiast pójść najprostszą drogą do Starego Banku – jak nazywam ten budynek – poszłam w drugą stronę, by obejść cały kwartał. Po prawej minęłam Katedrę, skręciłam w prawo, minęłam Instytut Chemii. Przeszłam nad Rawą, której nurt był rwący niczym w górskim potoku a poziom wody był wyższy niż zazwyczaj. Kolor, tylko ten szarobury kolor się nie zmienił ani o jotę. Przeszłam kilkanaście metrów wzdłuż rzeki. Ponownie skręciłam w prawo. Przeszłam po raz kolejny nad Rawą po kładce. Trudno to inaczej nazwać – drewniany mostek. Po drugiej stronie ulicy jest prawie taka sama kładka, tylko że w tamtej brak paru desek i widać betonowy podkład. Przeszłam obok Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska, aż wreszcie znalazłam się przed Starym Bankiem. Piętnaście minut przed czasem… Ironia losu, bo gdzieś w trakcie tego spaceru w chłodzie i mżawce pomyślałam, że pewnie musiałabym trzykrotnie obejść kwartał, żeby być mniej więcej za pięć ósma. I niestety miałam rację. Nie podjęłam się jednak takiej wyprawy, gdyż zimny wiatr przenikał przez warstwy ubrania.

Pchnęłam drzwi umieszczone w ciemnej bramie wjazdowej. Znalazłam się na nie przesadnie interesującym dziedzińcu. Kilkakrotnie przecinałam go w ciągu zeszłorocznego sierpnia, idąc do pomieszczeń magazynowych w piwnicy. Tym razem jednak skręciłam na lewo, wchodząc w drugie drzwi, bo pierwsze chyba zawsze są zamknięte – a przynajmniej wczoraj były. W każdym razie – znalazłam się w dużo cieplejszym otoczeniu. I znów, idąc wolno po schodach o miłym dla oka, jasnym kolorze doznałam uczucia pewnego odrealnienia. Tak, jak wczoraj, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie… O jakieś sto lat... Nie mam pojęcia dlaczego – zwłaszcza, że jak byłam tam wczoraj, przez chwilę pracowałam w biurze… Za oknem szarość, i chwiejące się na wietrze gałęzie kasztanowca o pożółkłych, pozwijanych liściach. A ja siedzę, pracuję i mam wrażenie, że jestem Niemką i pracuję w pruskim urzędzie.

Dzisiaj chyba to sobie po prostu wkręciłam jeszcze bardziej, więc uczucie to było silniejsze. I dziwnie miłe. Jakbym żyła wówczas i była szczęśliwsza niż teraz. Tak, to zdecydowanie powinno się leczyć, ale cóż zrobić.


(ten budynek rzeczywiście istniał już te prawie sto lat temu... Teraz w tle widać budynki Uniwersytetu, w tym mój Wydział. A bank nie jest już bankiem)


W każdym razie dzisiaj pracowałam w Rektoracie, przekładając sprawy z teczek do teczek i układając akta w układzie chronologicznym w obrębie spraw. Oczywiście one były ułożone chronologicznie, ale odwrotnie. Zresztą, nie przeszkadzało mi to. Nawet fakt, że prawdopodobnie ładnie układałam coś, co niedługo pójdzie do zgniatarki. Nic to! Atmosfera przecież jest najważniejsza i samopoczucie, a nie to, co się robi… Przynajmniej nie do końca.
W tle grało radio, wokół mnie coś się działo – a to przyszła kontrola, a to jakiś dziekan, a to telefony się urywały… A ja siedziałam jako ta ostoja ciszy i spokoju otoczona przez sprawy, które już dawno zostały zakończone. Przekładając z teczki do teczki akta dotyczące ludzi, których w życiu nie poznam. Nic to.
Panie w Dziale, gdzie miałam przyjemność pracować, były dla mnie bardzo uprzejme. Z samego rana jedna z nich, która chyba miała trzymać nade mną pieczę, zaproponowała mi herbatę, albo kawę. Szczerze mówiąc to nie chciałam robić kłopotu… No, ale w końcu się zgodziłam. Potem grzecznie pozmywałam po sobie, żeby nie było, że studenci to tacy okropni są. Zwłaszcza, że w czwartek pewnie znów będę tam pracować. Zresztą - Pani M. wydawała się być zadowolona z tego, co zrobiłam i nawet wyraziła nadzieję, że w czwartek do nich wrócę. W każdym razie jutro jadę do Chorzowa, i pewnie nie mam, co liczyć, że przysiądzie mi na bucie sikorka modra…

*

W ogóle dzisiaj, kiedy już zdołałam wrócić do domu, zdarzyła mi się rzecz, co do której nie potrafię podejść jednoznacznie. Sprawdziłam jak zwykle, co też ciekawego wcisnęli nam do skrzynki. W większości oczywiście były to foldery reklamowe, poza jedną przesyłką. Koperta z okienkiem – aha, pewnie jakiś rachunek albo coś z banku do brata, pomyślałam odruchowo. Dopiero, gdy spojrzałam na adresata, zaschło mi w gardle z wrażenia… Stempel Przychodni, przez kopertę widzę duży napis: Zaproszenie, a w okienku wytłuszczonymi literami imię i nazwisko: Urszula Ł…

28. września 2010. Dziś mija jedenaście miesięcy, odkąd Jej nie ma ze mną. A na stoliku w moim pokoju leży zaklejony wciąż list-zaproszenie zaadresowany do Niej. I zupełnie nie wiem, co z tym zrobić. Otworzyć, wyrzucić? Oddać ojcu… i pewnie sprawić mu przykrość?

Kai - 28 września 2010, 19:37

Ellaine, zostawić nieotwarte. Nie rozdrapuj własnych ran, ani cudzych.
Takie... niedopowiedzenie, które może kiedyś się samo dopowie.

Tulę cieplutko, przyjdź jutro na spotkanie, może uda się pogadać.

Godzilla - 28 września 2010, 19:46

Takie rzeczy niestety się zdarzają. Zachować równowagę ducha. Czasami poczucie humoru - np kiedy rachunki za telefon przychodzą na osobę nieżyjącą od 20 lat - przypadek z mojej rodziny.

Też przytulam.

ilcattivo13 - 28 września 2010, 21:59


Ellaine - 29 września 2010, 15:51

Cóż, jednak otworzyłam. Nie było nic ważnego, a może mnie się uda skorzystać z zaproszenia na bezpłatne, kompleksowe badanie słuchu. Muszę tam tylko przedzwonić i dopytać.
Ellaine - 30 września 2010, 19:51

Jeśli się powtarzam, to proszę mi to powiedzieć, ale:
Czy pokazywałam już Wam poniższe zdjęcie? Przedstawia ulicę Warszawską w Katowicach. Fragment budynku po lewej (pierwszego po lewej) to oczywiście Teatr im. Stanisława Wyspiańskiego, znany także jako Teatr Śląski. A ja stałam na Rynku, chociaż xan4 oczywiście stwierdzi, że to nie jest Rynek, ale on się nie zna :P



Uwielbiam je. Bo długo na nie "chorowałam". I przy robieniu tego zdjęcia objawiły się moje destrukcyjne zapędy, znaczy samobójcze - oczywiście. Ponieważ robienie zdjęcia stojąc centralnie na środku skrzyżowania tramwajowego, gdzie z każdej strony może nadjechać stare N105, albo nowy Karlik. No, ale nic to! I tak mi się podoba to zdjęcie. Szkoda, że nie mam aparatu, porobiłabym więcej zdjęć w Katowicach i pokazałabym Wam w jakim pięknym mieście mieszkam. :)

Ellaine - 2 października 2010, 19:43

Cóż, może poniższa opowieść będzie nieco żenująca, ale z drugiej strony... minęło tyle czasu, że ja już potrafię się z tego śmiać, i opowiadać tak po prostu. Zresztą, sami przeczytajcie:

***

- Nauczę cię, jak się obsługuje samochód, żebyś umiała chociaż zapalić i przejechać trochę… Wiesz, zawsze ci się to może przydać, jakbyśmy byli na grzybach w lesie i mnie potrąciłby tramwaj, to przynajmniej mogłabyś mnie zawieść do szpitala. – Tłumaczył mi Luby potrzebę posiadania umiejętności zwanej – prowadzenie samochodu. Oczywiście jak zwykle starał się być przy tym zabawny, żeby mnie nie przerażać zbytnio perspektywą siadania za kółkiem. Już mu kilkakrotnie wspominałam, że ja zwyczajnie boję się samochodów i absolutnie, nigdy w życiu nie zrobię prawa jazdy! Za żadne skarby!

Tak wypadło jakoś, że przez całe wakacje ten temat został przemilczany. Luby napomykał o nim raz po raz, ale nigdy nie było okazji pożyczyć samochód od jego Ojca. A i na weekendy, kiedy Luby akurat nie pracował wybywaliśmy to nad Morze, to do mojej chrzestnej, to ktoś nas odwiedził, to ze znajomymi szliśmy, to na weselisko pojechaliśmy… I tak minął lipiec i prawie cały sierpień. Aż nadszedł przedostatni weekend sierpnia. Rodzice Lubego postanowili pojechać do Wujka z Lasu. Wujek, będący Myśliwym, w lesie ma domek nieduży, w którym spędza prawie całe lato razem ze swoim psem – Miśkiem, terierem. Nie wiem jakiej rasy dokładnie jest Misiek, ale podobne to, to do teriera walijskiego.

Dzień ów, sobotni, był niezwykle piękny, słoneczny i ciepły dość. Najpierw poszliśmy na grzyby. Szczerze mówiąc – niewiele tego było. Dużo muchomorów, i jeszcze więcej muchomorów, no i trochę szatanów. Generalnie to nic ciekawego. Nigdy nie lubiłam dzikich grzybów jeść, a zbieranie ich też nie wprawia mnie w stany euforyczne. Dlatego bardziej interesowałam się otoczeniem, chłonęłam las i obserwowałam, jak Misiek przybiega do nas raz po raz. Czasem gdzieś z lasu dochodziło nas jego szczekanie. Czasem szczekał pies Lubego – Kapsel, a syn Miśka. W każdym razie tak mijał nam spacer, leniwie dość. Przysiedliśmy na chwilę pod jednym z drzew – a do wyboru ich było, co niemiara. Misiek biegał po okolicy.
- Usiądź tak, żeby od niego dzieliło cię drzewo. Bo nigdy nie wiadomo, czy nam czego tu nie przygoni – przestrzegł mnie Luby. – Kiedyś jak byłem z wujkiem w lesie, idziemy spokojnie, Misiek biega po okolicy… aż tu nagle przebiega parę metrów przed nami sarna, a za nią Misiek biegnie! Nauczony do polowań, to zdobycz nam nagonił… Więc przy nim lepiej uważać.

W końcu jednak wróciliśmy ze spaceru, a mnie się tak z głupia frant przypomniało:
- Obiecałeś nauczyć mnie jeździć autem – powiedziałam, przeklinając się w duchu za to, że w ogóle o tym wspomniałam. Było to trochę tak jak z tym: „i chciałabym i boję się”. Luby się zgodził, być może ucieszony nawet, że wyrażam zainteresowanie tą kwestią. Wyprowadził samochód na polną drogę, po czym pozwolił usiąść za kółkiem.

Siedzimy. Pasów z wrażenia nawet nie zapięłam. Luby spokojnie tłumaczy mi po kolei, co mam robić. Objaśnia, co jest od czego. Że od lewej to sprzęgło, hamulec i gaz. Rozumiem, oczywiście. Hamulec ręczny. Aha… Biegi zmienia się tylko ze sprzęgłem. Obroty… Yhm. Trzeba przekręcić kluczyk, z przydepniętym sprzęgłem. Zwolnić hamulec ręczny. Delikatnie staczamy się, ale ostrożnie zwalniam sprzęgło…

… i teraz ruszamy powoli, płynnie… bez szarpania. Delikatnie dodać gazu i dalej z uwagą puszczać sprzęgło. Jedziemy z zawrotną prędkością, czyli poniżej 10 km/h. Z natłoku informacji i ze stresu nie jestem pewna, czy w ogóle trzymam kierownicę i czy patrzę na polną drogę. Dwa teriery biegają i skaczą wokół samochodu. Czuję, że stres jest coraz bardziej obezwładniający.
- Dobra, zatrzymaj się – mówi Luby, skręciwszy mi kierownicę, żebyśmy nie zjechali ze ścieżki. Posłuchałam, a z nerwów nacisnęłam na pedał hamulca trochę zbyt gwałtownie. Szarpnęło. Luby zaciągnął ręczny. Silnik nie zgasł.

A ja czułam, że w oczach mam łzy. Ręce mi się zaczęły trząść i ogólnie dziwnie zimno się w samochodzie zrobiło. Luby przez dłuższą chwilę sądził, że go w konia robię. Nie był pewien, czy sobie tylko żartuję, czy to, co widzi to rzeczywiście atak histerii… Niestety. Histeria mnie opanowała. Tak jak Luby nie rozumiałam – dlaczego zamiast się cieszyć, to się mażę? Byłam tak zestresowana przejechaniem tych kilkunastu metrów, że kiedy wreszcie się zatrzymaliśmy, całe napięcie ze mnie uszło w sposób dość żenujący. Nic jednak na to nie mogłam poradzić. I utwierdziłam się niestety w przekonaniu, że nie jestem gotowa iść na kurs prawa jazdy. Z drugiej strony chyba żywcem spłonęłabym ze wstydu, kiedy taka sytuacja miałaby miejsce NA kursie.

Aczkolwiek Luby pochwalił mnie, a ja zaczęłam z czasem odczuwać coś w rodzaju dumy, że nie szarpało przy ruszaniu, że silnik nie zgasł, kiedy ruszałam, i nie zgasł, kiedy się zatrzymałam. Tak, powinnam być z siebie dumna.

Tylko dlaczego to jest tak potwornie stresujące przeżycie?

Martva - 2 października 2010, 19:50

Jej, a myślałam że tylko ja tak mam. Ufff :)
Godzilla - 2 października 2010, 20:01

Wiesz co, rozumiem cię. Ja nawet kurs prawa jazdy przejeździłam, i im było dalej tym gorzej, bo dla mnie miasto to dżungla. Ja tam mogłam parkować na placu manewrowym, czego podobno większość kobiet nie lubi i generalnie słabiej im to wychodzi niż mężczyznom. Miasto - mogiła. A pierwszym razem jak mnie Ra66it posadził za kółkiem malucha - daaawno, dawno temu, pomyliłam gaz z hamulcem i o mało nie przywaliłam w drzewo, ale sam nogą sięgnął gdzie trzeba z bocznego siedzenia ;P: Czasem myślę że powinnam do tego jeżdżenia wrócić, i zaraz myślę, że właśnie nie powinnam dla dobra ogółu.

Edit: Pod koniec Twojego postu było "dlaczego zamiast się cieszyć, to się marzę". Chyba "mażę", od "mazać się", a nie od "marzyć".

Edit 2: ale dlaczego uważasz, że powinnaś cokolwiek umieć idąc na kurs prawa jazdy. Owszem, niektórzy mają jakieś okazje żeby sobie poćwiczyć - ojciec synom daje poprowadzić na leśnej ścieżce - ale nie wszyscy. Daj się wykazać instruktorowi, on bierze pieniądze nie za to żeby błyszczeć u boku Niki Laudy, ale żeby nauczyć kogoś od zera. Sama nie wiesz jeszcze na co Cię stać.

Ellaine - 2 października 2010, 20:08

Nie wiem, czy może jakbym przywykła bardziej, oswoiła się z samochodem to byłoby trochę lepiej. Bo teoria wydaje się być naprawdę prosta... Tylko, że u mnie w rodzinie nigdy nie było samochodu, dopiero siostra się dorobiła parę lat temu. No, ale to co innego zupełnie. Poza tym przyzwyczajona jestem do jazdy środkami komunikacji masowej, siedzenie z przodu i patrzenie na to, co jest przede mną jest dla mnie niecodzienne. ;)

Może innym razem spróbuję ponownie. Może pójdzie lepiej, kto wie.

edit: Tu nie chodzi o to, żeby coś umieć. Tylko, żeby się nie bać. Ja naprawdę boję się samochodów. Zresztą, jestem strasznie nerwowym osobnikiem. Dla mnie pójście na spotkanie forumowe - po raz pierwszy, drugi, - to jak skok na bangee. Wiem, że może być fajnie, ale mnie to zwyczajnie przeraża.

Godzilla - 2 października 2010, 20:12

No to co się dziwisz. Moi rodzice auta nie mieli i nie mają, to i nie było się skąd nauczyć jak człowiek był jeszcze chłonny. Może bym i przezwyciężyła te kłopoty na kursie, gdybym wzięła dodatkowe jazdy później (wtedy było 20 godzin jazdy na kursie, zdecydowanie za mało jak dla mnie), ale tak się poukładało, że długo nie mogłam, z bardzo konkretnych przyczyn. No i już.
Ellaine - 2 października 2010, 20:17

Nie dziwię się temu, że mnie to przeraża. Dziwię się troszkę, że tak dobrze mi poszło... I że atak histerii nastąpił po zatrzymaniu samochodu, a nie w trakcie, albo przed ruszeniem w ogóle. To mnie zadziwia, że potrafiłam ruszyć bez szarpania i gasnącego silnika, przejechać sprawnie te kilkanaście metrów, zatrzymać pojazd, i dostać takiej głupiej histerii :D
Godzilla - 2 października 2010, 20:25

No to następnym razem będziesz wiedziała, że potrafisz, i może histerii nie będzie, albo pojawi się po trudniejszej jeździe. Po jeździe, a nie w trakcie, bo w czasie jazdy nie będzie czasu na dyrdymałki ;)
ilcattivo13 - 2 października 2010, 20:36

ja pierwszy raz jechałem swoim "Ferrari F40" mając 14 lat. Samochód trzymałem u rodziny na wsi nad Biebrzą i tylko tam jeździłem. W sumie to oporów do jazdy nie miałem żadnych. Brat i jego kumple też nie mieli oporów przed jazdą samochodem kierowanym przeze mła. Przynajmniej do pierwszej wspólnej wycieczki nad Biebrzę. Jazda 90 km/h, starym samochodem, w którym podwozie tak przegniło, że widać śmigające kępy trawy, drogą będącą ujeżdżonym skrajem torfowej łąki (nawet się nie pytajcie, czy kurzyło :twisted: ), gdy po prawej stronie ma się stary rów melioracyjny, gdy ta droga po kilometrze z hakiem "prostości" nagle robi 90-stopniowy myk w prawo przez mostek (a szofer nie bardzo kojarzy paniczne wrzaski "Hamuluj! Hamuluj!). Jak już minęliśmy mostek, brat kazał się zatrzymać - tak ze trzysta metrów mi to zajęło - i przy wtórze dziękczynnych psalmów kumpli przejął kierownicę. Odwieźliśmy jednego kolegę, potem drugiego. I u tego drugiego brat dał mi się zawrócić na podwórku. Do dziś dnia nie mam zielonego pojęcia, co za debil wykopał na środku podwórka studnię. Normalnie o tyle o >< brakowało, żebym ją ominął. A potem już wracaliśmy do domu i brat znowu dał mi kierować. Do jasnej cholery, mógł mi powiedzieć, że jak się skręca, to potem trzeba odbić kierownicą w przeciwną stronę. Podwójny słup wysokiego napięcia ominąłem, maszynę do sadzenia ziemniaków ominął brat (wcale nie musiał szarpać kierownicą, zmieścilibyśmy się i tak), a grabiarce, na której zakończyliśmy podróż, to w sumie nic się nie stało. Gorzej z F40. Prawy przedni kierunkowskaz do wymiany, a dziurę w nadkolu z włókna szklanego ledwo załataliśmy. Na cały następny rok dałem sobie na wstrzymanie z jazdą, za to w następne wakacje, to już robiłem za "wsiowego Sennę" :mrgreen:

Moja rada dla Was: Ellaine, Martva - pograjcie sobie w samochodówki. Pojeździjcie elektro-samochodami w wesołym miasteczku. Oswójcie się z kierowaniem poprzez zabawę. Na "real" przyjdzie czas. I nic na siłę.

Godzilla - 2 października 2010, 21:42

To wiesz, powiem ci jeszcze jak w liceum skakałam przez kozła. Cały rok wuefistka kazała nam grać w siatę, bo to fajne zajęcie: my skaczemy do piłki, a ona siedzi na ławce i gwiżdże w gwizdek. Czasem wrzeszczy, że się nie umiemy ruszać. A tu rzeczywistość skrzeczy i trzeba stopnie za coś postawić. Nie ma rady, trzeba pobiec na 100, rzucić palantówką, skoczyć w dal, skoczyć przez kozła, no jakieś takie typowe rozrywki. Tu się okazało, że mam jakiś lęk przed tym kozłem. Biorę rozpęd, wybijam się z trampoliny, po czym obijam się o kozła brzuchem i nici ze skoku.

Może to stąd, że na wuefie w podstawówce przy jakimś idiotycznym wyścigu, skacząc przez niziutką korytarzową ławeczkę, trafiłam nogą na piłkę lekarską i rąbnęłam głową w ziemię? Nie szło to skakanie od tej pory i już.

Nie pomogły tłumaczenia i gniewne okrzyki, nie mogłam skoczyć przez kozła. I stał się cud - ktoś wszedł do sali i wywołał nauczycielkę do telefonu. Nie było jej pewnie przez dziesięć minut, a w tym czasie baby rozstawiły na podłodze ogromny materac półmetrowej grubości, bardzo miękki, może przeznaczony do asekuracji przy włażeniu po linach (nigdy tego na wuefie nie robiliśmy). Zaczęły się harce: salta, skoki na główkę, pełnia szczęścia i szaleństwo. Na tym można było wyczyniać wszystko. Wuefistka wróciła, zbeształa grupę, materac wrócił na miejsce, a ja... po prostu przeskoczyłam kozła i dostałam 4-. Wystarczyło trochę zabawy.

ihan - 2 października 2010, 22:05

oczywiście, wszystko zależy od okoliczności, czasem ludziom się zmienia. Gdzieś tam kiedyś pisałam o koleżance (w mrokach forum można odgrzebać jak się komuś chce), histeryczka, bez szans by jeździła samochodem, traciła oddech, mdlała, no znana w swojej rodzinie histeryczka. Wyszła za mąż za fantastycznego faceta, który okazał się wsparciem. Zrobiła prawo jazdy, bo brak samochodu koszmarnie utrudniał życie. Tydzień po zdaniu egzaminu z małym, może 2 miesięcznym dzieckiem sama przejechała 70 km do obcego miasta. Czasem ludziom się po prostu zmienia. Czasem nie. Dla mnie zdobycie prawa jazdy było naturalną koniecznością, poszłam na kurs tak żeby zdawać dzień po moich 17 urodzinach (wtedy trzeba było mieć 17 lat by zdać na prawo jazdy, nie wiem jak jest teraz). Jeździć lubię, choć zwykle jestem permanentnie zmęczona i jeśli nie muszę nie jeżdżę albo korzystam, że ktoś inny jest kierowcą. Bez samochodu nie wyobrażam sobie życia, choć korzystam i z komunikacji miejskiej i z pociągów kiedy to jest możliwe.
Kai - 2 października 2010, 22:31

A ja nigdy nie pojadę samochodem, choć na parkingu nieźle sobie radzę, rozumiem maszynę, jako maszynę i w ogóle kochałabym samochód, ale mam w mózgu coś takiego, że nie umiem ocenić odległości. Dotyczy to odległości rzędu 20 cm, 20 m i 2 km oraz wszystkich pochodnych. Nieraz się najadłam wstydu w sklepie, sięgając po coś dalej, niż było w istocie.

Godzilla, wierzę Ci, czasem tego właśnie potrzeba, a wyobraź sobie teraz treningi aikido z towarzystwem o 20 lat młodszym. Nie pokazać po sobie, że nie te lata. Ale uwielbiałam to mimo wszystko, choć i tam ta wspomniana wada dała mi popalić.

Ellaine - 6 października 2010, 18:55

Ach, nie ma nic piękniejszego - niż wejść do domu po pracy i w powietrzu, wypełniającym mieszkanie wyczuć ten aromat, ten niezwykły zapach...
...Paskudny odór przetrawionego piwska.

Nic tak skutecznie nie odbiera apetytu, jak charczący pijak.
Nic tak skutecznie nie odbiera apetytu, jak nasycenie złością.

No nic, doprawdy nic.

To już trzeci dzień w ciągu ostatnich kilku dni, kiedy z podobnych do powyższego powodów nie zjadłam obiadu. Tak, wiem, wiem. Nie należy się głodzić. Nie głodzę się. Jem śniadanie. Drugie śniadanie na praktykach. I po przyjściu do domu jakaś kanapka, koło szóstej wieczorem, jak już głód staje się nie do zniesienia. I potem jeszcze jakaś, jak dojdę do wniosku, że wciąż jestem głodna. A pomiędzy zapijam go wodą. Ha, ostatnio nawet przestałam pić herbatę! No, na praktykach pijam, jak akurat jestem w Dziale na Rektoracie, ale tam te panie są tak miłe, że wprost nie mogę im odmówić!

Może to nie złość powoduje u mnie niechęć do przygotowywania obiadu?
Może to tylko brak apetytu?
Może zwykłe lenistwo?
Albo brak cierpliwości... kanapkę można szybciej zrobić.

Żyję więc o wodzie i chlebie. W tych dniach, w których akurat nie jadam obiadu.
Chleb, co prawda z obłożeniem. Czyli sznita z bajlagą. A do pracy to wiadomo: klapsznita.

Tak poza tym, to chyba na Giszowcu mieszkają nietoperze. Bo ten cykający, nieco piskliwy odgłos, który krąży mi za oknem... nie wydaje mi się, że jest wydawany przez ptaki. Zresztą, jakie ptaki latałyby po ciemku między blokami?

Godzilla - 6 października 2010, 19:03

Ellaine, i żadnych widoków, aby się stamtąd wydostać? :(
Ellaine - 6 października 2010, 19:06

Nie stać mnie. Nie mam dokąd pójść. Jeszcze pół roku, bo przez ten czas mam zajęcia jeszcze. A w dziesiątym semestrze, tylko półtorej godziny tygodniowo. Spróbuję porozmawiać z promotorką, czy nie mogłabym przyjeżdżać raz w miesiącu... Wtedy mogłabym się wynieść na Pomorze, a przynajmniej zacząć się wynosić. I bywać gościem w rodzinnym mieście.
Ellaine - 8 października 2010, 15:55

Praca w archiwum jest bardziej pracą fizyczną niż umysłową. A czasem ani fizyczną, ani umysłową, o ile człowiek umie odprężyć umysł przy przekładaniu papierów z jednego miejsca na drugi i jednocześnie wie, co właściwie robi. Mnie się to zwykle udaje. Na przykład kiedy przydzielona zostałam do segregowania akt zakończonych spraw w Dziale na Rektoracie. W tle leciała muzyka z radia (RMF w pokoju gdzie pracowała pani A., oraz Zet – w pomieszczeniu pań M. i K. oraz pana P. Aczkolwiek pani M. mówiła mi żebym nie mówiła jej per pani, ups! Ale czasem to wychodziło tak odruchowo, no cóż… za każdym razem przepraszałam, gdy mi się wymsknęło owe „pani”. Pani K. pewnego razu stanęła w przejściu między pomieszczeniami i pyta nas: Macie włączony RMF? - Tak. - No właśnie, bo stoję tutaj i z każdej strony słyszę inną muzykę!)

Tak w ogóle to mnie uspokaja dźwięk upadającego na biurko spinacza. Jest to takie przyjemne dla ucha. Swoją drogą po skończonej robocie zostaje cała fura tych spinaczy i nie wiadomo, co z nimi zrobić. Wyrzuć szkoda, odłożyć, ale gdzie? Osobiście za każdym razem starałam się sprzątać biurko, przy którym akurat pracowałam. Póki mogłam to upychałam spinacze do przybornika, stojącego na biurku. No, ale prędzej czy później i tam się zrobił spinaczowy tłok. Cóż, pani A. stwierdziła, że mogę je zostawić na biurku, a ona znajdzie im jakieś zajęcie.

Poza tym zabawnie jest wymyślać coraz to nowe sposoby zdejmowania spinaczy z dokumentów. I oczywiście testowania, który z nich jest najbardziej wygodny. Prawą, czy lewą ręką? Zahaczając spinacz paznokciem, czy wsuwając spinacz między palec a paznokieć? (powyższego sposobu nie polecam, po n-tym spinaczu zaczyna być bolesne; a niektóre spinacze były strasznie zardzewiałe, na szczęście nie zrobiłam sobie krzywdy) A może bokiem palca, przesuwając zgodnie ze wskazówkami zegara, albo odwrotnie? Albo chwytając i ciągnąć ku górze?

Posegregowane dokumenty wyrównywać przez układanie w powietrzu, uderzenie krótszym czy dłuższym bokiem pliku akt o powierzchnię biurka? A jeśli krótszym, to górną krawędzią czy dolną? A może układać dokumenty leżące na biurku, wyrównując je jak kucharz bawiący się ciastem?

Doprawdy trudne to wybory, ale za to jak urozmaicają człowiekowi dzień! (A jaką potem ma człowiek niespodziankę, kiedy odkrywa, że w trakcie pracy przeciął sobie skórę papierem. Wyglądałam trochę jak mój Luby po pracy... Co prawda moje zadrapania były o wiele mniej groźne i nie krwawiły, ale też po powrocie z biura odkrywałam nowe nacięcia na dłoniach.)

Poza tym lubię widok zawalonego papierami biurka, a później podoba mi się, jak systematycznie ilość tych dokumentów spada. Ponieważ segregowałam przez trzy dni akta zakończonych spraw z lat 1993-2004, było tego naprawdę masa! Rok 1993 i lata 1998, oraz 1999 obfitowały w akta. (Chociaż zaraz za nimi były stosy z 1995 i 1997 roku.) Spraw może nie było dużo, ale sprawy były duże, więc nawet jedna potrafiła być paro-centymetrowym stosem dokumentów (I weź tu to przejrzyj - kartka po kartce i poukładaj chronologicznie! Niezła zabawa, polecam!). Zwłaszcza, że niektóre sprawy ciągnęły się latami, zdarzało się, że nawet obejmowały ok. 10 lat; jedna rekordzistka miała do głównej umowy jakieś 14 aneksów, które zwykle przybywały 1-2 na rok; ale mogę się mylić, co do liczby. Jak mówiłam – przekładanie papierów z miejsca na miejsce mnie rozluźnia, przez co nawet jeśli wówczas zwracałam uwagę na szczegóły, to po wyjściu z biura już niekoniecznie to pamiętam – bo po co?

W każdym razie, kiedy udało mi się powyjmować sprawy ze starych teczek, w których były przechowywane w biurze to potrzebowałam dwóch biurek, żeby to wszystko porozkładać według lat – a i tak miejscami było ułożone piętrowo, bo inaczej podłoga też byłaby zagrożona dokumentami. A niestety tego nie mogłam zrobić – bo to bardzo ruchliwy i ważny Dział, z tego, co mogłam zauważyć. Co chwilę ktoś przychodził (o telefonach nie wspominając).

Ha! Ale opowiem Wam jedną śmieszną historię.
Obecnie akta – ułożone grzecznie w teczkach, wkłada się jeszcze do specjalnych pudeł bezkwasowych – żeby ładniej na półkach wyglądały, żeby producenci mogli zarobić i pewnie po to, by chronić dokumenty przed kurzem, i innymi takimi tam sprawami (no i mają chronić przed postępującym rozpadem wiązań celulozowych, czy jakoś tak - wiecie... pudła bezkwasowe). W każdym razie panie z Działu niekoniecznie muszą być obeznane ze składaniem takich pudeł, zwłaszcza jeśli rzadko przekazują dokumenty do archiwum. No, mniejsza o to!
M. trzyma w ręku to, co za chwilę miało się stać pudłem i zastanawia się jak to poskładać. (Wcześniej ona i pani A. raczyły mnie uświadomić, że one absolutnie nie lubią czytać instrukcji składania, która jest drukowana na pudłach i wolą same do tego dochodzić po kilku próbach) Osobiście wzięłam drugie pudło in spe i w tym samym czasie je złożyłam (zajęło mi to jakieś 20 sekund, bo składanie tego w pozycji stojącej jest niewygodne). M. spojrzała na mnie ze zdziwieniem, co najmniej – Ja tu myślę jak to zrobić, a ona już ma gotowe! – powiedziała ze śmiechem. Cóż, jedna z pierwszych umiejętności jaką uzyskałam na zajęciach w archiwum to było właśnie – składanie pudeł archiwalnych, i tzw. węzeł archiwalny. Jeden z naszych prowadzących z Zakładu Archiwistyki skarżył się nam na jednych z pierwszych zajęć, prezentując ów „węzeł archiwalny”, że żona każe mu zawiązywać wstążki na wszystkich prezentach! Ale nie da się ukryć, węzeł bardzo praktyczny i łatwy (tak do zawiązania, jak i rozwiązania). Mam w ten sposób powiązane w paczki wszystkie notatki i ksera z zeszłych lat studiów. (A to, to chyba już takie zboczenie „zawodowe”.)
Jakby ktoś chciał wiedzieć, jak to robią archiwiści to na niemieckiej Wikipedii są zdjęcia, obrazujące sposób wiązania teczek, którego i nas uczono: o tutaj

Właściwie to chyba gadam od rzeczy, ale to może kwestia zmęczenia i dużej ilości wolnego czasu w tej chwili akurat. Tak w ogóle to sąsiadka z piętra niżej ubawiła mnie setnie! Wsiadamy do windy. Jazda na siódme piętro nie jest oszałamiająco długa, więc i rozmowa nie była:
- Ile ci jeszcze lat zostało? – zapytała sąsiadka. Pytanie zdziwiło mnie trochę, chociaż sąsiadki, które są mniej więcej w wieku moich rodziców mają tendencję do pytania o takie rzeczy.
- To już ostatni rok.
- Ostatni? – okrzyk zdumienia. - To już pracę magisterską piszesz?
- No, tak, piszę.
- Ale ostatni? – nie dowierza. – Tak szybko!?
- Jak szybko? Cztery lata studiowałam, to teraz został mi ostatni rok.
- Ale tak szybko! – powtórzyła to jeszcze parokrotnie, a mnie pozostało tylko wzruszenie ramion i rzucenie jej: Do widzenia!, kiedy wyszła z windy. – Ale tak szybko!
Cóż, nie udało mi się powtarzać żadnego roku w szkole, ani na studiach.

No i… Nie moja wina, że czas pędzi na złamanie karku. Naszego.

Ellaine - 9 października 2010, 15:36

Muszę Wam to pokazać. Przeglądałam Sieć, wpisując dość nieokreślone pytanie - Z czym kojarzy Ci się Śląsk? Dlaczego je wpisałam to jest też zupełnie inna historia.
Otóż, kiedyś - kilka miesięcy temu zapewne - słuchałam Radia Katowice. Pewnie zmywałam, albo obierałam kartofle, po prostu w kuchni niepodzielnie panuje ta stacja. U siebie w pokoju słucham różnych radiostacji - od RMF Classic, przez Złote Przeboje, aż po Antyradio; zależy od nastroju. W każdym razie tamtego dnia, na pewno pięknego! bo czemu by nie? - w Radiu Katowice była audycja, gdzie pytano znane osoby spoza Górnego Śląska - z czym ów Śląsk się im kojarzy? Otóż, jedna z ankietowanych person odpowiedziała: Z czystymi oknami.

Dlaczego mi się to przypomniało? Cóż, dzisiaj akurat myłam okno w kuchni, słuchając oczywiście Radia Katowice. Nie żebym jakoś szczególnie lubiła tę czynność, ale czuję pewnego rodzaju dumę i satysfakcję, kiedy popołudniowe słońce blinduje mi przez czyste okna. A już mnie mierził widok tej paskudnej szyby, na której widać było fleki po każdym letnim deszczu. Zresztą w ogóle widok brudnych okien budzi we mnie odrazę. W zeszłym roku, przed Bożym Narodzeniem, umyłam okno przy prawie minus dziesięciu stopni - cud, że się nie rozchorowałam i że szyba nie strzeliła (a gorąca woda zamarzała na ramie w parę chwil). W każdym razie potem byłam dumna z siebie. No, w każdym razie nie lubię myć okien ze względu na wysokość... Nie pociesza mnie specjalnie myśl, że do góry nie polecę, jeśli się kiedyś zatoczę i wypadnę z okna. Tak, tak, to dość makabryczne wyobrażenie, ale cóż... Szmata już mi parę razy wypadła z ręki podczas mycia i musiałam zjeżdżać na dół, żeby ją zgarnąć z trawnika. :D

No, ale co do wysokości! To i tak dzisiaj znalazłam zdjęcie, które chciałam Wam pokazać (wybaczcie ten przydługi wstęp), i które mnie przekonało o tym, że zazdroszczę tym, co mieszkają jeszcze wyżej niż ja. W Katowicach są bloki, które liczą sobie więcej niż dziesięć pięter, z tego, co wiem najwyższe z nich są Gwiazdy - siedem bloków o podstawie ośmioramiennej gwiazdy - i liczą sobie 24 piętra. Gdzieś słyszałam, że ze względu na wysokość mają konstrukcyjny, możliwy wychył metra w każdą stronę.

A tak, miałam pokazać owe zdjęcie! Niestety nie znam autora, znalazłam je na forum SkyscraperCity, dokładniej w tym wątku. Zdjęcie tego widoku to jak dla mnie - czyste SF!


Swoją drogą, teraz też słucham Radia Katowice. Dokładniej to audycję - Ligoniowe Radio, gdzie mówią o śląskim libretcie do Wesołej Wdówki, Franza Lehara (Autorem libretta przetłumaczonego na język śląski jest Marian Makula). Ach, chciałabym się na to wybrać (dzisiaj jest premiera w Śląskiej Operze w Bytomiu), ale obawiam się, że nie będzie mnie na to stać... Ech, ech. (Hm... Opera sprzedaje bilety na miejsca stojące, hm... może jednak warto zacząć się ukulturalniać. Co prawda nogi będą boleć, ale... tylko jeszcze trzeba mieć odwagę pojechać samej do Bytomia)

Godzilla - 9 października 2010, 15:44

Odwagi, może da się znaleźć miejsce siedzące na jakimś schodku. Ludzie różnie sobie radzą. Możesz wziąć jakąś podkładkę. Samotna jazda to gorzej.
Ellaine - 9 października 2010, 15:53

Gdyby to nie był Bytom, to nie byłoby problemu... A Bytom niestety jest daleko, relatywnie (trzeba przejechać przez Chorzów - a ode mnie do prawie centrum Chorzowa jedzie się półtorej godziny). Opery zawsze są wieczorem, i zwykle trwają, a po nocy trudno wracać nawet z Katowic; o Bytomiu nie wspomnę. Już nie mówię, że nawet nie wiem jak dojechać do Bytomia.

Ale tak zaczęłam przeglądać inne instytucje kulturalne. I właśnie zauważyłam, że z okazji rozbudowy Filharmonii Śląskiej koncerty zostały przeniesione do Hali w mojej Dzielnicy! Szok! Muszę tylko sobie poprzeglądać, co będą grać i może się wybiorę na któryś koncert.

ilcattivo13 - 9 października 2010, 19:39

Ellaine napisał/a:
fleki


do dziś myślałem, że fleki, :wink: to takie płaskie kawałki drewna do kamuflowania dziur (np. po sękach) sklejce/drewnie

Ellaine - 9 października 2010, 19:44

Cóż to określenie gwarowe na brud. Dokładniej, można by rzec - plama. A wiadomo, jak kida na okna to potem zostają fleki. Zwłaszcza, jak jest urwanie chmury i krople odbijają się od zmaraszonego parapetu. ;)

Poza tym fleki to też: zewnętrzna warstwa skóry, gumy lub sztucznego tworzywa na obcasie, fleczek - jak twierdzi SJP.

edit, wiesz ilcattivo, to jak w takiej "reklamie", parodii reklamy proszka do prania (piszę z pamięci, więc może się różnić od oryginału... ale może nikt poza mną tego nie słyszał, więc mam szansę :D ):
- Wczoraj nosz Zeflik poszoł grać w fusbal i wpodł do ciaplyty. Zmarasił se cołkie galoty i jakla. Próbowałach wszystkiego, ale fleki z marasu nie chcioły zejść. Prosza cie, weź swój stary warzbret i przyjedź nom zrobić pranie. Z góry, dziękuja Ci, droga Omo.

ilcattivo13 - 9 października 2010, 21:02

Ellaine napisał/a:
- Wczoraj nosz Zeflik poszoł grać w fusbal i wpodł do ciaplyty. Zmarasił se cołkie galoty i jakla. Próbowałach wszystkiego, ale fleki z marasu nie chcioły zejść. Prosza cie, weź swój stary warzbret i przyjedź nom zrobić pranie. Z góry, dziękuja Ci, droga Omo.


poproszę mojego nowego wujka, żeby mi przetłumaczył ;P: Jest (bodajże) spod Wilamowic, więc chyba będzie rozumiał.

Ellaine - 9 października 2010, 21:11

Jeśli jest Hanysem, to powinien. Ale przecież ja Ci to też mogę przetłumaczyć...

Wczoraj nasz Józek poszedł grać w piłkę i przewrócił się w błoto. Ubrudził sobie całe spodnie i kurtkę. Próbowałam wszystkiego, ale plamy brudu nie chciały zejść. Proszę cię, weź swoją starą tarę do prania i przyjedź nam zrobić pranie. Z góry, dziękuję Ci, droga Babciu.

edit: wujka możesz zapytać, ciekawe jak on Ci by to przetłumaczył ;)

Godzilla - 9 października 2010, 21:14

No to dwóch słów nie rozszyfrowałam :) Nie najgorzej jak na ceperkę.
Ellaine - 9 października 2010, 21:21

khem, nie obraź się Godzillo... Gorolkę, nie Ceperkę. Cepry to Górale mówią. U nas są Hanysy i Gorole. Chociaż Gorole to też mieszkańcy Beskidu Śląskiego - od słowa Górale.

A mieszkańców Śląska Górnego można podzielić jeszcze na pnioki i krzoki - Pnioki to są z dziada pradziada, Krzoki to tacy co są przesadzeni skądinąd, ale czują się Ślązakami. Są też i Ptoki - czyli tacy, co wyfrunęli ze śląskiego gniazda, gdzie indziej; albo przyfurgali na Śląsk, ale w każdej chwili znów mogą odlecieć. Jeśli mi się powiedzie to zostanę Ptokiem, który tu będzie przylatywać, ale ino na chwila. (teraz to jestem Ptokiem, jak lotom na Pomorze ;) )

Kai - 10 października 2010, 13:45

Ellaine, ale NIE chciałabyś w Gwiazdach mieszkać, kiedyś chodzilam tam z komisją mieszkaniową. To prawdziwe pudełka - w pudełkach ludzka pchełka.

A ja jednego :)

W antryju na bifyju stoi szlonka tyju\

Ellaine, ani mru-mru :D

Matrim - 10 października 2010, 14:03

Kai napisał/a:
W antryju na bifyju stoi szlonka tyju\


Klasyk ;P:

Edit: Pamiętam jak na studiach kolega wspominał o śląskiej kapeli rockowej, która się właśnie "Bifyj" nazwała :)

Kai - 10 października 2010, 14:21

Matrim, klasyk, ale klasyczny :P

Ciekawe, kto odpowie.

Btw a przebój Łokule znacie?

Obalili halba


Moplik

Ellaine - 10 października 2010, 16:39

Dobrze, Kai, nie powiem. Ale to zdanie to wszyscy znają, tak jak cudzoziemcy znają Chrząszcza, co brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie. A Obalili Halba, to znom ;)) Co zaś do Gwiazd, pewnie nie chciałabym mieszkać, ale za to ta wysokość jest taka... podniecająca. Jestem uzależniona od wysokości, całe życie mieszkam na ósmy piętrze :)

Moplik :) Mój stary na szychta jeździł na kole, dopóki mu go ktoś nie zaiwanił spod gruby, jak se go któregoś razu zapomniał zapiąć. Pamiętam, jak któregoś razu Mama wypatrywała starego z okna, czekając aż wróci z dniówki. Trocha się już spóźniał, więc wiadomo było, że kaś zabalował po drodze. Sąsiadka z klatki obok, patrząca również przez okno zapytała Mamę:
- A autobusem jedzie?
- Nie, na rowerze.
- E, to wróci...
- Taa, ale rower to nie koń, co go do dom przyprowadzi.

Pogodomy po naszymu - Antyki, jak sądzę. Szkoda, że jo nie rzondza po ślunsku na tyla, żeby iść do konkursu ;) No i nie mom glejtu, bo stary je "spod ruskiej granicy", jak to Matuś zawsze godała (wiecie, stary jest spod Puław). Nale za to Matula moja to boła stond, chyba łod zawsze.

...I zostanie tu na zawsze.

ps.: Kojarzycie taką piosenkę - Jolka, Jolka, pamiętasz lato ze snów... - tak jakoś się zaczynała. To też dawno temu powstała śląska wersja piosenki, my chyba trochę jak Czesi tłumaczymy przeboje z ichniego na naszego i powstał utwór, zaczynający się od słów: Dorka, Dorka, pamiętasz jak jo ci przoł? Na filmiku jest tłumaczenie na polski ;) Wykonanie mnie osobiście się nie podoba, ale lepszego chyba nie znajdę.

Agi - 10 października 2010, 17:18

Kai napisał/a:
W antryju na bifyju stoi szlonka tyju\

Największy problem mam z "bifijem", prawdopodobnie to jakaś szafka.

Czyli tak:
W przedpokoju na szafce (kredensie) stoi szklanka herbaty.

Ellaine - 10 października 2010, 17:21

Dokładnie, Agi, bifyj to kredens. Taki duży, z szybkami, gzymsem i w ogóle...
Kai - 10 października 2010, 18:33

Ellaine, właśnie, mmmmrrrau, moje marzenie, jeszcze będę kiedyś miała w kuchni prawdziwy bifyj, a nie te szafliki :D Po prostu jestem na niego CHORA i muszę mieć.
Ellaine - 10 października 2010, 18:48

Osobiście mam lekkiego fioła na punkcie antyków. Gdyby mnie było tylko na nie stać! W pokoju mam taki misz-masz stylowo-meblowy! Prawdopodobnie najstarszym z elementów mojego pokoju jest mały, nieco rozklekotany stolik kawowy, który stał w salonie mojej śp. Babci (Mamy mojej Mamy). Z resztą z tego salonu mam też wykładzinę, która również ma już swoje lata, a i tak ciągle mi się podoba. Kwiecisty, ciemny (bo dawno nie prany) brązowo-pomarańczowy z elementami, które kiedyś pewnie były białe.

Jak kiedyś Mama mi opowiadała, jakie meble mieli moi Dziadkowie, to po prostu aż serce z żalu pęka, jak człowiek pomyśli, że takie cuda przepadły. I dodatki do tych mebli... Dziadek ponoć miał wyciosaną, albo ozdobioną kością słoniową (teraz nie pamiętam dokładnie) ciuchcię z wagonikami, która ozdabiała jego sekretarzyk (którego niestety nigdy nie widziałam). Podobała mi się też toaletka Babci, z trzema wysokimi lustrami (cała toaletka mogła mieć z półtorej metra wysokości? może więcej? Nie wiem, trudno mi ocenić, bo jak się jest dzieckiem to wszystko wydaje się duże) - jednym dużym, środkowym i dwoma skrzydłowymi na zawiasach, tak że można było zamknąć je.

Dziadkowie mieli Kredens, taki duży, prawdziwy. Ale Babcia chciała być nowoczesna i kupiła w PRL-u meble do kuchni... Takie zwykłe, białe. Nic nadzwyczajnego. A kredens poszedł na deski. Niestety nigdy go nie widziałam, na zdjęciach też nie.

Agi - 10 października 2010, 19:04

Ellaine napisał/a:
Nie wiem, trudno mi ocenić, bo jak się jest dzieckiem to wszystko wydaje się duże) - jednym dużym, środkowym i dwoma skrzydłowymi na zawiasach, tak że można było zamknąć je.

Mam takie lustro w sypialni i nie zamienię na żadne nowoczesne.

Kai - 10 października 2010, 19:18

Moje ciotki rozdrapały i zniszczyły meble po Dziadkach - gobelinowa tapicerka, drewniane meble inkrustowane mosiądzem. Ja w domu mam drewniany komplet z lat 50-tych - politurowany kredens, ogromne biurko z tajną skrytką ;) , serwantka, bieliźniarka. Był jeszcze stół i krzesła, ale dostały się w ręce barbarzyńcy i zostały poobcinane, nie wiem w jakim celu.
Ellaine - 22 października 2010, 17:07

Hm, trochę mnie tu nie było, cóż... Ale dzisiaj miałam trochę więcej czasu, żeby przysiąść i napisać cokolwiek. I trochę się rozpisałam, ale do tego to chyba już przywykliście, mam nadzieję?

*

Plik o wadze: 1,33 MB, który liczy sobie stron 107, wyrazów 51 434, znaków (ze spacjami) 333 775, akapitów 165 i wierszy 5 252. Oto krótka statystyka poniższego bloga - stan na 11:30, czasu lokalnego dnia 22 października 2010 roku. Przyznam szczerze, że nie kopiuję tam absolutnie wszystkich postów, zwłaszcza jeśli w środku jest dużo zdjęć, albo jest to jakaś dyskusja. Po prostu, kiedyś wpadłam na pomysł, że jeśli przydarzy się iż zniknę z forum, albo coś w ten deseń, to fajnie byłoby mieć gdzieś na dysku cały ten mój kram, gdzie można znaleźć szwarc, mydło i powidło.

***

Miałam dzisiaj dzień wolny, jak co piątek w tym semestrze (i paru poprzednich). Jednak nie uchronił mnie ten fakt przed wstaniem o szóstej, dokładniej kwadrans po. Ostatni raz w tym roku musiałam pojechać do biura Archiwum, w którym odbywałam praktyki przez trzy tygodnie między na przełomie września i października. Po co tam jechałam? Cóż, polubiłam panią A., jednak to nie jedyny i najważniejszy powód, dla którego ruszyłam się z łóżka o tej barbarzyńskiej porze. Musiałam odebrać Raport z odbytej praktyki zawodowej, który w późniejszym czasie muszę przedłożyć koordynatorowi praktyk na Uczelni. Nic wielkiego, ot świstek papieru. Ale odebrać trzeba, a nawet wypada.

Ranek był chłodny, zresztą nic nadzwyczajnego, ostatecznie październik ma się ku końcowi. Szczęśliwie jednak niebo było przepięknie błękitne, czy też turkusowe, a słońce przeświecało przez rude i żółte liście drzew ozłacając je blaskiem. Znów znalazłam się o kwadrans za wcześnie przed Starym Bankiem. Weszłam na dziedziniec przez nieduże drzwi, wycięte w jednym ze skrzydeł bramy, przymknąwszy je za sobą. Swoją drogą, strasznie dużo policyjnych wozów parkowało przed Starym Bankiem, chyba do Nowego przywieźli pieniądze.

Już wewnątrz budynku przysiadłam na oknie półpiętra i sięgnęłam po zbiór esejów Krzysztofa Karwata, zatytułowany: "Ten przeklęty Śląsk". Wypożyczyłam to ze dwa tygodnie temu, ale ponieważ nie wypożyczam książek pojedynczo tylko co najmniej parami, tak najpierw zapoznałam się bliżej z powieścią Doroty Terakowskiej, "Tam gdzie spadają Anioły", a później sięgnęłam po "Ostatnią Sagę", Marcina Mortki (szczęśliwie to nie jest pierwszy tom trylogii, Wikipedia kłamie). Tak więc teraz przyszła kolej na "Ten przeklęty Śląsk", eseje pouczające, choć przerażające w swej treści. Przynajmniej na razie.

Z jednym z oryginałów Raportu opuściłam Stary Bank pięć minut po ósmej. Słońce wciąż obdarowywało blaskiem Katowice, choć niestety skąpiło już ciepła. Ruszyłam przed siebie z zamiarem zwojowania świata! No, może niecałego, ale przynajmniej tego kawałka, które można obejść piechotą bez potrzeby wsiadania w autobus. Teren do zawojowania więc obejmował, mniej więcej, wyłącznie Śródmieście, które czasem z rozpędu nazywam starówką - co jest oczywistą bzdurą. Katowice nie mają starówki. Katowice to nomen omen Śródmieście, cała reszta została do Katowic dokooptowana (ostatni raz powiększyło się w 1975, a Giszowiec przyłączono w 1960 razem z miastem Szopienice). Zresztą, same Katowice są późniejsze od niektórych katowickich dzielnic. Trochę zabawne to mi się wydaje, wyobraźcie sobie, że w tym miejscu nie ma miasta Katowice, tylko Dąb? Albo Bogucice?

W każdym razie z powodu posiadania nadmiernej ilości wolnego czasu przeszłam się lekkim krokiem do stalowo-szklanego wieżowca, w którym mieści się Hotel. Centrum handlowe, gdzie praktycznie wszystkie sklepy są jeszcze pozamykane wydaje się takie ciche i przyjazne. A przynajmniej dla mnie. W tle zaś płynęła z głośników muzyka pop. Postanowiłam pozwiedzać, nacieszyć się ciepłem panującym w budynku i tym niezwykłym spokojem, gdzie wszystko zdaje się jeszcze spać. Wjechałam schodami na pierwsze piętro, gdzie wpadłam na genialny pomysł, że pojadę wyżej jeszcze, żeby sprawdzić, co grają w kinie tam się znajdującym. Zupełnie z głowy mi wypadło, że pracuje tam moja kumpela z grupy.

Na drugie piętro jednak musiałam wejść po ruchomych schodach, ponieważ wbrew swej nazwie były nieruchome. Fakt ten przyjęłam z pewnym rozbawieniem, przypominając sobie równie martwe schody ruchome na katowickim dworcu. Jestem pewna, że kiedyś widziałam jak działają, ale chyba nie miałam wówczas więcej jak pięć lat.
- No, nie mam pytań! - przywitał mnie okrzyk koleżanki, która wyprostowała się za półokrągłą ladą, gdzie umieszczono kasy. Również ucieszyłam się na widok koleżanki. Spędziłam z nią około pół godziny, nie chcąc dłużej przeszkadzać w pracy. Choć szczęśliwie przez te parędziesiąt minut nie miała wiele roboty, więc mogłyśmy spokojnie porozmawiać, o życiu, kosmosie, a przy okazji i o filmach.
- Widziałaś film - Dorian Gray? - pytam, przeglądając ulotki rozłożone na kontuarze. - To na podstawie książki jest, tak?
- Tak. Całkiem ciekawe, polecam.
- Hm... Może najpierw książkę przeczytam? - myślę na głos.
- No, jeśli nie czytałaś to koniecznie musisz. I przeczytaj ją przed obejrzeniem filmu. Ale ten też zapowiada się ciekawie - mówi, podając mi ulotkę z filmu "Pozwól mi wejść". Nie przepadam za horrorami, więc jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. Ale kto wie? Może, ewentualnie?
Z czystej ciekawości zaglądałam, co też kryje się po drugiej stronie kontuaru. Przyuważyłam parę interesujących rzeczy, masę ulotek, telefon stacjonarny...
- A kuszy tam nie masz? - zapytałam. - Na niespokojnych klientów? Wiesz, jak w tych średniowiecznych karczmach. Albo tych w fantastyce.
- Nie, nie mam. Choć to kuszący pomysł...
- Albo wiesz, zamiast kuszy to może takie coś do strzelania zszywkami? - zasugerowałam ze śmiechem. - Jakby się ktoś miał awanturować...
- To wtedy wzywam ochronę - stwierdziła. No tak, ochrona, prawie jak kusza - tylko pewno trudniej schować ich pod ladą.

W końcu jednak postanowiłam ruszyć na dalszy podbój Śródmieścia. Po drodze przy alei Wojciecha Korfantego zaopatrzyłam się w prowiant. Ostatecznie lepiej iść na wszelkie boje z pełnym żołądkiem. Jest tam jedna taka przyjemna piekarnia, bardzo tanio nie mają - to fakt, chociaż ceny są porównywalne z cenami wypieków dostępnych w centrach innych miast w Polsce. Ale za to dobre kołoczki sprzedają, choć odruchowo poprosiłam o drożdżówkę, zamiast zapytać jak człowiek - z czym mocie te kołoczki?

Po wyjściu z piekarni, miarowo stukając obcasami o trotuar, ruszyłam raźnym krokiem w kierunku Rynku (nie, xanie, nie dam sobie przemówić do rozsądku, że to nie jest rynek. To jest Rynek , i basta!). Następnie weszłam w ulicę świętego Jana i idąc w dół minęłam odnowiony parę lat temu kinoteatr "Rialto", na dłużej zawieszając wzrok na płaskorzeźbie przedstawiającej rozpędzoną kwadrygę. Ale ostatecznie skręciłam w lewo, by przeciąć trójpasmową ulicę jednokierunkową - Dworcową, tę przez którą niegdyś moja przyjaciółka przeszła z zamkniętymi oczami. Ze strachu.

Weszłam w ulicę Plebiscytową, której remont kiedyś przyuważyłam. Efekt jest zadowalający. Teraz jest to ocieniona z obu stron ciągiem kamienic, jednokierunkowa uliczka, wąska dość ale z wygodnymi, wybrukowanymi kostką chodnikami oraz z rozlokowanymi na nich po obu stronach ulicy ławeczkami. Przydatne bardzo, zwłaszcza, gdy się człowiekowi nagle robi słabo.

Minęłam remontowaną kamienicę a przed sobą usłyszałam tłuczone szkło. Zastanawiam się kto jesienne porządki przeprowadza poprzez dewastację, kiedy wreszcie zobaczyłam kilku robotników wybijających witryny na parterze jednej z narożnych kamienic. Ot, kolejny remont. Podniosłam wzrok ku górze. Tam, gdzie Plebiscytowa krzyżuje się z Powstańców, w pełni porannego, październikowego słońca, na tle przejrzystego nieba pyszniła się ciemna kopuła z wysoką iglicą, znajdująca się na jednym ze skrzydeł Pałacu Biskupiego.

W końcu docieram do skrzyżowania, na zalaną słońcem Powstańców. Po prawej znajduje się plac, naprzeciwko którego stoi ogromna Archikatedrę. Świątynia niemal całkiem zasłania znajdujący się za nią Pałac, który w przeciwieństwie do niej ma ciemną elewację. Przeszłam na drugą stronę ulicy, gdyż miałam zamiar skręcić w jedną z przecznic po prawej stronie. Wolnym krokiem szłam więc w dół ulicy Powstańców po lewej mijając długi i cieszący oko budynek, w którym siedzibę ma Kompania Węglowa.

Mijam kolejne przecznice. Sienkiewicza, Lompy, Rybnicka! Mam cię! Weszłam w ulicę wciąż wypełnioną zielenią i imponującymi wierzbami, rosnącymi przed niewysokimi, ale za to długimi i interesującymi budynkami. Zresztą ciemne budynki wydawały się niknąć wśród drzew i krzewów rosnących w przed domowych ogródkach. W końcu dotarłam do niewielkiego i niepozornego dość budyneczku, tak różnego od tych, które mijałam do tej pory. Widać, że zbudowano go w innym czasie, gdyż dalej znajduje się już osiedle bloków. Jestem na miejscu. Cóż się tam mieści? Ot, biblioteka. Filia Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach, nr 30 z oddziałami literatury fantastyczno-naukowej.

Tak, xanie. Wypożyczyłam dzisiaj „Historię twojego życia”, T. Chianga, o którym wspominaliście mi z Witchmą.

xan4 - 22 października 2010, 17:14

:D

I dobrze zrobiłaś :) Jest następny zbiór opowiadań Chianga, 72 litery, który składa się z opowiadań z Historii twojego życia plus chyba dwa nowe opowiadania. Taki myk Solarisu.

Ellaine - 22 października 2010, 19:41

Tak, wiem. Mówiliście o tym, ale akurat nie było/nie zauważyłam tego późniejszego wydania. W każdym razie obecnie i tak czytam coś innego i jeszcze coś innego, a powinnam jeszcze coś innego (generalnie coś, co jest związane ze studiami, itd.). A do tego, jak wiesz, piszę swoje własne, więc jeszcze trochę to pomylę na dychaniu (jak mawiała Mama).

A czy dobrze zrobiłam to się okaże dopiero, jak przeczytam. No, ale nie wszystko na raz (chociaż z tym "nie wszystko na raz" to mam wrażenie, że to marzenie ściętej głowy).

W dodatku odkryłam dzisiaj - robiąc pobieżny porządek w pokoju, że nie mam gdzie książek układać. Znów mam wypożyczonych 14 książek (co jeszcze nie jest aż tak dużą liczbą, raz tego wszystkiego było ponad 20.) - 8 prac naukowych, 1 zbiór esejów o Śląsku, 1 zbiór opowiadań i 4 powieści (z czego na szczęście 2. już mam za sobą, ale jakoś nie było kiedy ich oddać, bo boję się, że do domu wróciłabym i tak z następnymi książkami, więc lepiej odłożyć pójście do biblioteki na później).

xan4 - 22 października 2010, 20:11

Odłóż to coś inne i coś inne i bierz się za Chianga :) To jest prawdziwe mistrzostwo świata.
Ellaine - 25 października 2010, 17:57

Wciąż boli, jakby to było wczoraj.
Chciałam to opisać. Ale lepiej nie. Lepiej nic nie mówić. Zresztą każda próba zmieniała się w nagłą potrzebę znalezienia chusteczek.

Po prostu boli. Nie tak rozdzierająco, jak wtedy. Ale wystarczająco silnie, żebym nie umiała się pozbierać od kilku dni. I nie pozbieram się jeszcze przez kilka. Ostatecznie rocznica jest dopiero za trzy dni.

Nawet niespecjalnie się przejęłam, że zawaliłam kolokwium. Ot, cóż, bywa. Poprawię, jak i mnie się poprawi.

Psychiczna dewastacja. W dodatku to miejsce mi nie pomaga. Siedzę więc w tej mysiej dziurze, zwanej dalej Internetem i oglądam seriale, słucham muzyki i piszę.

Nic dziwnego, że tak dobrze mi się ostatnio pisze. Aczkolwiek nie przesadzałabym z entuzjazmem, to tylko 20k znaków w ostatnich dwóch tygodniach. Choć teraz zrobiłam sobie trochę przerwy na rozmowy o fizyce kwantowej i jej wpływie na magię. I na czytanie "Apokalipsy według Pana Jana". Nie ma to jak czytać o zniszczonym wojną świecie, kiedy samemu odczuwa się wypaloną w sercu przestrzeń.

Piszę bez ładu i składu, prawda?
Nic to. Ostatecznie jestem u siebie.

Agi - 25 października 2010, 18:01

Ellaine, jeśli Ci to pomaga, pisz cokolwiek.
Przytulam :D

nimfa bagienna - 25 października 2010, 18:03

Ellaine, wierz mi, czas może nie leczy ran, ale uczy, jak z nimi żyć.
Ellaine - 25 października 2010, 18:06

Wiem. Przetrwałam ostatni rok. Tylko dobija mnie świadomość, że to JUŻ rok.
Poza tym mam wyrzuty sumienia, że się przyczyniłam. Nawet jeśli są nieuzasadnione to i tak je mam.

turelie - 26 października 2010, 11:51

Na pocieszenie - niespodzianka: Zarejestrowałam się na forum! I co Ty na to?
Ellaine - 26 października 2010, 18:37

O Ty! :D Bardzo jest mi z tego powodu miło, że się tym pochwaliłaś na tym blogu, moja droga :))
edit: i uważaj, bo rejestracja na forum oznacza że jesteś użyszkodnikiem... co za tym idzie, że Cię będę miała prawo namawiać i zaciągnąć na spotkanie forumowe. Hyhy :D

Kai - 26 października 2010, 18:54

Ellaine napisał/a:
Tylko dobija mnie świadomość, że to JUŻ rok.
Poza tym mam wyrzuty sumienia, że się przyczyniłam. Nawet jeśli są nieuzasadnione to i tak je mam.

DOPIERO rok. Daj sobie czas. To wszystko nie jest takie proste i szybkie jak grypa. Trzeba czasu. Czasem bardzo dużo. Przytulam cieplutko.

turelie - 26 października 2010, 20:19

Ellaine napisała:

Cytat:
edit: i uważaj, bo rejestracja na forum oznacza że jesteś użyszkodnikiem... co za tym idzie, że Cię będę miała prawo namawiać i zaciągnąć na spotkanie forumowe.


A zaciągaj mnie gdzie tylko chcesz Moja Droga ;)

Ellaine - 27 października 2010, 19:04

Wiesz, turelie, wolę tego nie komentować... Na wszelki wypadek. Ale zapamiętam, oczywiście, że zapamiętam. (: Nie wiem czemu, ale ciągle chcę zamiast turelie napisać Tuileries (obecnie dzielnica Paryża, kiedyś miejscowość pod Paryżem, gdzie znajdował się pałac królewski).

Kai napisał/a:
Przytulam cieplutko.

Dziękuję, Kai.

Jutro jest ten dzień, kiedy minie już/dopiero rok - jak pisałam kiedyś mam wrażenie nieciągłości kontinuum czasowego, raz czuję się tak, jakby to było dopiero wczoraj, a innym razem jakby minęło kilka lat. I być może z tej przyczyny chciałam coś Wam pokazać...

W każdym razie znalazłam krótki tekst, miniaturę właściwie, sprzed czterech lat. Trochę smutną. Trochę adekwatną, a trochę nie.


***

Pamięci tych, którzy odeszli.
Parasolka.

Krople deszczu spływały po materiale, łącząc się w małe strużki wody tworzyły na powierzchni parasolki srebrzystą sieć. Porzucona na środku ulicy ochrona przed deszczem mokła bezsensownie, mijana przez tłumy przechodniów. Potrącana, co chwilę, czyimś nieuważnym krokiem. Kilka osób tylko mruknęło coś niezrozumiałego pod nosem, kiedy potknęły się o czarną parasolkę, mówiąc o głupocie ludzkiej i braku wyobraźni.
Paroletnia dziewczynka z pokoiku w mieszkaniu na drugim piętrze wysokościowca z zainteresowaniem obserwowała przelewających się po chodniku ludzi zaopatrzonych w różnobarwne parasolki. Tylko z rzadka widziała tę jedną - czarną, potrącaną przez przechodniów, której wiatr nie poderwał z trotuaru. Dziecko, przylepiając nos do zimnej szyby, skąpanej w kroplach deszczu, przyglądało się porzuconemu przedmiotowi.
Dziewczynka doskonale pamiętała mężczyznę w szarym, flauszowym płaszczu, któremu wiatr wyrwał z rąk parasolkę. Człowiek obejrzał się, ale nie ruszył za porwaną przez podmuch własnością. Ignorując wczesnojesienny deszcz, moczący mu resztki siwych włosów, ruszył przed siebie w mokrą dal, zostawiając po sobie ulotne wspomnienie w postaci czarnej parasolki.
Tak niewiele pozostaje po człowieku. A i to niektórzy potrafią podeptać...

11.10.2006 – Katowice.

SithLady - 27 października 2010, 20:24

Też mam jutro rocznicę. Niby to już 8 lat będzie jutro, ale jakoś mam takiego doła jak dawno nie miałam. Byłam na cmentarzu jutro też pewnie pójdę
turelie - 28 października 2010, 13:41

Ellaine napisała:

Cytat:
Trochę smutną. Trochę adekwatną, a trochę nie.


Myślę, że adekwatna, ale przede wszystkim - poruszająca. Możliwe, iż atmosfera zbliżających się dni sprawiła, że zaczęłam postrzegać ten utwór, jako Twój najlepszy (z pośród tych, które miałam okazję przeczytać).

Kai - 28 października 2010, 20:00

http://www.youtube.com/wa...feature=related
Dla Ciebie.
Dobre na wszystko.

Fidel-F2 - 28 października 2010, 23:04

Kai napisał/a:
http://www.youtube.com/wa...feature=related
dobrze, że nie dla mnie, bo po 15 sek zacząłem rozglądać się za brzytwą
Chal-Chenet - 28 października 2010, 23:16

Rozumiem, że nie było?
Fidel-F2 - 28 października 2010, 23:20

skąd ten dziwny wniosek?
Chal-Chenet - 28 października 2010, 23:22

Bo pojawiają się Twoje nowe posty.
No, ale może chciałeś się ogolić.

Fidel-F2 - 28 października 2010, 23:23

zdążyłem wyłączyć
Ellaine - 3 listopada 2010, 20:47

Zanim zdecydowałam się wejść do kiosku Ruchu obeszłam go częściowo, żeby obejrzeć dokładnie witryny. Jest! To świetnie. Zadowolona z odkrycia weszłam do środka. Przede mną stały w kolejce dwie panie w średnim wieku. Trochę plotkowały ze sprzedawczynią, z którą najwyraźniej były w dobrej komitywie. Zresztą, to jedyny kiosk w promieniu paruset metrów, więc niewykluczone, że spotykały się w kiosku dość często.
- Co dla ciebie? - zapytała, gdy przyszła moja kolej.
- Listopadowe Science Fiction, Fantasy i Horror - mówię. - Widziałam, że jest - dodaję, ponieważ tydzień temu, dokładnie dzień przed wyjazdem na Pomorze pytałam i niestety jeszcze nie było.
- Yhm... To grubsze znaczy się? - pyta, podchodząc do wystawy. - A, jest. To grubsze.

Z tego, co wiem, a przynajmniej na tyle na ile się domyślam - SFFH jest "tym grubszym", ponieważ pani kioskarka porównuje je z "tym chudszym", a właściwie "tą" - Nową Fantastyką. W każdym razie określenie "to grubsze" bawi mnie niezmiernie. Tak po prostu.

Matrim - 3 listopada 2010, 21:19

Czyli jednak rozmiar ma znaczenie ;)

Ale fakt, jeśli chodzi o sklejenie, to SFFiH prezentuje się lepiej.

Ellaine - 5 listopada 2010, 11:27

Ano, lepiej. Aczkolwiek trudno wtedy czytać nie rozkładając się z gazetą na całą szerokość. Znaczy no, nie wiem jak to opisać, ale przy sklejeniu potem słabo widać tekst. W każdym razie to już tylko moje widzi mi się, związane z tym, że SFFH czytam zwykle w autobusach.

Swoją drogą, to tak sobie myślę, że marker to głupia nazwa medyczna. W ogóle się nie kojarzy z medycyną. A już na pewno nie z nowotworami. Dla mnie marker to zawsze były kolorowe pisaki, do podkreślania tekstu w kserówkach. Ech, mam nadzieję, że badanie na wykrycie markerów jest refundowane. Co prawda nieszczególnie uśmiecha mi się dowiadywać, czy siedzę na bombie zegarowej, ale z drugiej strony istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że tak jest faktycznie. Moja Babcia zmarła na raka, potem moja Mama, a że Babcia to była Mama moje Mamy, no to wiecie... prosta linia.

Dlatego dzisiaj idę się dowiedzieć, co i jak w tej kwestii. Zresztą, mam masę pytań i próśb do mojej pani doktór. Normalnie - poproszę zestaw "all inclusive"! A do tego wszystkiego się rozchorowałam, więc jeszcze będę musiała poprosić o jakieś prochy na grypę, czy co to tam mi się porobiło.

W sumie nie wiem, po co Wam to piszę, ale musiałam. No, wybaczcie.

Po prostu się boję, że rzeczywiście ta bomba jest... Wiem, jak wygląda człowiek po chemioterapii, wiem jak silna osoba zmienia się w warzywo, żeby odejść nieświadomie (to akurat chyba nie było takie złe. Znaczy się, chyba lepiej zasnąć i się nie obudzić?...). Wiem nawet jak podłączać i odłączać kroplówki...

Ale bogowie, jeśli miałoby mnie spotkać to samo, co Mamę, to chyba wolałabym sobie sama żyły otworzyć. (Choć znajoma onkolog i tak stwierdziła, że z takim rakiem jaki miała Mama to cud, że żyła jeszcze przez prawie dwa lata od wykrycia go. Średnie pocieszenie, ale z drugiej strony...) Wiem, że samobójstwo byłoby tchórzliwe z mojej strony. I absolutnie nierealne. Prawdopodobnie zbyt wiele osób bym skrzywdziła takim postępkiem, a nie chcę by ktokolwiek przeze mnie cierpiał.

Kiedyś Wam pisałam, że etap samobójstwa mam za sobą. Po przeczytaniu "Wilka stepowego", H. Hessego, w pewnym sensie mi przeszła chęć na śmierć (miałam wtedy 16. lat, bo to były wakacje między gimnazjum a liceum. O tej książce wspomniał mi pewien kolega na innym forum, rozmawialiśmy na temat charakterystyki postaci, którą chcielibyśmy widzieć w ekranizacji - zadanie z egzaminu gimnazjalnego - kolega opisywał właśnie bohatera tej książki, a ja Geralta z Rivii, chociaż wtedy już był film "Wiedźmin").
W każdym razie wówczas, po przeczytaniu tej książki, dałam sobie ultimatum - jeśli się do 20.stki nic nie zmieni, to kończę imprezę i wychodzę. No, ale zmieniło się i zostałam.

Wybaczcie, mam gorączkę. I nie bójcie się, nie zrobię nic głupiego. Po prostu mi trochę tak smutno. No i się boję.

nimfa bagienna - 5 listopada 2010, 11:56

Ellaine, ściskam. Mocno, mocno, naprawdę mocno.
Doskonale wiem, jak się teraz czujesz.

Agi - 5 listopada 2010, 12:03

Ellaine, wiem, że nie jest to łatwe, ale spróbuj myśleć pozytywnie.
Na razie masz tylko podejrzenia, jest duża szansa na to, że badania ich nie potwierdzą.
Trzymaj się! :D

Ellaine - 5 listopada 2010, 13:50

Dzięki, dziewczyny :) Trzymam się, jakoś.

Z okazji przeziębienia przyniosłam do domu trochę apteki.

Markery niestety nie są refundowane, więc przy okazji poszukam jakiegoś laboratorium, gdzie to robią. No, ale pani doktór była tak miła, że wysyła mnie na prześwietlenie płuc, żeby zobaczyć co u nich (Mama miała raka płuca). Wiecie, co? Pierwszy raz będę mieć coś prześwietlane. Pamiętam jak koleżanki się dziwiły, jak im powiedziałam, że pierwszy raz pobieraną krew miałam chyba w wieku osiemnastu, albo dziewiętnastu lat :D (i to było dzięki tej samej pani doktór co teraz, bo wtedy stwierdziła, że blado wyglądam, więc trzeba sprawdzić czy nie mam anemii. Nie miałam).

Swoją drogą ta wizyta była całkiem zabawna - mimo wszystko. Zresztą, bardzo lubię tę panią doktór, chodziłam do niej już kilkakrotnie, chociaż dawno temu zdeklarowana byłam do innego lekarza (ale ostatnio musiałam wypełnić nową deklarację, bo okazało się, że tak dawno nie byłam u internisty, że tamta wcześniejsza lekarka już nie pracuje w przychodni. Czyli formalnie wcale nie byłam zapisana do tej przychodni - i nawet nie wiem od jak dawna, bo nikt mnie o tym nie raczył poinformować... a przecież moje dane osobowe tam mają, choćby adres zameldowania. No, ale trudno przecież wysłać kartkę, żeby pacjent przylazł i wybrał sobie nowego lekarza, prawda?).

Wchodzę do gabinetu, witam się i siadam przed panią doktór.
- Dzień dobry. Bo ja to trochę przeziębiona jestem, a przy okazji mam parę pytań...
- O, no co za konkretny pacjent! - śmieje się lekarka - Aż głowę podniosłam, żeby zobaczyć kto tak od razu mówi, że ma pytania i w dodatku z postawioną diagnozą przychodzi.
- E, to znaczy... tak tylko... - się trochę zmieszałam. Nie spodziewałam się podobnej reakcji. Pani doktór nadal wygląda na rozbawioną.
- Nie, nie. W porządku, po prostu zwykle to wygląda tak: bo ja... to eeee, wie pani... od czego by tu... - pani doktór tłumacząc mi, naśladuje swoich pacjentów.
Cóż, praca lekarza ogólnego chyba nie jest lekka jeśli często się zdarzają tacy niezdecydowani. Potem oczywiście dialog przeszedł na to z jakimi objawami przychodzę i tak dalej. Diagnoza została postawiona, pani doktór wypisuje receptę i spogląda na mnie.
- Pracuje, pani? Studiuje?
- Studiuję.
- Matematyka - zgaduje lekarka, ale z pewnym przekonaniem w głosie.
- Nie. Historię.
- Ach, mój syn studiuje prawo. Ale ciągle musi się uczyć historii.
- No, historia ważna rzecz - zauważam, nie bez dumy.
- Prawda. Ale myślałam, że ktoś taki konkretny, jak pani to musi być umysłem ścisły,. A tu zupełnie odwrotnie! - uśmiecha się lekko.
- Cóż, mam chłopaka chemika, może to przez to - wzruszam ramionami.
- A, ukształtował panią odpowiednio?
- Być może. No, ale historia też jest ścisłą nauką, zwłaszcza jeśli idzie o fakty. Nie można tak po prostu pływać.
- Racja. Czyli też trzeba być konkretnym.

Później zadałam pytania, z którymi przyszłam. Gdyby nie to, że się przeziębiłam to przyszłabym do pani doktór wyłącznie z pytaniami, no ale... wyszło jak wyszło. Dowiedziałam się o markerach, dostałam skierowanie i jeszcze parę rzeczy się wywiedziałam, o których Wam nie powiem. Przynajmniej na razie nie, może kiedyś, w nieokreślonej przyszłości.

Godzilla - 5 listopada 2010, 13:54

Ellaine, trzymam palce. Najgorsze jest czekanie na ważne wyniki. Oby potem była wielka ulga.

Swoją drogą ja ileś razy "z urzędu" miałam robiony tzw. mały obrazek, żeby wykluczyć gruźlicę. To co, teraz nie ma tego zwyczaju?

Agi - 5 listopada 2010, 14:06

Godzilla napisał/a:
To co, teraz nie ma tego zwyczaju?

Jeśli się pracuje, to jest taki zwyczaj - badania okresowe.
Studentami niestety nikt się nie przejmuje.

Godzilla - 5 listopada 2010, 14:17

Muszę powiedzieć, że te badania są coraz bardziej per noga traktowane. Ostatnio polegały na badaniach wzroku i wypisaniu papierka, w przypadku pracy siedzącej, powodującej bóle kręgosłupa i inne takie problemy. Ostatni mały obrazek miałam bardzo dawno. Dobre i to, przynajmniej wiem, że wzrok mam - odpukać - niezły.
Ellaine - 5 listopada 2010, 14:21

Agi napisał/a:
Studentami niestety nikt się nie przejmuje.

W końcu to tylko "gorszy rodzaj człowieka"*. Czym się tu przejmować? ;)

W każdym razie prześwietlę się jak wykuruję się z tego przeziębienia. Wtedy się dowiem ile paczek papierosów wypaliłam biernie...

*cytat za co poniektórymi wykładowcami z pewnych uczelni ;)))

Godzilla - 5 listopada 2010, 14:26

To ja słyszałam, że student:
1) na pierwszym roku jest g***no,
2) na drugim roku - pan g***no,
3) na trzecim roku - student,
4) na czwartym roku - pan student,
5) a na piątym roku ma to głęboko w de bo pisze pracę.

Kai - 5 listopada 2010, 21:34

Agi napisał/a:
Jeśli się pracuje, to jest taki zwyczaj - badania okresowe.
grunt to zaliczyć krew, mocz i okulistę, prześwietlenia i innych badań nie miałam od wieków, do gina jak się sama nie przejdę, to mnie nie skierują :evil:

Obudzą się z ręką w nocniku, moja koleżanka już na gruźlicę zachorowała, zanim zrobili rozpoznanie, trwało pół roku, dobrze, że się dziewczyna nie zdążyła wykończyć.

Agi - 5 listopada 2010, 21:39

Kai napisał/a:
grunt to zaliczyć krew, mocz i okulistę, prześwietlenia i innych badań nie miałam od wieków,

Ja mam obowiązkowe badania podstawowe, prześwietlenie i okulistę. Taki standard.

Kai - 5 listopada 2010, 22:07

Agi, ani mi nie przypominaj! BTW gdyby rentgen był rzeczywiście w dalszym ciągu włączony do obowiązkowych badań okresowych, mój ojciec może by jeszcze żył.

Ellaine, ja mam w genach cukrzycę (kobiety 3 pokolenia wstecz) i raka (ze strony ojca dwa pokolenia wstecz). Wierzę w swoje szczęście. Może mnie nie dogonią, jeśli będę dość szybka. Ale nie bierz ze mnie przykładu :) badaj się i lecz, bo masz przed sobą całe życie, które trzeba przeżyć... fajnie.

turelie - 6 listopada 2010, 11:25

Ellaine, powiedz tylko słowo, a chętnie potowarzyszę Ci, czy to podczas podróży na badania, czy też po odbiór wyników. Nie obawiaj się zapytać. Jestem do Twojej dyspozycji. Po to w końcu jestem ;)
Ellaine - 6 listopada 2010, 16:49

Kai napisał/a:
) badaj się i lecz, bo masz przed sobą całe życie, które trzeba przeżyć... fajnie.

To życie może trwać jeszcze rok, jak i pięćdziesiąt lat. Któż wie, co jest człowiekowi pisane, nawet gdy się bada i leczy? Pewnego razu wracając do domu prawie wpadłam pod samochód na przejściu dla pieszych (widocznego z okien mojego bloku). To było gdzieś w liceum. Nie pamiętam już co tak zajęło moje myśli, że weszłam na zapełnione skrzyżowanie bez rozglądania się uważnego. Szczęśliwie kierowca miał dobry refleks. Kiedyś mogę nie mieć tyle szczęścia.

Wiem, turelie, wiem. Ale znasz mnie, nie lubię ludziom głowy zawracać. (:

Ech, chyba powinnam wrócić w pielesze, bo raczej nie wskazane jest siedzieć przy kompie z gorączką powyżej 38 stopni (((: Tylko, że tam nie ma co robić. Na książki nie mam sił, na naukę tym bardziej, a w telewizji nic ciekawego nie puszczają. Masakra. Nawet nie pamiętam kiedy tak się rozłożyłam, żeby musieć w łóżku leżeć. Ale jeszcze chwilę tu posiedzę, bo akurat w radiu internetowym lecą The Beatles z piosenką: Eleanor Rigby

Godzilla - 6 listopada 2010, 16:55

Ellaine, wracaj i to zaraz. I do łóżka. Nudy nudami, a siedząc w tym stanie tylko serce sobie osłabiasz. Czasem trzeba paskudztwo przeczekać i już.

Każdy miał chyba moment, który mógł się źle skończyć. Ja przechodziłam kiedyś przez Miodową i miałam zielone światło dla pieszych, czyli OK. I na moim zielonym świetle przed samym nosem przejechał mi jakiś złoto malowany samochód, nie wiem z jaką szybkością ale z dużą. Ciekawe co ćpał kierowca. Mało brakowało, może pół metra.

Kai - 6 listopada 2010, 18:02

Chcecie się pośmiać? Raz znalazłam się po roboczej stronie jakiegoś karabinka. I sądzę, że gdyby pewien facet do nas nie dołączył, nie byłoby mnie tu dzisiaj. Ale był, ktoś inny wydygał i jest ok.

Ellaine, może to dziwnie zabrzmi, ale każda chwila życia jest ważna, każdą trzeba przeżyć. Nikt nie wie, ile ich jeszcze będzie, z przyczyn całkowicie od nas niezależnych. Więc nie marudź i się lecz!

Ellaine - 9 listopada 2010, 11:48

Spokojnie, dziewczyny. Leczę się przecież! I to jakąś końską dawką antybiotyku m.in. przeciwko zapaleniu płuc, więc będzie git. Nie bójcie się. Co prawda wczoraj miałam niejakie załamanie nerwowe, bo mój kaszel bardzo, ale to bardzo przypominał ten, który przez dwa lata słyszałam w wykonaniu Mamy. Zresztą ja wtedy też kaszlałam, ale wciąż uważam, że to było wyłącznie na tle nerwowym... Bo, khem, po śmierci Mamy kaszel mi przeszedł.

Tak w ogóle to zauważyłam, że choroba sprzyja mojej twórczości.

Przedwczoraj napisałam 8 tys. znaków, a wczoraj prawie trzy strony a4 kratka pod kratką. Przy tym zdałam sobie sprawę z tego, że rzadko piszę ręcznie. Ponieważ ostatnio unikam wykładów, więc na uczelni też jakoś ręczne pisanie nie jest mi potrzebne. A jak piszę różnego rodzaju teksty to siadam do kompa, bo łatwiej edytować, nie trzeba kreślić i w ogóle.

Dlatego też szalenie mnie zdziwiło, że pisanie mi szło jak z płatka!

Na początku oczywiście ułożyłam się wygodnie w łóżku, podparłam plecy poduchami, zapakowałam w szlafrok, kołdrę, koc. Na kolanach położyłam sobie deskę kreślarską odziedziczoną po Dziadku architekcie. Kiedyś nawet marzyło mi się pójście jego śladami, ale głupia byłam - nie uczyłam się matematyki, fizyki i chemii, no i wylądowałam na historii.
Najpierw do ręki wzięłam wieczne pióro, bo to takie epickie! Rękopisy powinny być pisane piórem, najlepiej takim zielonkawym tuszem. Ja mam czarny, ale następnym razem sobie kupię ten bardziej zielony. Niestety zapas atramentu był już dość mikry, więc przerzuciłam się na długopis (nie chciało mi się ruszać z miejsca, żeby uzupełnić piór). Niebieski. Ale i w nim skończył się tusz. Na szczęście był jeszcze jeden długopis, czarny dla odmiany.

Nie czułam ani upływu czasu, ani bólu ręki, po prostu pisałam. I to naprawdę było fantastyczne uczucie. W końcu jednak podniosłam wzrok na zegarek stojący na regale. Były wówczas trzy kwadranse na dwudziestą trzecią. Nie tyle późna pora mnie zaskoczyła, co fakt, że absolutnie nie chciało mi się spać. Oczywiście czułam, że mam gorączkę, ale uporczywy kaszel już mnie nie męczył, a wyobraźnia podpowiadała, co mam napisać aż do zakończenia opowiadania. Rozsądek jednak podpowiadał, że dłuższe siedzenie nad tą deską kreślarską będzie nierozsądne.

Nie pisałam długo, bo tylko od dziewiątej do za kwadrans jedenasta. Zaczęło się głównie dlatego, że ojciec nie chciał ściszyć telewizora przy oglądaniu Ogniem i Mieczem, a potem czegoś jeszcze, więc nie było szans żebym zasnęła. Słyszałam niemal każde słowo z filmu pomimo zamkniętych drzwi w salonie, krótkiego przedpokoju, zamkniętych drzwi mojego pokoju i włączonego RMF Classic.

Cóż, chyba już sobie stąd pójdę. Nie powinnam tyle przesiadywać przy kompie (jeszcze). Wrócę do kreślarskiej deski, papieru listowego i mojego wiecznego pióra firmy Hero. Nie wiem skąd mam to pióro, ale jest ze mną od dawna i je uwielbiam.

Ellaine - 14 listopada 2010, 20:53

Tydzień choroby. Bilans:

- Niedoczytane "Erynie", Marka Krajewskiego, bo w głupocie i gorączce zajrzałam na koniec i wiem kto zabił.

- Opowiadanie na 53 tysiące znaków i nieśmiały pomysł na następne (właściwie to pomysł, gdzie się może rozegrać i kto będzie głównym bohaterem, brakuje tylko fabuły).

- Przeczytana "Historia twojego życia", Teda Chianga. (Chodzi mi o opowiadanie o tym tytule, a nie o tom opowiadań) Pokręcone opowiadanie. Z pięciu, które przeczytałam to nadal najbardziej podoba mi się "Wieża Babel", potem można postawić na drugim "Historię twojego życia", następnie "Zrozum", "Dzielenie przez zero" było dziwaczne, ale najbardziej bełkotliwe jak na mój gust to było najkrótsze z nich "Ewolucja ludzkiej nauki", tzn. puenta ciekawa, ale początek mi się nie podobał. Zresztą, ja nienawidzę matematyki... I chyba jestem zbyt ograniczona na te opowiadania. Ale przeczytam wszystkie, mam czas do 22. listopada.

- Referat o "rewolucji goździków" w Portugalii na prawie 20 tysięcy znaków.

- Rozpoczęte czytanie "Wskrzesiciela", Seana Stewarta. Kartka 13/14 wyrwana, ale włożona gdzieś pod koniec książki. Po opisie z tyłu książki spodziewałam się czegoś innego, ale albo nie zrozumiałam opisu, albo jeszcze się okaże. Na razie trudno ocenić. W sumie wypożyczyłam z powodu autora, który napisał też powieść ze świata Star Wars: "Yoda. Mroczne spotkanie".

- Napisanie bardzo ważnego maila, a przynajmniej dla mnie.

A poza tym to wyzdrowiałam.
I wczoraj przyśniło mi się, że pisałam post na tym blogu, ale niestety zapomniałam co wówczas Wam napisałam, więc cóż... Wyszło, jak wyszło. Czyli generalnie to lepiej byłoby to skasować, ale cóż.

Zauważyłam, albo mi się tylko tak wydaje, że kiedy poświęcam czas bardziej na pisanie moich takich tam głupich fantasy, to tutaj obniża się poziom moich wpisów. Najwyraźniej co za dużo to niezdrowo i nie daję rady być kreatywna w dwóch miejscach jednocześnie.

Ellaine - 18 listopada 2010, 18:31

Jak to opowiadałam wczoraj Kai na kameralnym spotkaniu śląsko-dąbrowskim, mój ojciec to tak irytująco zabawny człowiek, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Bo jak już coś palnie to "ino roz"! Pewnie wiecie, że środowe spotkania odbywające się wcześniej w Bierhalli w SCC rozpoczynały się o 18.00 (plus minus, oczywiście). Jakoś nigdy wcześniej ojciec nie miał z tym większego problemu, przyjmował to bez większego entuzjazmu, ale też nie robił mi z tego tytułu większych wyrzutów. Owszem, zwykle pytał: po co ty tam jedziesz? Czasem korciło mnie, żeby mu wyparować z tekstem - Jadę, by się nawalić! No, ale kindersztuba to kindersztuba, niektórych rzeczy nie wypada po prostu mówić.

W każdym razie wczorajszego dnia mnie zaskoczył! Tak, wciąż jeszcze mu się udaje ta sztuka, albo to ja jestem taki typ człowieka, który lubi widzieć nowości w starociach. Otóż, zbierałam się do wyjścia, ostatnie poprawki fryzury cud - koński ogon, a z kuchni dobiega mnie pytanie:
- Dlaczego ty się umawiasz na noc?
- Na noc? - pytam zdziwiona. - Osiemnasta to nie noc.
- Ale ciemno już jest.
- I co z tego? Czy to moja wina, że zima idzie? - wzruszyłam ramionami. Korciło mnie, żeby mu powiedzieć jeszcze coś na temat: a mój brat... Ale to trochę infantylne, prawda? Ostatecznie - brat jest stary koń, ja tam dzieckiem też nie jestem, więc powoływanie się na "a mój brat może łazić po dzielnicy i wracać nad ranem", to głupota. Nie muszę ojca pytać o pozwolenie na takie sprawy, trochę za późno się obudził na to, żeby mnie wychowywać. Swoją drogą kiedyś mu to powiedziałam wprost (parę lat temu, kiedy wybierałam się na weekend do Lubego): "Ja nie proszę o pieniądze, ani o pozwolenie, tylko oznajmiam".

- A czemu ta koleżanka nie może przyjechać do nas? - pyta niespodziewanie. Mam wrażenie, że bardzo mu zależy, żebym nigdzie nie wychodziła. Proszę o wybaczenie, ale to nie jest klasztor kontemplacyjny!
- Bo koleżanka pracuje do szesnastej i mieszka w Dąbrowie, więc łatwiej spotkać się w centrum - odpowiadam z anielską cierpliwością i jak na mnie - to jak najbardziej prawdziwie, jak tylko mogłam nie zdradzając większych szczegółów*. Z nim to już trzeba gadać jak z dzieckiem.

Oczywiście mogłam być z nim jeszcze boleśniej szczera, że absolutnie nigdy, nikogo nie zaproszę do siebie, kiedy on jest w domu. Bez względu na zażyłość stosunków łączącą mnie z ludźmi, po prostu z jego powodu lepiej ich nie zapraszać do siebie. Nie wstydzę się tego, że on ma nałóg, nie moja wina, ale po co miałabym kogoś narażać na przykrą sytuację? Obawiam się, że on nie jest tego świadom. I chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, że on jest powodem dla którego Luby do mnie nie przyjeżdża. Ostatni raz był u mnie, kiedy starego wywiało do sanatorium. Dlatego wówczas też był na spotkaniu NURSowym, no ale wtedy to akurat się złożyło, że przyjechaliśmy na nie prosto z Krakowa - wracaliśmy z parodniowego pobytu u przyjaciół w Prusach.

W sumie z tymi Prusami to też zabawna historia. Znaczy umarłam ze śmiechu jak nas znajomi wywozili z Krakowa na przedmieścia, a po chwili tabliczka - Prusy. Byłam święcie przekonana, że Prusy nie istnieją! A jednak przetrwały. I to jeszcze gdzie? Tuż pod Krakowem. Chichot historii, czy może rechot?
Zresztą tam widziałam bardzo ciekawe zjawisko, którego szczerze powiedziawszy nie spodziewałabym się zobaczyć na wsi. Owszem, w GOP to codzienna sprawa, że można znaleźć się w miejscu styku trzech miast (np. Katowice-Siemianowice-Chorzów). Ale żeby istniały takie rzeczy na wsiach? Że po jednej stronie ulicy jedna wieś (Sulechów, jeśli dobrze pamiętam), po drugiej druga (Dojazdów - j.w.), a po przeciwległej stronie skrzyżowania - trzecia (te nieszczęsne Prusy).

*Z tymi szczegółami i spotkaniami NURSowymi to było początkowo zabawnie. Kiedy pierwszy raz jechałam na wieczerzę, w grudniu zeszłego roku, ojciec oczywiście miał jakieś anse, co do tego. Pytał, a na co, a dlaczego, a z kim? No cóż, nie wtajemniczam go w moje kontakty międzyludzkie, więc odparłam, że jadę się spotkać ze znajomymi z liceum! No cóż, uwierzył.

Zresztą, dlaczego miałby nie uwierzyć? przecież, czy te oczy mogą kłamać?

A tak w ogóle, Kai, udało mi się znaleźć tekst tej przeróbki, o której Ci wczoraj mówiłam. Pamiętałam, że kiedyś Mama mi spisała na kartce tyle ile zapamiętała:
(śpiewać na melodię "Gdy mi ciebie zabraknie")

Gdy mi ciebie zabraknie
moja droga wódeczko
będę wtedy zmuszony
pijać po prostu mleczko

Ale że jesteś w sklepie
piękna jak róży kwiat
więc z pół litrem
w kieszeni
idę sobie przez świat

xan4 - 18 listopada 2010, 18:39

Ellaine napisał/a:
więc odparłam, że jadę się spotkać ze znajomymi z liceum!


dzięki :lol:

Ellaine - 18 listopada 2010, 18:46

Ależ nie ma za co, xanie! Służę uprzejmie (:
Kai - 18 listopada 2010, 19:26

Ellaine, wiesz, czasem trzeba spotkać się jednak w bardziej kameralnych warunkach :) mam wrażenie, że jeszcze fajniej by się gadało :) I też dzięki za liceum (z tyłu liceum, z przodu muzeum) :P

a to jest ta przeróbka, o której ja Ci opowiadałam :

Słowa: Jonasz Kofta

Narodowa Galeria.
Wielka sztuka - na serio
owionęła nas chłodem swych sal.
Tu - spowite przez mgiełkę -
jest schronienie przed zgiełkiem,
już ostatnie, co los nam dziś dał.
Schody wiodą do góry,
do skarbnicy kultury,
jeszcze tylko na stopy coś wzuć:
czworo kapci filcowych!
Już biegniemy gotowi.
Pierwszy obraz nazywa się... "Chuć"...
Ona naga... ona nagi...
Ileż trzeba odwagi...
Aż rumieniec wykwita i trwa...
Tylko... co nas odpycha,
nieuchronnie i z cicha,
bezustannie nas miota i pcha?
W bezrozumnym zapale
przez parkiety i sale
roztańczone sylwetki mkną dwie...
Rozwiązanie zagadki:
to jest parkiet za gładki...
Stąd nasz taniec - le grande valse frotte...

Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca?
Patrzył z portretu Matejko Jan...
Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca
- tysiące płócien i ram?
Coraz nowe posadzki,
coraz nowe zasadzki,
Siemiradzki w przepychu swych ciał.
Choć on dla mnie jest wszystkiem,
przelatuję poślizgiem
amfilady, parkiety tych sal...
Bo tak trudno zatrzymać się jest,
kiedy tarcia wciąż brakuje uparcie,
gdy oparcie uparcie ucieka spod stóp,
gdy na filcach nie powstrzyma nikt walca...
Raz na twarz... raz na "de"...
Pół na pół...

Miga Leda z łabędziem,
co ma być, niechaj będzie...
Walc szalony niczego
nie oszczędza w swym pędzie.
Obok tańczy wycieczka,
cała to śmiechu beczka,
niech się dzieci pobawią
- przyjechały z daleczka...
Już zwiedzone muzeum,
schodów piętra się ścielą:
dwieście stopni z marmuru
dostojnego swą bielą...
Może jednak przestańmy,
trochę tempo nas męczy...
Złap mnie za marynarkę...
Ja się złapię poręczy...

Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca?
Wyły karetki, z noszami ktoś biegł...
Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca?
Le grande valce frotte de parquette...
Coraz nowe posadzki,
coraz nowe zasadzki,
jakiś Wenus gdzieś wisiał... czy stał...
Obojętni we wszystkim
lecieliśmy poślizgiem,
nie obchodził nas powab tych sal...
Bo tak trudno zatrzymać się jest,
kiedy tarcia wciąż brakuje uparcie,
gdy oparcie uparcie zamienia się w ślizg,
gdy na filcach nie powstrzyma nikt walca...
Raz na twarz... raz na "de"...
Gips na gips...

Ellaine - 19 listopada 2010, 09:44

O, już nie przesadzaj z tym muzeum, Kai. Dzięki za wiersz pana Kofty, świetny jest i idealnie oddaje sens tego, o czym rozmawiałyśmy. Zdecydowanie. Aczkolwiek nigdy nie wywinęłam orła ślizgając się po muzeach.

Wróciłam z wynikiem RTG płuc. I jestem wściekła, bo nie mam zielonego pojęcia, co mi lekarz napisał na fiszce dorzuconej do zdjęcia. A niestety nie skończyłam studiów medycznych i zdjęcia też nie jestem w stanie odczytać. Lekarze powinni chodzić na jakieś kursy pisma technicznego, albo przerzucić się na pisanie takich rzeczy na komputerze.

Generalnie pismo tego rentgenologa wygląda jak połączenie pisma arabskiego i humanistycznego, niektórych słów można się domyślać dzięki znajdującej się nad kreskami kropeczkami, które sygnalizują obecność "i" w słowie. Np. słowo "zmian" na wyniku wygląda mniej więcej tak: z - rozdeptane m, kropka - czyli i, długa pozioma kreska.

Ale wydaje mi się, że najważniejsze zdanie w tym wszystkim brzmi: Płuca bez zmian naciekowych (czyli git, w najbliższym czasie nie umrę - a przynajmniej nie na płuca). Tylko nie mam pojęcia, co mi ciekawego lekarz napisał o przeponie (pierwsze zdanie), oraz co takiego mam w normie, bo nie jestem w stanie odcyfrować pierwszych słów tego zdania. Ech, a wydawało mi się, że umiem rozczytywać bazgroły... po tym, co przeszłam na paleografii łacińskiej i neografii gotyckiej.

Martva - 19 listopada 2010, 12:51

W jednej aptece farmaceutka się zastanawiała czy recepta wystawiona przez mojego tatę nie jest przypadkiem sfałszowana, bo coś podejrzanie czytelna ;)

Ellaine napisał/a:
oraz co takiego mam w normie,


Nieważne co, ważne że w normie ;)

Godzilla - 19 listopada 2010, 13:05

Kiedyś (dawno temu) byłam w odwiedzinach u cioci-okulistki. Chyba coś dla niej tłumaczyłam i przyszłam skonsultować słownictwo. Ciocia, że akurat miała czymś zajęte ręce, pokazała mi, gdzie leżą recepty i pieczątka, i powiedziała, żebym wypisała leki dla babci. Rzuciła mi ze dwie znajome nazwy (dlatego się nie rąbnęłam) i parę cyferek. A potem popatrzyła na receptę i powiedziała właśnie tak - że ma nadzieję, że w aptece nie będą się czepiać zbyt czytelnego pisma :) Chyba się akurat nie czepiali.
Ellaine - 19 listopada 2010, 13:49

Osobiście podziwiam panie w aptekach, ale pewnie doświadczenie w rozczytywaniu lekarskich bazgrołów przychodzi z wiekiem. Choć nie wiem kto mi opowiadał historię, (czy to w jakimś filmie było? Ech, skleroza nie boli) że ktoś przyniósł do apteki receptę. Była tak paskudnie napisana, że aptekarki nie umiały dojść do tego, co to za lek został przepisany. Aż któraś spojrzała na pieczątkę, po chwili sięgnęła po telefon i zadzwoniła do owego lekarza. Okazało się, że to był jej syn. Dostał od matki burę za to, że pisze jak kura pazurem.

Martva napisał/a:
Nieważne co, ważne że w normie ;)

Co racja, to racja, Martvo. Ja po prostu mam bardzo ciekawską naturę i lubię wiedzieć (chyba to jeden z tych powodów, dla których wylądowałam na historii). Pewnie się dowiem, jak pójdę z wynikiem do internistki. Albo się po prostu dowiem, że wszystko jest ok. I tyle. Co w sumie też dobrze.

Ellaine - 20 listopada 2010, 17:34

Miarowy stuk obcasów brzmi na zwilżonym mżawką trotuarze niczym głośne tykanie zegara. Raz, dwa,...

Oglądałam program o otyłości w jednym z miast w USA. Nie pamiętam już, w którym to było stanie, ani którego miasta to dotyczyło. W pamięci wryły mi się obrazy i słowa dotyczące jednego z osiedli. Dużo zieleni, równo przycięte trawniki przed jednorodzinnymi domami i absolutny brak chodników. Jedna z bohaterek programu powiedziała, że podwozi syna do przystanku autobusowego, skąd jeździ do szkoły, choć to tylko kilka metrów od domu. No i że nie ma chodników. A inny bohater stwierdził, że jemu nawet nie chce się iść do skrzynki na listy, więc sprawdza jej zawartość, gdy jedzie lub wraca skądś.

Przykre. Nie wyobrażam sobie „niechodzenia” po mieście. To dobrze, że nie mam samochodu. Dziwnie bym się czuła jadąc autem do biblioteki, a potem do następnej. To już prawie rytuał, kiedy trzeba skorzystać z wielotysięcznych zasobów jednej i drugiej książnicy. A czasem trzeciej i czwartej, choć ta czwarta to dla przyjemności. Natomiast piąta, czyli pierwsza, do której kiedykolwiek chodziłam znajduje się w mojej dzielnicy.

Zresztą, poruszanie się po Śródmieściu samochodem jest chyba dość niewygodne. Zwłaszcza, kiedy spora część ulic jest jednokierunkowa. I w większości tak naprawdę nie ma gdzie zaparkować. Zdecydowanie, lepiej iść piechotą. Zresztą, to jedynie półtora kilometra od Placu Rady Europy do ulicy Bankowej. W dodatku idzie się cały czas z górki od momentu wejścia w ulicę ks. Konstantego Damrota, aż do skrzyżowania z Warszawską.

Miarowy stuk obcasów na wilgotnym od listopadowej mżawki trotuarze.
Raz, dwa, lewa.

Pewnej niedzieli szłam do kościoła wspólnie z koleżanką z podstawówki. Kilka metrów za nami szli moi rodzice. Po mszy, kiedy już wróciliśmy do domu, mama stwierdziła, że koleżanka ma nogi jak dwa „Sporty”, a za to ja chodzę jak generał. Raz, dwa, lewa. Dziś ta koleżanka ma licencjat z socjologii, a może psychologii, albo politologii? Zapłaciła za ten tytuł wrzodami żołądka. A ja? Wciąż bywa, że miewam „generalski” krok. Może coś w tym jest? Ostatecznie chciałam iść do wojska. Pewnie nie wytrzymałabym tam nawet tygodnia, nie z moim charakterem. A może przeciwnie, może stałabym się silniejszą jednostką niż jestem obecnie?

Na szarym tle nieba i kamienic przejechał wiaduktem pociąg o jasnoszarych wagonach. Po chwili znikł w szarości listopada. Równe tempo marszu nagle się załamało. Przejście dla pieszych, muśnięcie dłonią przycisku. Zielone światło, znów można ruszać w dalszą drogę.

Wyszłam spod wiaduktu. Po lewej ciąg kamienic aż do Warszawskiej, po prawej skwer. W lecie drzewa zasłaniają widok na kościół. Dziś jednak był on widoczny mimo otaczającej wszystko szarości. Apsyda wciąż jeszcze nieodnowiona, przyczerniona stu czterdziestoletnią sadzą odcina się wyraźnie od wyczyszczonych ścian naw i wieży wzniesionych z białego piaskowca. Biel poszarzała od otaczającego świątynię listopada. Drzewa o czarnej korze rosnące na skwerze przed kościołem Mariackim, niemal zupełnie były pozbawione liści. W pierwszym odruchu chciałam wejść w alejkę i przeciąć skwer w kierunku Rynku. Dwóch strażników miejskich spisywało trójkę chłopaków w obszernych bluzach.

Stanęłam na krawędzi głównej arterii prowadzącej do Rynku. Na przystanku stał czerwony tramwaj. Odnowione 105N. Pewnie jeździ po miastach śląskich i zagłębiowskich dłużej niż ja chodzę po świecie. Odnowione 105N, zupełnie nie podobne do jaskrawoczerwonego tramwaju, który widziałam dwukrotnie w ostatnim tygodniu. Nowy tramwaj w taborze Tramwajów Śląskich, niezwykły widok. Przywodzący trochę na myśl Gdańsk, gdzie już nie raz i nie dwa widziałam podobne do niego. Kanciaste tramwaje z drzwiami po obu stronach.

Czerwone światło. Nic jednak nie jedzie. Po paru uderzeniach serca staję na wysepce przy tramwaju. Wciąż czerwone. Po chwili już byłam na drugim brzegu ulicy Warszawskiej. Za plecami zostawiłam strażników zajętych innymi obowiązkami. Nie obejrzałam się za siebie. Odnowione 105N pojechało w dół Warszawskiej, za załomem ulicy znajdzie się na Zawodziu, na ulicy 1.ego Maja. Szłam w kierunku Rynku, dumnie wyprostowana i patrząc przed siebie. Dawniej to nie było możliwe, zamiast podziwiać piękno świata - studiowałam szare chodniki powykrzywiane górniczymi szkodami.

Wiele się zmieniło, ale jeszcze wiele musi się zmienić.

Raz, dwa, lewa. Melancholijny ton miarowego stuku obcasów na wilgotnym od listopadowej mżawki trotuarze. A wszystko to przez „Piątą stronę świata”, Kazimierza Kutza…

Ellaine - 23 listopada 2010, 14:10

Wczoraj mijał termin zwrotu książek z MBP, filia nr 30 z oddziałami literatury fantastyczno-naukowej. Chcąc nie chcąc, ale bardziej chcąc niż nie chcąc, poszłam spacerowym krokiem ku południowej części Śródmieścia. Lubię tę część miasta. Brukowane ulice i chodników, co i rusz odnawiane kamienice i monumentalne budowle modernistyczne z międzywojnia.
Przechodziłam nieopodal gmachu Sejmu Śląskiego, pardon – Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Nieodmiennie zachwycam się jego klasycystycznym kształtem, rozmachem i dostojeństwem. A kiedy przypomnę sobie, że miałam zaszczyt gościć w progach tego zacnego budynku to na samo wspomnienie robi mi się miło. Zwłaszcza, że miałam tę przyjemność zasiadania przez pewien czas w Marmurowej Sali, tej właśnie na której wzorowano salę Sejmu RP. Później zaś, gdy opuszczałam już gościnne mury Sejmu Śląskiego nie odpuściłam sobie tej przyjemności i zamiast wymknąć się cichaczem, zeszłam po marmurowych schodach pokrytych czerwonym kobiercem i wyszłam głównymi drzwiami. Niezapomniane przeżycie. Przez ułamek sekundy poczułam się niczym Bardzo Ważna Osoba. (A tu można znaleźć odpowiedź na to jakim cudem znalazłam się w Sali Marmurowej Sejmu Śląskiego)

Wrócę jednak ze słonecznych wspomnień do listopada zroszonego chłodną mżawką. Weszłam w ulicę Rybnicką, nie poświęciwszy tym razem wielkiej uwagi budynkom po obu jej stronach. Akurat byłam zajęta rozmową telefoniczną, ale to taki tam wtręt na marginesie. W każdym razie, już po chwili wspinałam się po schodach w budynku bibliotecznym. Za kontuarem nie było żadnej z bibliotekarek, więc raźnym krokiem weszłam między regały.

Nie macie pojęcia jakim dla mnie zaskoczeniem było, kiedy dowiedziałam się, że niektóre (a może większość?) bibliotek nie przewiduje takiej możliwości jak wyżej opisana. Osobiście nie wyobrażam sobie, jak niby miałabym korzystać z księgozbioru nie mogąc nawet obejrzeć zgromadzonego na półkach zasobu*? Mówią, żeby nie oceniać książek po okładkach, ale w bibliotece, gdzie nawet okładki nie jest mi dane obejrzeć po czym mam poznać, że książka mnie zainteresuje? Po opisie bibliograficznym na karcie w katalogu?! Oburzające. Mogę się póki co cieszyć, że te filie MBP, do których jestem zapisana nie mają zakazu buszowania między regałami. To byłoby naprawdę przykre.

*Co prawda zasób to mają archiwa, zaś biblioteki zbiory, ale chyba mi to wybaczycie?

Ponieważ już dwukrotnie byłam w bibliotece nr 30 i miałam okazję poznać rozkład działów, tak też doskonale wiedziałam, gdzie stoją regały z fantastyką. Bardzo dużo regałów z jeszcze większą ilością fantastyki. Poza mną, wśród półek, przechadzały się cztery dziewczyny, które po krótkim rzucie oka oceniłabym na przełom podstawówki i gimnazjum, ewentualnie bardziej gimnazjum niż podstawówka. Ale raczej nie wyżej. Zachowywały się dość głośno, co początkowo mnie irytowało, ale w końcu to nie czytelnia... Przymknęłam na to oko. Za to muszę przyznać, że nie dało się ich nie słuchać. Kiedy rozglądałam się po półkach, dochodziły do mnie strzępki ich rozmów:

- O! ... Rybnicka, mieszkam na Rybnickiej! To o mnie!
- Zobacz - „Inni”.
- To o nas! Jesteśmy inne!

Chwilę później:
- Kto napisał Krzyżaków?
- Sienkiewicz, Henryk.
- Mam ich!
- W miękkiej okładce?
- Nie.
- To nie chcę.

Nagle odezwał się telefon jednej z dziewcząt:
- Cześć, mamo. Jestem w bibliotece z... (tu padły imiona).
- Mnie nie wymieniaj! – mówi jedna z wymienionych. – Jestem tu incognito.
- ...Nie chcę jeszcze wracać do domu ... W bibliotece jest ciekawiej niż w domu. Dobrze. Z przykrością muszę stwierdzić, że mam tylko trzydzieści złotych. – Po chwili rozmowa telefoniczna dobiegła końca, a dziewczyna zwraca się do koleżanek z tekstem: – Moja mama mówi tak cicho, że musiałam przełączyć na głośno mówiący.

Później dziewczęta usiadły na podłodze między regałami i każda zaczęła czytać książkę, którą miała w ręku. Któraś z nich chyba jednak wzięła "Krzyżaków". W każdym razie – czytały na głos. Sądzę, że sobie przeszkadzały, a z drugiej strony żadna nie chciała ustąpić, więc może jednak dobrze się bawiły przy okazji.

Ostatecznie, trochę niechętnie – bo cóż jeszcze ciekawego mogłabym się dowiedzieć zostając dłużej w owej bibliotece (w której rzeczywiście wydawało się, że jest ciekawiej niż w domu) – poszłam z wybranymi książkami do kontuaru, za którym stały aż dwie bibliotekarki. A wcześniej nie było żadnej...
- Wie pani, że to jest drugi tom? – pyta jedna z nich, odbierając ode mnie „Niech żyje Polska! Hura!”.
- Tak, ale czytałam pierwszy – odpowiadam, nie informując kobiety przy okazji, że to chyba i tak nie ma znaczenia skoro to zbiór opowiadań? – Czy tutaj można przedłużać termin zwrotu?
- Ależ naturalnie, lubimy przedłużać! – Bibliotekarka uśmiechnęła się, zapewne nie rozumiejąc skąd u mnie tak dziwaczne pytanie. Cóż, w mojej macierzystej bibliotece (że się tak wyrażę) bywają książki, których terminu zwrotu się nie przedłuża, zwykle są to najbardziej poczytne lektury. Ale cieszę się, że na Rybnickiej tego nie praktykują, dzięki temu mogę mieć w domu opowiadania Teda Chianga przez kolejny miesiąc.

Opowiadania Teda Chianga i dziewiętnaście innych książek* (co prawda jedna to właściwie broszurka, wydane drukiem przemówienie towarzysza Gierka). W tym wciąż jeszcze niedoczytane „Erynie”, Marka Krajewskiego, zapoczątkowany „Wskrzesiciel”, Seana Stewarta, wspomniany wcześniej zbiór opowiadań, t. 2: „Niech żyje Polska! Hura!” oraz „Błogosławiony wiek”, Tomasza Piątka. Tego ostatniego autora to ja w ogóle nie znam, nawet nie wiem, czy kiedyś o nim słyszałam, ale okładka mi się spodobała... A mówią: nie oceniaj książki po okładce!

Swoją drogą, wracając do przemówienia towarzysza Gierka - jest taka książka, zatytułowana dość lapidarnie: „Polska Gierka”, Andrzeja Friszke. A przecież, kiedy człowiek mówi, to tytuł równie dobrze brzmi – polska gierka.

*ostatnio miałam spore trudności logistyczne, jak je wszystkie poupychać po kątach.

Ellaine - 23 listopada 2010, 20:53

Czasem bywa tak, że nic interesującego nie dzieje się przez kilka dni, aż któregoś dnia człowiek wychodzi z domu i co krok to jakaś ciekawa sytuacja się przydarza. A przynajmniej na tyle, aby ją chciało się opisać i ma się nadzieję, że komuś zechce się to czytać.

Tego dnia miałam zajęcia dopiero od dziewiątej trzydzieści, ale miałam mocne postanowienie wstać o szóstej i przygotować się na poprawę kolokwium. Wstałam oczywiście później, aczkolwiek przed siódmą. I dobrze, bo dzięki temu wygoniłam brata do roboty. Zdążył na autobus, choć biedaczysko wyszedł z domu bez śniadania. Zapytałam go zresztą: czy ty w ogóle nastawiasz sobie budzik? – Nastawiam… - dostałam rozespaną odpowiedź. Moim zdaniem powinien albo zmienić melodyjkę w komórce, która służy mu za budzik, albo kupić jakiś zegar z budzikiem (o upierdliwym dźwięku) i postawić go naprawdę daleko od łóżka - np. na szafie.

Milczeniem pominę fakt, że oczywiście w ogóle nie zajrzałam do notatek, a na poprawę kolosa postanowiłam pójść w przyszłym tygodniu. Nauka nie zając – nie ucieknie. Przechodząc obok korytarza, którym bardzo prosto i łatwo można dojść do pań z dziekanatu, zauważyłam na korkowej tablicy wywieszone listy stypendystów. Niestety nie znalazłam swojego nr albumu, więc nici z uczelnianego datku za dobre oceny. Widać nie były aż tak dobre, trudno. I tak się nie starałam. Ale nie w tym rzecz!

Nieopodal mnie rozmawiały dwie dziewczyny, którym się nawet nie przyglądałam. Po prostu zarejestrowałam fakt, że były i nic ponad to. Rozmawiały o czymś, prawdopodobnie o jakimś chłopaku i w pewnym momencie dotarło do mnie takie oto zdanie jednej z nich:
- To, że się na ciebie nie rzucił, nie znaczy, że jest gejem!
Szczerze miałam ochotę się roześmiać. To był taki filmowy tekst! Naprawdę, nadawałby się do jakiegoś głupiego serialu, czy czymś w tym rodzaju. Odpowiedź na zarzut była równie interesująca:
- Mam chyba jakiś uraz. Teraz wszędzie widzę gejów!
Nie wiem jak ta rozmowa wyglądała wcześniej, ani jaka była jej kontynuacja, ponieważ musiałam już iść - było za pięć w pół do. Skierowałam się na piętro, gdzie w tzw. starej auli miały się odbyć ćwiczenia z edytorstwa.

Zajęcia u doktora, którego mieliśmy okazję poznać już na drugim roku studiów, jak zawsze były interesujące i zabawne. Zwykle temat ćwiczeń przepływa gdzieś bokiem, za to można dowiedzieć się wiele praktycznych wskazówek na temat ciężkiej pracy archiwisty. Czyli, jakby na to nie patrzeć, człowiek się uczy tego i owego. Może niekoniecznie jest to silnie związane z programem… ale jednak!
Ćwiczenia miały się ku końcowi, aż tu nagle doktor wyskoczył z tekstem, że na przyszłe zajęci chciałby aby jedno z nas napisało referat. Oczywiście pokazał się las rąk… ale taki las, co go pocięto już na deski i zrobiono z nich podłogę.
- Księdzu zrobi! – wykrzyknął nagle kolega, który przyjmijmy, że ma na imię Kamil. Bo dlaczego, by nie?
- Nie-e! – reakcja Księdza była do przewidzenia. Swoją drogą nie mam pojęcia skąd mu się wzięło przezwisko – Księdzu. Mam jeszcze jednego znajomego o takiej samej ksywce, w drugim przypadku jest ona o tyle usprawiedliwiona, że podobno kolega chciał iść, lub nawet był przez chwilę w seminarium.
- No to Kamil zrobi – zdecydował ostatecznie doktor.
- … to się nazywa rykoszet! – stwierdził z przekonaniem kumpel siedzący w rzędzie za mną.
- Kamil już miał referat? – zdziwił się doktor, kiedy w trakcie rozmowy Kamil przyznał się, że miał wystąpienie w tym semestrze, na drugich zajęciach merytorycznych. - Myślałem, że Księdzu. To referat zrobi pani. – Doktor wyznaczył siedzącą obok Kamila koleżankę.
- Kto chce na następnych zajęciach usiąść koło mnie? – zagadnął wesoło Kamil.
- Na następnych zajęciach to będziesz miał wokół siebie duuużo wolnego miejsca, cała grupa usiądzie na drugim końcu auli, ze strachu przed referatem – mruknęłam pod nosem.

Tak się składa, że kolega, którego nazwaliśmy Kamilem, jest ze mną w tej samej grupie seminaryjnej. Zresztą wybór promotora ponad rok temu był zabawny. Ja poszłam do pani profesor ponieważ wiedziałam, że do profesora, którego upatrzyłam sobie wcześniej jest tylu chętnych, że pewnie będą losować kto zostanie u niego na seminarium. Nie pomyliłam się. Parę chłopaków, którzy mieli pecha w losowaniu wylądowało u naszej promotorki.

Seminarium nie jest do końca ciekawe, nie do końca też odczuwamy potrzebę bycia na nim, ale jednak przychodzimy. Pani promotor to miła kobieta, poza tym pomocna, choć strasznie goni nas do roboty. To chyba jedyny minus. Siedziałam obok Kamila i z nudów namalowałam mu słoneczko na kartce. Zresztą podczas tej czynności, kiedy rysowałam kółko – bo od czegoś wypada zacząć, kolega stwierdził – Mam nadzieję, że to będzie słoneczko. No! Ładne. Albo mnie podrywasz, albo sugerujesz mi grę w słoneczko?
Pokręciłam przecząco głową z pobłażliwym uśmiechem.
- Podrywać? Ciebie? Chyba musiałabym być ślepa! – mruknęłam złośliwie, choć na tyle cicho, że pewnie nie dosłyszał. Nota bene to ten kolega, który obiecał, że zrzuci mnie ze schodów. Na razie nie zrealizował groźby.
W zamian za słoneczko Kamil narysował mi w zeszycie swastykę. Cóż, dziecinada. Zamalowałam ją, bo nie miałam pomysłu na jakieś artystyczne przerobienie hakenkrojcu. Kolega natomiast obrysował słoneczko (uśmiechnięte, oczywiście) w celtycki krzyż. Ja natomiast z nudów narysowałam u siebie podobne słoneczko, a później logo pewnego klubu piłkarskiego z Górnego Śląska. Pokazałam koledze.
- Przecież jesteś z Katowic – powiedział, marszcząc brwi ze zdziwienia.
- I co z tego?
- Hm… Jesteś z Giszowca - przypomniało mu się.
Pokiwałam głową, przytakując.
- Aha. No, w sumie… Może być.

W czasach, kiedy nie miałam jeszcze nastu lat, mawiano: Giszowiec, to najbardziej wysunięta na południe dzielnica Chorzowa. I muszę przyznać, że zostało tak do dzisiaj na niektórych giszowieckich osiedlach. Szczęśliwie oba kluby są w dwóch różnych ligach...

Ellaine - 24 listopada 2010, 23:05

Tak mnie zbulwersowała "stylizacja" w szorcie "Ziemnioków, ponie, ziemnioków", że z tego wszystkiego odgrzebałam swój stary szort. Pisałam go parę lat temu na Warsztaty Tematyczne organizowane na forum Fahrenheita. Maj 2006. Pierwsza edycja Warsztatów, odsłona czwarta. Tematem warsztatów miało być "śniadanie mistrzów". Wpadłam wtedy na pomysł, żeby napisać tekst w całości pisany w śląskiej gwarze.

Ciekawa jestem, czy którekolwiek z Was zechce go skomentować. Trochę je poprawiłam teraz, przejrzawszy dokładnie. Mam nadzieję, że treść będzie zrozumiała. Aczkolwiek z góry uprzedzam - to tylko scenka, pozbawiona elementów fantastyki, co było głównym zarzutem przeciwko temu tekstowi.

Nie, w tym tekście nie ma słowa o mięsie! ;) Z jedzenia występuje ino żurek.
Życzę przyjemnej lektury.

Przerwane śniodanie

Słonko wschodziło, a pierwsze promyki wpodały przez błony w łoknach gospody. Po cołkiej izbie roznosiła się woniatyka czosnku, budząc rozespanych gości. Na ryczkach wedle stołu, w rogu sali, siedziało dwóch majstrów nad jedną misom po same brzegi najprzedniejszym żurkiem wypełnionom. Siedziały te mistrze i godały, co też słychać to u jednego, to u drugiego. A wiadomo, najlepiej rajcuje się przy dobrym jedzeniu, a jeszcze łacniej przy gorzałce.
- Wysz, Zelfik, jo to ci sie dziwuja, ostatnio pedziołeś, że za żodne skorby nie bieresz nikogo na termin! A tera, co? Tydzień ledwo minoł, a już chodzom suchy, że u kowala je młodzik na nauce! Jakże to tak, mie cyganisz? - oburzył się Ecik, filując na kamrata spode ślepiów.
- Widzisz, Ecik, Grabowo płaci za nauczke synalka, to czego ma sie chłopok nie uczyć? A kowalski fach, to je fach! - storoł sie uspokoić go kowol. - Jak se grof wymyśli jako wojenke, abo rejze zrobi, to już widza, jak do kowola pódzie, co by mu mieczyki narychtował. Może kieregoś dnia i mody Grab sie na kowolstwie dorobi!
- A to dobre! Grabowo mi godała, że ni monety nie do za nauke, a że na stolarza ma iść jej Karlik, do mie - rozprawioł dalej Ecik, złym łokiem łypionc na kamrata. Tego Zeflik - człek spokojny, kiery nie wadzi nikomu - strzymać już nie mógł. Wcisnoł se do gemby pełno łycha żuru, przełknął zupa, po czym tak pedzioł, coby ułagodzić stolorza:
- Et! Hajduk mo dwóch synów, jeden je u snycerza czelodnikiem, drugi bajtel jeszcze, to może go do ciebie pośle.
- Co?! – naroz wydorł sie Ecik, aże ludkowie w izbie sie łobejżeli. - Tego gupieloka łosmarkanego? Żesz mie nie strosz, żeby dziecek hajducki do mie na termin przylozł. Warsztat ino z dymem puści! Takiego terminatora, to jo nie chca! - krzyczoł dalej, chociaż storoł się godać trocha ciszej, coby nie robić cyrku. - A jak tam sprawy z twoim czelodnikiem? Chaja u wos boła, aże my słyszeli! - zagaił, by temat zmienić a żeby nie musieć się nerwować o hajdukowe dziecka. Przysunął se miska, coby mu lepiej czerpać boło. Siorboł żurek, suchając, co też mu Zeflik godoł.
- Zwolnion - mruknął kowal, nale widoć boło, że mu gula rośnie na myśl o czelodniku. - Poszoł, kaj go łoczy poniesły! Jak mi pedzioł, że jo taki mistrz, jak z koziej rzyci tromba, to chciołech go lagą maznońć bez ten gupi łeb, ale uciekł, gizd jeden.
- Wiedziołech, że ten karlus to je ziółko, nale że aż tak? - pokiwał głową Ecik ze ślepiami pełnymi zrozumienia. Stolorz skinął na dziołcha, co u starego Karlika sługiwała. Frela zerknęła na mistrza, kierego wszyscy tukej znali, bo sam wszystkie stoły dla gospody zrobił. - Biru nam tu narychtuj, Kasieńko!
Kaśka zaszła za lade, co by przynieść piwa dla tak zacnych gości. Rzadko bywało, coby kowol ze stolorzem na śniodanie do gospody zachodzili, przeca własne stare majom, co i pewnie warzyć niezgorzej potrafiom. Nale, kiej niedzieliczka nastanie, to i majstrom wolne łod swoich ślubnych sie należy.
- Idziesz ty ze starom na jarmark? – zagaił Ecik, kiedy Kaśka na blat im dwa wielkie kufle złotego biru postawiła.
- Ja, trza bedzie, bo życia ni mom. Ciengiem mi nad uchem gdera, że nikaj z niom nie wychodza, a że w domu siedzi. Nale, co ja? Niech se idzie do bab we wsi, siednom sam we laubie i niech berajom, jak to ino łone potrafiom.
- Pra! One to ciengiem ino by chcioły nowe wstążki a korale, a przeca ino fandzolom za chopów plecami.
- Ja! Mosz recht – przyznoł Zeflik, a sie stukneli kuflami, aże piana na stół skapła.
Golneli se biru łyk, potem drugi, a że jakoś godka gładko szła, to se wice poczęli łopowiadać, a to znowu łosprawiali o starym Koźlarzu, co to kozłów w zagrodzie ani sztuki już nie mioł. Tak to im te śniodanie mijało, aże miło. Już drugi, trzeci kufel pili, kiej dźwierze gospody się rozwarły na łoścież.
W progu stanęła Hela, ślubna stolorza, podparła sie pod boki a złym ślepiem powiodła po izbie. Pare ludków podziwało sie na nią, nale ino na chwila, co by jakiej chaji z tego nie boło. Hela znano boła z tego, że ciengiem jako ostóde w doma chopu robiła. Ecik spoziroł na swoja staro, aże zblodł na pysku. Przełknął ślina i już mioł łode stołu wstować, nale Hela wartko podeszła do niego i jak nie wrzasknęła na chopów!
- Tukej są? Tukej są! A Baśka już ku mnie przyszła, że chop przed kogutem wstał i kajsik polazł! – krzyczała.
- No, niedzieliczka jest, to i są! – pedzioł Zeflik. – Przeca wolne momy, to se do gospody na śniodanie przyszli!
- A pono łobiecołeś Baśce, że na jarmark jom weźmiesz, wstążki cerom kupisz, a ty co, łożyroku? Starego mi rozpijosz! Już cie Baśka w chałpie czeka! Idże sam ku niej, a nie mi Bercika psuć bedziesz! – Tak to wydzieroła sie Hela, Ecikowa żona, na biednego kowola. Stolorz już pokorniutko wstawoł łode stołu, a żona kołki na łbie mu stowiała, że z somego ranka łożarty chodzić bedzie. Ecik chcioł sie bronić, nale po birze to jenzyk stolorzowi ino się plontoł.
Słonko piknie grzoło, kiej Hela ślubnego do chałpy wiodła, a kowalowi łostało się ino za śniodanie zapłacić i wracać do dom. Borok wiedzioł, co u siebie zastanie, bo przeca Baśka pewnie tam już z nudelkulą nań łoczekiwała.

Arya - 25 listopada 2010, 21:45

Ellaine, niezłe :bravo
Wystarczyło zamienić żurek na pieczone mięsiwo i słać na szorty mięsne :mrgreen:

nimfa bagienna - 26 listopada 2010, 10:12

Ha!
Ellaine, czy to nie jest aby stary znajomy - Śniadanie mistrzów po lekkim liftingu?

Martva - 26 listopada 2010, 10:57

Aby ;)
Ellaine napisał/a:
Tematem warsztatów miało być "śniadanie mistrzów".

nimfa bagienna - 26 listopada 2010, 11:03

Znaczy, mam wybiórcze spojrzenie, ale za to dobrą pamięć.
<radosny samozachwyt mode on>

Martva - 26 listopada 2010, 11:28

I wczesna godzina jest ;)
Ellaine - 26 listopada 2010, 12:37

nimfa bagienna napisał/a:
Ellaine, czy to nie jest aby stary znajomy - Śniadanie mistrzów po lekkim liftingu?

Owszem, jest. Co, jak zauważyła Martva, napisałam na początku postu. (: Cieszę się, że to pamiętasz, nimfo. Poprawiłam co nieco, ale większość pozostała bez zmian.

Cytat:
Ellaine, niezłe :bravo
Wystarczyło zamienić żurek na pieczone mięsiwo i słać na szorty mięsne :mrgreen:

Dziękuję, Aryo (: Nie jestem pewna, czy wystarczyłoby, bo wtedy usłyszałabym zarzut, że temat został potraktowany powierzchownie ((: Poza tym ten tekst już miał swoją publikację, tak jak pisałam na warsztatach organizowanych na forum Fahrenheita, więc tym bardziej byłoby to w moim mniemaniu oszustwo i pójście na łatwiznę. (:

nimfa bagienna - 26 listopada 2010, 13:22

Ellaine napisał/a:
napisałam na początku postu. (:

Ale ja jestem ciut roztrzepana i nie zauważyłam.
Ellaine napisał/a:
Cieszę się, że to pamiętasz, nimfo.

No ba! Głosowałam wtedy na ciebie, ubawił mnie ten tekst setnie. Właśnie poprzez kontrast tytułu kojarzącego się z Vonnegutem i śląskiej gwary. Oraz przez kontrast numer dwa - tytułu oraz związanych z nim skojarzeń, i treści, czyli scenki rodzajowej, w której mistrzowie po prostu jedzą śniadanie i narzekają.

Ellaine - 26 listopada 2010, 20:09

Szczerze mówiąc to nie znam powieści Kurta Vonneguta, którą zapewne masz na myśli.
W każdym razie mam nadzieję, że ta scenka nie straciła niczego na liftingu, a może nawet zyskała :)

Ech, aż mi wstyd teraz, że nie pamiętałam, że głosowałaś na ten tekst! Bo powinnam pamiętać - w sumie rzadko kto głosował na moje teksty, bo zawsze znalazł się ktoś lepszy. ;))

Ellaine - 30 listopada 2010, 16:00

Kumpela z grupy wystawiła mnie do wiatru, bo wcześniej umawiałyśmy się, że wspólnie pójdziemy poprawiać kolokwium. Zresztą to koło i tak już było dawno temu, a coraz bliższy jest termin następnego z tego samego przedmiotu. Swoją drogą to zaskoczyłam Lubego, kiedy w pierwszym tygodniu października oznajmiłam mu, że w następnym mam kolokwium. Nawet on nigdy tak nie miał, choć zwykle na chemii wielokrotnie więcej razy miał różne śród-semestralne zaliczenia. No, ale mniejsza o to!

Rzecz w tym, że czekając na kumpelę nieopodal drzwi do gabinetu doktora, gdzie miało się wszystko rozstrzygnąć, rozmawiałam z ludźmi ze społka (dziwaczny skrót z nazwy: grupa społeczno-ekonomiczna). Osobiście coś czułam, że kumpela nie przyjdzie, więc sama zastanawiałam się poważnie, czy iść, czy nie iść? A może dać se spokój i przyjść za tydzień? Tak, tylko, że to "może przyjdę za tydzień" trwało już prawie miesiąc. No, a przecież nie mogłabym i tak tego przeciągać w nieskończoność, zwłaszcza jeśli na koniec semestru ma się egzamin z tego przedmiotu. Życie.
- Och, nie! Przyszedł - mówię, kiedy przyuważyłam doktora wchodzącego do swojej kanciapy.
- Poczekaj chwilę. Daj mu się rozebrać - sugeruje koleżanka ze społka.
- E... to może nie powinnam tam wchodzić? - żartuję.
- No, zależy do czego się rozbierze - zauważa kolega.
- Do rosołu! Nie-ee, dzisiaj jest pomidorowa. - Już z nerwów zaczynam gadać od rzeczy.

Wszyscy się śmiejemy, ale mnie bynajmniej nie jest do śmiechu. Dopiero po jakimś czasie i skontaktowaniu się z kumpelą, której wciąż nie widziałam w okolicy, postanowiłam odwiedzić doktora.

Prowadzący siedział za biurkiem.
- Dzień dobry, chciałam poprawić kolokwium.
- Które?
- To drugie.
- Bliski Wschód. Tam była też Ameryka?
- Tak.
Dostałam kartkę z pięćdziesięcioma pytaniami, jak to i wcześniej było. Pierwsze kilka pytań mnie załamały, ale potem poszło jakoś. Pomału do przodu. I tak ledwo zdałam, bo na styk, tylko dzięki uprzejmości pana doktora, któremu chciało się mnie dopytać.
- Chyba jeszcze raz będę musiała tu przyjść - mówię, oddając kartkę.
- No, zaraz zobaczymy - stwierdził doktor. - Hm, tu się pani pomyliła o rok, ale niech będzie... Zabójca Lutera Kinga miał dwa imiona.
- No tak, ale nie pamiętałam pierwszego.
- James.
- Aha. No tak... - Wiem, mało inteligentna reakcja.
- Hm... Pani tu jako ostatnią żonę Perona wpisała Evitę, a on miał jeszcze jedną, później była prezydentem.
- Chyba miała imię na I...
- No, to niech pani pomyśli nad imieniem na I, a ja policzę punkty. - Ja miałam pustkę w głowie, i wiedziałam, że absolutnie nic z tego. - Od ilu było zaliczenie? - zapytał, po czym sam sobie odpowiedział: - Powiedzmy, że od 50%, to ma pani 40%. Więc jeszcze na pięć musi pani odpowiedzieć.
Jak powiedziałam wcześniej, zdałam dzięki dobrej woli pana doktora, ponieważ dostałam parę pytań z tego kolokwium ze ślicznymi podpowiedziami. Np.:
- Pani pomyliła datę początkową wojny domowej w Libanie, bo zaczęła się rok wcześniej. A tu jest pytanie kiedy do Libanu weszły wojska syryjskie, to było w tym roku który pani napisała.
- 1976.
- No widzi pani! A w jakich górach wylądował Castro na tej swojej "babci"*? Zna pani hiszpański?
- Nie.
- No, ale może wie pani jak są góry po hiszpańsku?
- Sierra... - mówię, bo coś mi się przypominało, że widziałam tę nazwę w swoich notatkach i nie wiedziałam do czego to przypiąć. - Hm, Sierra Maestra?
- Właśnie! Dobrze, to jeszcze jedno pytanie i będzie miała pani to z głowy. W jakim mieście doszło do masakry studentów podczas rewolucji islamskiej. To było miasto w którym kształcił się Chomeini, nie takie jak (tu padły dwie nazwy, których z nerwów nie zapamiętałam), ale też bardzo ważne dla muzułmanów. Na trzy litery...
Pokręciłam głową, dając do zrozumienia, że nie wiem. Ale chyba panu doktorowi bardzo zależało, żebym nie musiała przychodzić ponownie. Pewnie jeszcze sporo osób odkłada na później zdanie tego kolokwium. Dlatego też doktor podpowiedział, czym rozłożył mnie na łopatki:
- Tak jak robią żaby...
- Kum.
- No, brawo! 50%, zaliczyła pani. Gratuluję.
- Dziękuję - powiedziałam ze słabym uśmiechem. Byłam strasznie zestresowana, a z drugiej strony chciało mi się śmiać. - Do widzenia.

*Jacht, którym płynął Fidel z kumplami na Kubę nazywał się "Granma".

***

- I jak ci poszło? - zapytała kumpela, ta która wystawiła mnie do luftu.
- Udało się! z boską pomocą doktora - odparłam uśmiechając się już pewniej.

Ha! Teraz mogę z czystym sumieniem jechać na weekend do Gdańska.
Na weekend, który zaczął się dzisiaj po trzynastej. Mimo wszystko czasem fajnie jest być studentem. Nawet jeśli starszy brat ciągle nazywa mnie darmozjadem i obibokiem. Cóż, zazdrości!

Martva - 30 listopada 2010, 16:21

Ellaine napisał/a:
- Tak jak robią żaby...


Jooooj, świetny facet :D

Fidel-F2 - 30 listopada 2010, 17:31

Ellaine, boże drogi, czego Ty się uczysz
ilcattivo13 - 30 listopada 2010, 23:39

Z taką wiedzą wal śmiało do "Jeden z dziesięciu", albo czegoś w tym stylu :wink:
Ellaine - 1 grudnia 2010, 23:20

ilcattivo13, chciałeś chyba powiedzieć - z taką niewiedzą :>
Swoją drogą, to kolega z grupy był w "Jeden z dziesięciu", dotarł nawet do finału finałów. Niestety nie wygrał.

Kai - 5 grudnia 2010, 04:59

Ellaine, po przeczytaniu Twojego posta zrozumiałam, że politechnika to było moje powołanie :twisted:
Ellaine - 10 grudnia 2010, 19:44

Kai! Gdybym była bardziej mądra i inteligentna, gdy byłam młodsza i głupsza to pewnie też bym wylądowała na czymś bardziej... niż na historii, np. na mojej wymarzonej niegdyś architekturze i urbanistyce lub grafice komputerowej (prawie by się udało, ale nie chcieli mnie za pierwszym razem w VIII LO im. M. Skłodowskiej-Curie w Katowicach, wciąż przez sporą część autochtonów znane jako liceum Piecka. A sądząc po stronie głównej tegoż LO Pieck zmieniono na pik - ostatecznie i jedno i drugie wymawia się identycznie. W każdym razie nie chciało mi się czekać aż ktoś łaskawie zrezygnuje z miejsca w VIII LO i poszłam tam, gdzie przyjęli mnie od razu, czyli do Dziesiątki - X LO, im. I.J. Paderewskiego).

***

Za oknem panowała już bezsprzecznie atramentowa ciemność raz na jakiś czas rozpraszana pomarańczowym blaskiem latarń, odbijanym od śniegu, który pokrywał grubą warstwą mijany krajobraz. Jeśli w Gdańsku dopiero, co zaczęło sypać, koło Torunia podkłady były pokryte warstewką białego puchu, w okolicy Zgierza warstwa śniegu zrównała się z wypolerowaną stalą torów, tak za Radomskiem wyraźnie było widać które tory nie były w użytku. Gdyby napadało jeszcze kilkanaście centymetrów śniegu trudno byłoby w równej, białej pokrywie odnaleźć nieużywane torowiska.

Nim pociąg dotarł do Bydgoszczy skończyłam przygodę z „Wskrzesicielem”, Seana Stewarta. Czy to pech, czy szczęście, ale ostatnio trafiały mi się wyjątkowo filozoficzne książki. „Błogosławiony wiek”, Tomasza Piątka okazał się bardzo głęboką lekturą o życiu i kosmosie. Tak samo „Wskrzesiciel”. I w obu jakoś mimochodem, nienachalnie i ledwo widocznie, niby wąż w gęstwinie, przemykały się między stronicami rozmyślania o śmierci.

Bez większego zainteresowania obserwowałam współpasażerów, którzy zajęci byli swoimi sprawami. Zajmowali się tym, czym zwykle zajmują się ludzie w pociągu. Spali. Czytali kolorowe brukowce. Tudzież uczyli się do zaliczenia z prawa cywilnego – to tylko luźne przypuszczenie, które wysnułam po przeczytaniu tytułu na lakierowanej, jadowicie zielonej okładce opasłego tomu Kodeksu Prawa Cywilnego. Co prawda właściciel tegoż, przystojny młody człowiek o ciemnych włosach i oczach barwy starego złota, wiele czasu i uwagi poświęcał kserowanemu fragmentowi książki. Jakiej? Nie mam pojęcia. Młodzian wysiadł w Łodzi. Na chwilę miejsce naprzeciwko mnie opustoszało, ale tylko na chwilę.

Miejsce złotookiego młodzieńca zajął inny młody człowiek, choć na ile byłam w stanie ocenić – o kilka lat starszy ode mnie, czyli mniej więcej koło trzydziestki. Po zdjęciu z siebie wierzchniego okrycia i zarzuceniu na półkę bagażu, rozsiadł się przede mną. Oddzielił się od świata zestawem słuchawkowym komórki oraz książką. Tom miał dziwnie znajomy wygląd. Chwilę zajęło mi skojarzenie, co to za lektura, aż wreszcie doznałam olśnienia! „Północna granica”, Feliksa W. Kresa, wydanie pierwsze! Jak dawno miałam w ręku ten tom „Księgi Całości”? Hm… Kiedy to było? Koniec gimnazjum zapewne, pewnie tuż po tym jak skończyłam czytać sapkowską sagę o Wiedźminie. Czyli niewątpliwie rok 2003, ponieważ jeszcze na początku liceum czytałam „Księgę Całości” i przy okazji wpakowałam się w omawianie „Pani Dobrego Znaku” mojemu psorowi z polskiego.

Jak do tego doszło? A, w bardzo prosty sposób. Najpierw zostałam wywołana do odpowiedzi. Usiadłam naprzeciwko psora przy jego biurku – taki autorski sposób odpytywania, żaden inny psor nie pozwalał byśmy siedzieli przy odpowiedzi. Większość kazała nam stać – albo w ławce, albo tuż przy biurku. Ale siedzieć? A skądże! Psor D.B. był jednak wielce uprzejmym człowiekiem i traktował uczniów jak ludzi, w ograniczonym zakresie, ale jednak. Więc usiadłam. Podałam zeszyt psorowi, żeby sobie mógł go obejrzeć. Wtedy chyba jeszcze nie miałam zdjęcia kolegi na okładce – bo to zupełnie inna historia, ani cytatów z wierszy Jacka Kaczmarskiego (z tego co pamiętam to był tam np. fragment z utworu „Ci wszyscy ludzie”, „Pan Kmicic”, „Lalka”, i coś jeszcze. Na innej okładce – chyba właśnie tej ze zdjęciem kumpla, był pełny tekst „Postmodernizmu”, J. Kaczmarskiego – „Wszystko wolno! hulaj dusza! / Do niczego się nie zmuszaj! / Niczym się nie przejmuj za nic! / Nie wyznaczaj sobie granic! ” etc. Chyba wciąż potrafiłabym wyrecytować całość.)
Wrócę jednak ad rem!, psor wziął zeszyt, obejrzał a potem skupił przenikliwe spojrzenie jasnoniebieskich oczu na mnie. Dokładniej to na moim wisiorku. Akurat byłam w golfie (zresztą to późna jesień już była, łońskiego roku 2003), więc tylko wisior mógł go zainteresować.
- Co ty masz na tym łańcuszku? – zapytał w końcu, zmarszczywszy brwi.
- Smoka – odparłam z prostotą i zgodnie z prawdą.
Rzeczywiście od połowy września weszłam w posiadanie żelaznego smoka z rozpostartymi skrzydłami i głową zwróconą w lewo (tzn. dla patrzącego w prawo). Wówczas jeszcze posiadał trójkątnie zakończony ogon, który nieszczęśliwie się ułamał w okolicy następnej Wielkanocy, gdy upadł mi na kafelki w pokoju. Zabawne jest to, że kiedy pewnego dnia, niedługo po tym jak go zakupiłam, spadł mi na beton ulicy, kiedy einfachowe zapięcie puściło – absolutnie nic mu się nie stało.
W każdym razie żelaznego smoka zdobyłam za całe trzy złote w odpustową niedzielę, to był zdaje się ostatni odpust na jakim byłam. Dlaczego żelaznego? Cóż, pozostałe sprzedawane na tym straganie – również za niebywałą cenę trzech złotych – były posrebrzane, ten jeden zaś niczego nie udawał i był po prostu żelazny. Jedyny w swoim rodzaju, nic więc dziwnego, że postanowiłam go mieć. Ja! Ktoś kto niespecjalnie lubi biżuterię, przez co Luby ma czasem spore problemy z wyborem prezentu dla mnie. Ciągle utyskuje na fakt, że nigdy nie przekułam uszu (i w żadnym wypadku nie mam już zamiaru). Ale zdaje się znów odjechałam od tematu… Powiedziałam więc profesorowi zgodnie z prawdą, że na wisiorku mam smoka.
- Smoka – powtórzył psor niechętnie. – A wiesz czego symbolem jest smok?
- W chińskiej kulturze symbolizuje mądrość… - zaczęłam, nieco speszona, bo nie bardzo wiedziałam do czego dążył psor. Poza tym smok na moim wisiorku był jak najbardziej europejskiej urody, więc jakby się rozjechałam między symboliką a przedstawieniem.
- Ale żyjemy w kulturze europejskiej, chrześcijańskiej, tutaj smok jest symbolem diabła – zauważył chłodno.
- No, tak… Ale ja to się w sumie fantastyką interesuję i tam są różne rodzaje smoków.
- Fantastyką? – zapytał uważnie.
- Tak. RPG też trochę, to znaczy gram ze znajomymi na forum internetowym, tam jest takie miasto, Narilvatar, i każdy odgrywa swoją postać. Poza tym sporo czytam – dodałam mimochodem, nie przeczuwając katastrofy.
- A jaką teraz książkę czytasz? – "Pięknie! Po prostu cudownie..." – pomyślałam. Jakoś tak głupio kłamać w żywe oczy, ale jak tu opisać czytaną właśnie lekturę, żeby nie upewnić psora, że jestem wyznawcą szatana, a fantastyka to mrok, zło i precelki?
- „Panią Dobrego Znaku”, Feliksa W. Kresa - przyznałam. - To jest kolejny tom z cyklu „Księga całości”. Akcja dzieje się w świecie, który nazywa się Szerer. I nad tym światem panuje Szerń, ślepa moc, składająca się z jasnych i ciemnych wstęg, która nadała inteligencję ludziom, kotom i sępom… - Cóż, ratując się przed całkowitym upadkiem zaczęłam opowiadać o świecie, byle tylko nie zdradzić fabuły czytanej książki. Profesor jednak w końcu się zmitygował, albo po prostu przypomniał sobie, że jeszcze cała lekcja przed nami i nie może spędzić całego dnia na słuchaniu o Szererze, więc przerwał mi w pół zdania:
- No, dobrze, ale wróćmy do odpytywania. Opowiedz o motywie śmierci w średniowieczu.
Nie pamiętam jaką ostatecznie ocenę dostałam, ale chyba nie poszło najgorzej (pewnie jakaś państwówka, albo czwórka). Żeby było zabawniej, z tematu śmierci w średniowieczu byłam pytana jeszcze dwukrotnie na lekcjach polskiego – podczas powtórki z epoki oraz w klasie maturalnej podczas wielotygodniowej powtórki przed maturą.
Chyba nic dziwnego, że moim tematem maturalnym było „Motyw śmierci w literaturze i malarstwie. Omów na wybranych przykładach”? To było przeznaczenie! Zresztą za prezentację maturalną dostałam 100%, nie jestem pewna dokładnie za co, ledwo pamiętam, co mówiłam. Jedynie wiem, że podeszłam do tematu bardzo przemyślnie, bo zamiast się rozwodzić o różnych rodzajach śmierci od bohaterskiej po samobójczą omówiłam antropomorficzną personifikację śmierci od średniowiecza ("Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią", anonim; "Trzy okresy życia kobiety i Śmierć" – H. Baldung) przez barok ("Napis na statuę, abo na obraz śmierci" – S. Sęp Szarzyński, "Alegoria marności świata", J. de Valdes Leal), Młodą Polskę ("O! Przyjdź" – S. Korab Brzozowski, "Tanathos", J. Malczewski) po współczesność ("Mort", T. Pratchett). Jak widać – nie wysiliłam się zbytnio, ale za to zrobiłam ją samodzielnie i spędziłam nawet parę godzin w czytelni Biblioteki Śląskiej. I przy ostatnim pytaniu od psora musiałam je delikatnie sprostować, ponieważ psor źle zrozumiał jeden z wniosków mojej prezentacji – który brzmiał, że dawniej przedstawienie śmierci miało przerażać, a obecnie może być tematem żartów. Psor chyba sądził, że chodziło mi o podejście ludzi do śmierci.

Hm, tylko że zaczynając ten wpis wcale nie miałam zamiaru omawiać ani mojej przygody przy odpowiedzi z polskiego, ani tym bardziej maturalnej prezentacji. Wróćmy do początkowo omawianej sytuacji - pociąg relacji Gdynia-Katowice, jakiś czas po opuszczeniu Łodzi Widzew.

Rzecz w tym, że w pewnym momencie młody człowiek odłożył na bok „Północną granicę”, a mnie zaczęło coraz bardziej korcić, żeby porozmawiać z nim na temat książki i w ogóle dowiedzieć się, czy to zwykły przypadek, czy faktycznie lubi fantastykę. Po chwili wreszcie przełamałam nieśmiałość, zgniotłam w ręce i okruszki wsadziłam do kieszeni, po czym odważnie zapytałam – bez owijania w bawełnę: czy lubi pan fantastykę?

Rozmowa nie wiedzieć kiedy stała się zupełnie luźna, przeszliśmy na „ty” i dowiedziałam się, że to nie pierwsza fantastyka, którą czytał. Dowiedziałam się, że wszystko zaczęło się od Conana Barbarzyńcy i że ma w domu wszystkie siedemdziesiąt dwa tomy (jeśli dobrze zapamiętałam liczbę). Poza tym wracał od znajomych z Łodzi, których poznał grając w Lineage. Że co prawda już nie gra, bo po kilku latach mu się znudziło, ale znajomości pozostały, i że któryś z nich polecił mu Kresa do przeczytania. Że zwykle jeździ do nich tam autem pożyczanym od kumpla, który ma warsztat, ale jak jest zima to wybiera pociąg, bo przynajmniej nie musi się obawiać, że gdzieś utknie w korku. Opowiedział mi, jak to pod Siewierzem, stał kilka godzin, bo tiry zatarasowały wjazd na górkę. Nie dały radę wjechać na szczyt, a nie mogły też się wycofać, bo za nimi ciągnął się już wielokilometrowy korek. I od tej pory, mówił, że już nigdy w zimie nie wybierał się na wyjazdy autem. Stwierdził, że pociągi są zdecydowanie mniej zawodne w tej kwestii. Mimo wszystko.
Do tego jeszcze opowiedział mi – chyba w odpowiedzi na to, że przyznałam się iż wracam od chłopaka, że w sumie to miał dziewczynę w Tarnowie, ale po jakimś czasie zrezygnowali, bo im się jeździć do siebie nie chciało. I że teraz od pół roku jest już z inną, miejscową panną. Przy okazji dowiedziałam się, że jeździ wózkiem widłowym po jednym z wielu hipermarketów. I nie jest z tego faktu szczególnie dumny ani usatysfakcjonowany, ale z kumplem ma już pomysł na własną działalność gospodarczą. Mam nadzieję, że mu się uda, bo w sumie miły był z niego facet.

Wysiadaliśmy w tym samym miejscu, czyli na końcowej stacji, którą akurat były Katowice. Zanim pociąg wtoczył się na stację, uprzedziłam Pawła (bo powiedzmy, że tak miał na imię), że plac Wilhelma Szewczyka został już zamknięty dla autobusów i wszystkiego innego, więc pewnie przejście przez dworzec nie wchodziło w grę. Zresztą byłam mądra tylko dlatego, że mam manię sprawdzania wszystkiego kilka razy i wolałam przed wyjazdem z Wrzeszcza sprawdzić jak będzie wyglądał mój powrót z centrum na dzielnicę. Dzięki temu wiedziałam o zamknięciu placu i przeniesieniu mojego przystanku spod dworca na Rynek i na aleję Korfantego.
Paweł był wielce uradowany, że się podzieliłam tą informacją, ale zaraz po tym się zamyślił, bo nie był pewien czy jest w stanie trafić na ulicę 3 Maja, skąd miał tramwaj do siebie (konkretniej do sąsiedniego miasta, biedaczek). Zaoferowałam pomoc, zwłaszcza, że i tak szliśmy w tym samym kierunku. Pokazałam mu proste wyjście na ulicę Konopnickiej, wskazałam pięknie odnowiony kinoteatr Rialto, o którym też chwilę rozmawialiśmy. Stwierdził, że wygląda całkiem nieźle, trochę jak muzeum (sic! Już nie wspominając o tym, że wcześniej w trakcie rozmowy dotknął mnie do żywego sugestią, że pewnie czytuję romanse… phi! Nie obraziłam się na niego tylko dlatego, że go nie znam, przy czym stwierdziłam krótko, że nie, że czytuję głównie fantastykę i kryminały). Po czym przeprowadziłam go przez opustoszałą Dworcową, gdzieś w okolicy Pocztowej przyznał mi się, że absolutnie nie posiada orientacji w terenie (a to podobno kobiety się gubią!), zwłaszcza w Katowicach. Dziwne, ja się tam w nich doskonale znajduję. A jak ktoś mi da mapę do ręki to może i w obcym miejscu bym sobie dała radę (tak zresztą ostatnio radziłam sobie w Silesii CC, żeby nie błąkać się po tym sklepowym molochu bez ładu i składu, tylko bezbłędnie odnajdywać sklepy, które mi były akurat potrzebne). Wreszcie wyszliśmy na Rynek, a Paweł zauważył na przystanku „swój” tramwaj. Pożegnaliśmy się serdecznym uściskiem dłoni, bez złudnych nadziei na ponowne spotkanie. On pobiegł na tramwaj i zdążył, a ja smętnie spojrzałam na wyświetlacz komórki. Oczywiście miałam masę czasu do autobusu, mniej więcej dwadzieścia minut. Gdyby pociąg przyjechał punktualnie, a nie z pięciominutowym opóźnieniem, zdążyłabym na wcześniejszy transport. Pocieszałam się jednak, że co pięć minut to nie dwieście czterdzieści (czym mógł się pochwalić pociąg z Bielska-Białej do Gdyni, kiedy wjeżdżał na stację Gdańsk Wrzeszcz), więc nie było jeszcze tak źle.
Ostatecznie usiadłam na pustym przystanku przy alei Korfantego i wpatrując się w świetlisty napis „Fenix” i podświetlony okrągły szyld oznajmiający obecność czynnego 24h/dobę bankomatu BZ WBK po drugiej stronie, zajadając się ostatnią bułką, jaka mi została w zaimprowizowanym chlebaku z małej empikowskiej reklamówki, oczekiwałam cierpliwie na „mój” autobus, którego suma cyfr to 17.

Nie wiedzieć czemu, kiedy opowiedziałam o tej przyjemnej rozmowie z Pawłem memu Lubemu, ten wydawał się odrobinę zazdrosny. Ale to pewnie tak bardziej dla zasady i pozorów niż dlatego, że miałby jakiś powód (bo rozumiem, że można być zazdrosnym, ale to jeszcze trzeba mieć o kogo...)

Ellaine - 17 grudnia 2010, 16:57

Święta coraz bliżej, podobno. Znaczy nawet nie podobno, ale na pewno. Widać to po ilości ozdób w sklepach. W każdym razie dzisiaj postanowiłam chociaż część prezentów kupić (udało mi się, nawet, choć lekko nie było). Ale mniejsza o to! Byłam dzisiaj w Realu i chyba ciekawie wyglądałam, chodząc po tym sklepociągu z koszyczkiem przewieszonym na łokciu niczym Czerwony Kapturek, idący przez las. W przeciwieństwie do większości ludzi, którzy mieli kosze wypchane po brzegi różnorodnym dobrem w moim koszyczku znalazł się zeszyt z okładką w szkocką kratę, klej w sztyfcie, skarpetki i baton (to ostatnie, bo głodna byłam). Nie, żadna z powyższych rzeczy nie zostanie nikomu sprezentowana.

A tak przy okazji to jeszcze opowiem Wam o czymś, ponieważ święta się zbliżają, więc będzie w temacie:

Niemal od końca wakacji stary pytał mnie niemalże bez przerwy, czy spędzam święta u Lubego. Zgodnie z prawdą za każdym razem, starając się nie cedzić odpowiedzi przez zęby, mówiłam:
- Nie wiem. Nie rozmawialiśmy na ten temat. Nie zostałam zaproszona.
I tak mniej więcej minęły nam wrzesień, październik, połowa listopada…

Któregoś dnia, kiedy akurat nie było ojca w domu, przygotowywaliśmy z bratem obiad dla siebie. O dziwo! spożyliśmy go przy jednym stole, co natchnęło nas do rozmowy. Od śmierci Mamy na palcach mogłabym policzyć tzw. rodzinne obiady, zwykle skłaniała do tychże sytuacja w stylu – przyjeżdża wujek, tudzież siostra ze swoimi mężczyznami. Na co dzień każde z naszej trójki rozchodzi się do swoich pokojów i tam w spokoju siada do posiłku, obojętnie czy to świątek, piątek, czy niedziela. (Na szczęście mamy na tyle pokojów, że zazwyczaj każde siedzi we własnej klatce, to znaczy klitce, nie wadząc nikomu.)

W każdym razie podczas tego pamiętnego obiadu, mimochodem poruszyłam temat Wigilii. Ostatecznie warto wiedzieć u kogo przyjdzie ją spędzić? Miałam w planach uprzejmie wprosić się do siostry, ponieważ absolutnie nie widzę powodów do spędzania rodzinnych świąt z kimś kogo nie trawię na co dzień. Sądzę, że „magia świąt” nie uchroniłaby mnie przed rozstrojem żołądka, więc po co sobie nerwy psuć?
- Przecież ty jedziesz na Pomorze. – Brat był o tym święcie przekonany, co sugerował ton wypowiedzi. Spojrzałam na niego… no może nie jak na idiotę, ale co najmniej jakby mu wyrosły czułki.
- Że co?
- No, ojciec tak ciągle mówił.
- E… No, pytał mnie co chwilę, czy tam jadę, ale zawsze mówiłam mu, że jeszcze nie wiem.
- On jest przekonany, że jedziesz i wszystkim tak mówi.
- No cóż – po czym stwierdziłam, że chciałam jechać do siostry.
- Ale oni nie będą u siebie, jadą do teściów na Wigilię. Nawet myśleli, żeby nas zabrać do nich, ale ojciec nie chciał.
- Aha… - mruknęłam, po czym kontynuowałam posiłek.

- Cześć, Kochanie! – po obiedzie z bratem zadzwoniłam do Lubego. To było jedyne rozsądne wyjście. – Wiesz, chyba jestem zmuszona pojechać do was na święta…
- Jak to zmuszona?
- Pozwól, że ci wyjaśnię – po czym pokrótce objaśniłam całą sytuację. – Mógłbyś zapytać rodziców, czy nie będą mieć nic przeciwko mojej osobie?
- Nie, no, jasne. Ale nie powinno być problemu, przecież ich znasz i ich stosunek do ciebie.

Parę dni później wszystko zostało uzgodnione – i tak wyszło, że jadę do Lubego. W sumie ciekawa jestem zderzenia kulturowo-kulinarnego, oby nie okazało się zbyt wielkim szokiem dla mnie. Choć nie umiem sobie wyobrazić świąt bez makówek, ale myślę, że przeżyję. Skoro Luby dwa lata temu przetrwał Wigilię u mnie w domu (ech, ostatnia Wigilia, kiedy rodzina była w komplecie), więc w drugą stronę też nie powinno być źle.

Ale! To jeszcze nie koniec tej historii. Niedawno, może ze trzy, cztery dni temu, rozmawiałam z siostrą przez telefon. Zagadnęłam ją na temat Wigilii i wiecie, co się okazało? Że oni absolutnie nigdzie się nie wybierają, będą spędzać ją u siebie w domu. Tak naprawdę kwestia z teściami była jedynie mglistym planem pt. Jeśli teściowa nas zaprosi, to się nad tym zastanowimy. Natomiast pierwsza opcja była taka: Wigilię spędzamy u nas w domu, całą szóstką. Niestety po śmierci Mamy ojcu już do końca się we łbie poprzestawiało (a może zawsze miał nie po kolei, tylko po prostu Mama miała zbyt silny charakter i zbyt silnie zakorzenione rodzinne tradycje, którym nie umiał się przeciwstawić?) i tak jak w zeszłym roku tak i w tym stwierdził, że on absolutnie nie chce mieć choinki w domu. Osobliwie zawsze mu przeszkadzała, zwłaszcza, kiedy lampki się paliły (rozumiecie, ma manię oszczędzania). A siostra, chyba tak jak Mama, bardzo ceni sobie tradycję i stwierdziła, że skoro on nie chce choinki to oni nie przyjadą. Zwłaszcza, jak mówiła, to pierwsze święta Antka, więc powinno być wszystko jak należy (choć pierników, wstyd przyznać, nie upiekliśmy).

Wyszło na to, że mogłam pojechać na Wigilię do siostry. No cóż, ale teraz to już nie wypada odmówić rodzicom Lubego, czyż nie? ;)

Martva - 17 grudnia 2010, 17:04

Chyba ułożyło się najlepiej, jak mogło się ułożyć :)
dzejes - 17 grudnia 2010, 18:17

Smutno to wszystko czytać.
Ellaine - 17 grudnia 2010, 19:04

Martva napisał/a:
Chyba ułożyło się najlepiej, jak mogło się ułożyć :)

No w sumie tak.

dzejes napisał/a:
Smutno to wszystko czytać.

Przepraszam.

Zgaga - 18 grudnia 2010, 08:37

Smutne, że to właśnie przy okazji świąt, które powinny być radosne, ciepłe itd., wychodzą najbardziej różne dziwne rzeczy.
dzejes - 18 grudnia 2010, 10:45

Ellaine napisał/a:
Przepraszam.


Za co?

Kai - 18 grudnia 2010, 15:31

Jakoś zawsze z rodziną wychodzi... dziwnie. Zwłaszcza okołoświątecznie. Młoda, a my się jeszcze musimy zdzwonić, bo mam to coś dla Ciebie :)
Ellaine - 19 grudnia 2010, 18:47

dzejes napisał/a:
Za co?

Nie lubię ludzi zasmucać.

Zgaga napisał/a:
Smutne, że to właśnie przy okazji świąt, które powinny być radosne, ciepłe itd., wychodzą najbardziej różne dziwne rzeczy.

Cóż, kiedyś było inaczej... Czasem ojcu udawało się być, jak my to określamy, "grzecznym" na Wigilii. Do tej pory siostra czasem dzwoni do mnie i pyta - "jak ojciec? grzeczny jest? bo nie wiem, czy mogę do niego zadzwonić."

Ale święta, cóż... Przygotowania zaczynały się w pierwszą sobotę Adwentu, pieczeniem pierników. To było rodzinne przedsięwzięcie, i o dziwo w naszej niedużej kuchni mieściło się nawet do pięciu osób. Któregoś roku Babcia przyjechała pomagać piec, bo zwykle to wyglądało tak: piekło się u nas, a potem (lub wcześniej) jechało się piec do Babci.
Wtedy w domu był jeszcze stary piec gazowy, który bardzo nierówno grzał, nie było na pokrętle żadnych numerków, które oznaczałyby temperaturę (teraz też mamy gazowy piec - tak palniki, jak i piekarnik, ale są te numerki, pomocna sprawa). Z tej prostej przyczyny zwykle pierwsze dwie blachy pierników wychodziły z piekarnika czarne jak węgielki, ale nie to żeby miały się zmarnować! bynajmniej. Spalone pierniczki szły "na moczkę". Właściwie do. Później, gdy już był nowy piec i pierniki się nie przypalały to Mama kupowała specjalny piernik do moczki.
W każdym razie, kiedy była Babcia to pamiętam, że śpiewała przy robocie jakąś niemiecką piosenkę o ptaszku. Teraz nie pamiętam już słów, ale gdzieś mi to wspomnienie utkwiło w pamięci. I chyba nawet nagrywaliśmy to na starym, jedno kieszeniowym Grundigu, ale kaseta pewnie się zawieruszyła w pomroce dziejów. Albo mnie się już miesza.


Mama jako jedyna lubiła tę słodką breję, która ma dość nieprzyjemną dla oka konsystencję. Choć, małą ilość byłam w stanie zjeść - nie wiem, czy wiecie co to takiego ta moczka? Otóż, zalewa się piernik kompotami z suszu i dodaje do tego bakalie, to tak mniej więcej w skrócie. Tradycyjna śląska potrawa, tak jak makówki i siemieniotka, tylko że tej ostatniej nigdy nie jadłam. Zamiast siemieniotki mieliśmy zawsze rosół robiony na głowach karpi z grzaneczkami i marchewką. Cudo! (Luby był przerażony jak mu opisywałam nasze potrawy wigilijne, rosół z karpia też go przerażał, ale ostatecznie chyba mu smakowało...) Osobiście zawsze uwielbiałam podjadać grzanki na długo przed Wieczerzą, ale zalane zupą też były dobre. W życiu np. nie mieliśmy tak rozpowszechnionego chyba w Polsce barszczu z uszkami.

W każdym razie pierniki piekło się zawsze na początku Adwentu, bo wiadomo, że piernik dobry kiedy trochę przeleży. Przez cały grudzień po domu rozchodził się zapach pierników, za każdym razem, kiedy zaglądało się do szafy. Swoją drogą zawsze przetrwały do świąt! Pilnowaliśmy siebie nawzajem, żeby nie podjadać... za dużo, a i tak pierników zawsze było sporo tak z parę setek.

Pod żyrandolem w salonie wisiał wieniec adwentowy z dzwonkiem pośrodku. Druga po piernikach oznaka zbliżających się świąt. Mama robiła stroiki ze sztucznych gałązek i każdy dostawał jeden do pokoju, a na półkach miejsce zajmowały Mikołaje i aniołki. Parę razy nawet dostałam do pokoju cały sznur lampek, którymi obwieszaliśmy wiszące półki i świeciliśmy je, zamiast lampki na biurku. Raz Mama zrobiła nawet gwiazdę z grubego drutu, obwiązała lampkami i powiesiła nam w pokoju.

Choinkę ubieraliśmy zwykle krótko przed Wigilią, czasem to bywało, że dopiero 23 grudnia. Oczywiście jak byliśmy młodsi to choinka ubierana była wcześniej, a ozdoby, które na niej wieszaliśmy były ręcznie robione. Mama specjalizowała się w tworzeniu "jeżyków". Pamiętam, że ja to robiłam pawie oka i łańcuch z kolorowego papieru, były dwa typy: prosty, czyli zwykły łańcuch z kolorowych ogniw i nieco bardziej skomplikowany - z marszczonej bibuły, brało się dwa długie paski bibuły i przeplatało się je. Sklejany był tylko na początku i końcu, a potem rozciągało się tak uzyskaną harmonijkę i gotowe!

Nigdy nie mieliśmy naturalnej choinki. Pierwsza jaką pamiętam, oczywiście sztuczna, była tak wysoka, że po założeniu jej szpicu ten niemal dotykał sufitu. Choinka miała bardzo szczupłe gałązki. Wieszaliśmy na niej dużo różnych rzeczy, i chyba nigdy nie było włosów anielskich i waty, tak jak u Dziadków (rodziców mojej Mamy). Kilka lat później rodzice kupili niższą choinkę, uznając że wysoka ma już za brzydkie gałązki. Nowa była niższa, ale za to miała grube gałęzie i w ogóle była taka trochę "pękata", za to mnie udało się ją przerosnąć o parę centymetrów (miała chyba 150 albo 160 cm). Z choinki zniknęły papierowe zabawki i ozdoby z masy solnej (ha! mieliśmy całkiem sporo takich ozdób, któregoś roku oddałam je wszystkie do szkoły, to chyba jeszcze w podstawówce było). Z czasem na choince zaczęły pojawiać się bardziej jednolite bombki (a nie każda z innej obórki), większość była czerwona, ale wciąż jeszcze wieszaliśmy też stare bombki (odziedziczone jeszcze po Dziadkach), które szły na gałęzie, które były mniej widoczne; no i mieliśmy srebrne łańcuchy.

Swoją drogą, któregoś roku popsuł nam się szpic. To znaczy Mama użyła siły razy gwałt, żeby wcisnąć szpic na szczyt choinki i przebiła cienkie szkło... No cóż, od tego czasu instalowaliśmy na szczycie jakąś starą gwiazdkę, wygrzebaną Bóg wie skąd, aż parę lat temu chyba siostra kupiła nam nowy szpic.

Po śmierci Babci odziedziczyliśmy jej starą sztuczną choinkę, niedużą. Mama ubierała ją w jakieś już brzydsze bombki, albo takie, które na pewno się nie stłuką i "jeżyki" robione ze sreberek (brała je z opakowań margaryny), narzucała na to jakieś nieużywane już przez nas łańcuchy i stawiała ją w kącie, na lewo od windy. Ot, tak. Po prostu, żeby na piętrze było ładniej.

W Wigilię rano Mama już kręciła się po kuchni, gotując chociażby kompoty. U nas to było tak, że z każdego suszonego owocu był osobny kompot, czyli czasem bywało, że mieliśmy pięć kompotów: morelowy, figowy, śliwkowy, jabłkowy, gruszkowy. Dopiero później, kiedy było coraz mniej poszczególnych kompotów zlewało się je do jednej miski. Moim ulubionym zawsze był figowy. A kompotowa zlewka nigdy mi jakoś nie przypadła do gustu.

Oczywiście były też makówki, obowiązkowo na mleku. Zwykle wychodziło Mamie co najmniej dwie pełne miski makówek. Najlepiej smakują w bożonarodzeniowy poranek, na zimno, polane ciepłym mlekiem. Jadło się je rano, przed obiadem, na deser, na kolację. Kiedy tylko dusza zapragnie! Potem oczywiście tuż po spożyciu należało pamiętać, żeby się nie uśmiechać za szeroko.

No i oczywiście prezenty. Kiedy byliśmy mali, rodzice wyganiali nas po Wieczerzy do pokoju mojego i brata. Siedzieliśmy tam parę minut, czekając aż nas rodzice wezwą. W końcu wołali. W dużym pokoju były pogaszone światła, jedynie paliły się lampki na choince. Obowiązkowo trzeba było idąc do pokoju śpiewać kolędy. A potem ostatecznie można było zobaczyć, co też w tym roku przyniosło nam Dzieciątko*. Zwykle nie były to jakieś wielkie prezenty, zwykle drobiazgi. Jakaś zabawka, trochę bielizny - wiecie, piżama, skarpetki, coś w ten deseń. No i całkiem spora ilość słodyczy, czyli w skrócie "paczka z kopalni". Rodzice nigdy nie dawali nam jej przed świętami, a znałam takie dzieciaki, które przejadły paczki jeszcze przed Wigilią. No, przez pewien czas mieliśmy okres słodyczowego dobrobytu, bo każde z nas dostawało własną "paczkę z kopalni". Potem były już tylko dwie, jedna... aż w końcu ja też przestałam być dzieckiem i to był koniec "paczek". Za to prezenty stały się bardziej zindywidualizowane, ale rodzice i tak zwykle dawali nam drobiazgi, to my między sobą kupowaliśmy coś więcej. No, ode mnie rodzeństwo długi czas dostawało "kurzołapy", czyli jakieś pierdółki do postawienia na półce.


Ech, nie miałam powodów do narzekań, choć bywało różnie w święta. Ale zwykle było całkiem przyjemnie, dość rodzinnie. A czasem na Wigilii to bywał brat Mamy, który nigdy nie założył własnej rodziny.

Święta nie były takie złe, mimo wszystko.
No, ale kiedyś w domu było nas pięcioro...
__
*Nie wiem, jak u Was, ale u mnie zawsze prezenty przynosiło Dzieciątko, bo Św. Mikołaj przynosi prezenty tylko 6 grudnia.


Kai napisał/a:
Młoda, a my się jeszcze musimy zdzwonić, bo mam to coś dla Ciebie

No fakt. Nie wiem tylko, czy się uda spotkać jeszcze przed świętami; choć niewątpliwie byłoby miło. Hm, masz czas we wtorek, tak koło osiemnastej? Bo myślę, że ja powinnam mieć.

dzejes - 19 grudnia 2010, 21:17

Ellaine napisał/a:
Nie lubię ludzi zasmucać.


To siebie przeproś przede wszystkim.

Ellaine - 20 grudnia 2010, 20:32

Niewykluczone, że jest coś w tym, co mówisz, dzejesie.

Cóż, nie wiem, czy wiecie, ale mija dokładnie rok odkąd powstało to miejsce. Ludzie! Jak Wy to wytrzymaliście? :>

Co prawda do Wigilii zostały jeszcze cztery dni, ale... Prawdopodobnie już 22.ego wyjeżdżam z Katowic, dlatego dzisiaj (ponieważ jutro mogłoby nie być kiedy, a jak już będę u Lubego, to rzadziej będę korzystać z Internetu. W końcu to święta)... W każdym razie, kurde... wyjdzie z tego nowa świecka tradycja, ale co mi tam! Skoro przetrzymaliście ze mną cały rok, to i to jakoś przetrwacie. Wierzę w Was! :))

Wszystkiego najlepszego na Święta i Nowy Rok. Uwaga na uszy. :>

ilcattivo13 - 20 grudnia 2010, 20:43

Tobie też, Ellaine, wesołych Świąt :D
nimfa bagienna - 20 grudnia 2010, 20:48

Udanych świąt, Ellaine. I przede wszystkim - odpoczynku.
Agi - 20 grudnia 2010, 21:09

Ellaine, radości życzę! :D
Martva - 20 grudnia 2010, 21:21

Ellaine, ciepła i spokoju :)
merula - 20 grudnia 2010, 21:33

Ellaine, przytulnych świąt.
fealoce - 20 grudnia 2010, 22:26

Spokojnych Świąt, Ellaine!
Arya - 21 grudnia 2010, 19:08

Ellaine, wesołych świąt.
Jedenastka - 21 grudnia 2010, 19:23

Ellaine napisał/a:
wyjdzie z tego nowa świecka tradycja, ale co mi tam! Skoro przetrzymaliście ze mną cały rok, to i to jakoś przetrwacie. Wierzę w Was! :) )

A ja miałam właśnie zapytać czy w tym roku też zaśpiewasz...

Udanych Świąt Ellaine :) .

Ellaine - 21 grudnia 2010, 20:09

Dziękuję ślicznie za życzenia (: Wam również jeszcze raz, wszystkiego najlepszego!
Jutro rano wsiadam w pociąg, już praktycznie mam wszystko co ważne spakowane. Agi, pomacham Ci przez okno, jak będę jechać przez Twoje miasto. Nawet jeśli nie będziesz tego widzieć! (:

fealoce - 22 grudnia 2010, 23:14

No to spokojnej podróży! Oby PKP nie zawiodło ;)
Ellaine - 22 grudnia 2010, 23:20

Nie zawiodło, fealoce :)
Ludzi trochę było, ale generalnie dało się przeżyć. Pociąg ogrzewany, ale na szczęście nie przesadzili, więc człowiek nie umierał z powodu zbyt suchego powietrza. A poza tym jechał prawie zgodnie z planem, z mniej niż piętnastominutowym opóźnieniem dotarłam do celu.

No, i dzięki temu, teraz mogę Was pozdrowić z Pojezierza Drawskiego :)

Agi - 22 grudnia 2010, 23:21

Miłego pobytu Ellaine, dziękuję za machanie. :D
fealoce - 23 grudnia 2010, 17:58

Ellaine napisał/a:
Nie zawiodło, fealoce :)


Cieszę się! :)

Ellaine napisał/a:
Pociąg ogrzewany, ale na szczęście nie przesadzili, więc człowiek nie umierał z powodu zbyt suchego powietrza. A poza tym jechał prawie zgodnie z planem, z mniej niż piętnastominutowym opóźnieniem dotarłam do celu.


PKP i zgodnie z rozkładem? No nie no, w szoku jestem :D
baw się dobrze!

Ellaine - 3 stycznia 2011, 18:40

Dziękuję za wszelkie życzenia. Bawiłam się dobrze, ale niestety musiałam już wracać. Tęskniliście chociaż? (:
Poza tym życzę wszystkim, którzy to czytają, wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

A teraz może coś Wam opowiem, chcecie? Moje wczorajsze "przygody", czyli:
PKP - connecting people, tudzież: historyczna rekonstrukcja pociągu śmierci.

Dawno nie jechałam w tak zatłoczonym pociągu, choć prawdę mówiąc spodziewałam się czegoś mniej więcej w tym stylu. Ostatecznie to drugi stycznia. W chwilach zwątpienia myślałam: a mogłam jechać pociągiem o siódmej! Mogłam, ale nie pojechałam, bo spałam do dziewiątej. Ale pocieszałam się myślą, że mnie przynajmniej udało się wsiąść…

Sporo ludzi, którzy również chcieli jechać nie zdołali się zmieścić w pociągu. Mam wrażenie, że na peronie zostało więcej niż połowa oczekujących. Mnie udało się tylko dzięki uprzejmości chłopaka w rastafariańskiej czapce, który pomógł mi w ścisku przy drzwiach pociągu zdjąć plecak i umieścił go w toalecie, gdzie przebywała czwórka osób: trzy dziewczyny i chłopak z M.L. Kossakowską i jej „Siewcą Wiatru”, a także ich bagaże. Później ludziom, którym udało się przepchać przez korytarz ku toalecie mówiliśmy: tutaj pan/pani nie skorzysta – awaria! Ewentualnie: Ale tam są cztery osoby i bagaże, i drzwi się nie zamykają… No, chyba, że to panu/pani nie przeszkadza? Tudzież wysyłaliśmy ich do toalety w wagonie obok, gdzie co prawda siedziało pięciu lub sześciu chłopa, ale za to byli bardziej „mobilni”, jak ktoś zauważył. Dwa razy wpuściliśmy do „naszej” toalety matkę z dzieckiem. Osoby w ubikacji stanęły twarzą do ściany, jedna w drzwiach i w ten sposób zdołali zapewnić chłopczykowi choćby minimum prywatności. Ktoś przy drugim razie krzyknął do nich: „Ustawić się! Pod ścianę!” Zresztą, to nie jedyny objaw wisielczego humoru dnia wczorajszego:
Pewna dziewczyna rozmawiała przez telefon. Nie zazdrościłam jej szczególnie, mimo że miała walizkę, na której mogła usiąść – ja do dyspozycji miałam tylko pionową rurkę przy ścianie, na której powiesiłam torbę i reklamówkę z jedzeniem. Ba! Opierając się o ową rurkę udało mi się nawet parę razy przysnąć… Natomiast jasnooka dziewczyna jechała do Warszawy - z przesiadką w Poznaniu, a nasz zapchany pociąg z każdą chwilą nabierał coraz większego opóźnienia – bo choć od momentu w którym wsiadłam, nikomu nie otworzyliśmy drzwi aż do Poznania to pociąg na każdej stacji stał po kilka-kilkanaście minut. W każdym razie, jak się rzekło - dziewczę rozmawiało przez telefon i w pewnym momencie powiedziała: Jadę pociągiem. A pewien młodzian stojący obok (nota bene mój kumpel z grupy! sic! Jaki ten świat mały) rzucił z głupia frant: …do Oświęcimia! Cóż,… „Historyczna rekonstrukcja pociągu śmierci” – jak rzekł pewien człowiek w innym, równie zatłoczonym pociągu.
Swoją drogą kumpel wracał z Sylwestra nad Morzem ze znajomymi (jak się później domyśliłam - czworo jego znajomych pilnowało w toalecie mojego plecaka). Wspólnie rozwiązywali krzyżówki. Jedna z dziewczyn czytała na głos pytania, a odpowiadali jej prawie wszyscy w okolicy. Niekoniecznie byli to jej znajomi. I tak to się jechało… Czasem informując osoby z toalety na jaką stację właśnie się wtoczyliśmy. Chłopak z rastafariańską czapką otwierał na stacjach drzwi – oczywiście tylko wtedy, kiedy za drzwiami nie było peronu! Po co? Cóż, czymś trzeba oddychać, prawda? I tak jechałam, przysypiając, a czasem rozmawiając z chłopakiem w trójkolorowej czapce i z jego dziewczyną, tudzież rzucając hasłem do krzyżówki. Jechałam z nadzieją, że – może w Poznaniu uda się wcisnąć do przedziału? Może…

Do Poznania dojechaliśmy z siedemdziesięciominutowym opóźnieniem. Udało mi się przedostać w głąb wagonu. Niestety nie mogłam liczyć na miejsce siedzące w przedziale, musiałam się zadowolić stojącą miejscówką przy oknie na korytarzu. Kawałek dalej stał kumpel z grupy ze swoimi znajomymi, części z nich nawet udało się znaleźć pojedyncze miejsca siedzące – na wysuwanych krzesełkach w korytarzu.
Obok mnie stała pani koło czterdziestki, jak śmiem uważać, która wsiadła w Poznaniu i, o dziwo!, była zadowolona z tego okropnego opóźnienia. Dlaczego? Chyba łatwo się domyślić – jechała z Warszawy do Opola z przesiadką w Poznaniu. Jak powiedziała jej poznańska kasjerka: Chyba jest pani jedyną osobą, która cieszy się z opóźnienia pociągu. Pewnie kasjerka miała rację. Trochę pokonwersowałam z panią „o życiu i kosmosie”, ja ją poczęstowałam cukierkiem, ona mnie wafelkiem. I jakoś się jechało. Za oknem szarość przechodziła w coraz ciemniejszy granat. Rzut okiem na zegarek, prawie piąta po południu. Powinniśmy już dojeżdżać do Wrocławia, gdyby nie to, że dopiero godzinę temu wyjechaliśmy z Poznania. Gdzieś z głębi ducha wyrywa się ciężkie westchnienie… Ostatecznie wyciągnęłam z torby książkę i zaczęłam czytać, na stojąco może to nie jest zbyt wygodna czynność, ale lepsze to niż gapienie się w mroczniejącą przestrzeń i zamartwianie się: a jeśli dojadę do Katowic tak późno, że nie zdążę na żaden autobus? To co wtedy?!

Ostatecznie usiąść w przedziale udało mi się dopiero we Wrocławiu, czyli koło dziewiętnastej. Tak! Dziewiętnastej! Kiedy według rozkładu zamieszczonego na stronie PKP Wrocław powinnam już mieć dawno za sobą, a za to wyjeżdżać właśnie z Kędzierzyna-Koźlego. Natomiast pierwszy (i ostatni) raz sprawdzany bilet miałam tuż przed Opolem, ha! Jakby kto chciał to do Żmigrodu od Kołobrzegu mógłby jechać za darmo. Cóż, mnie może jedynie pocieszać myśl, że za bilet zapłaciłam całe 10 złotych mniej niż w zeszłym roku dzięki zwiększeniu zniżki studenckiej z 37% na 51%. Z tej też przyczyny Luby również pojechał TLKą do Gdańska, zamiast osobówkami, które pewnie były równie, o ile nie bardziej, zatłoczone od pośpiesznych.

Szczęśliwie do Katowic doturlał się ten pociąg pięć minut przed dziewiątą, czyli 105 minut po czasie. Jednak na tyle wcześnie, że miałam szansę na złapanie jeszcze parę ostatnich autobusów. Najbliższy odjeżdżał z alei Wojciecha Korfantego o siedemnaście minut po dziewiątej. Poszłam więc możliwie raźnym krokiem w tamtym kierunku.
- Właśnie znalazłem budynek z pocztówki! – słyszę głos za sobą. Obejrzałam się. Na chodniku stał młody człowiek, który rozmawiał przez komórkę i patrzył wprost na podświetloną fasadę kinoteatru Rialto. Uśmiechnęłam się pod nosem, nie zatrzymując się, bo choć miałam spory zapas czasu to nie wiedziałam ile zajmie mi przejście kilku ulic i Rynku w padającym śniegu. No właśnie! Pierwsze, co mnie zaskoczyło w Katowicach to był śnieg! Gęsto padające, duże płatki śniegu. Kiedy wyjeżdżałam z Pomorza w ogóle nie padało.
Krótki spacer na al. Korfantego był niezwykle spokojny i w pewien sposób odrealniony. Samochodów jak na lekarstwo, ludzi prawie w ogóle. Cisza i spokój. Jak ktokolwiek mógłby powiedzieć, że to jedno z bardziej niebezpiecznych miast w kraju? No, jak!? Nie w takiej chwili jak wówczas.
Cienka warstwa świeżego śniegu pokryła bielą ulice, rynek i budynki. Grube płatki śniegu oblepiają mi czarny płaszcz, który już po kilku chwilach na ramionach staje się niemal zupełnie biały. Złote lampki błyszczą jak miniaturowe gwiazdki wśród ciemnych gałęzi wysokiej choinki. Na drzewach kołyszą się sznury światełek. A z niewiadomego źródła sączy się muzyka. Mnie zaś rodzi się idiotyczna myśl, że to scena jak z filmu. Ten gęsty śnieg wirujący w podmuchach wiatru. Te światła na choince i drzewach i rozpięte na drutach między pierzejami wąskiej ulicy. Ta niezwykła cisza, delikatnie mącona subtelną muzyką. Prawie jak w filmie.

Wreszcie dotarłam do przystanku, gdzie oszałamiający czar, w który zaplątałam się na Rynku, poluźnił swoje sploty. Pod wiatą siedział młody człowiek, być może miał za sobą trzydzieści lat, może trochę mniej, lub nieco więcej. Kulę trzymał opartą o nogę. Spojrzał na mnie z zaciekawieniem, które zresztą wyraził na głos, skąd jadę, że mam taki wielki plecak. Odpowiedziałam grzecznie. I tak mimochodem wdałam się w rozmowę – dość jednostronną, ponieważ byłam zbyt zmęczona, żeby ją prowadzić, a młodemu człowiekowi chyba nie przeszkadzały moje monosylabowe odpowiedzi. Albo po prostu nie dał nic po sobie poznać. Zresztą, nie wszystko, co powiedział zdołałam zrozumieć. Częściowo pewnie winne było tu zmęczenie, częściowo fakt, że stałam parę metrów od niego, prawie poza wiatą, częściowo – to, że chyba miał delikatną wadę wymowy, lub był po paru głębszych, a częściowo winne było to, że on do mnie godoł, a ja właśnie wróciłam z miejsca, gdzie się wyłącznie mówi. Gdyby nie to, że nie jestem zbyt śmiała w rzondzyniu to możliwe, że odpowiadałabym mu również w śląskim. Tak, to jedynie zamiast „tak” mówiłam mu „ja, ja…”, kiedy wspominał, że wie ile może wypić i kiedy jest ta granica, po której już nie będzie mógł chodzić o własnych siłach; lub kiedy mówił, że jego hobby to gra w jednorękiego bandytę – wspomniał, że pewnego razu wrzucił w automat 20 złotych, a udało mu się wygrać parę tysięcy. Choć przyznał, że właściwie to częściej się przegrywa. Ostatecznie, zanim zaczęłam czuć się naprawdę nieswojo, podjechał autobus, do którego wsiadłam. Młody człowiek natomiast został siedzieć na ławce pod wiatą.

Autobus był ciekawą odmianą po zatłoczonym pociągu, ponieważ wehikuł był praktycznie zupełnie pusty. Jechały nim trzy osoby: kierowca, starszy pan o posiwiałych już włosach oraz ja i mój plecak. Bardzo usilnie starałam się nie zasnąć w trakcie jazdy, przewidując, że dojadę na dzielnicę dużo wcześniej niż zwykle. W końcu wysiadłam, zostawiając kierowcę w towarzystwie śpiącego starszego pana, lub vice verso. Właściwie zastanawiałam się, czy starszy pan przypadkiem nie przespał swojego przystanku, ale cóż… Może rzeczywiście jechał dalej?

W domu byłam o wpół do jedenastej (z rodzinnego miasta Lubego wyjeżdżałam koło dwunastej). Normalny człowiek zjadłby coś, ewentualnie tylko zrobił sobie ciepłej herbaty, umył, być może rozpakowałby się po czym zmęczony poszedłby spać. No, ale przecież nie jestem normalna! Zrobiłam powyższe, nawet z ostatnim punktem włącznie - a jakże! Z tym, że dopiero koło drugiej w nocy. Dlaczego? To proste, bardzo proste – telewizyjna dwójka po północy puszczała drugą część transmisji Koncertu Noworocznego ze Złotej Sali Filharmonii Wiedeńskiej. Nie mogłam tego przegapić, zwłaszcza, że bardzo chciałabym odrodzić w sobie tę świecką tradycję, którą pielęgnowałam z Mamą. Do 01.01.06 zawsze wspólnie oglądałyśmy Koncert Noworoczny.
Tegoroczny koncert był doprawdy niezwykły, bo poza tradycyjnymi utworami kończącymi go, czyli walcem „Nad pięknym modrym Dunajem” J. Straussa syna i „Marszem Radetzkyego” J. Straussa ojca, to nie znałam ani jednej z prezentowanych kompozycji. Choć bynajmniej nie jestem żadnym znawcą muzyki, po prostu lubię słuchać Straussów, a teraz poznałam parę nowych ich utworów. To miło. Choć szkoda, że w środku nocy i prawie zasypiając w trakcie.

Ellaine - 8 stycznia 2011, 14:26

Smutno mi.
Chmury leżą na ulicach jak podarte gazety.

Muzyka unosi mojego ducha ponad szare obłoki. Lecz nie do słońca, tylko ku mrocznym przestrzeniom kosmosu. Nie daje pocieszenia. Po prostu wyrywa duszę z ciała i odrywa od rzeczywistości. Ciało, ta marna skorupa pozostaje na ziemi i lęka się śmierci. Duch zaś ciężki od niewylanych łez włóczy się samotnie w zimnym mroku wszechświata. Za jedyne towarzystwo ma melancholijną muzykę.

Wiem, bredzę, ale każda myśl sprawia mi ból. Choć ostatnio dostałam dobre wieści, ale teraz... Stoję z policzkiem przytkniętym do zimnego szkła bariery lęku, którą sama sobie postawiłam. Przecież to tylko szkło. Silniejsze uderzenie powinno je stłuc. Tylko sam pomysł oplata mi serce i ducha bolesnym, lodowatym kokonem. A jednak rozum wie, że powinnam porozmawiać z nią, w końcu jest moją rodziną. No i może jeszcze pamięta, może mogłaby mi pomóc? Doradzić. Choć ma rację, że nigdy nasze relacje nie były zbyt głębokie. Ta świadomość boli, że jedyna osoba, z którą w tej rodzinie chciałam rozmawiać odeszła do miejsca, gdzie nie ma telefonów. A może są, ale nie mam zasięgu...?

Pojawiła mi się dzisiaj myśl, że to dlatego ten blog tak długo istnieje. Zwykle to Ona wysłuchiwała większości głupotek, które Wam przedstawiam. Wracałam z uczelni, Ona grzała mi posiłek, stawiała przede mną na kuchennym stole. A ja prosiłam, żeby została ze mną w kuchni, kiedy jadłam obiad. Pytałam, co u Niej, a potem opowiadałam, co u mnie.

Może faktycznie, coś w tym jest, a może dorabiam teorię do czegoś, co tej teorii nie potrzebuje?

Niepewność.

A chmury wciąż leżą na ulicy, takie szare, pogniecione. Pozostaje tylko muzyka.
Tak, wiem, bredzę.

Pokażę Wam wiersz, który dziś mi towarzyszy. Kiedyś znałam go na pamięć, dziś tylko fragmenty przypominają się od czasu, do czasu... W takie dni, jak dzisiejszy: "Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny"... Choć to nie jeden wiersz, który czasem błąka mi się w korytarzach umysłu. Wiele jest takich poszarpanych wspomnień. Wciąż pamiętam wiersz Brzechwy, który kończył się pełnym optymizmu stwierdzeniem "postaram się pociągnąć do połowy maja". Zresztą z tym wierszem wiąże się pewna historia o niespełnieniu, czyli o tym jak Ellaine nie została scenarzystą, którą być może kiedyś przeczytacie. Choć później była, ale tylko raz, nic wielkiego. Oba scenariusze zresztą były średniej jakości, podobnie jak dwa inne, o których - cicho, sza!

A tak w ogóle to kto nie chce, niech nie słucha tej interpretacji, wszak wiersz można samemu przeczytać, tutaj na przykład: Leopold Staff "Deszcz jesienny". Nie bronię, ani nie zachęcam. Zrobicie, co uznacie za słuszne i stosowne.

Za ewentualnie zepsuty humor przepraszam.
Niżej podpisana,
Ellaine.

ilcattivo13 - 9 stycznia 2011, 00:04

Ellaine napisał/a:
Tak, wiem, bredzę.


chciałabyś :roll: masz ewidentnego doła, a ten jako taki nie powoduje bredzenia :wink: Popatrz na moje posty. Od razu widać - facet zdecydowanie nie ma doła, bo bredzi jak potłuczony :mrgreen: Tak więc, najpierw musisz wyjść z dołka, a potem dopiero możesz sobie zaczynać bredzić. Ekspert Ci to mówi ;P:

Edit: przepraszam, że tak wlazłem w filcach i zniszczyłem poetycki nastrój :wink:

dzejes - 9 stycznia 2011, 00:05

Fajny wiersz. W ogólniaku mieliśmy zadanie nauczyć się go i wygłosić interpretując w dowolny sposób. Kombinowałem z prześcieradłem i mową rzymskiego demagoga, ale wszystkich przebiły trzy panny, które strzeliły układ choreograficzny a'la girlsband skandując tekst.
Ellaine - 9 stycznia 2011, 12:15

ilcattivo13 napisał/a:
Popatrz na moje posty. Od razu widać - facet zdecydowanie nie ma doła, bo bredzi jak potłuczony :mrgreen:

No, to nic tylko pozazdrościć! (: Oj, i nie przejmuj się, że jakoby "zniszczyłeś" ten "poetycki nastrój". Sam rzekłeś, że mam doła, więc chyba poetycki nastrój należy zniszczyć czym prędzej. Za co jestem Ci wdzięczna, ilcattivo.

dzejes, ano fajny, lubię ten wiersz. W liceum też musiałam się tego nauczyć, ale nasz psor kazał po prostu wyrecytować wiersz. Interpretować też zapewne należało podczas deklamacji, ale bez jakichś wielkich wygibasów. Swoją drogą ciekawie musiał brzmieć "Deszcz jesienny" w takim wykonaniu, i Twoim, i tym z choreografią a'la girlsband. W liceum jeszcze na pewno recytowałam "Odę do młodości", Mickiewicza i ten fragment listu do Koryntian o miłości "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów...".

W ogóle wczoraj miałam manię nagrywania siebie, czytającą wiersze, parę nawet zostawiłam sobie na kompie, ale większość poleciała na "Made In Wyciep", jak to mawiała Mama. Dzisiaj za to nagrałam "Bigos historyczny", który można przeczytać tutaj, tak sobie, bo odkąd poznałam ten twór to przeczytanie go - poprawia mi humor; zwłaszcza, że akurat powinnam uczyć się na ostatnie kolokwium w dziejach moich studiów. Swoją drogą nauka do tego kolosa też jest ciekawa... Bo np. bawią mnie niektóre skróty, jak: PIRA (Tymczasowa IRA), czy RIRA (Prawdziwa IRA), brakuje jeszcze: bum ta rara (: Albo nazwa murzyńskiego ugrupowania z Sudanu: Anya-Nya; lub nazwa powstania w Kenii: Mau-Mau. Bywa też, że niektóre nazwiska są zabawne, choć chyba nie powinnam się śmiać z nich. A za to inne trudno zapamiętać, o wymówieniu już nie wspominając, jak np. w przypadku - Kwame Nkrumah (stanął na czele niepodległej Ghany).

Jedenastka - 9 stycznia 2011, 20:54

Ellaine, czy któregoś twórcę słowa wierszowanego (czyli poetę po prostu) lubisz szczególnie?
SithLady - 9 stycznia 2011, 21:26

Ellaine, dzięki wielkie za linka. Do tej pory znałam tylko kawałek
Ellaine - 10 stycznia 2011, 23:33

Do usług, SithLady. (: Swoją drogą wczoraj jak przeglądałam zasoby Internetu to zauważyłam, że bynajmniej nie jest to jedyna, obowiązująca wersja Bigosu historycznego. Swoją drogą, każdy może upichcić własny historyczny bigos, jak sądzę. Oczywiście o ile starcza mu talentu, by mową wiązaną się posłużyć, bo prozatorskie bigosy historyczne to tworzy każdy uczeń i student też. Np. podczas odpytywania w liceum jedna dziewczyna stwierdziła, że na zjeździe w Wyszehradzie (wiek XIV bodajże, lata 30.te) był Karol Wielki - na to nasz psor: Co? Karol Wielki? To chyba same prochy przyjechały, w czterysta lat po jego śmierci! Mnie zaś podczas pierwszej odpowiedzi w liceum z czasów starożytnych ciągle mieszały się pojęcia związane ze Spartą i Atenami. Nie trudno się domyślić jaką ocenę za to dostałam...

Jedenastka napisał/a:
Ellaine, czy któregoś twórcę słowa wierszowanego (czyli poetę po prostu) lubisz szczególnie?


Szczerze mówiąc, Jedenastko, nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam. Dawniej, tj. będąc w liceum, powiedziałabym bez mrugnięcia okiem, że z poetów to Juliusza Słowackiego i Johana Wolfganga Goethego cenię sobie najbardziej. Słowackiego to za poemat "Beniowski" - do dziś pamiętam jak niemal do łez zaśmiewałam się z tego utworu, czytając go w autobusie, kiedy wracałam ze szkoły (a poemat wypożyczyłam właśnie ze szkolnej biblioteki).
O! udało mi się nawet znaleźć w Internecie fragment, który zapamiętałam, choć w pamięci się wyryła zaledwie żyrafa:

"Z płaczem mówiła: jak w dębową szafę
Wlazła przed wrogów okrutnych pogonią,
Jakie tam miało być z niej auto -da -fe,
Jak nie pamiętał nikt i nie dbał o nią. -
(O! horror! Trzeci rym jest na żyrafę!
Muzy łzy żałośnie nade mną ronią.
Bo muzy wiedzą, jakie do łez prawo
Ma wieszcz piszący poemat oktawą.)"


Goethe nie pamiętam, czym mnie ujął, zwłaszcza, że "Cierpień Młodego Wertera" nie cierpię, no ale to nie poezja (tzn. za pierwszym razem mi się podobały, co ze wstydem przyznaję, ale wówczas był marzec, czytałam tę książkę w parku jeszcze bezlistnym i bez zieloności wszelakiej i z bardzo poważnymi myślami samobójczymi. Tak, w takich okolicznościach przyrody to może się podobać). Za to "Król Olch" jest cudowny! Osobiście najbardziej podoba mi się w swobodnym przekładzie Wisławy Szymborskiej. I udało mi się przeczytać pierwszą część "Fausta", niestety drugiej nie zdołałam, ale wciąż obiecuję sobie wrócić do tej lektury. Tak, jak wciąż noszę się z zamiarem powrotu do "Boskiej Komedii", której czytanie przerwałam w połowie "Piekła".
Poza tym jeszcze w liceum poznałam za sprawą pewnego Ibrahima* twórczość Jacka Kaczmarskiego, którego poezję również sobie cenię. Ba, nawet dwa jego utwory miałam w podręczniku do języka polskiego: "Mury" i "Pan Kmicic", niestety nie omawialiśmy na lekcji ani jednego z nich. Lubię wiersze Leopolda Staffa oraz Juliusza Tuwima i Jana Brzechwy, nie tylko te dla dzieci, choć bynajmniej nie znam całego ich dorobku. Od czasu do czasu szukam ich poezji w Internecie. Pamiętam jak przypadkiem odkryłam wiersz Tuwima, pt. "Wiersz, w którym autor grzecznie, acz stanowczo uprasza liczne zastępy swoich bliźnich, aby go w du.pę pocałowali", a może z mniej wulgarnych: "Życie". Ostatnio czytałam tomik poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, za którego teatrzykiem "Zielona Gęś" przepadam. Wiersze były akurat dla dzieci, ale...

*to nie jest imię kolegi, tylko tak mu jego nick prze-ewoluował, że zrobił się na Ibrahima.

Poza tym poezją Szymborskiej nie pogardzę, ze szkoły jeszcze pamiętam wiersz "Sto pociech", który przypadł mi do gustu. I choć nie przepadam za wierszami wolnymi czy białymi, bo jestem swego rodzaju konserwą poetyczną - dla mnie wiersz powinien się co najmniej rymować, a jeśli jest sylabiczny, lub sylabotoniczny tym lepiej! Bezwstydnie przyznam, że kiedyś sama próbowałam pisać sylabiczne wiersze* - to jednak z trudno byłoby nie docenić Mirona Białoszewskiego. Aż sama się sobie dziwię, że nie wzięłam jego wiersza "Wywiad" do swojej prezentacji maturalnej (motyw śmierci w literaturze i malarstwie; przedstawiałam ewolucję obrazu śmierci od średniowiecza), ale to pewnie tylko dlatego, że bardzo chciałam wrzucić w literaturę podmiotu fantastykę, a zwłaszcza Pratchetta - i jednocześnie nie chciałam mieć zbyt wielu pozycji, żeby na pewno zmieścić się w tych piętnastu minutach.
Poza tym lubiłam czytać wiersze Zbigniewa Herberta, zwłaszcza z Panem Cogito. Jednym z moich ulubionych wierszy był, a może wciąż jest - "Pan Cogito obserwuje w lustrze swoją twarz".

*nie powiem, nawet udało mi się napisać jeden, czy dwa takowe... Próbowałam nawet tak układać wersy w strofach, żeby wyszedł sonet; oczywiście tylko graficznie przypominało to sonet, ale treściowo pewnie niekoniecznie odpowiadało kanonowi. Może jak je znajdę to tu zamieszczę, ale nie liczcie na nic wysokich lotów.

Wybacz, Jedenastko, rozgadałam się, jak to zwykle ze mną bywa, kiedy próbuję się streszczać. A i tak, obawiam się, że to nie wszyscy, bo generalnie nie mam jednego, konkretnego ulubionego... Zwłaszcza, że nigdy szczególnie nie zaczytywałam się w poezji, choć zdarzało się ją czytać, nie tylko podczas analizy i interpretacji na zajęciach z polskiego.

Jedenastka - 11 stycznia 2011, 10:21

Ellaine, a te dwa wiersze znasz?

Do jednego link:
http://literat.ug.edu.pl/lesman/dziewcz.htm

Drugi wklejam, bo jest krótki:

Słońce

Barwy ze słońca są. A ono nie ma
Żadnej osobnej barwy, bo ma wszystkie.
I cała ziemia jest niby poemat,
A słońce nad nią przedstawia artystę.

Kto chce malować świat w barwnej postaci,
Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce.
Bo pamięć rzeczy, które widział, straci,
Łzy tylko w oczach zostaną piekące.

Niechaj przyklęknie, twarz ku trawie schyli
I patrzy w promień od ziemi odbity.
Tam znajdzie wszystko, cośmy porzucili:
Gwiazdy i róże, i zmierzchy i świty.


Czesław Miłosz

***********


Co o nich myślisz? :)

Ellaine - 11 stycznia 2011, 19:25

Pierwszy znam, jakże miałabym nie znać "Dziewczyny", Leśmiana? Pamiętam, że do tekstu w podręczniku jako ilustracja do wiersza był obraz pięknej dziewczyny, grającej zdaje się na harfie - ale tego już pewna nie jestem. Niestety nie pomnę autora obrazu.

Oba te wiersze są interesujące, każdy na swój sposób, oczywiście. Przyznać muszę, że z Czesława Miłosza nie znam wielu utworów. Gdzieś jakieś się przewinęły, ale nawet tytułów nie pamiętam. "Słońca" nie znałam, ale teraz znam i dziękuję Ci, Jedenastko, że mi go przedstawiłaś. (:

***

A ja po krótkim grzebaniu wśród plików mojego dysku, odnalazłam ten jeden (i jeszcze jeden), w którym znajduje się aż sześć moich wierszy. Wszystkie pochodzą z początku lutego 2006, dokładniej powstały między 8 a 12 lutego 2006. Aż mnie samą dziwi, że mogłam mieć taką wenę, żeby nie tylko rymować, ale próbować stworzyć wiersze, które nie będą tylko się rymować. Bo cóż mi po rymach boskich, bo częstochowskich?

Pamiętam, że na temat tych wierszydeł rozmawiałam ze znajomą polonistką (wówczas "in spe") z Wołomina. Podała mi nawet tytuł pracy dotyczącej, jak sądzę teorii poezji. Wątpię by był to prosty podręcznik - jak napisać dytyramb trzynastozgłoskowcem, ale... Nigdy nawet nie zajrzałam do tego dzieła, ba! bardzo szybko zapomniałam i o wierszach i o poleconej przez koleżankę książce. Ale tak to już ze mną bywa.

Od chwili, w której odnalazłam moje (po)twory - zastanawiam się, który z nich Wam przedstawić. Z haiku było prościej, bo wiedziałam, które mi się podobają i tak naprawdę tylko te, które tu zamieściłam były godne uwagi. Reszta to zwykłe bzdurki. Tu mam problem taki, że z tych sześciu tylko jeden jest głupi. Pozostałe mają coś w sobie, choć niewątpliwie mogłyby być lepsze i bardziej dopracowane. Ale nie przesadzajmy, nie jestem Mickiewiczem (choć zostałam do niego przyrównana kiedyś przez księdza-katechetę w liceum! sic!). Ostatecznie wybór padł, póki co na sonet, o którym wspomniałam wczoraj; aczkolwiek, jak powiedziałam, ośmielam się to coś nazywać sonetem ze względu na układ wersów w dwie strofy czterowersowe i dwie trójwersowe. (Poza tym prawie udało mi stworzyć dziesięciozgłoskowiec, ale w trzech wersach jest minimalnie większa liczba sylab :] )

"Szarość"

Autobus po szarych ulicach mknie.
Mija szare domy, konary drzew
obijają się o szyby... W tle
na szarym wzgórzu rośnie zielony krzew.

Życie tryska z niego bez przerwy.
Ludzie przechodzą obok, jak ślepcy.
Nie widzą, że to jest źródło werwy,
bo zbyt mądrzy dla Mądrości, głupcy.

Mówią zadowoleni z siebie:
„Czas płonących życiem krzewów minął!”
Wolą swój szary świat od tego, co było.

Słowem jednym można to wyrazić,
Ich to najzwyklej w świecie: je...
Mówią znaki na ziemi i w niebie.

12 II 2006

Może, jak się ośmielę, to później pokażę Wam pozostałe. Zwłaszcza, że przy okazji znalazłam jeszcze dwa inne wiersze... A właściwie wierszowane opisy pewnych sytuacji, mniej poważne i mniej skupione na stronie formalnej. Choć również rymowane.

Ellaine - 12 stycznia 2011, 20:43

Cóż, nosiło mnie, żeby coś napisać tutaj, ale... Nie było forum, a potem przestało mnie nosić. Za to pokażę Wam wiersz, który napisałam wiosną 2006 roku, tj. będąc w klasie maturalnej; a o którym wspomniałam we wcześniejszym wpisie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jak nie, to trudno, ale mimo wszystko...

Wiersz znudzonej uczennicy na lekcji matematyki

Siedzę w ławce, jak na kazaniu
tureckim, nic nie słyszę, nic nie czuję.
Tylko bardzo się wstydzę,
że wszystko widzę.

Przyjaciela wszechwiedzącego mam
i paru czarodziei słów znam.
Ale cóż z tego, gdy matematyka
trwa, a zegar jakby za wolno tyka.

A tu tylko funkcje trygonometryczne są.
Za oknem do Żuka pakują złom.
Przyjaciółka konspektów się uczy,
A ja piszę bzdury od których puchną uszy.

Piętnaście minut do końca tych mąk,
Lecz jakże mam wytrzymać smród rąk
Moich umazanych szkolnym brudem.
I nie wiem jak się go pozbyć - chyba cudem.

To miał być mądry wiersz,
Ale Mądra siedzi obok, wiesz?
Ukradła całą mądrość z tych strof,
a przed mym nazwiskiem nie będzie skrótu prof.

Zielona tablica, a na niej białe ślaczki
cyferki i literki, prawie jak robaczki,
Świętojańskie? Nie, dopiero marzec jest
A za oknem śniegu, śniegu, że fest!

Mądre szmery w powietrzu płyną,
a w biologicznej pewnie śmierdzi formaliną.
Już tylko siedem minut do lekcji końca.
Za oknem ni widu, ni słychu słońca.

Dzień został do wiosny, pomyśl! Dzień,
a jakoś na wiosnę zima kładzie cień.
Strona jakby kończyć zaczęła się z wolna
Ale pointa nie chce być namolna,

Puenta ma delikatna i łatwa być:
- Nauczycielu, daj uczniom bez
trudnej sztuki tej nauki żyć!
(A nie doprowadzisz nas do łez)

Jedenastka - 13 stycznia 2011, 09:34

Ellaine napisał/a:
Pierwszy znam, jakże miałabym nie znać "Dziewczyny", Leśmiana? Pamiętam, że do tekstu w podręczniku jako ilustracja do wiersza był obraz pięknej dziewczyny, grającej zdaje się na harfie - ale tego już pewna nie jestem.
Niestety nie pomnę autora obrazu.
Czytałaś kiedykolwiek ten wiersz na głos?

Ellaine napisał/a:
"Słońca" nie znałam, ale teraz znam i dziękuję Ci, Jedenastko, że mi go przedstawiłaś.
Polecam się na przyszłość 8)
Ellaine - 14 stycznia 2011, 14:16

Jedenastka napisał/a:
Czytałaś kiedykolwiek ten wiersz na głos?

Szczerze muszę przyznać, że raczej nie. Ale nie omieszkałam, gdy o to zapytałaś. (:

Poza tym udało mi się przypomnieć wiersz J.W. Goethego, o którym chciałam wspomnieć wcześniej; ale dzwoniło mi tylko, a ja nie byłam pewna z którego to kościoła. Jednak przeglądając pliki w folderze "wiersze, teksty piosenek", w poszukiwaniu tych moich marnych wierszydeł (o ich marności świadczy fakt, że nie chcecie się na ich temat wypowiadać (: ) - przy okazji znalazłam "*** (Szerokie życie, daleki świat)" Ten wiersz rozpoczynał tomik poezji Goethego, który czytałam będąc w liceum. Z tego też niewielkiego dość tomiku, oprawnego w jasnobrązową skórę, pochodził wiersz, który wykorzystałam później w pewnym scenariuszu, pisanego z okazji Pierwszego Dnia Wiosny. Konkretnie to była "Pieśń majowa". A scenariusz? Cóż, nic nadzwyczajnego. Nigdy nie został, i nie zostanie przedstawiony szerszej publice. Choć zakończenie było z przytupem na "Taktowne umieranie", Jana Brzechwy.

Być może, gdyby udało mi się stworzyć to "dzieło", tego małego potworka, na parę tygodni przed premierą... To może, ewentualnie by przeszło. Aczkolwiek Aśka (roboczo przyjmijmy, że tak miała na imię), koleżanka z klasy, stwierdziła, że "ten scenariusz jest za mało zabawny". (A ktoś inny stwierdził, że ów scenariusz jest zbyt inteligentny.) Pominę milczeniem fakt, że później wystawiliśmy przed całą szkołą tak zabawne przedstawienie, że absolutnie nikt się nie śmiał. No po prostu! Ubaw po pachy! W każdym razie, wstyd się przyznać, ale też dołożyłam swoje trzy grosze do tego wątpliwie zabawnego przedstawienia. Niewątpliwie jednak kumpel, zwany od (chyba) drugiej klasy Badylem - w roli Julii zrobił furorę (tak, wystawialiśmy "Romeo i Julię", wersję wielce skróconą - bo chyba nie trwała dłużej jak kwadrans, no, może ze dwadzieścia minut.) Zresztą Badyl ponoć już od gimnazjum miał doświadczenie grania postaci płci przeciwnej niż jego własna:

Pewnego razu, kiedy na przerwie staliśmy małą grupką tuż przy drzwiach sali lekcyjnej, opowiadał, jak to w gimnazjum grał w "Makbecie" jedną z trzech wiedźm. Nawet zacytował wówczas z wielką wprawą fragment swojej roli:
- "Palec mnie świerzbi, to dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi!"
...
Wtem otworzyły się drzwi sali, z której dumnie wyszedł prof. D.B. Jak tylko oddalił się od nas ginąc w tłumie uczniów, wybuchliśmy śmiechem. Jak widać, Badyl był wiedźmą niezwykle biegłą w magicznych arkanach!

Jedenastka - 14 stycznia 2011, 21:07

Ellaine napisał/a:
Ale nie omieszkałam, gdy o to zapytałaś.

Zrób to koniecznie! Bardzo proszę. Jeśli się wciągniesz - czytaj wielokrotnie.
A później - jeżeli będziesz miała ochotę - nagraj i daj posłuchać :)

Ellaine napisał/a:
o ich marności świadczy fakt, że nie chcecie się na ich temat wypowiadać
Możemy tu mieć do czynienia z innym faktem, Ellaine. Również świadczącym o marności. Z tym, że nie dotyczy ona (owa marność), tego co piszesz :wink: .
Ellaine - 15 stycznia 2011, 21:28

Cytat:
Możemy tu mieć do czynienia z innym faktem, Ellaine. Również świadczącym o marności. Z tym, że nie dotyczy ona (owa marność), tego co piszesz :wink: .

Oj, nie przesadzaj, Jedenastko! :) bo się zarumienię, czy coś, a w czerwonym mi nie do twarzy.

A, co do Dziewczyny to ma rytm. Może później spróbuję to nagrać, ale niczego nie obiecuję.

Swoją drogą, to znalazłam śląskie szlagry, brzmią trochę jakby ktoś je przegrywał z płyt winylowych. Dokładniej są tam trzy piosenki; jedną kojarzę, bo chyba później wykonywał ją zespół Antyki. Zaczyna się od słów "za szopką kulołech się z ciotkpm, teraz będzie gańba jak się z ciotkom spotkom"; druga piosenka jest o Antku, który szuka w wolną sobotę szynku, kaj mógłby się napić; trzecia jest chyba w najgorszej jakości i trudno słowa rozeznać, ale jest to śląska wersja piosenki "Czas relaksu". Tu można posłuchać, jeśli ktoś miałby taką ochotę.

Zresztą, ja mam lekkiego fioła na punkcie śląskiej gwary. Chyba głównie z tej przyczyny, że normalnie się nią nie posługuję, bo nie mam z kim "porzondzić". Jedyną osobą, z którą miałam bliski kontakt, mówiącą po śląsku była moja Mama. Zresztą ona też nie była w tym bardzo biegła, ponieważ jej rodzice nie mówili gwarą; przynajmniej nigdy nie słyszałam, żeby Babcia godała. No, ale Babcia była damą.
Co prawda Luby twierdzi, że jak się moja Mama rozpędzała to on absolutnie już nic nie rozumiał i uważa, że ja posiadam jakiś specyficzny akcent "śląski". Szczerze? Nic mi o tym nie wiadomo; zwłaszcza, że ktoś kiedyś mi powiedział, że absolutnie nie słychać po mnie śląskiego pochodzenia. Choć po tym, jak mi pewien kolega kilka lat temu mi powiedział, że mówię staropolszczyzną... to już nic mnie nie zdziwi! To fakt, czasem mam taki specyficzny sposób pisania, że czasownik na końcu zdania ląduje.

Piszę tę notatkę i piszę... I skończyć nie umiem. Co chwilę coś słucham na youtube; ba! nawet śląski rap. A wszystko bez te gupieloki z NOPu! Nie wiem czy słyszeliście, co oni chcą tu zrobić? 22 stycznia ponoć mają zrobić w Katowicach - Marsz Polskości. Czytałam w necie, że do NOPu mieszkańcy Śląska pisali, że ten region nasiąkł antypolsko. Śmiech na sali! Bo ta manifestacja, to będzie do 50 osób i mają prawo iść wyłącznie chodnikami. Gdyby nie to, że pewnie będę się ciężko uczyć do egzaminu z historii Polski po 1944, to może wpadłabym do centrum Katowic z kubełkiem popcornu i stanęła sobie kajś z boczku, żeby im się przyglądać ukradkiem.

Ech,... głupie myśli mi po głowie chodzą. A że nikogo nie chcę obrazić, to ich tu nie wypowiem.

Dobra, żeby nie było tak smutno. Zwłaszcza mnie, bo się zamyśliłam nieco nad tym i owym, a przyznam, że bynajmniej to nie były wesołe przemyślenia. W każdym razie, pozwólcie, że Wam przedstawię wiersz hrabiego Aleksandra Fredry: "Paweł i Gaweł" po śląsku, czyli: "Uwe i Wili". Znałam ten wierszyk jeszcze za bajtla. Niestety nie wiem, kto przełożył ten wierszyk z naszego na nasze. Poza tym jest kilka wersji.

Jedenastka - 16 stycznia 2011, 07:20

Ellaine napisał/a:
Oj, nie przesadzaj, Jedenastko! :)
Ojtam, ojtam :wink:

Ellaine napisał/a:
bo się zarumienię, czy coś, a w czerwonym mi nie do twarzy.

Nikt nie widzi.
A jeśli chciałabyś towarzystwa to mogę się zarumienić razem z Tobą.
:oops:

Ellaine napisał/a:
A, co do Dziewczyny to ma rytm. Może później spróbuję to nagrać, ale niczego nie obiecuję.
Zrób to przede wszystkim dla siebie.
To znaczy nagraj i posłuchaj sama siebie.

Ellaine napisał/a:
Dobra, żeby nie było tak smutno.

Nie zauważyłam smutku :D

Ellaine - 17 stycznia 2011, 20:24

To dobrze, że nie zauważyłaś smutku, Jedenastko.

***

O szóstej jeszcze jest szaro za oknem, a nawet prawie ciemno. Ledwo widać podziałkę na termometrze za oknem, zwłaszcza, że ta wskazująca temperatury dodatnie wyblakła od słońca. Nawet w dzień trudniej ją dojrzeć. Tym razem jednak wszystko wskazywało na to, że powróciły mrozy. Niewielkie, bo zaledwie minus cztery stopnie wskazywał termometr, ale jednak mrozy. Wbrew swoim przekonaniom pomyślałam, że to dobrze.

Wszystko jednak zmieniło się diametralnie parę godzin później. Ostatnie zajęcia w tym semestrze, a nawet roku, a może i na studiach spędziłam dzieląc uwagę pomiędzy referentów a czytaną powieść (Valerio Evangelisti, "Zamek Eymericha"). I o ile na pierwszych ćwiczeniach dotyczących historii powszechnej, gdzie usłyszeliśmy co nieco o globalizacji, Kolumbii, Nikaragui i jeszcze jednym państwie - trzymałam książkę na kolanach. To już na następnych zajęciach nie szczególnie chciało mi się kryć z tym faktem. A słowa o Balcerowiczu i wyborach kontraktowych przepływały gdzieś obok, prawie niezauważone. Z tej też przyczyny absolutnie nie miałam pojęcia, co dzieje się na zewnątrz!

Po długim oczekiwaniu na odebranie z dziekanatu kart egzaminacyjnych - w tym roku wyjątkowo późno je wydano. Zwykle mieliśmy je na dwa tygodnie przed sesją, a nie tydzień przed! Skandal. To, że na innych kierunkach, bądź innych uczelniach takie karty studenci posiadają czasem i na miesiąc przed sesją... pominę milczeniem. W każdym razie poszliśmy do docenta po wpisy. Stałam w ogonku do biurka wykładowcy, przede mną zaś kumpela, z którą przesiedziałam te pięć lat. Zwróciła się do mnie:
- Zobacz! Słońce - mówi z nabożnym lękiem. Fakt, ostatni raz słońce widziałam przez chwilę wczoraj, kiedy z siostrą wychodziłam z kina: akurat zachodziło. A wcześniej? To gdzieś na początku zeszłego tygodnia, tuż po tym jak umyłam okno. Oczywiście pod wieczór zaczęło padać. Zawsze zaczyna padać, jak tylko ma się umyte okna. Wracając jednak do uwagi mej koleżanki. Spojrzałam za okno. Rzeczywiście...
- O! rektorat skąpany w słońcu - odparłam, uśmiechnąwszy się krzywo.

Upchnęłam szalik i czapkę do plecaka, którego materiał trzyma się już tylko na "słowo honoru". Na szczęście kończę studia! Nie będzie mi więcej potrzebny. Wyszłam z wydziału na zalany południowymi promieniami plac pomiędzy budynkiem WNS a rektoratem. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam to zupełnie odmienione miejsce, nad którym ekipa remontowa pracowała w okresie wiosenno-letnim, pierwsze o czym pomyślałam to były drzewa. Niemłode, ale pewnie niezbyt stare, czyli jak cały UŚ(miechnięty). Miały niemal czarną korę, a konary powyginane i poskręcane w niesamowity sposób. Często na zajęciach, które odbywały się akurat po stronie, gdzie okna wychodziły właśnie na drzewa - służyły mi za modele. Ćwiczyłam na nich światłocienie i głębię, próbowałam oddać niewprawną ręką i przy użyciu długopisu ich niesamowite sylwetki. Tak, drzewa to jedyne czego zrobiło mi się żal, gdy zobaczyłam nowy plac przed wydziałem. To prawda, że teraz jest ładniej, czyściej i istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że coś mnie przejedzie, ponieważ zamknięto to miejsce dla ruchu samochodowego. Jest więcej miejsca, gdzie można usiąść, posadzono nowe drzewa... Ale, póki co to tylko chude jak palec patyki powtykane w ziemię.

Po odwiedzeniu głównej biblioteki i obciążeniu plecaka kilkoma naukowymi pracami, ruszyłam wolno w kierunku przystanku. Kilkaset metrów. Po drodze minęłam dystyngowanego pana, ubranego jak ja w czarny płaszcz - choć tylko do kolan. Podszedł do mnie uśmiechając się z zażenowaniem.
- Przepraszam, ma pani może chusteczkę? - zapytał po prostu. Rzuciłam okiem na jego dłonie, ubrudzone czymś czarnym. Atrament, a może smar?
- Niestety nie, przykro mi - odpowiedziałam. Westchnął tylko i rozeszliśmy się w przeciwnych kierunkach.

Puściłam sygnał Lubemu, żeby wiedział, że może do mnie zadzwonić w każdej chwili. Zadzwonił po kilku minut później. Zaczęliśmy rozmawiać o tym i owym. Przysiadłam na metalowej ławce przed Instytutem Fizyki, twarzą ku słońcu.
- To bezwstydne, żeby było tak ciepło w styczniu - skarżę się Lubemu. - Czuję się tak, jakby był co najmniej marzec! Ciągle muszę sobie powtarzać, że to dopiero styczeń. Wiesz, wczoraj byłam u siostry. Oni tam wciąż mają choinkę! Nawet nie wiesz, jak się zdziwiłam. A potem jak mi się z siebie chciało śmiać, jak sobie przypomniałam jaki mamy miesiąc. Bo wiesz, u mnie w domu to w ogóle nie czuję, że były jakiekolwiek święta. Ot, było minęło. A tam nie! To takie dziwne.

Zdecydowanie przez tę pomyloną pogodę mam dysonans poznawczy. Widzę marzec, a jest styczeń. Na szczęście w mediach zapowiadają powrót zimy. Może znów poczuję się, jakbym była na odpowiednim miejscu?

Jedenastka - 18 stycznia 2011, 07:06

Bardzo lubię czytać to co piszesz, Ellaine :) .








Obejrzyj i posłuchaj:
http://www.youtube.com/watch?v=YmxAFAvdqhs

Ellaine - 19 stycznia 2011, 20:35

Miło mi to słyszeć, Jedenastko. I dziękuję za piosenkę, daje do myślenia.

Cóż, Kai trochę agitowała, więc pozwolę sobie umieścić tutaj kolejny z moich wierszy. Los tak chciał, że wypadło na przedostatni utwór, jaki napisałam mową wiązaną - z tych sześciu, jakie posiadam i które mogłabym zaprezentować. I jest to prawdopodobnie jedyny, który ma dokładnie taką samą liczbę sylab w każdym wersie, a mianowicie po osiem.



Nadzieje

Nadzieje swoje nadziejesz
Na ostrze rzeczywistości.
Gdzie Ty się biedny podziejesz,
Gdy zostaną same kości?

Nie umrą nasze wspomnienia.
Idziemy w chmurze marzeń,
Nie słyszymy napomnienia
Życia i ludzkich oskarżeń.

Nadzieje swoje nadzieję
Na ostrze ludzkiej podłości.
Gdzie ja się biedna podzieję,
Z tą kupką moich kości?

Nie umrą te wieczne słowa,
Mądrości starej gawiedzi.
W mrok pohukuje sowa,
Śmierć nas niedługo odwiedzi.

Nadzieje swe nadziejemy
Na ostrze ludzkiej zazdrości.
Gdzie się biedni podziejemy,
Gdzie złożą te nasze kości?


10 II 2006

Jedenastka - 20 stycznia 2011, 08:33

Lubię tę piosenkę. A jeszcze bardziej obrazy do niej załączone. Można pogłębiać dysonans poznawczy i iść w stronę lata. Albo Słońca :D .

Ellaine napisał/a:
Cóż, Kai trochę agitowała, więc pozwolę sobie umieścić tutaj kolejny z moich wierszy.

Agitowała do umieszczania wierszy? To fajnie :D

Ellaine - 20 stycznia 2011, 17:24

Jedenastka napisał/a:
Agitowała do umieszczania wierszy? To fajnie

Bo ja wiem czy fajnie? Nie mnie oceniać. Ale owszem, agitowała w kwestii wierszy. :)

Jedenastka - 20 stycznia 2011, 17:37

Fajnie, owszem.
Myślę, Ellaine, że trudno jest oceniać poezję.
Wiersze to takie tłuste teksty, wielowarstwowe.

Słyszałam, że poeci to mistrzowie słowa...

Ellaine - 20 stycznia 2011, 18:09

Cóż, nie uważam się za poetę. Choć niewątpliwie mowa wiązana jest pociągająca, jednak na dłuższą metę... Nie, zdecydowanie prościej ubierać myśli w proste słowa. Choć dla bardziej skomplikowanych rozmyślań czasem brak mi słów.
A czasem słowa zastępowane są przez wyobrażenia. Rzecz w tym, że kiedy piszę to zdarza mi się myśleć obrazami. Jakkolwiek to dziwacznie brzmi. Próbowałam to nawet Lubemu wytłumaczyć, ale chyba średnio mi poszło. Normalnie, kiedy człowiek myśli słyszy pod kopułką własny głos, prawda? Przynajmniej tak to u mnie wygląda, że ciągle gadam do siebie. Z tym, że kiedy zaczynam pisać opowiadanie, czy kolejny fragment do... khem, powieści - myśli-słowa przeobrażają się w myśli-obrazy. Wtedy najchętniej odeszłabym od kompa i sięgnęła po kartkę i ołówek. To trochę deprymujące, zwłaszcza, że potem próbuję to przemienić w słowa i opisać tak, żeby ktoś kto być może to kiedyś przeczyta - zobaczył choćby mniej więcej to samo, co ja wówczas. Nie jest to proste. Jak rzekł Słowacki w Beniowskim:
"Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa;"

Swoją drogą słucham teraz RMF Classic. I tu muszę przyznać, że muzyka też często powoduje u mnie przejście na myślenie obrazami, emocjami. Czasem wrażenia są bardzo realne. Raz zaczęłam pisać opowiadanie (którego i tak nie skończyłam) od opisu padającego śniegu. Słuchałam wówczas RMF Classic. Nie pamiętam już jaki to był utwór, niestety, ale muzyka tak mi brzmiała, że opowiadanie zaczyna się od takich akapitów:

"Biały puch sypał się z nieba, wirując w podmuchach wiatru, który niósł go między cichymi kamienicami Miasta. Pojedynczy przechodnie chowali szyje i twarze w wysokich kołnierzach. Bogatsi pilnowali, by ich kapelusze nie pofrunęły w dal razem ze śniegiem. Tu i ówdzie po ulicach z cichym szelestem sunęły sanie, a zgrzyt śniegu pod ciężkimi kopytami słychać było już z dala, jak i dźwięk dzwonków przywieszonych przy chomątach.
Niebo nad miastem zaczęło ciemnieć. W oknach za delikatnymi firankami, zaczynały się zapalać pierwsze światła. Niewysoki mężczyzna przystanął przed witryną jednego ze sklepów, uśmiechnął się krzywo do swego oblicza, poprawiając kołnierz wysłużonego płaszcza. Człowiek poczuł nieodparty głód na widok słodkich babeczek wystawionych na ladzie w głębi cukierni, przy której stał. Przełknął ślinę i jeszcze raz rzucił tęskne spojrzenie na słodkości, po czym poszedł dalej, spuściwszy wzrok na trotuar."

Przepraszam, że znów cytuję siebie...

A co do wierszy, to z nimi jest o tyle zabawnie, że gdybyś zapytała mnie, Jedenastko - co autor miał na myśli, to nie byłabym w stanie odpowiedzieć. Pisałam to na tyle dawno, że mogłam chcieć przekazać tymi słowami absolutnie wszystko - lub nic. Ech, skoro już jestem takim narcyzem, że cytuję samą siebie... to pokażę jeszcze jeden wiersz. Chyba mój ulubiony, choć krótki dość, zdawać by się mogło - niepozorny.

Co Ty wiesz...

Co Ty wiesz o tym świecie?
Ptak igra w chmurach
Ty bawisz się kwieciem
Stoi mała chatka w górach
Śnieg iskrzy się pięknie
Marzenie płynie jak potok
Dotkniesz bańkę – pęknie
Mówisz: gadanie, słowotok
Lecz co Ty wiesz o tym świecie?


9 II 2006

Jedenastka - 20 stycznia 2011, 19:07

Ellaine napisał/a:
Ech, skoro już jestem takim narcyzem, że cytuję samą siebie... to pokażę jeszcze jeden wiersz.

W takim razie ja pokażę Ci jak wyglądasz, Kwiatuszku :wink:





Niepozorny wiersz, powiadasz... a czy znasz poezję ks. Jana Twardowskiego?


Na przykład:

mała litania

Święty Florianie od pożaru
święty Tadeuszu od burzy
święta Agnieszko od tego co najprościej
ocal jak szafirek
co się pojawia w kwietniu
przyjaźń w miłości
bo wierna i nie dostaje bzika

Ellaine - 20 stycznia 2011, 19:25

Och, znam poezję ks. Jana Twardowskiego. Znam. Mam nawet jeden tomik jego poezji, choć nigdy nie przeczytałam wszystkich.
A poza tym, moja droga, Jedenastko! Jak Ty mi słodzisz! :) Przez Ciebie to w piórka obrosnę... I ulecę pod sufit by wkręcić się w wentylator. Pozostanie po mnie ino kupa pierza, i śmiechu :D

Kai - 20 stycznia 2011, 20:02

Ellaine, wentylatory mają bardzo słabe łożyska, nie wkręcisz się, ale może dasz się po pleckach podrapać łopatką?

Cudne to... Przypomina mi wiersze mojej dawnej przyjaciółki. Wezmę je na spotkanie - jeśli znajdę.
I dzięki... Ty sama wiesz, za co...

Ellaine - 22 stycznia 2011, 14:41

Słowo na sobotę, aczkolwiek wiersz nie mój. Ale zaczyna mnie nosić, i jakbym miała wyrazić własnymi słowami, co czuję to myślę, że zaczęłabym rzucać mięsem. Czuję się absolutnie i doskonale niezmotywowana, aż mi się z nerwów... Ech.

Jacek Kaczmarski, "Nie lubię"
(wg W. Wysockiego)

Nie lubię gdy mi mówią po imieniu
Gdy w zdaniu jest co drugie słowo - brat
Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu
Z uśmiechem wykrzykując - kopę lat!
Nie lubię gdy czytają moje listy
Przez ramię odczytując treść ich kart
Nie lubię tych co myślą, że na wszystko
Najlepszy jest cios w pochylony kark

Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza
Nie znoszę gdy na litość brać mnie chce
Nie znoszę gdy z butami lezą w duszę
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się
Nie znoszę much co żywią się krwią świeżą
Nie znoszę psów co szarpią mięsa strzęp
Nie znoszę tych co tępo w siebie wierzą
Gdy nawet już ich dławi własny pęd!

Nie cierpię poczucia bezradności
Z jakim zaszczute zwierzę patrzy w lufy strzelb
Nie cierpię zbiegów złych okoliczności
Co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel
Nie cierpię więc nie wyjaśnionych przyczyn
Nie cierpię niepowetowanych strat
Nie cierpię liczyć nie spełnionych życzeń
Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat

Ja nienawidzę gdy przerwie mi rozmowę
W słuchawce suchy metaliczny szczęk
Ja nienawidzę strzałów w tył głowy
Do salw w powietrze czuję tylko wstręt
Ja nienawidzę siebie kiedy tchórzę
Gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych
Kiedy uśmiecham się do tych którym służę
Choć z całej duszy nienawidzę ich!

Jedenastka - 22 stycznia 2011, 17:43

Ellaine napisał/a:
Ale zaczyna mnie nosić, i jakbym miała wyrazić własnymi słowami, co czuję to myślę, że zaczęłabym rzucać mięsem. Czuję się absolutnie i doskonale niezmotywowana, aż mi się z nerwów... Ech.

Hmmmm... Ellaine, to dobrze czy źle? :wink:



Wygląda na to, że mam z kim powymieniać się wierszami, obrazami, piosenkami...

Co powiesz na Leśmiana raz jeszcze? Jeden z moich ulubionych:

(W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem)

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.


***********

Tu wersja z głosem i obrazkiem :wink: :
http://www.youtube.com/watch?v=GWqC2Vw1hPw

Ellaine - 22 stycznia 2011, 19:05

Jedenastka napisał/a:
Ellaine, to dobrze czy źle? :wink:

Źle, nawet bardzo źle. Bo tylko kiedy jest już bardzo źle to brakuje mi cenzuralnych słów i zaczynam myśleć wulgaryzmami. :)

Pokłóciłam się z Lubym z tego wszystkiego. Właściwie to nie była kłótnia, raczej bardzo nieprzyjemna rozmowa, bo ze mną się nie dało rozmawiać. No, ale nic, może jak do mnie zadzwoni niedługo to wszystko sobie wyjaśnimy. Bo mnie trochę przeszło, uspokoiłam się nieco. Odłożyłam skrypt na później, pouczę się za chwilę, a teraz siedzę i piszę powieść. Może za wiele powiedziane, po prostu piszę.

A "W malinowym chruśniaku..." lubię, zwłaszcza w wykonaniu Grechuty i Jandy. Takie bardzo brzmiące i namiętne; zresztą, takie jak wiersz.

Jedenastka napisał/a:
Wygląda na to, że mam z kim powymieniać się wierszami, obrazami, piosenkami...

Ano. Cieszy mnie to bardzo, bo rzadko mam z kim się wymieniać poezją. Albo nie wiem, że mam, bo jakoś mówienie o poezji wydaje się być czymś wstydliwym. Wydaje się być "passe". Taką zaszłością straszną, że to wiatr ze świata, którego tak niewielu dostrzega na co dzień. Zresztą też czasem wydaje mi się, że zgubiłam do niego drogę, ale czasem odnajduję... Włączam wtedy listę z piosenkami Jacka Kaczmarskiego, albo Starego Dobrego Małżeństwa. Swoją drogą, kiedyś przy innej okazji odkryłam twórczość Jacka Kowalskiego. Zdaje się poszukiwałam na YouTube pieśni średniowiecznych.

Ta piosenka bardzo mi przypadła do gustu. Jest taka zabawna.
Jacek Kowalski - Diana

Jedenastka - 23 stycznia 2011, 07:16

Ellaine napisał/a:
Źle, nawet bardzo źle. Bo tylko kiedy jest już bardzo źle to brakuje mi cenzuralnych słów i zaczynam myśleć wulgaryzmami. :)
Poczekajmy, może wyjdzie na dobre :wink: .

Ellaine napisał/a:
A "W malinowym chruśniaku..." lubię, zwłaszcza w wykonaniu Grechuty i Jandy. Takie bardzo brzmiące i namiętne; zresztą, takie jak wiersz.

"Dręczył" mnie tym wierszem polonista w liceum. Pamiętam jak kazał recytować. Mimo to mnie nie zniechęcił :wink: .

Ellaine napisał/a:
Ta piosenka bardzo mi przypadła do gustu. Jest taka zabawna.
Dziękuję, Ellaine, nie znałam tego. Zgadzam się - zabawna.

Jak to robią tu czasem na forum?
Ellaine, :bravo :mrgreen:


***********


Ellaine - 23 stycznia 2011, 10:17

Jedenastka napisał/a:

"Dręczył" mnie tym wierszem polonista w liceum. Pamiętam jak kazał recytować. Mimo to mnie nie zniechęcił

My to jedynie musieliśmy interpretować, chyba, jeśli dobrze pamiętam. Za to nie musieliśmy recytować. Do recytacji był "Deszcz jesienny", L. Staffa, "Oda do młodości", A. Mickiewicza i fragment pierwszego listu do Koryntian o miłości. I to chyba było tyle, więcej grzechów nie pamiętam (a w gimnazjum na pewno była inwokacja z "Pana Tadeusza" i Pieśń II, J. Kochanowskiego, która zaczyna się od słów: "Serce roście patrząc na te czasy!").

Swoją drogą, bardzo ładna rzeźba. Najpierw pomyślałam, że to może Michał Anioł uczynił, ale potem doszłam do wniosku, że nie każda rzeźba jego jest. Ostatecznie po nitce do kłębka doszłam, że to rzymska kopia greckiej rzeźby uczynionej przez Leocharesa, pana który żył w IV w.p.n.e. Cóż, a wrzuciłam tylko słowo Artemis do Google obrazki. I za trzecim, albo czwartym razem wpadłam na stronę Wikipedii. (((:

A co do złego to mi przeszło, teraz powinnam iść się uczyć, ale mi się nie chce.

Jedenastka - 23 stycznia 2011, 22:54

Ellaine napisał/a:
fragment pierwszego listu do Koryntian o miłości.

Masz na myśli 1 Kor 13, 1-13? Nazywany "Hymnem o miłości"?

Kai - 24 stycznia 2011, 19:49

To macie i mojego Leśmiana.

Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...

Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...

Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.

Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!

Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!

Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni...

I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.

Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...

I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!

Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!

Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.

I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!

Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!

Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?

Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.

I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

Jedenastka - 24 stycznia 2011, 19:51

Teraz może Ellaine nagra, jak czyta ten wiersz :D
Kai - 24 stycznia 2011, 20:17

Oooo tak, moje uwielbienie dla tego utworu może boleć... może jednak razem?
Jedenastka - 24 stycznia 2011, 20:25

Razem poprosimy Ellaine, żeby nagrała?
nimfa bagienna - 24 stycznia 2011, 21:18

Kai napisał/a:
Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
(...)
I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

Kai, dziękuję. Aż mnie ciarki przeszły. :shock:

Jedenastka - 24 stycznia 2011, 22:01

Dodam jeszcze wspomniany "Hymn o miłości".
http://www.biblia.pl/rozd...298&werset=7#W7




Jak szaleć, to szaleć... :wink:

Ellaine - 25 stycznia 2011, 09:32

Ach, przez sesję stałam się gościem na własnym blogu. Ale cieszę się, że nie jest pusto, kiedy mnie nie ma.

Jedenastka napisał/a:
Razem poprosimy Ellaine, żeby nagrała?

Cóż, mogę nagrać, jak znajdę czas i nastrój do deklamowania poezji.

Na razie tworzę blok komunistyczny i ów blok później obalam. Podpisuję i zrywam umowy. Kibicuję w czasie domowych wojen. Oglądam tworzenie bomb atomowych, a potem towarzyszę przy podpisywaniu traktatów wojskowych i umów rozbrojeniowych. Siedzę z tym wszystkim na łóżku, obracam w dłoniach niczym szklaną kulę; i próbuję zapamiętać. Żeby poszło mi lepiej niż wczoraj.

Tak, i o tym właśnie Hymnie do miłości mówiłam. Ciężko było się tego nauczyć na pamięć, bo to się nijak nie rymuje. Ale ostatecznie się udało.

A ja ze swojej strony pokażę Wam jeszcze wiersz Bolesława Leśmiana, skoro wszystkie go tak lubimy. Omawialiśmy go na lekcjach, ale bardzo mi się spodobał:

Bolesław Leśmian - Urszula Kochanowska

Agi - 25 stycznia 2011, 11:10

Ellaine napisał/a:
Ale cieszę się, że nie jest pusto, kiedy mnie nie ma.

Też zaglądałam, ale nie chciałam robić konkurencji koleżankom. :wink:
Powodzenia na egzaminach! :D

Jedenastka - 25 stycznia 2011, 15:58

Ellaine napisał/a:
Cóż, mogę nagrać, jak znajdę czas i nastrój do deklamowania poezji.
Poczekam.

Ellaine napisał/a:
Siedzę z tym wszystkim na łóżku, obracam w dłoniach niczym szklaną kulę
A czarnego kota masz? :wink:

Ellaine napisał/a:
Tak, i o tym właśnie Hymnie do miłości mówiłam. Ciężko było się tego nauczyć na pamięć, bo to się nijak nie rymuje. Ale ostatecznie się udało.

Dziwny pomysł z uczeniem się na pamięć.
U mnie w domu ten tekst wisi na ścianie - jak obrazek (wydrukowany na papierze czerpanym, w ramce).

Ellaine, zdania egzaminów!
(nie dziękuj)

Ellaine - 25 stycznia 2011, 17:06

Jedenastka napisał/a:
A czarnego kota masz? :wink:

Nie. Nie posiadam kota, ani psa, ani rybek, ani innych zwierząt, które normalni ludzie trzymają w domu. Czasem tylko jakiś pająk się pokaże w ubikacji, ale zwykle zostawiam go w spokoju. Pajączek zwykle chowa się pod rury odpływowe i tyle go widzieli.
Jedenastka napisał/a:
Dziwny pomysł z uczeniem się na pamięć.

Prawda? No, ale jak psor kazał to się nauczyłam.

Ech, nie rozumiem, dlaczego miałabym nie dziękować? To nieuprzejme. Ale, co do powodzenia na egzaminie to niewątpliwie się przyda. Bo co do poniedziałkowego to już nic mi nie pomoże, w sobotę są wyniki, a coś czuję, że nie poszło najlepiej.

Jedenastka - 25 stycznia 2011, 17:18

Zapytałam o czarnego kota bo zwykle towarzyszy on wróżkom/czarownicom/wiedźmom (jeden diabeł :wink: ), które widzą różne rzeczy i zdarzenia w szklanych kulach :wink: .

Ellaine napisał/a:
Nie posiadam kota, ani psa, ani rybek, ani innych zwierząt, które normalni ludzie trzymają w domu.

Nie chciałabyś mieć jakiegoś zwierzątka?

Ellaine napisał/a:
Czasem tylko jakiś pająk się pokaże w ubikacji, ale zwykle zostawiam go w spokoju. Pajączek zwykle chowa się pod rury odpływowe i tyle go widzieli.

O, jest takie przysłowie:
Szczęśliwy dom, w którym pająki są!

Ellaine napisał/a:
Ech, nie rozumiem, dlaczego miałabym nie dziękować?

Bo jest taki przesąd. Gdy otrzymujesz życzenia powodzenia na egzaminach to nie dziękujesz za nie. Żeby nie zapeszyć. Proste :wink: .


Podziękujesz, gdy zdasz egzaminy.

Kai - 25 stycznia 2011, 18:35

Urszula Kochanowska - też to uwielbiałam. Ale może zmieńmy poetę...
Oryginał:
ZŁOTY KUBEK
W szczerym polu na ustroni
Złote jabłka na jabłoni,
Złote liście pod jabłkami,
Złota kora pod liściami.
Aniołowie przylecieli
W porankową cichą porę:
Złote jabłka otrząsnęli,
Złote liście, złotą korę.

Nikt nie wiedział w całym świecie,
Ludzkie oczy nie widziały,
Tylko jedno małe dziecię,
Małe dziecię z chatki małej.

Pan Bóg łaskaw na sierotę,
Przyleciała znad strumyka,
Pozbierała jabłka złote,
Zawołała na złotnika:

- Złotniczeńku, zrób mi kubek,
Tylko, proszę, zrób mi ładnie.
Zamiast uszka ptasi dzióbek,
Moją matkę zrób mi na dnie,

A po brzegach naokoło
Liść przeróżny niech się świeci,
A po bokach małe sioło,
A na spodku małe dzieci.

- Ja ci zrobię złoty kubek
I uleję wszystko ładnie:
Zamiast uszka ptasi dzióbek,
Twoją matkę zrobię na dnie;

A po brzegach naokoło
Liść przeróżny się zaświeci,
A po bokach małe sioło,
A pod spodem małe dzieci.

Ale czyjeż ręce, czyje,
Będą godne tej roboty?
Ale któż się nim napije,
Komu damy kubek złoty?

Kto się w dłonie wziąć ośmieli,
W złotym denku przejrzeć lice?

- Sam Pan Jezus i anieli,
I Maryja, i dziewice.
Złotniczeńku, patrz weselej,
Czemu twoje w łzach źrenice?
Sam Pan Jezus i anieli,
I Maryja, i dziewice.

I cudowna parafraza

Lenartowicz

Złotniczeńku, ty na niebie,
chcę pić życie - nie mam z czego.
Zrób mi kubek, proszę Ciebie,
z szczerozłota gwiaździstego!

Zrób mi kubek! Zrób mi kubek!
Ale proszę zrób mi ładnie,
wyrzeźb wszystko w nim, co lubię;
ptaka, serce, gwiazdkę na dnie.

Zrób mi lekki i nieduży,
ale mocny zrób i trwały,
niech mi całą wieczność służy!
Chcę pić z niego dla twej chwały.

Otrzyj ręce swe z pozłoty,
którą złocisz świat po ciemku,
dla miłości, dla tęsknoty,
uczyń kubek, Złotniczeńku.

Ellaine - 26 stycznia 2011, 11:06

Oj, Kai, Kai, ale tak cytować panią Pawlikowską-Jasnorzewską bez podania jej nazwiska. Oj, nieładnie! :) O tym, że i Lenartowicza nie podpisałaś... Tyż nieładnie ;) Nie, to żebym ja tak znała oba te wiersze. Bynajmniej! Wujek Google mi podpowiedział, co jest czyje.
A oba bardzo, bardzo...

Skoro już jesteśmy przy parafrazach. To ja dla odmiany znalazłam parodię. Bolek Leśmian nam się tu przewijał parokrotnie, a ja przypadkiem, porannym spacerem przez Internet znalazłam na stronie, co się zwie poema.art wiersz Tuwima. Tak, ale czemu ja tu o Leśmianie, a tu mi Tuwim nagle się znalazł? Same zobaczycie!

Julian Tuwim Jak Bolesław Leśmian napisałby wierszyk „Wlazł kotek na płotek”

Na płot, co własnym swoim płoctwem przerażony,
Wyziorne szczerzy dziury w sen o niedopłocie,
Kot, kocurzak miauczurny, wlazł w psocie-łakocie
I podwójnym niekotem ściga cień zielony.

A ty płotem, kociugo, chwiej,
A ty kotem, płociugo, hej!

Bezślepia, których nie ma, mrużąc w nieistowia
Wikłające się w plątwie śpiewnego mruczywa,
Dziewczynę-rozbiodrzynę pod pierzynę wzywa
Na bezdosyt całunków i mękę ustowia.

A ty płotem, kociugo, chwiej,
A ty kotem, płociugo, hej!


No to hej! Wracam do nauki, do sprzątania.

Ale zanim: Jedenastko - toć XXI wiek mamy, gdzież mi wierzyć w zabobony? Swoją drogą ludzie dzisiaj bardziej zabobonni są niż w Średniowieczu. Bo wówczas ludzie wiedzieli dlaczego nie wolno robić tego, a tamtego. Dzisiaj ludzie tego, czy tamtego nie robią - bo to zapesza, ale nie wiedzą dlaczego zapesza.
Np. dlaczego nie wolno witać się przez próg? Prosta sprawa! Są co prawda dwie wersje:
1. Pod progiem dawni Słowianie chowali prochy swych zmarłych, którzy strzegli dom przed Bidą. Bida progu nie mogła przeskoczyć, ale kiedy ludzie witali się nad progiem to Bida - hyc, hyc... przeskakiwała po ich złączonych ramionach i już! była w domu.
2. W próg wbijano żelazny gwóźdź. Wszelkie złe ponoć żelaza nie lubi, jak Bida natknęła się na taki próg to po żelazie do ziemi wchodziła. No, ale jak się ludzie witali nad progiem to Bida - hyc, hyc... no i już w domu była!
Innych wytłumaczeń przesądów nie znam, ale z tym pająkiem i szczęściem w domu to chyba jednak lipa straszna. Choć i tak nie zabiję żadnego pająka, którego spotkam w ubikacji. Lubię pająki. Kiedyś chciałam mieć nawet cudaczne zwierzątko w domu. Tak jak moja Kumpela. Posiada pajęczycę - zdaje się jakiegoś ptasznika. Dawno jej nie widziałam (pajęczycy, bo Kumpelę widuję czasem), ale pamiętam, że była słodka! I cała była pokryta delikatnymi włoskami, przyjemnymi w dotyku.
Kiedyś mi się marzyło mieć zwierzątko. Początkowo standardowo - mieć psa! Ale rodzice nie chcieli. A bo, że nas piątka w domu. A, że ósme pięto. Że to, że tamto. Chciałam mieć kota, ale pewnie usłyszałabym to samo. Nawet o rybkach, ani gryzoniach rodzice słyszeć nie chcieli. Jednym z argumentów było - kto się tym zajmie, jak na wakacje wszyscy pojedziemy? A im byłam starsza tym bardziej egzotyczne stworzenia mi się podobały. I wciąż wzdycham na myśl, że mogłabym hodować jaszczurkę - agamę, czy legwana. W sumie mógłby to być nawet gekon. Tudzież o wężu mi się marzyło kiedyś...
Ale, jak się wyprowadzę, będę żyć na swoim z Lubym. To pewnie będziemy mieć zwierza jakiegoś. Prawdopodobnie psa, ale chciałabym mieć jakiegoś większego. Podobają mi się owczarki belgijskie (zwłaszcza Tervueren), ale nie wiem, czy to nie przypadkiem te, których w Polsce prawie w ogóle nie ma... Cóż, pożyjemy zobaczymy.

O bogowie nieba i podziemi! znów się rozgadałam.

Jedenastka - 26 stycznia 2011, 13:45

Ellaine napisał/a:
Innych wytłumaczeń przesądów nie znam, ale z tym pająkiem i szczęściem w domu to chyba jednak lipa straszna. Choć i tak nie zabiję żadnego pająka, którego spotkam w ubikacji. Lubię pająki.

Ellaine, symbolika pająka jest dość skomplikowana. Nie mówię, że trudna czy nie do pojęcia ale, powiedzmy, rozległa :wink: . Jak będziesz miała chwilę czasu i ochotę to zajrzyj choćby do Wikipedii (mało tam jest ale zawsze coś):
http://pl.wikipedia.org/wiki/Paj%C4%85k_w_kulturze

Ellaine napisał/a:
Kiedyś chciałam mieć nawet cudaczne zwierzątko w domu. Tak jak moja Kumpela. Posiada pajęczycę - zdaje się jakiegoś ptasznika. Dawno jej nie widziałam (pajęczycy, bo Kumpelę widuję czasem), ale pamiętam, że była słodka! I cała była pokryta delikatnymi włoskami, przyjemnymi w dotyku.

Chyba bym się bała dotknąć. Ale trzeba przyznać, że niektóre ptaszniki grzeszą urodą :wink:


Kai - 26 stycznia 2011, 21:51

Ellaine napisał/a:
Oj, Kai, Kai, ale tak cytować panią Pawlikowską-Jasnorzewską bez podania jej nazwiska.


A bo dla mnie to takie... naturalne. Że jak cytuję, to albo Ona, albo Leśmian, albo Kubiak. No i bylam mocno śpiąca, wybacz :D

Pająka pewnie bym się bała dotknąć - mam palce jak obcęgi, dlatego! Ale pytoniczkę słodziastą tuliłam kiedyś... Cudnie jedwabista i czuła...

Ladies and dżentelmen serwus, odlatujemy hen, hen
Mesie, madam, mademoiselle – luna oto nasz srebrny cel
Luna co była dotąd muzą łotrów, poetów i obwiesi
Świeci nie tylko już łobuzom, dziś jako cel najwyższy świeci.
Luna nad Rzymem, Koszalinem, nad Atenami
Spośród Aten stała się ciałem
Jako w niebie, tak i na ziemi. Amen.
A cztery wiorsty za Rykami koła po osie w piachu brną,
Het ta bułanku nie leńże się, het ta mać twoja, wio.
Zasnąć mi przyjdzie na tej drodze,
Pod nogą piach, a w głowie zamęt,
Módl się za nami teraz i w godzinę wystrzelenia. Amen.
Ladies and dżentelmen, jawą staje się sen,
Mesie, madam, mademoiselle, upp.

Ej, ludzie, ludzie cuda w tej budzie,
Tylko że buda, całe nieszczęście, coraz się bardziej w posadach trzęsie.
Równoleżniki związane drutem skrzypią jak skrzypce smutkiem zatrute.
A ja na odpust jadę do Ryk, stuka podkówką mój konik:
Stuk, stuk i stuk, stuk, stuk, stuk i stuk, stuk
Wciąż jeszcze z Ziemią jak z psem u nóg.
O dobra jesteś szara i bura i taka wierna jak stary pies.
Kręciołku cudny wokoło słońca i beczko śmiechu mokra od łez.
Puff, wystrzelili znowu na księżyc, a ja cię, Ziemio,
Lubię jak nikt.
Odpoczywanie na mym tapczanie racz mi dać, Panie, gdy wrócę z Ryk.

:)

Godzilla - 26 stycznia 2011, 23:34

Toś mi Fronczewskiego przypomniała! :D
Jedenastka - 27 stycznia 2011, 08:47

Kai napisał/a:

Ja ci zrobię złoty kubek
I uleję wszystko ładnie:
Zamiast uszka ptasi dzióbek,
Twoją matkę zrobię na dnie;

A po brzegach naokoło
Liść przeróżny się zaświeci,
A po bokach małe sioło,
A pod spodem małe dzieci.


B o s k i e.

Kai - 27 stycznia 2011, 14:53

Godzilla napisał/a:
Toś mi Fronczewskiego przypomniała! :D

A widać, że pod uśmieszkiem na dole jest link? Jaki był wtedy młodziutki :D

Godzilla - 27 stycznia 2011, 15:18

Oczywiście że link znalazłam i zaraz weszłam. Oj, młody był! :D

Miał jeszcze więcej niezłych piosenek, takich moich domowych przebojów, np. "Spowiedź kretyna" albo "W związku z tym się zapytuję".

Kai - 27 stycznia 2011, 15:51

Mnie się chyba najbardziej podobał w rolach (wokalnych) wytwornych dżentelmenów "Całuję Twoją dłoń, Madame..." W jego wykonaniu ta piosenka nabierała całkiem innego charakteru.
Godzilla - 27 stycznia 2011, 15:57

O, tak. W ogóle te przedwojenne piosenki.
Jedenastka - 27 stycznia 2011, 17:00

Kai, złoty kubek od Ciebie mnie natchnął. Natchnienie jest związane z pająkami. Kiedyś już o tym wspomniałam na forum ale blog Ellaine jest zdecydowanie lepszym miejscem.
Chodzi o to:
http://kopalniawiedzy.pl/...Peers-8609.html
W tym linku jest filmik:
http://www.wykop.pl/ramka...ajakow-w-5-lat/

***********



Ha! Ciekawe, co powie Ellaine, gdy tu zajrzy... 8)

Godzilla - 27 stycznia 2011, 17:09

Ten szal jest niesamowity. Przypominam sobie, że go widziałam. Nie wiem, czy w Twoim linku, czy jakimś innym.
Ellaine - 27 stycznia 2011, 21:26

Ellaine spogląda tutaj i mówi:
Spotkanie w Bierhalli było świetne!

A potem dodaje:
Dlaczego Jedenastka uważa, że blog Ellaine jest odpowiednim miejscem dla pajęczego szala? Niezwykłego, pajęczego szala - trzeba przyznać.
Bardzo ładny jest ów, choć to nie jest mój ulubiony kolor. Wolę bardziej maskujące barwy - zielenie, brązy i szarości. Swoją drogą - co na to Greenpeace? Ostatecznie niektóre z pajęczyc oddały życie dla tego szala! Żądam odszkodowań dla pajęczych rodzin, które utraciły w ten sposób swoją matkę, chwilową żonę, ciotkę, kuzynkę, siostrę... ;)

Poza tym Ellaine jest zmęczona na samą myśl, że jeszcze musi się pouczyć. Zwłaszcza, że przy okazji sesji ma wenę. I czuje się dumna z ponad 170 tys. znaków, które napisała od zeszłego maja. Ale, co z tych znaków się wyłoni to Wam nie powie. Choć ma ochotę się tym podzielić, jednak chyba nie wypada. Bo gdyby coś wyszło, to kto by to kupił, jakby już wszyscy wiedzieli, o co chodzi? ;))

Jedenastka - 27 stycznia 2011, 21:31

Ellaine napisał/a:
Dlaczego Jedenastka uważa, że blog Ellaine jest odpowiednim miejscem dla pajęczego szala? Niezwykłego, pajęczego szala - trzeba przyznać.

Ponieważ Ellaine jest niezwykła.

Ellaine - 27 stycznia 2011, 21:38

Khem, zatkało mnie.

Prawie tak samo jak po tym, gdy pewnego razu pewien użytkownik innego forum wyznał mi swe uczucie. Choć w jego przypadku mogłabym wysnuć wniosek, że sobie żartował.

Hm... w każdym razie to ja może jednak pójdę się uczyć.

Kai - 27 stycznia 2011, 22:13

Idź, dobra Kobieto :D Masz jeszcze parę godzin :P

Trzymamy kciuki :)

A spotkanie było... niezwykłe.

Jedenastka - 29 stycznia 2011, 14:55

Ellaine napisał/a:
Khem, zatkało mnie.

Ojtam, ojtam :wink: Przyzwyczajaj się.

Ellaine napisał/a:
Choć w jego przypadku mogłabym wysnuć wniosek, że sobie żartował.

Ja nie żartuję. Naprawdę jesteś niezwykła :D




Dziewczyny, co tak oszczędnie o tym spotkaniu?

Ellaine - 29 stycznia 2011, 19:51

Jedenastka napisał/a:
Naprawdę jesteś niezwykła :D

Pozwolę sobie Ciebie zacytować: "ojtam, ojtam ;) " :D

Oszczędnie? Być może. Ale po prostu trudno to opisać.

Swoją drogą, jadąc dzisiaj na wydział... Tak, mimo studiów dziennych musiałam przez półtorej godziny być na uczelni. Mniej więcej tyle trwało oczekiwanie na wyniki egzaminu z poniedziałku (, którego zdałam. Choć pewnie dlatego, że docent nieco naciągał oceny, ponieważ - jak sam się wyraził - jesteście już na piątym roku i nie jest moim celem oblewanie połowy z was. Ludzkich mamy wykładowców). W każdym razie, kiedy nieco przysypiając w autobusie, w momencie w którym akurat nie miałam zamkniętych oczu, spojrzałam na młode drzewka posadzone na pasie zieleni rozdzielającym pasy ulicy. I kiedy tak je obserwowałam zza szyby... przyszło mi na myśl, że wyglądają jak ogromne dmuchawce. Cienka, ciemna łodyga - to znaczy delikatny pień; a na niej puszek - czyli giętkie gałązki pokryte szronem. A, że to młode drzewka to ich korona układa się w kulisty kształt, jak puszek dmuchawca. Trochę lata w środku zimy. Poza tym dzisiaj zaświeciło słońce, rozświetlając oszronione drzewa i pobielone trawniki.

"Dmuchawce, latawce, wiatr..."

Jedenastka - 29 stycznia 2011, 23:44

Ellaine napisał/a:
Trochę lata w środku zimy.

Czekaj, czekaj... coś podobnego było w gawrze niedźwiedzia suwalskiego.
Wkleiłam tam zdjęcie wiciokrzewu. Nie spodobało mu się i usunęłam.

Kai - 30 stycznia 2011, 01:34

Jedenastka napisał/a:
Dziewczyny, co tak oszczędnie o tym spotkaniu?

Bo dość intymnie było. Chyba. Ale było bardzo miło, tak jakoś zaiskrzyło.

Jedenastka - 4 lutego 2011, 06:28

Ellaine napisał/a:
"Dmuchawce, latawce, wiatr..."
"... daleko z betonu świat"
http://www.youtube.com/watch?v=tKydLy3ZrC0

Kai - 4 lutego 2011, 18:18

Mmmmmmmmmrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr...
Ellaine - 13 lutego 2011, 10:42

Było tak pięknie przez ostatnie dwa tygodnie. Aż nie chciało się wracać - czyli jak zawsze od jakichś czterech lat. Aczkolwiek już zmężniałam przez ten czas i nie robię rozdzierających scen. Mimo to niemal zawsze proponuję Lubemu, żeby jechał razem ze mną. On jednak niespecjalnie jest za Katowicami, ja co prawda wciąż kocham moje rodzinne miasto, ale równie dobrze mogłabym je kochać na odległość.

W każdym razie zaczynam tracić wątek. Było miło i przyjemnie, ale niestety trzeba było wracać. Dosłownie dwa dni przed wyjazdem się przeziębiłam. Tak po prostu. Zaczęło się o bólu gardła po powrocie ze spektaklu granego w miejscowym MDKu. Dwóch młodzianów, których siostra Lubego nazwała - zeszłoroczny maturzysta i powtórnie pierwszoroczny student - wystawiło sztukę Sławomira Mrożka, pt. "Emigranci". Dawno nie byłam w teatrze - ostatni raz to pewnie w okolicach liceum, ale jak na mój gust, to całkiem udanie grali. Zdecydowanie podobało mi się. A że spektakl można było oglądać za frajer, to nie ma na co narzekać.

Wieczór przed wyjazdem z rodzinnego domu Lubego spędziliśmy na grze w Eurobusiness. Graliśmy w czwórkę - siostra Lubego, jego kolega, Luby i ja (osiołek jak zwykle na końcu). Niechcący doprowadziłam do bankructwa swojego, siostry Lubego i Lubego - sprzedałam Wiedeń koledze, który posiadał Innsbruck. Posiadanie Austrii zawsze się źle kończy dla reszty. 4 tys. dollarów za pobyt w hotelu we Wiedniu! Skandal. No, ale mnie udało się dzięki temu zjednoczyć Włochy i chyba coś jeszcze mi się udało przehandlować za Wiedeń. W każdym razie - Szwecja nigdy nie została zjednoczona, jak rzekłam w trakcie gry: To za Potop! Benelux się rozpadł po tym, jak siostra Lubego odwiedziła Austrię. Zresztą moje Włochy podzieliły ten sam los. I o dziwo, ani razu nie stanęłam na Parkingu Strzeżonym, za to czasem wpadałam na którąś z Kolei - niestety, kumpel, który wygrał miał w posiadaniu wszystkie cztery.
Z powodu gry w Eurobuisness nie mogłam się leczyć z przeziębienia, ponieważ siostra Lubego postawiła na stół whiskey, którą dostała od znajomych na niedawno obchodzoną osiemnastkę. Szczerze mówiąc to była średniosmaczna, ale ponieważ wcześniej wzięłam lek na pracetamolu to szybko poczułam efekty wypicia alkoholu - choć tak naprawdę w drinku było go nie aż tak znowu dużo. Cóż, zdarza się. Przynajmniej było wesoło.

Schody zaczęły się na drugi dzień, ponieważ absolutnie nie czułam się lepiej. Nie to, żebym miała kaca. Co to, to nie. Zwyczajnie w świecie miałam gorączkę, a do wyjazdu zostały jakieś cztery godziny. Ostatecznie ustaliliśmy z Lubym, że jeśli nie poczuję się lepiej to zostaniemy. Choć wiedzieliśmy, że im później wyjadę tym gorzej, wiadomo - zmiana turnusów. Poza tym Luby już od paru tygodni był umówiony w Gdyni na sesję Młotka i nie chciał zawieść znajomych. Efekt był taki, że pojechałam w piątek, tak jak było to ustalone wcześniej. Podróż nie wpłynęła dobrze na mój stan zdrowia, przyjechałam z większą temperaturą niż wyjeżdżałam. A teraz dalej czuję się paskudnie, choć już nie tak źle jak wczoraj. Zresztą temperatura to najmniejsze zmartwienie, gorzej jest z gardłem.

Ale żeby nie było tak, że ciągle tutaj narzekam. Pewnie po ogłoszeniu wyników z egzaminu, który miał miejsce 28. stycznia będę bardziej narzekać, bo nie liczę na dobry wynik. Nie po tym, jak przesunęłam datę zburzenia Muru Berlińskiego, a w kosmos wysłałam Luisa Armstronga, że wymienię najbardziej epickie z moich błędów. Poza tym należałoby napisać w końcu drugi rozdział magisterki, żeby ewentualnie móc oddać indeks możliwie wcześnie...

Jest taka melodia, którą bardzo lubię i nastraja mnie dość pozytywnie do życia. Nie jest to, co prawda jedyny taki utwór. Jednak udało mi się zapamiętać, o której był grany w radiu i sprawdzić w repertuarze cóż to za dzieło.
Saverio Mercadante - Koncert fletowy e-moll

Agi - 13 lutego 2011, 11:14

Ellaine napisał/a:
w kosmos wysłałam Luisa Armstronga,

:bravo Louisowi na pewno by się spodobało w kosmosie. :D

Fajne miałaś ferie Ellaine, mam nadzieję, że szybko uporasz się z chorobą.

Ellaine - 14 lutego 2011, 17:40

Co do choroby jest już znacznie lepiej, trochę tylko w gardle mnie drapie. Mogę już jeść bezboleśnie i gardło mi nie wysycha tak szybko jak wcześniej.

Poza tym, Kai, jeszcze raz bardzo dziękuję za książki. Dzisiaj przeczytałam pierwszą część i bardzo mnie ona ucieszyła. Strasznie dużo chemii tam jest, a nawet alchemii. Choć chyba jednak więcej chemii, musiałabym Lubego podpytać. Niektóre nazwy były ciekawe, witriole i inne takie, pewnie Luby by nie wiedział, o co dokładnie chodzi. Choć może? Kto go tam wie, w końcu to chemik. ((:

Kai - 14 lutego 2011, 20:33

Ellaine, resztę Ci chętnie pożyczę, sama chciałabym wiedzieć, jak się towarzystwo postarało z tłumaczeniem.

OMG jak śmiesznie jest czytać to po polsku!

Ellaine - 15 lutego 2011, 19:17

Dobrze, Kai. Będę pamiętać i jakby, co to się zgłoszę do Ciebie. :)

***

Z niechęcią myślałam o wyjściu z przytulnej pościeli. W końcu jednak trzeba było zwlec swoje zwłoki z wersalki i ociężałym krokiem, niewyspanego człowieka doczłapać do łazienki. Pstryk! I nastała światłość. Staję przed lustrem, w którym pojawia się zmęczone oblicze z podpuchniętymi powiekami i ziemistą cerą. W obu oczach od kącika po źrenicę widziałam paskudnie wyglądające, czerwone żyłki. Pojedyncze, tak że trudno byłoby ich nie dostrzec na tle białek.
- Może powinnam wziąć ibuprom? – myślę ospale. – Idiotka! Nie myl zmęczenia z chorobą! – fuknęło odbicie w lustrze, spoglądając na mnie z niechęcią. Może ma rację? Wzruszyłam ramionami, po czym pochyliwszy się nad umywalką obmyłam twarz zimną wodą. Niewiele pomogło. Może i poczułam się nieco mniej śpiąca, ale nerwy i tak miałam napięte do granic możliwości – niczym druty telegraficzne w czas mroźnej zimy.
Po prawie trzech tygodniach oczekiwania miałam wreszcie poznać wyrok. Zdałam, czy nie zdałam? Myśl ta natrętna nie chciała mnie opuścić, kiedy przez chwilę miałam zamiar włożyć do przeźroczystej koszulki wirtualny drugi rozdział. Głupia! Przecież masz go wydrukować dopiero na uczelni, zapomniałaś? No, tak. Zapomniałam, że miałam kupić takie coś, z takim czymś… żeby szeroka wtyczka z chyba siedmioletniej HP weszła do gniazdka USB w nowszym ze starych komputerów. Zresztą trzeba też kupić nowy kartridż lub napełnić stary. Nie lubię załatwiać takich spraw, nie znam się na tym! Jestem przecież tylko głupią humanistką. Wrzucam do torby zieloną teczkę odziedziczoną dawno temu po Dziadku, w której kryje się mój skarb – indeks i karta. Dorzucam jeszcze książkę Murakami Harukiego, na wszelki wypadek - gdyby kolejka była długa, a mnie nie chciało się w niej stać.

Słońce było piękne, niemal radosne. Ale jak to mówią: słońce świeci, ale gryzie. Mrozem. Opatuliłam się szczelniej płaszczem i poprawiłam czapkę, żeby mi uszy nie zmarzły. W autobusie usiadłam na pierwszy wolny fotel i niemal zapomniałam o bożym świecie. Nawet nie to, żebym zasnęła. Bo nie zasnęłam. Po prostu wyłączyłam się na te dwadzieścia parę minut, nawet nie pomyślałam o tym, że mogłabym zacząć czytać „Sweetheart Sputnik”. Przebudzam się z tego półsnu, półjawy dopiero w okolicy ulicy Francuskiej, gdzie oświetlona kamienica niemal razi oczy czerwienią cegły i bielą tynków. Zanim autobus dojechałam na Warszawską z nieznanych przyczyn zaczęłam zastanawiać się nad odmianą liczebnika: dwa. W końcu doszłam, że w roztrząsanym przeze mnie przypadku mówi się: dwóch panów, dwie kobiety, dwoje dzieci.

Wchodząc już w ulicę, przy której znajduje się WNS zauważyłam docenta, który właśnie wysiadał z taksówki. Tak, tego docenta, który wiedział – czy zdałam, czy nie. Westchnęłam w duchu, mimo ponad dwutygodniowego oczekiwania wcale nie było mi śpieszno poznać prawdę. Dlatego z niejaką ulgą przyjęłam widok znajomych twarzy.
Przed wydziałem dostrzegłam dwóch kolegów z roku, choć z innej grupy, obydwaj palili papierosy stojąc w niszy między murem budynku a schodami prowadzącymi do środka. Kojarzyłam ich obu, ale imię tylko jednego z nich zapamiętałam. Może ze względu na nazwisko? Nieco zabawne, ale z drugiej strony moje jest jeszcze bardziej śmieszne. W dodatku śmiesznie krótkie i niezgrabnie brzmi, zwłaszcza przy wszelkich próbach odmiany. Kończy się na „a”, więc teoretycznie powinno być łatwo i wiem, że w języku polskim praktycznie wszystkie nazwiska podlegają odmianie, także obcojęzyczne. Nawet takie jak moje, które pochodzi z języka wschodnich sąsiadów. Ale dość o tym!
- Khem, masz łupież lub jakiś biały pył na ramionach – zwracam uwagę koledze (temu, którego znam imię). Kolega niespodziewanie się obruszył.
- Dlaczego wszyscy uważają, że mam łupież! To nie jest łupież.
- Ach, w takim razie następnym razem nie przechodź koło budowy – stwierdziłam tylko, na co kolega jeszcze bardziej się oburzył. Widać moje złośliwe poczucie humoru nie przypadło mu do gustu.
- W takim razie, co to jest? - zapytał drugi kolega, przyłączywszy się do mojego obozu.
- Ech, dlatego nie lubię palić w marynarce! potem wszyscy mówią, że mam łupież... - burknął pierwszy.
- Więc palisz w ten sposób? - zaintrygowany kolega uniósł rękę z papierosem i wyciągnął ją za siebie. Nie udało mi się ukryć rozbawienia. Pierwszy natomiast spojrzał na niego coraz bardziej zirytowany, ale również zaskoczony:
- Mam to też na plecach?!
Szczęśliwie zanim doszło do otwartej wojny między naszą trójką dołączył jeszcze jeden chłopak z zupełnie innej grupy. Przez chwilę rozmawialiśmy o tym i owym, po czym po angielsku opuściłam z nim palące towarzystwo i weszliśmy wreszcie do budynku.

Przeczucie mnie nie myliło, wpisy rozdawane były już od jedenastej, a nie jak część osób twierdziła, że dopiero po dwunastej. Oczywiście znalazło się wśród dziewięćdziesięciu osób piątego roku jeszcze kilkunastu jasnowidzów, którzy jak i ja przybyli na wydział o godzinę za wcześnie. A kiedy pierwsza z osób wyszła z gabinetu docenta z wypełnionym indeksem i przekazała reszcie oczekujących ewangelię, na którą wszyscy czekali: cały rok zdał! Kamień spadł mi z serca i odturlał się po posadzce aż pod ławkę po drugiej stronie korytarza. Wystarczyło już tylko czekać na swoją kolej, w międzyczasie wymieniając się ze znajomymi ploteczkami i innymi głupotkami, typu: i co, pisałeś/aś magisterkę w trakcie ferii? Cóż, jeszcze kilka lat temu naciągnęlibyśmy dolną powiekę z wiele mówiącym pytaniem: jedzie mi tu czołg? Szczerze mówiąc, to naprawdę nie wykonywałam tego gestu od paru lat. Zabawne.

Niedawno mi się przypomniał ten gest. Jeśli mnie pamięć nie myli to było podczas ostatniej podróży do Katowic, kiedy mimochodem towarzyszyły mi trzy dziewczyny wracające do domów z pobytu w sanatorium w Kołobrzegu. Dwie były w szóstej klasie, a jedna w drugiej. W którymś momencie któraś z nich reagując na słowa koleżanki właśnie wykonała ten gest. A mnie od razu przypomniała się odezwa: „Nie rób z oka poligonu”. Poczułam się wtedy śmiesznie staro, gdy patrzyłam jak się kłócą, żartują, zachowują głośno i grają w kuku. I chyba „nie-chcący-naumyślnie” sprzedałam im również stary tekst… Kiedy jedna z dziewcząt pokazała mi karty z zapytaniem, a co to takiego? (Wcześniej podpowiedziałam jej, że ma „rowerek”, więc chyba dlatego uznała mnie za kogoś, kto zna się na rzeczy) Szczerze mówiąc, miała każdą kartę z innego koloru, w tym dwie figury. Niewiele myśląc odparłam:
- To się nazywa „każda krowa z innej obory”.
Dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona, ale szybko się rozchmurzyła. A określenie chyba przypadło do gustu całej trójce, bo powtarzały go później wielokrotnie (w myśl równie wiekowej, acz dość złośliwej zasady „nauczyć *beep*…”).

Innym razem przez zupełny przypadek posłałam w świat hasło odziedziczone po Dziadku, tacie mojej Mamy. Nie pamiętam Dziadka najlepiej, ponieważ zmarł, kiedy miałam zaledwie osiem lat. Prawdę powiedziawszy lepiej pamiętam jego pogrzeb i stypę, niż jego samego. W każdym razie to było po powrocie z wakacji, musiałam być jeszcze dzieciakiem gdzieś pod koniec gimnazjum. Wcześniej nie miałam Internetu. Zresztą pierwszy pecet, jaki pojawił się w domu to był czas, kiedy miałam jakieś dwanaście lat. Wcześniej wystarczało nam Comodore64, a jeszcze wcześniej gry wideo, których nazwy nie pomnę. Wiem tylko, że dostaliśmy je na Gwiazdkę i joysticki eksploatowały się bardzo szybko, przy C64 także.
Ale, żeby dojść w końcu do meritum – po powrocie z wakacji ustawiłam sobie na GG opis, który brzmiał mniej więcej tak: „Co przywiozłam z wakacji? Dwie rzeczy! *beep* i nic”. Jakimś cudem i nieznanym mi sposobem, paru znajomych mojej siostry miało mój nr GG, dlatego też poznali tę cudną odpowiedź na pytania, na które nie chce się udzielić odpowiedzi – z czystej złośliwości, rzecz jasna.

Potrafię pisać o bzdurach, prawda? Nie wiem tylko, czy powinnam być z tego dumna, czy raczej należałoby stanąć w kącie i się wstydzić. Skoro już przy bzdurach jestem, po otrzymaniu wpisu oczywiście nie poszłam od razu do domu. To byłoby zupełnie nonsensowne! Było nie było, wyszłam z domu po raz pierwszy od trzech dni, więc niespecjalnie mi się spieszyło. Otóż, ktoś z kolejki zauważył na kartce, gdzie wydrukowano godziny dyżurów prowadzących zajmujący ów gabinet, że docentowi ktoś bardzo miło wypisał czas dyżurowania: "wtorek, godzina 11.00 – 11.00". Doszłam do wniosku, że docent przyjmuje swych studentów w Międzyczasie, po prostu. Większość, którym przedstawiłam taką konkluzję, zgodziła się ze mną. W ten sposób poczułam się wielce doceniona przez koleżanki i kolegów.

A tak poza tym, jak jutro oddam indeks i kartę do dziekanatu to będę mogła z czystym sumieniem powtórzyć, co już i dzisiaj powiedziałam: semestr dziewiąty przeszedł do historii.

Post scriptum: Bogowie nieba i podziemi! Znów napisałam notkę na dwie strony i trochę. Proszę o wybaczenie, ale nie wymagajcie, że obiecam poprawę. Jestem absolutnie niereformowalna, zwłaszcza, kiedy słowa same płyną wartkim potokiem*, niczym Biała (lub Czarna) Wisełka spływająca po zboczu Baraniej Góry.

*Czy to objaw grafomaństwa? Czy może ekshibicjonizmu słownego?

Ellaine - 16 lutego 2011, 18:19

Na parkingu w dzień (niekoniecznie) targowy,
takie oto słyszy się rozmowy…


Dobrze, darujmy sobie naśladowania z Jana Brzechwy! Przejdę, więc bez zbędnych wstępów prosto do sedna sprawy:

Wracając z uczelni, żeby dotrzeć na przystanek autobusowy muszę przejść koło wieżowca-hotelu i mimochodem przecinam wówczas niewielki parking. Duży parking, chyba mający ze trzy piętra na minusie znajduje się pod ziemią (stąd te minusy, oczywiście). Wczoraj, jak zwykle szłam tą samą drogą. Na owym parkingu – tym na poziomie zero, nie tym podziemnym – stało dwoje ludzi: pani parkingowa w rzucającej się w oczy pomarańczowej kamizelce i pewien pan, zapewne właściciel samochodu, obok którego obydwoje stali. Nie zwróciłam uwagę, ani na to jak wyglądali rozmówcy, ani samochód. Konwersacja tych państwa dotarła do moich uszu niejako przypadkiem, ponieważ absolutnie nie zatrzymywałam się przechodząc nieopodal nich.

Ona w pełni służbowym tonem:
- Złoty pięćdziesiąt się należy.
On zdaje się zaczął szukać drobnych.
Ona się odzywa w międzyczasie:
- Bo inaczej to będę musiała zarekwirować samochód.
On, lekko przestraszony:
- Ale on jest bezcenny!
Ona, z pełnią satysfakcji w głosie:
- No, właśnie!
On, kontynuując wcześniejszą myśl:
- Nikt takiego nie ma.
Ona ze śmiechem dodaje:
- Tym bardziej! zarekwirowałabym go dla siebie!

Dalszej wymiany zdań niestety nie dosłyszałam, ponieważ odeszłam od tej pary już tak daleko, że hałas, jaki czyniły auta jadące aleją Korfantego, zagłuszył słowa. Przez to teraz nie wiem jak potoczyły się dalej losy bezcennego i jedynego w swoim rodzaju auta.

A tak poza tym, jak już Wam wspomniałam czytam powieść Murakami Harukiego*, „Sweetheart Sputnik”. Zastanowiło mnie jedno zdanie, które było już zaznaczone przez innego czytelnika niebieskim długopisem. Bo chyba nie muszę dodawać, że to książka z biblioteki miejskiej. Och, pamiętam, jak się zdziwiłam, kiedy znajomi mówili, że czytają książki tak, żeby nie złamać ich grzbietu. Byłam w szoku, bo zwykle nie dbam o to. Złamie się? Trudno. Nie złamie? Tym lepiej. Mogę się przyznać tylko do jednej fanaberii - jeśli mam więcej niż jedną książkę tego samego autora, to zwykle stoją obok siebie. Kiedyś nawet zauważyłam, że poukładałam część książek alfabetycznie wg nazwisk (choć nie wszystkie, tylko fantastykę polską, gdzieś pomiędzy wmieszał mi się Neil Gaiman); a drugą moją fanaberią jest to, że w przypadku wielotomowego cyklu ustawiam je w kolejności od prawej do lewej zamiast jak Bóg przykazał od lewej do prawej.
Ale, o czym to ja? A, no tak! Cytat miałam przytoczyć. Właśnie... tak bardzo spodobało mi się to zdanie, że nie mogłabym się nim z Wami podzielić. Nie oczekujcie jednak wesołej treści:
„Bo Ziemia nie po to z takim trudem krąży wokół Słońca, by ludzie beztrosko się na niej bawili.”
- Murakami Haruki w „Sweetheart Sputnik”, Warszawa 2003, s. 18. Tłumacz: Aldona Możdżyńskia.

*już w poprzednim poście to zrobiłam, ale cóż... skoro to Japończyk to i napisałam tak, jak się u nich pisze - najpierw nazwisko.
A książki już właściwie nie czytam, bo przed chwilą skończyłam.

Jedenastka - 17 lutego 2011, 16:25

Ellaine, miło Cię znów widzieć :D
Ja jestem w Busku Zdroju, w sanatorium, odpoczywam i czytam... na przykład Twojego bloga. Dobrze, że tu jest.

Ellaine - 17 lutego 2011, 19:10

Ciebie również, Jedenastko. Przyjemnego pobytu w sanatorium, tak swoją drogą.
Właśnie jakiś czas temu zauważyłam, że jak wyjeżdżam do Lubego to zwykle nic nie piszę. Cóż, zwykle nie mam czasu, żeby siąść przy kompie. Zresztą nieważne.

Tak mi się właśnie przypomniało, że razem z Kai prosiłyście mnie o nagranie "Dziewczyny" Leśmiana. Nagrałam, jak jeszcze miałam chore gardło, i w trakcie doszłam do wniosku, że to chyba zbyt duże wyzwanie interpretatorskie dla mnie. Wiersz jest absolutnie bezbłędny i chyba boję się go skalać swoim głosem.

W każdym razie, napisałam scenę, o której myślałam od jakichś trzech dni. Wyszła inaczej niż myślałam, ale chyba jest całkiem fajna. Mam nadzieję. Pan redaktor pewnie i tak powie, że jest do bani. Ale on jest do tyłu z lekturą, bo z powodu ważniejszych obowiązków wciąż nie przeczytał pierwszych 37 stron, które mu kiedyś podesłałam.

A dzisiaj właśnie osiągnęłam magiczną liczbę 100 stron. Jeszcze raz tyle i myślę, że powinnam skończyć. Ponieważ zaczęłam w maju to jestem dobrej myśli, że do końca roku się uda. W każdym razie to tak naprawdę zaczęłam sześć i pół roku temu, ale to już inna bajka zupełnie! Kiedyś nawet napisałam szort z dedykacją dla postaci tej fabuły. Zabawne prawda? Albo głupie, zależy jak na to spojrzeć. Póki co się nie zastanawiam, co zrobię, gdy już skończę. Być może nic nie zrobię, wydrukuję, zbinduję i schowam do szafki jak to zrobiłam z inną powieścią.

Bogowie nieba i podziemi! Dawno nie miałam tak doskonałego humoru. Jadę jutro do przyjaciółki, której nie widziałam od września. Wyjeżdżam rano, wracam w sobotę. A w sobotę jestem umówiona na wieczór z Lucyferią i jeszcze jedną kumpelą z liceum, może będzie też Badyl. Chłopaka wywiało do Łodzi z tego, co pamiętam, więc jego to nie widziałam już z parę lat. Dorosłość jest taka paskudna, że się ludzie rozjeżdżają po świecie.

Ale póki co mam dobry humor. I właśnie zastanawiam się jakie wino kupić na jutro, szczerze nie mam pojęcia jakiego rodzaju koleżanka lubi. Mnie smakują czerwone półwytrawne i białe półsłodkie; choć bynajmniej nie jestem koneserem, bo rzadko mi się zdarza, żebym dwa razy piła to samo wino. I piję tak rzadko, że nigdy nie pamiętam, co piłam kiedyś i czy to było dobre. Ale chyba kupię pod mój gust, najwyżej sobie posłodzi.

Wyznam Wam w sekrecie - zawsze w ten sposób kupuję prezenty, wg własnego gustu. Nie potrafię wczuć się w osobę i myśleć - co jej może się spodobać. Myślę zwykle: skoro mnie się podoba to jej/jemu też powinno. ;) Ale z drugiej strony staram się podarować coś, co może się tej osobie przydać, czy coś w ten deseń. Co prawda jestem strasznie wybrednym człowiekiem, jeśli już wybiorę się na zakupy, i trudno mi wówczas coś wybrać. Najgorzej jest jak kogoś znam dość pobieżnie i wtedy w ogóle nie wiem, co kupić. Bratu Lubego i jego żonie na wigilię ostatnio kupiłam ceramiczne kubki ręcznie malowane, bo już zupełnie brakowało mi pomysłu. Kubki teoretycznie były takie same, ale wzór różnił się detalami właśnie dlatego, że był ręcznie robiony. :)

Jedenastka - 17 lutego 2011, 21:27

Dziękuję Ellaine :)

Ellaine napisał/a:
Tak mi się właśnie przypomniało, że razem z Kai prosiłyście mnie o nagranie "Dziewczyny" Leśmiana. Nagrałam, jak jeszcze miałam chore gardło, i w trakcie doszłam do wniosku, że to chyba zbyt duże wyzwanie interpretatorskie dla mnie. Wiersz jest absolutnie bezbłędny i chyba boję się go skalać swoim głosem.

Skalać?! Nie wierzę, Ellaine, że mogłabyś skalać ten wiersz.
Ale rozumiem, że zrezygnowałaś z nagrania :)

Ellaine - 17 lutego 2011, 21:34

Jedenastka napisał/a:
Ale rozumiem, że zrezygnowałaś z nagrania :)

Jeszcze nie wiem, czy zrezygnowałam. Może jeszcze raz spróbuję. Może muszę nabrać więcej odwagi.

A tak poza tym to jednak się przełamałam w kwestii wina. Zadzwoniłam do przyjaciółki z pytaniem, jakiego rodzaju wina preferuje. A ona: te bardziej słodkie. Ale zaraz, Aniu, co ty kombinujesz? A ja na to: nic, zupełnie nic...
I dopiero potem poszłam do sklepu. Mołdawskie półsłodkie, mam nadzieję, że ten "Stary Mnich" się okaże dobry.

Kai - 17 lutego 2011, 21:58

Ellaine, a może nagramy to razem? Mam za sobą ze 30 lat recytowania i z 8 lat na scenie. Pobawimy się? A Dziewczynę po prostu uwielbiam.
Zrobimy próbę w Bierhalli - ja tekst znam na pamięć, ale mogę wydrukować. Xan oceni :D

Godzilla - 17 lutego 2011, 22:02

Fajnie wam. Też bym sobie z wami do Bierhali poszła. Daleko trochę :(
Kai - 17 lutego 2011, 22:04

Godzilla, tylko 2,5 h ekspresem
Może jednak kiedyś zajrzysz?

Jeśli nie to ja się w czerwcu wybieram na Iron Maiden ale nie tylko na sam koncert, chcę poznać ludzi z Wawy :D

Godzilla - 17 lutego 2011, 22:09

No to fajne plany! Kto wie, może i ja kiedyś odwiedzę Wrocław. Nigdy nie byłam, pomijając jedną przesiadkę dawno temu. Tylko ja to się zawsze wybieram jak sójka za morze.

Da się tam przenocować za jakieś rozsądne pieniądze?

Jedenastka - 18 lutego 2011, 14:47

Ellaine napisał/a:
Jeszcze nie wiem, czy zrezygnowałam. Może jeszcze raz spróbuję. Może muszę nabrać więcej odwagi.
Kai napisał/a:
Ellaine, a może nagramy to razem? Mam za sobą ze 30 lat recytowania i z 8 lat na scenie. Pobawimy się? A Dziewczynę po prostu uwielbiam.

Dziewczyny, byłoby świetnie! :D

Kai, naprawdę? Jestem pod wrażeniem.

Ellaine - 18 lutego 2011, 15:59

Godzilla napisał/a:
No to fajne plany! Kto wie, może i ja kiedyś odwiedzę Wrocław.

Ależ Godzillo! dlaczego Wrocław, przeca my są w Katowicach i okolicach (co by się Kai i xan urażeni nie poczuli ;) ).

Tylko nie wiem jak wygląda baza noclegowa w Katowicach. Nigdy się tym nie interesowałam.

Kai napisał/a:
Ellaine, a może nagramy to razem? Mam za sobą ze 30 lat recytowania i z 8 lat na scenie. Pobawimy się? A Dziewczynę po prostu uwielbiam.

Propozycja zdecydowanie kusząca i intrygująca, niewątpliwie. Ostatnio się umawiałyśmy na gotowanie? :P co prawda ja gotować nie umiem, ale chętnie popatrzyła i się pouczyłabym.

Godzilla - 18 lutego 2011, 16:11

Przepraszam Wrocław i Katowice, czasem (czasem :mrgreen: ) bywam nieprzytomna i coś mi się zajączkuje. I tu i tam by się pojechało, tylko jak...
Jedenastka - 18 lutego 2011, 18:17

Ellaine napisał/a:
Ostatnio się umawiałyśmy na gotowanie? :P co prawda ja gotować nie umiem, ale chętnie popatrzyła i się pouczyłabym.
Ja też, ja też! :wink:
Kai - 18 lutego 2011, 18:41

Jedenastka napisał/a:
Jestem pod wrażeniem.
To nie bądź. Udawanie to niewielka sztuka. Choć muszę przyznać, że czasem mi się strasznie podobało. Przydługa historia i w sumie szkoda na nią słów.

Ellaine, to jak, mam przynieść ze sobą jakiś tomik? Bo "Dziewczynę" znam na pamięć. Przećwiczymy na Xanie? Ooo, już wiem, wkręcę Cię w Kalevalę!

Ellaine - 18 lutego 2011, 22:55

Kai, moja droga, czy Ty mi grozisz na moim własnym blogu? Co to znaczy, że mnie "wkręcisz"? :P Poza tym, jeśli masz ochotę to przynieś jakiś tomik, a "Dziewczyny" to ja nie znam na pamięć.

A tak w ogóle to pozdrowienia z Częstochowy.

Jedenastka - 18 lutego 2011, 23:49

Kai napisał/a:
Udawanie to niewielka sztuka.

Kai, nie mogę się z Toba zgodzić :wink:
Nie wszyscy tak samo biegle uprawiają ten sam rodzaj sztuki.

Kai - 19 lutego 2011, 12:37

Ellaine napisał/a:
Co to znaczy, że mnie "wkręcisz"?
Że będziesz czytać Kalevalę :D

Nic takiego strasznego, jutro wydrukuję, to przepiękny poemat.

Jedenastka właśnie dlatego jestem inżynierem, a nie zawodową aktorką, choć kiedyś miałam na to ochotę. :twisted:

Jedenastka - 19 lutego 2011, 12:46

Kai napisał/a:
Jedenastka właśnie dlatego jestem inżynierem

Klimat młotów w Dziewczynie jest ok, prawda? :mrgreen: :wink:

Ellaine - 21 lutego 2011, 20:19

Kai napisał/a:
Że będziesz czytać Kalevalę :D

Nic takiego strasznego, jutro wydrukuję, to przepiękny poemat.

Hm. Przeczytam, jeśli mi podpowiesz jak czyta się w tym nazwy własne, zwłaszcza te z umlautami. Widziałam fragmenty przetłumaczone przez Jana Brzechwę, poemat ciekawy, ale nazwy zabójcze jak przystało na północny tekst. (:

Bogowie, jest tak zimno, że myślałam iż mi skóra pod oczami zamarznie i odpadnie. A tak poza tym to mam szatański plan na środę, ale pewnie z lenistwa nie uda mi się go zrealizować w pełni. Bo to by oznaczało, że od rana do późnego wieczora nie byłoby mnie w domu. W dodatku byłoby jasną oznaką, że robię cokolwiek, żeby napisać magisterkę. No, ale dzięki temu miałabym powód, żeby przyjechać do Silesii godzinę wcześniej i zjeść z Kai tajskie żarcie. Prawda, Kai, że masz zamiar być w Silesii koło 17stej?

Z drugiej strony wiem, że należy "nie planować i nie marzyć, co się zdarzy to się zdarzy"*. Zobaczymy, jak to się potoczy wszystko.

*Jacek Kaczmarski, "Postmodernizm". Niegdyś znałam to na pamięć, może nadal znam, ale nawet o tym nie wiem?

Kai - 21 lutego 2011, 20:43

Ellaine napisał/a:
Prawda, Kai, że masz zamiar być w Silesii koło 17stej?
Zdecydowanie, nigdy nie atakuję Bierhalli bez tajskiego podkładu :)
Ellaine - 23 lutego 2011, 14:22

Szatański plan z powodu siarczystego mrozu skurczył się jak metalowy pręt pozostawiony na tymże mrozie. Wykonanie planu mogłabym określić jako 35%, co w sumie całkiem nieźle jak na moje możliwości i lenia, którego sobie niegdyś wyhodowałam. Zwłaszcza, że dzień się jeszcze nie skończył i końcówka planu czeka na wykonanie.

Oryginalnie plan wyglądał tak: Rano jadę do promotorki po rozdział z jej uwagami. Potem jadę na cmentarz odwiedzić Mamę i Dziadków. W drodze powrotnej wysiadam na Józefowcu, żeby w Archiwum Państwowym złożyć zamówienie na parę teczek. Wracam na Uczelnię, żeby skorzystać z czytelni biblioteki wydziałowej. Następnie idę do Silesii, oglądam witryny sklepowe, spotykam najpierw Kai, potem całą resztę.

Niestety, kiedy rano wstałam było -15 stopni, co zmusiło mnie do podjęcia paru decyzji. Przede wszystkim zrezygnowałam z wizyty na cmentarzu, co mam nadzieję zostanie mi wybaczone przez Przodków. Zwłaszcza, że chciałam z Nimi pobyć, a mróz uniemożliwiłby mi spokojną kontemplację i metaforyczną rozmowę z Nimi. W końcu to brak szacunku przychodzić na pięciominutowe odwiedziny.

O mały włos przegapiłabym wysiadkę w Katowicach, bo przysnęło mi się podczas jazdy autobusem. Obudziłam się, kiedy maszyna ruszała z docelowego przystanku. Na szczęście następny jest tuż za Rondem i trasa do przejścia z Alei Wojciecha Korfantego na Wydział nie jest wiele dłuższa niż z Alei Walentego Roździeńskiego. Nawet droga jest nieco prostsza. Mniejsza o większość.

Poczułam się nieco jak nadgorliwiec, kiedy pocałowałam klamkę gabinetu pani promotor. Szczęśliwie jednak chwilę później pojawiła się w korytarzu. Wrażenie jednak pozostało, ponieważ byłam jedynym seminarzystą, który się zjawił. Coś czuję, że rzadko będę widywać pozostałe osoby z grupy seminaryjnej. Szkoda, wydawali się być całkiem fajnymi ludźmi. Nawet "Pan Marszałek", który wydawał mi się nieco zadufanym w sobie studentem historii oraz prawa. No, ale nie mówi się źle o nieobecnych.
Za to poczułam się doceniona, kiedy pani promotor stwierdziła, iż niewiele mam tam do poprawy. Ładne, zwięzłe i na temat. Super! O, a przy okazji udało mi się załatwić zaświadczenie, że jestem seminarzystką. Na co mi takie coś? No właśnie do Archiwum, żeby mi nie odmówili udostępnienia archiwaliów z zespołu "Polski Komisariat Plebiscytowy dla Górnego Śląska w Bytomiu". Czasem robią problemy, choć mnie już raz się kiedyś udało skorzystać z usług pracowni naukowej AP w Katowicach, zwanej dalej "akwarium". Było wówczas prawie bezproblemowo. Ale rozbroił mnie tekst pani promotorki:
- To pani pójdzie jeszcze do sekretariatu po pieczątkę Instytutu, oni tam [w Archiwum - przyp. E.] lubią pieczątki.

Coś czuję, że jutro zaszyję się w Archiwum... Dzięki SEZAMowi wiem, czego się spodziewać. Wiecie, że ten zespół ma 307 jednostek archiwalnych (czyli, że teczek i ustawione na półkach zajmują prawie 2 metry). Na szczęście z opisu szczegółowego zamieszczonego w SEZAMie można się zorientować, co znajduje się w poszczególnych teczkach. Mnie osobiście najbardziej będą interesować materiały propagandowe, które zawierają jednostki oznaczone sygnaturami 264-307. Co to jest? 40 teczek! Masakra, będę chyba musiała zamieszkać w Archiwum (a przynajmniej czwartek i piątek będę mieć z głowy). Chyba, że najpierw pozwolą mi skorzystać z inwentarza, no ale zobaczymy, pożyjemy. I w ogóle.
Swoją drogą NDAP (Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych. Kiedy uczyłam się tego skrótu to, co i rusz wychodziło mi z tego NSDAP :/ ) ma fajne skróty dla swoich baz danych, poza SEZAMem, czyli: Systemem Ewidencji Zasobu Archiwalnego, jest jeszcze IZA, gdzie spisywane są Inwentarze Zespołów Archiwalnych, ELA - Ewidencja Ludności w Archiwaliach oraz PRADZIAD - Program Rejestracji Akt Metrykalnych i Stanu Cywilnego. Łatwo się było ich nauczyć na kolokwia z Wstępu do Archiwistyki, czy Informacji archiwalnej, nie pamiętam już dokładnie, bo to się przewijało przez niemal wszystkie zajęcia związane z moją specjalnością (może poza Rozwojem form kancelaryjnych, Neografią i Translatorium z j. łacińskiego oraz z j. niemieckiego).

Wiecie, że już nie wiem, co właściwie chciałam napisać na początku? W międzyczasie się zamyśliłam, potem jeszcze Luby zadzwonił i zupełnie wybił mnie z wątku. Ach! Mówiłam o realizacji szatańskiego planu. Tak, zamiast pojechać na cmentarz i po drodze zahaczyć o AP zaszyłam się na całe przedpołudnie w czytelni WNSu. Przejrzałam chyba z dwadzieścia roczników kwartalnika "Zaranie Śląskie" (od 1981 do 2007, z tym, że w latach 90. była spora wyrwa). Na te parędziesiąt zeszytów znalazłam może pięć artykułów, które w pewnym stopniu zahaczają o interesującą mnie tematykę. W sobotę mam w planach przejrzeć roczniki dwóch innych czasopism. Kompletowanie bibliografii do pracy magisterskiej na pół roku przed obroną to trochę takie rychło w czas, prawda? Cóż... Z drugiej strony lepiej późno niż za późno. Poza tym kto powiedział, że będę bronić się za pół roku...? Marzyć dobra rzecz.

W dodatku po powrocie do domu zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej nie praktykowałam. Zaparzyłam sobie kawę! Jeszcze rok temu powiedziałabym, że nie cierpię kawy. Pomyślałam jednak, że to dobry pomysł na rozgrzanie się i odegnanie senności. Z tym, że średnio pomogło. Może dlatego, że w tej kawie było więcej mleka niż kawy? Hm...

Ellaine - 25 lutego 2011, 22:01

I jak tu nie wierzyć przysłowiom? Idzie luty – podkuj buty. Śniegu wiele nie ma, za to mróz trzyma taki, że trzeba uważać na chodnikach. Ulice są aż białe od szronu. A zaśnięcie w autobusie grozi śmiercią z wychłodzenia. Dobra, w przypadku tego ostatniego przesadziłam, ale można bardzo zmarznąć. Przytrafiło mi się to wczoraj, gdy wracałam do domu. Ale najpierw…

Budzik niemiłosiernie dzwonił, starając się mnie wyciągnąć tuż po siódmej spod pierzyny przykrytej kocem. Z właściwym sobie ociąganiem zwlekłam się z łóżka, czując jak chłód panujący w pokoju atakuje moje ciało. Najpierw stopy, potem łydki, przesuwa się wyżej, przebiega dreszczem wzdłuż kręgosłupa aż ostatecznie dociera do czubka głowy. Cóż, nie jest to może zbyt miłe uczucie, ale rozbudza lepiej niż kawa i zachęca do szybszego odzienia się.

Po prawie godzinnej jeździe autobusem, oczywiście nie ogrzewanym, bo dlaczego miałoby być ciepło w busie, kiedy na zewnątrz jest minus piętnaście? Miałam mocne postanowienie, że nie zasnę, tylko będę czytać drugi tom książki, którą sprezentowała mi Kai swego czasu. Nie udało się. Nie pamiętam nawet w jaki sposób dotarłam do Katowic. To znaczy wiem, jechałam autobusem. Ale stało się to tak nagle! Otworzyłam oczy, a tu już mijamy przystanek przy III Liceum Ogólnokształcącym im. A. Mickiewicza i chwilę później skręcamy w ulicę Sokolską. No, teraz już nie mogłam zasnąć, bo zamiast wysiąść tam gdzie bym chciała to jeszcze wylądowałabym w Siemianowicach Śląskich. Ostatecznie jednak nie przegapiłam docelowego przystanku, zwie się: Józefowiec Szpital. Kiedyś bywałam tam niemal co tydzień, ewentualnie, co dwa lub trzy. Wtedy jednak musiałam wstawać o szóstej, a czasem nawet i wcześniej, żeby zdążyć na ósmą. Rzuciłam okiem na zegarek – punkt dziewiąta. Opatuliłam się szczelniej płaszczem i przeszłam na drugą stronę ulicy, następnie kilkanaście metrów w kierunku Siemianowic, po czym skręciłam w uliczkę przy Carrefourze.

- Dzień dobry, ja do pracowni naukowej – mówię uprzejmie do pana w stróżówce.
- Dowód poproszę – padła sucha odpowiedź. Po otrzymaniu dokumentu z powrotem oraz plakietki z napisem „Gość Archiwum 15” (dzisiaj to było „Gość Archiwum 2”), mogłam wejść głębiej w budynek Archiwum Państwowego w Katowicach. W pewnym oddaleniu, na lewo od pierwszego budynku AP znajduje się Instytut Pamięci Narodowej w Katowicach, nigdy tam nie byłam.
Ach, kto by pomyślał! Nie było mnie w Archiwum rok, a może dłużej. Wtedy nie potrzebowałam żadnej plakietki, nikt nie żądał ode mnie dowodu. Witało się tylko z ochroną i mówiło „my na zajęcia do…”, po czym wychodziło przeszklonymi drzwiami po prawej – znów na zewnątrz, a później szło raźnym krokiem nieco pod górkę, po kocich łbach, zakręcało się koło budynku – głównego magazynu, a za niewielkim obszarem powiedzmy umownie – parkowym – znajduje się budynek nr 10, gdzie AP wypożycza UŚ dwie nieduże salki, gdzie odbywały się zajęcia. Dalej się odbywają, tylko już nie z moim udziałem. Ech, szkoda, było fajnie. Zwłaszcza, jak któregoś razu majową porą zrobiliśmy zajęcia na zewnątrz. Rozłożyliśmy się na trawie (w tym „parku”) i powtarzaliśmy materiał do kolokwium, albo już do egzaminu? Przyuważyłam wówczas sójkę, skaczącą między krzaczkami, chwilę później odleciała. Czy za Morze? Kto ją tam wie.

Po umieszczeniu płaszcza i torby w przeznaczonej do tego szafce. Dzięki bogom, miałam w portfelu piątaka, bo inaczej mogłoby być niewesoło! Z kluczem od szafki w kieszeni, plakietką przyczepioną w pasie, teczką pod pachą i duszą na ramieniu otworzyłam przeszklone matowym szkłem drzwi do pracowni naukowej.
Formalności zajęły mi chwilę. Musiałam wypełnić „Zgłoszenie użytkownika”, które to wypełnia się, kiedy pierwszy raz w danym roku człowiek korzysta z zasobów archiwum. Imię, nazwisko, adres, nr dowodu osobistego… A, no tak. Cel w jakim się będzie grzebać w aktach, ewentualny zleceniodawca i zespół lub zespoły, które nas interesują (Dead Can Dance, Trans Siberian-Orchestra, Carrantouhill…). Dobra, żarty na bok!
- Hm… a ma pani dokument z uczelni? – zapytała mnie archiwistka o miłej i dziwnie znajomej oku aparycji. Ciągle mam wrażenie, że już ją kiedyś widziałam. Może skończyła studia dwa lub trzy lata temu? Może rzeczywiście widziałam ją na uczelni? A może tylko tak mi się wydaje.
- Tak, mam – z dumą wyjmuję z teczki zaświadczenie od pani promotor, że jestem jej seminarzystką. Ha! Jednak dobrze myślałam, że będzie potrzebne. I pewnie pani promotor miała rację, że w archiwum lubią pieczątki.
- Czy mogłabym prosić o inwentarz do tego zespołu? – zapytałam uprzejmie. Trudno zamawiać akta, jeśli nie wie się, co kryje się w teczkach pod danymi sygnaturami, prawda?
- Ależ oczywiście – dostałam do ręki teczkę z książkowym inwentarzem. Tak uzbrojona weszłam do akwarium.

Może zatrzymajmy się w tym miejscu. Dlaczego akwarium? Wyobraźcie sobie takie miejsce: Po przejściu krótkiego korytarzyka wchodzicie do większego pomieszczenia. Po prawej ręce znajduje się lada, przy której obsługiwani są petenci. To tam składa się zamówienie, odbiera przywiezione z magazynu archiwalia i tam się je oddaje. Po lewej zaś w niewielkiej niszy znajduje się biblioteka AP, tak mi się wydaje, że to jest biblioteka, ale szczerze mówiąc nie przyglądałam się uważnie. Naprzeciwko natomiast są drzwi do dość sporych rozmiarów pomieszczenia. Z miejsca przy ladzie doskonale widać kto jest w środku, ponieważ ściana od mniej więcej połowy wysokości aż do sufitu jest przeszklona. Nie jest to jedyna szklana ściana w pracowni naukowej. Podobnie wygląda lewa ściana pomieszczenia, pomiędzy nią a zewnętrzną ścianą budynku jest korytarz, który prowadzi dokądś. Dokąd? Nie wiem, nie sprawdzałam, w końcu jestem tam tylko gościem. Widziałam jednak każdego, kto przechodził tym korytarzem, no i mnie również widziano. Stąd wzięło się to prześmiewcze określenie na pracownię katowickiego AP – akwarium. Określenie to usłyszałam po raz pierwszy na drugim roku studiów na pierwszych lub drugich zajęciach z Wstępu do Archiwistyki, gdy doktor zrobił nam wycieczkę po terenie AP, oswajając nas – nieobytych – z okolicą.

Przejrzenie inwentarza zajęło mi chwilę, ale w końcu wybrałam pięć jednostek, które wydały mi się najbardziej rozsądne. Oczekiwanie na przyjazd archiwaliów z magazynów nieco się przedłużał, więc wybrałam się na zwiedzanie. Szczerze mówiąc, nie było nic ciekawego do oglądania, ponieważ akurat w holu nie było żadnej wystawy. Tzn. wystawa była, ale nieciekawa, ot makiety budynków. Dokładniej była to pokonkursowa wystawa projektów budynku Archiwum Państwowego w Katowicach oddział w Bielsku-Białej. Wygrał projekt, który zakładał możliwość rozbudowy powierzchni magazynowej. Bardzo przemyślne i sprytne rozwiązanie moim zdaniem.
W międzyczasie przeczytałam wstęp do inwentarza, z którego dowiedziałam się o historii zespołu, z którego miałam zamiar korzystać, czyli Polskiego Komisariatu Plebiscytowego dla Górnego Śląska w Bytomiu. Długa nazwa, ale cóż zrobić? Ów zespół obecnie ma niecałe 2 metry bieżące, ale w 1933* było tych metrów 50 (sic! Z czego, jak wyczytałam już wówczas był to niekompletny zespół – podwójne sic!). 50 metrów, gdyby ustawić te akta w pionie to stos przewyższyłyby mój blok. A zostało niecałe 2 metry. Szkoda.

*rok powstania Archiwum Państwowego w Katowicach

W końcu otrzymałam zamówione archiwalia. Dwie teczki i dwie szpule mikrofilmów. Teraz zaczęła się cała zabawa… Sporo jej było przy instalowaniu mikrofilmu w rzutniku, czy jak się ta tajemnicza machina nazywa. Prawie pięć godzin spędziłam na czytaniu ulotek i odezw przed tym ustrojstwem. Ponieważ to było na prąd, tzn. żarówka, która podświetlała kliszę leżącą na szybce i przykrytą drugą szybką (, bo resztę maszyny obsługuje się ręcznie), i że było stare dość, a przynajmniej na takie wyglądało – to buczało okropnie. Ból głowy, jaki wyniosłam z archiwum, przeszedł mi dopiero późnym wieczorem i to przy pomocy końskiej dawki ibupromu. Wcześniej ani herbata, ani krótka drzemka nie chciały pomóc.

Wiecie, dopiero przy przeglądaniu mikrofilmu, powiększaniu czy pomniejszaniu, kręceniu korbką tam i nazad... Dopiero wtedy przyszła mi do głowy myśl, że jednak fajnie być historykiem. Siedzieć w ciszy (nie licząc tego buczenia), przerywanej szelestem kartek z akt przeglądanych przez innych gości archiwum. I wpatrywać się w słowa, oglądać czarnobiałe zdjęcia. Przeglądać gazety sprzed dziewięćdziesięciu lat. Reklamy zamieszczane w nich wydają się takie egzotyczne, np. reklama krawca szyjącego ubrania komunijne dla chłopców, czarne i granatowe a w nawiasie dodane – modre, żeby wszyscy zrozumieli. Albo kto inny reklamujący firmę: transport, spedycja, wynajem furmanek. Czy też reklama samego działu ogłoszeń: szukasz pracy, poszukujesz pracownika, zamieść anons w Gońcu Śląskim a osiągniesz cel. Mniej więcej tak to brzmiało.

Najlepsza była jednak rozmowa z Lubym już po wyjściu z pracowni. Wspomniałam mimochodem, że pracowałam na zmikrofilmowanych aktach. On na to:
- Przeglądałaś mikrofilmy!? O, to zupełnie jak na filmach szpiegowskich! Hans Kloss zawsze oglądał je pod lupą!

Taaak, a „w Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle”. „Zuzanna lubi je tylko jesienią”.
Ja nie oglądałam pod lupą, tylko przy użyciu machiny. Dzisiaj zresztą też. Do tego czytałam materiały agitacyjno-propagandowe przygotowywane na wiece. Swoją drogą ciekawa rzecz. No, ale mniejsza już o to. I tak się rozgadałam aż nadto, jak zwykle. Zakończę wesołym akcentem:

Dzwoni telefon. Luby pyta niemal od „progu”:
- Jak nazywa się ten utwór grany w filmach przez wampiry? Gdzie tak siedzą i grają na organach?
- Toccata i fuga d-moll, Bacha* – odpowiedziałam prawie z marszu.
Dlaczego to takie zabawne? Bo on i nasz wspólny przyjaciel dyskutowali na ten temat dłuższy czas i nie mogli sobie tego przypomnieć tak bardzo, że jak ujął to Luby: „od tego mózg mi zaraz wyparuje!”. Cóż, najwyraźniej uratowałam mózg Lubego przed samozniszczeniem…

*choć jak tak słucham teraz tego utworu, to mam wrażenie, że wampiry zwykle znają tylko początek Toccaty.

Ellaine - 26 lutego 2011, 20:17

Jeśli w przepisie należy oddzielić n żółtek od n białek, to Ellaine zużyje podczas tej operacji n+1 jajek, zazwyczaj.

Jeszcze nie mam nazwy na to prawo, ale zależność ta rzeczywiście występuje.

Ellaine - 1 marca 2011, 20:56

Chyba złapałam doła. Mam ochotę rzucić to wszystko w pierony i wyjechać. Oszukuję się, że napiszę tę magisterkę. Na co mi magisterka? Przecież nawet nie mam zamiaru kontynuować kariery naukowej! W dodatku ten staż, który może będzie, może nie. Im bliżej końca studiów tym bardziej ciężko mi mieszkać w Katowicach, już po prostu nie mogę tu wytrzymać samej.

Sama nie wiem, co ze sobą zrobić. Mam tak chwiejny nastrój, że gdybym nie wiedziała, że nie jestem, to bym pomyślała, że jestem w ciąży. Choć szczerze mówiąc to te wątpliwości są zawsze te same i zawsze kończą się tak samo. Rozstrojem żołądka i strasznym Weltschmerzem. To staje się trochę nudne i męczące na dłuższą metę. Nie wiem, co ze mną jest nie tak. Nie potrafię żyć z tym światem w zgodzie. Uwielbiam obserwować zmiany w przyrodzie, ale to w jaki sposób ludzie przechodzą przez życie napawa mnie odrazą. A w dodatku wiem, że nie jestem w stanie niczego w świecie zmienić.

To, co tutaj piszę to tak naprawdę niewielki ułamek tego, co myślę podczas pisania powyższego. Po każdej kropce następuje przerwa, w każdej spacji mieści się co najmniej kilka sekund... zawahania. Miara kłamstw. Bo jak kiedyś, gdzieś przeczytałam: Na początku było Słowo... potem już tylko niedomówienia. (W innej wersji: ... potem był już tylko Frazes.)

Ojca w końcu zabrali do szpitala, jutro ma zabieg. Będą mu wyjmować żelastwo, które zamontowali mu w ręce prawie rok temu. Podobno zrosła się dobrze. Oczywiście obalił się wielokrotnie na tę rękę, ostatni raz to było nie dalej jak tydzień temu.
Piękny dzień był za oknem. Mogłam spędzić go poza domem, a jednak wolałam snuć się z kąta w kąt, niż wyjść. Może jutro, ale jutro nigdy nie nadchodzi. Doszłam do perfekcji w wyszukiwaniu wymówek i usprawiedliwień.

W dodatku z powodu mojego paskudnego humoru przez chwilę miałam pomysł na szort. Brutalny szort na podstawie zdarzenia, które miało miejsce parę wieków temu. Natchnęła mnie do tego zresztą pewna piosenka. Nie podam jaka, bo może jednak napiszę? Choć wątpię, w końcu nie byłoby w tym ani grama fantastyki. Choć może, ewentualnie, jakby z faktów historycznych przejść do alegorii i symboli? Może. Może jednak nie?
Niedawno napisałam inny tekst, też brutalny. Nigdy wcześniej nie pisałam tak brutalnych tekstów, tzn. tak mi się wydaje przynajmniej, no i dla innych może nie są aż tak brutalne, bo jednak starałam się przedstawić to w sposób nie całkiem dosłowny. Choć możliwe, że siekiera jest bardzo dosłowna. W sumie trudno mi to ocenić.

W telefonie mam melodie ustawione odpowiednio dla grup. Odkąd mam ten telefon na rodzinę mam tę samą melodię. Dzwoniła dzisiaj siostra. Na dźwięk telefonu pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, była całkiem radosna i równie irracjonalna: Mama dzwoni!

Idę się przytulić do poduszki, bo nic innego mi nie pozostaje.

Godzilla - 1 marca 2011, 21:10

Ellaine, masz mnóstwo powodów, żeby łapać doła. Gdybym mogła coś poradzić, to to, żebyś jednak wytrwała i tę magisterkę zrobiła. Kariery naukowej nie musisz ciągnąć, a papier się do czegoś w życiu może przydać, i odpowiednie wykształcenie wpisywane w CV. To już bliżej niż dalej, szkoda zmarnować czas i to stracić. A jak już zrobisz... to pomyślisz co dalej, żeby w Katowicach nie siedzieć.

Ech. Przytulam.

Ellaine - 2 marca 2011, 20:40

Dziękuję, Godzillo.
Dzisiaj, co prawda nie zrobiłam nic w kierunku magisterki, ale psychicznie czuję się nieco lepiej niż wczoraj. A do tego wróciłam z biblioteki z dużą liczbą książek.
No, czterema powieściami:
- Wojciech Kuczok, Widmokrąg,
- Konrad T. Lewandowski, Magnetyzer,
- Julian Sanchez, Antykwariusz,
- Eric-Emmanuel Schmitt, Dziecko Noego.

Z innej biblioteki mam jeszcze dwie:
- Valerio Evangelisti, Mater Terribilis,
- Robert Silverberg, Księga czaszek.

Nie twierdzę, że zdołam przeczytać wszystkie powyższe. Ale spróbować zawsze można. Zwłaszcza, że większość jest w miarę krótka. Aczkolwiek po każdej przeczytanej będę mieć pewnie kaca moralnego, że zamiast czytać ważne i poważne teksty do mojej pracy magisterskiej, ale cóż...

Idę* oglądać "Wojnę i miłość", nowy serial, o początkach polskiej niepodległości. Coś akurat dla mnie i nawet w temacie mojej magisterki, choć to nie ta granica. Bo mnie to bardziej zachodnia niż wschodnia interesuje.

*to złe słowo, bo oglądam. jednym okiem, brat ma kartę telewizyjną w komputerze. Więc jak zwykle robię więcej niż jedną rzecz w tym samym czasie.

Jedenastka - 2 marca 2011, 21:00

Ellaine napisał/a:
W telefonie mam melodie ustawione odpowiednio dla grup. Odkąd mam ten telefon na rodzinę mam tę samą melodię. Dzwoniła dzisiaj siostra. Na dźwięk telefonu pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, była całkiem radosna i równie irracjonalna: Mama dzwoni!
Ellaine, ja także Cię przytulam :)
Ellaine - 2 marca 2011, 21:49

Dziękuję, Jedenastko.
Ellaine - 3 marca 2011, 19:44

Wczoraj prawie pozbawiłam się guzika w moim ślicznym, czarnym płaszczu! To byłaby katastrofa, ponieważ gdzie ja biedna dokupiłabym drugi taki sam guzik? A bez niego nie mogłabym się obejść! Bo dekolt byłby za duży i wiałoby mi w pierś, generalnie to zapalenie płuc byłoby wówczas na mur-beton!
To nieszczęście spotkało mnie, kiedy szykowałam się, żeby wysiąść z autobusu. Guzik wystrzelił w niewiadomym kierunku. Rozejrzałam się pobieżnie, ale nie zauważyłam go. Miałam do wyboru: szukać go i mieć nadzieję, że znajdę zanim autobus dojedzie do następnego przystanku, albo po prostu wysiąść i kląć na czym świat stoi. Wybrałam drugą opcję, już stawiałam krok ku wyjściu, kiedy niespodziewanie siedzący nieopodal pasażer powiedział do mnie teatralnym szeptem:
- Na siedzeniu! (prawie jak – za sałatą! – pardon my Frencz)
Rzeczywiście guzik wylądował na siedzeniu kontrolerskim. Złapałam go czym prędzej i wrzuciłam do kieszeni płaszcza, skinąwszy z wdzięcznością mężczyźnie. A potem niewiele brakowało, bym została zmiażdżona zamykającymi się drzwiami. Jednak kierowca w porę zauważył, że chcę wysiąść. I tak znalazłam się na zalanej słońcem alei Wojciecha Korfantego.

Ha! Ale to nie koniec przygód. Rozmawiałam z Lubym idąc raźnym krokiem ku bibliotece głównej, o czym go zresztą poinformowałam przy okazji. Objaśniłam mu, że mam w zanadrzu książki, których data zwrotu to 29 luty 2011 (sic!). Kazał mi zrobić zdjęcie – zrobiłam, przesłałam mu MMSem. W każdym razie te książki, co to miałam je oddać w dzień, który nie istniał i nie zaistnieje, to były z miejskiej biblioteki, filia na mojej dzielnicy.

Jakiś czas później, kiedy było już z pięćdziesiąt minut na piątą po południu, wracałam z wspomnianej wyżej filii. Oczywiście z baterią nowych książek, których tytuły już wypisałam wczoraj (aktualnie jestem w połowie połowy z tych pozycji, tzn. czytam dwie książki symultanicznie). Znów rozmawiałam z Lubym, przy okazji rozkoszując się pięknym zachodem słońca, które przebarwiało czysty błękit na równie uroczy róż.
- Wracam z biblioteki właśnie – mówię do Lubego. A później w trakcie konwersacji:
- No, zjadłam obiad i później…
- Jak to? Przecież mówiłaś, że wracasz z biblioteki!
Wyszło nam małe zamieszanie czasoprzestrzenne. Ponieważ, rzeczywiście pierwszy plan zakładał, że załatwię sprawy w obu bibliotekach – jedna po drugiej. Zerwany guzik jednak spowodował, że z Katowic wróciłam prosto do domu, bo jednak brak guzika powodował zbytni przewiew. Dlatego, o czym Luby nie wiedział, dopiero później odwiedziłam drugą z bibliotek. Szczerze mówiąc – rozmowa na żywo wyglądała dużo lepiej, niż to co ja tutaj przedstawiłam. Zresztą: nieważne!

Rozmowa z kolegą na gg, dzisiejszego przedpołudnia:
Kolega: a ja sobie jem paczka
ja: smacznego
Kolega: dziekuje
ja: ja musiałabym najpierw go kupić, żeby zjeść, ale nie wiem czy będę mieć na to czas :)
Kolega: e tam, od paczkow sie tyje
ja: to po co je jesz?
;)

A później, szukając na mapie Katowic umiejscowienia przystanku Bogucice Kościół – przyuważyłam parę kilometrów od tego miejsca na osiedlu Drzew, ulicę Kaktusów. Nie spodziewałam się, że taka istnieje. Ale z drugiej strony, czemu by nie? Na mojej dzielnicy też są ciekawe nazwy od takich dobrze kojarzących się jak: Miła, Przyjemna, Przyjazna, Radosna, Wesołowska, Gościnna, po najzwyklejsze imiona: Adama, Ewy, Antoniego, Wojciecha, czy Karliczka. Choć jak patrzę na mapę Katowic, to są jeszcze ciekawsze… poza Osiedlami Drzew, Owoców czy Ptaków, gdzie wiadomo jakich nazw ulic można się spodziewać. Są np.: ulica Widok (na osiedlu Ducha), Glebowa (dlaczego by nie?), Pusta (sic!), Traktorzystów. Wiecie, co? Dam sobie już spokój, bo zaraz umrę ze śmiechu!

W dodatku przypomniał mi się taki wierszyk stary dość. Rymowanka taka tam, bzdurna zupełnie:
Na ulicy Żyła
żyła sobie Żyła.
A w tej Żyle pękła żyła
i już Żyła już nie żyła.


Żeby dopełnić chaotycznego wyrazu tego wpisu dodam, że zrobiłam zupę z proszku, bo zapomniałam, że ojciec kupił gołąbki w słoiczku. „Skleroza nie boli! Ino nogi”, jak to mawiała moja Mama. Swoją drogą, w związku z moim statusem w temacie Statusy wrzuciłam melodię z Piaskowego Dziadka. W życiu nie widziałam tej bajki, ale wiem, że Mama miała niegdyś lalkę – Piaskowego Dziadka. W jednym z Jej albumów znajduje się zdjęcie, w którym siedzi z ową lalką na kolanach, z nieco zamyślonym wyrazem twarzy. Wówczas nie miała jeszcze osiemnastu lat, jeśli dobrze pamiętam, ale wyglądała bardzo poważnie, jak na swój wiek. Wygląda na nim ślicznie, bo piękną kobietą była. (Przez chwilę nawet zaistniała w mojej głowie myśl, żeby zeskanować i pokazać Wam to zdjęcie, ale… sama nie wiem. )

Zresztą, zawsze była piękna. I dopiero choroba coraz bardziej zmieniała jej oblicze, wcześniej wydawała się w ogóle nie starzeć. Albo to ja Mamę tak odbierałam? Miała zabawny śmiech, tzn. czasem go specjalnie udziwniała, żeby było jeszcze zabawniej. Śląski łobuz! Strasznie mi jej brakuje, zwłaszcza, kiedy cały dzień siedzę sama w domu i poza paroma rozmowami z Lubym tak naprawdę nie mam z kim pogadać. Choć tak naprawdę nie rozmawiałyśmy dużo, sporo się zmieniło, kiedy zaczęłam być z Lubym, wtedy kontakt z Mamą stał się bardziej… Po prostu bardziej, bo trudno określić to słowami.

A na koniec linkę Wam podam do skeczu z Kabaretu Starszych Panów. Trochę mi się przypomniała przy okazji piosenka o filozofach kabaretu Monty Python. Ale jak dotarłam do tego filmiku? Bardzo prosto i zupełnie przypadkiem! Punktem wyjścia okazała się filozoficzna dość piosenka Danuty Rinn – Gdzie ci mężczyźni?
Jak widać, znalazłam mężczyzn, konkretniej dwóch Starszych Panów.

xan4 - 3 marca 2011, 19:46

Na ulicy Kaktusów kiedyś pracowałem :) w Katowicach oczywiście.
Ellaine - 3 marca 2011, 19:59

O, jaki ten świat mały! I jak było? :D Mają tam jakieś kaktusy? ;)
xan4 - 3 marca 2011, 20:01

To był domek prywatny, wynajmowaliśmy tam pomieszczenia. Sięgając do zakamarków pamięci (był to koniec lat '80), to coś kaktusopodobnego stało na parapecie :)
Martva - 3 marca 2011, 21:02

Jeśli chodzi o nazwy ulic, Poniedziałkowy Dół w Krakowie rządzi :D
Ellaine - 4 marca 2011, 10:47

No, ładnie... Znaczy tam dół jest tylko w poniedziałki, ale co z innymi dniami tygodnia? ;) W Gdańsku jest np. ulica Do Studzienki (z podobną nazwą zetknęłam się chyba w polskim Cieszynie). A i nie zapominajmy o jeszcze dwóch ulicach na mojej dzielnicy: Kosmiczna i boczna od niej - Sputników.

Ale np. w Katowicach nie znajdzie się ulicy Piłsudskiego (ulicy Dmowskiego zresztą też nie, za to obie są w Tychach). Prawdopodobnie dlatego, że Marszałek nie był tu szczególnie lubiany. Jednak, co wydaje mi się zabawniejsze - mamy pomnik Józefa Piłsudskiego (na placu Bolesława Chrobrego) - dumny Komendant siedzący na swej Kasztance (kiedyś mu chyba szablę ukradli, więc cokół podwyższono). Natomiast po drugiej stronie ulicy - Jagiellońskiej, znajduje się plac Sejmu Śląskiego (bo przy wschodnim krańcu znajduje się budynek dawnego Sejmu Śląskiego, obecnie Urząd Wojewódzki i Marszałkowski) - na środku owego placu zaś stoi pomnik Wojciecha Korfantego.
Dlaczego to takie zabawne? Obaj panowie szczerze się nie lubili, ale jak widać potomni nie uszanowali ich animozji i postawili pomniki obu mężów stanu niemal naprzeciwko siebie. Panowie mogą do siebie postrzelać ze szlojdra, tzn. z procy. I tak to mniej więcej wygląda z mojej perspektywy.

Kiedyś, jadąc przez Gdynię - przyuważyłam plac Górnośląski, poczułam się taka doceniona! Potem zastanawiałam się, czy w Katowicach jest jakaś ulica związana z Pomorzem i nie wiedziałam. Ale teraz jak zaczęłam przeglądać spis ulic to jednak jest parę takich... Od samej Pomorskiej.

Pamiętam jeden z wykładów z Historii Sztuki, na którym pani doktor przedstawiała nam krótką historię Katowic. Skąd się wzięły i tak dalej. Pokazała nam slajd, jeśli dobrze pamiętam to dokładnie ten - Katowice 1830, tylko że w kolorze:

Objaśniła, że tam gdzie był staw jest dzisiaj ulica Stawowa - gdy byłam młodsza zawsze zastanawiało mnie: dlaczego Stawowa? Skoro tam stawu żadnego! No, a jednak kiedyś był, a nie było ulicy.
Tak, to jest widok na ścisłe centrum Katowic. Rok 1830, a żeby było zabawniej - 1865 to data nadania praw miejskich Katowicom. Ktoś chyba musiał już wcześniej znać te słowa: "Tu na razie jest ściernisko..." (: San Francisca może nie ma, ale... miasto i tak, jak się patrzy!

Kai - 4 marca 2011, 19:55

Ellaine, przecież tam jest żaba, czyli staw też musiał być :)
Ellaine - 4 marca 2011, 20:04

W sumie racja, ale ja to zawsze byłam dziecko niekumate ;)

A co do żaby, to jest Sanktuarium Wielkiej Żaby, czy jakoś tak. Miejsce zborne niemal każdego spotkania śląskiej grupy Narilvatarian. Bogowie! Jak to wydaje się być dawno temu. Forum już od trzech lat nie ma, ludzie się po świecie porozjeżdżali. Z niektórymi wciąż mam kontakt, to fakt. No, chociażby mój Luby. Ale ta śląska ferajna jakoś tak osobliwie się rozpadła. Jednego nawet czasowo wywiało do Szwecji, ale chyba już wrócił. A jedna, albo wciąż jest, albo też wróciła już z dłuższego pobytu na Wyspach Brytyjskich.

Ellaine - 6 marca 2011, 10:51

Wczoraj tak długo komponowałam mój post, że ostatecznie forum mnie wylogowało. Ponieważ było relatywnie późno, więc stwierdziłam, że to co było w nocnym poście zamieszczę dzisiaj rano. Ba! Przed snem zapisałam sobie dokładnie wszystkie utwory, jakimi chciałam się podzielić.

Zaczniemy od czegoś dobrego na pobudkę:
Gioachino Rossini - Tarantella, w wykonaniu Marka i Wacka, czyli: Marka Tomaszewskiego i Wacława Kisielewskiego.

Tak. Świetny szybki utwór. Potem chciałam Wam przedstawić arię, jedną z moich ulubionych, chociaż nigdy nie widziałam, ani nie słyszałam żadnej operetki w całości:
Aria ze śmiechem z operetki Jacques'a Offenbacha - "Périchole" w wykonaniu Grażyny Brodzińskiej.

Kolejne arie, tym razem ze śląskiej adaptacji "Wesołej Wdówki" Franca Lehara, czyli "Wesoło gdowka", libretto: Marian Makula. Też jeszcze nie miała okazji jej widzieć w całości - ani oryginału tłumaczonego na polski, ani całości po śląsku:
"Głos sie zrywo, dusza spiywo"

Później zaczęłam rozmawiać z kolegą z grupy, który podrzucił mi taki oto utwór, wierząc że to moje klimaty. Rzeczywiście trafił, zwłaszcza, że niedawno zdecydowałam się na powrót do gry fabularnej w systemie Legendy Pięciu Kręgów - pokrótce można powiedzieć, że świat L5K jest niemal w całości oparty na realiach średniowiecznej Japonii. Gracz wciela się w bohatera ze stanu samurajskiego z jednego z wielkich klanów, któregoś z pomniejszych, ewentualnie gra roninem - czyli samurajem bez pana, człowiek fali - co nie jest dobrze postrzegane w społeczeństwie, gdzie każdy komuś służy (nie licząc Syna Niebios, czyli Cesarza).
W każdym razie kolega przedstawił mi Kitaro, czyli pana Takahashi Masanori:
Kitaro - Fiesta

Ja na to koledze odpowiedziałam muzyką relaksacyjną graną na shakuhachi, japońskim flecie, m.in. wykorzystywanym w technikach medytacyjnych.
(edit: właśnie postać, którą stworzyłam na potrzeby przyszłej sesji grywa na shakuhachi. Chociaż postać jest wojownikiem, czyli bushi - człowiekiem, który pewnie kroczy drogą miecza. Specjalizuje się w ochranianiu samurajów, którzy nie są wojownikami, czyli jest ich yojimbo)

(Tutaj dla odmiany nieco mniej relaksacyjna muzyka ;) Tak mi się przypomniała, że kiedyś ją spotkałam w Internecie. Muzyka grana na dwa shamiseny: Yoshida Brothers - Kodo oraz Yoshida Brothers - Rising tu już bardziej na rockowo z perkusją, gitarami i keyboardem w tle)

A później jeszcze przypomniała mi się melodia, którą zagrano wczorajszego ranka w RMF Classic. Pochodzi z filmu "Pan od muzyki" w reżyserii Christophe'a Barratiera:
Vois Sur Ton Chemin

To będzie na tyle, przynajmniej na razie. Tak mi się wydaje. Albo jeszcze nie! Co mi tam, u siebie jestem:

Giuseppe Verdi - La Traviata - Pijmy za zdrowie miłości
Goerges Bizet - Carmen - Habanera

I już naprawdę ostatnia. Chodzi za mną od paru dni i przynosi wspomnienia z dzieciństwa, kiedy z rodzeństwem grałam w "Fortunę". Wiecie, co to jest? Planszowa gra, gdzie Warszawie z przełomu XIX i XX w. kupowało się hotele - Savoy, Bristol, i tym podobne. Tak jak w Eurobusinessie były dwie talie kart - "Szansa" i "Los". Nie pamiętam już w której z nich, ale była taka karta: "Zaśpiewaj całe "O sole mio" albo zapłać 200 dukatów" (wysokość kary może się nie zgadzać, bo ostatni raz grałam w kilka lat temu). Oczywiście nigdy nikomu nie udało się zaśpiewać "O sole mio", zwłaszcza kiedy znało się tylko jednowersową "przeróbkę", czyli "O sole mio! Ty stara żmijo!" (tak jak z arią Toreadora: "Zabiłem byka, cóż to dla mnie byk? Krew z niego sika! Siku, siku, sik!") No, ale może kiedyś nauczę się słów i jak zagram w "Fortunę" znów, to będę mogła zaśpiewać jak Luciano Pavarotti, zamiast tracić cenne dukaty:
"Che bella cosa na jurnata 'e sole..."

Ellaine - 17 marca 2011, 19:06

Pozdrowienia z Pojezierza Drawskiego! Tak mnie wywiało na dwa tygodnie z domu. Ostatecznie tutaj też mogę się obijać i nie pisać magisterki, ale za to jednocześnie przebywać z Lubym. Czyli same plusy.

***

Słońce łaskawie obdarzało swym światłem brunatną ziemię, wciąż jeszcze pogrążoną w zimowym śnie. Gdzieś pomiędzy gołymi gałęziami drzew świergoliły ptaki, które przezimowały w kraju. Ciemnoszara sylweta ogromnego gmachu i wysoka wieżyca zegarowa o czerwonym dachu wyraźnie odcinała się od ciemnego lasu nagich drzew i błękitnego, czystego nieba.
Rozmokła gleba kląskała pod ciężkimi butami. Błoto przyklejało się do podeszew ciemną warstwą. Przed wejściem w progi budynku pozbyliśmy się brudu. Już w sieni owionął mnie znany doskonale zapach, który czułam za każdym razem, kiedy wchodziłam do środka. Mimowolnie rzucone spojrzenie za siebie pozwoliło mi dojrzeć nad łukiem wejścia napis: Candide et Sincere*. Motto, które niewykluczone, że znajdowało się tam od czasów Nauczycielskiego Seminarium? Kto wie, kto wie…

Szerokimi, kamiennymi schodami weszliśmy piętro w górę, a parę korytarzy później doszliśmy do kolejnych schodów. Tym razem drewnianych. Wspięliśmy się na kolejną kondygnację, a może jeszcze jedną? Wciąż ten budynek jest dla mnie jedną wielką zagadką. I pewnie tak pozostanie, ponieważ za parę lat nie będzie już się w nim znajdował Wydział Chemii. Na podeście siedziało kilkanaścioro studentów, którzy najwyraźniej się czegoś uczyli. Tak, przecież wciąż jest sesja poprawkowa, a jeśli nie jest to może mają przedłużenie sesji – pomyślałam, ciesząc się w duchu, że mnie ta wątpliwa przyjemność ominęła.

Ostatecznie znaleźliśmy się w części odnowionej relatywnie niedawno, sądząc po jasnej, wciąż czystej farbie, nowych panelach i drzwiach. Każde z drzwi prowadziło do gabinetu, zajmowanego przez pracowników poszczególnych katedr i zakładów. Przed jednym z nich stało troje studentów, dwie dziewczyny i chłopak. U profesora natomiast były jeszcze ze dwie lub trzy osoby. Mniejsza o to.

Luby po jakimś czasie wszedł do środka, pozostawiwszy mnie samej sobie. Usiadłam pod ścianą i wyjęłam z torby grube tomiszcze, oczywiście nijak nie związane z moją przyszłą pracą magisterską. Była to powieść Valerio Evangelisti „Mater Terribilis”. W międzyczasie, kiedy Luby wciąż przebywał w gabinecie promotora, miałam okazję porozmawiać chwilę z koleżanką z roku Lubego. Przemiła dziewczyna. Jak przystało na studentki piątego roku narzekałyśmy na pracę magisterską. Ona, że musi siedzieć w laboratorium po parę godzin, ja - że powinnam spędzać tyleż samo w bibliotekach i archiwach.

Po kilkunastu minutach koleżanka dowiedziała się tego, czego chciała dowiedzieć i poszła. Zostałam sama przed gabinetem. Ponownie usiadłam z książką na podłodze, wygodnie prostując nogi. Może niezbyt to eleganckie, ale ciężko kuca się w glanach. Zresztą dłuższe pozostawanie w takiej pozycji niewątpliwie zaowocowałoby bólem łydek.

Kilka stron później do korytarza zajrzał student, jeden z tych, którzy wciąż siedzieli na podeście i uczyli się zacięcie. A może nawet i zażarcie. W każdym razie rozejrzał się nieco spłoszonym wzrokiem po pustym ale za to jasno oświetlonym wnętrzu. W końcu spojrzał na mnie i zapytał:
- Do profesora?
- Nie.
- A jest tam ktoś u niego?
- Jego magistrant.

Nie minęła chwila, kiedy wszedł pewniej, a za nim dwie dziewczyny i jeszcze jeden student. Pierwszy przekazał pozostałym wieści, że u profesora jest jego magistrant. Jakoś żaden z nich nie wpadł na pomysł, żeby zapukać i zaanonsować się. (Oni i grupa czekająca na podeście to byli studenci, którzy tego dnia mieli u profesora poprawiać egzamin z chemii organicznej, zwanej potocznie organą). Chyba poczuli respekt przed faktem, że profesor rozmawia z magistrantem! Znaczy ktoś ważny, bo przecież już z literkami przed nazwiskiem, już z wyższym wykształceniem (w przeciwieństwie do mnie, Luby już ma wyższe). Kiedy opowiedziałam o tym Lubemu, gdy już opuścił gabinet promotora, rozbawiłam go setnie.

Ale mnie bardziej rozbawiła dziewczyna (jedna z tej czwórki), która krążyła po korytarzu i wciąż wykrzykiwała: „Nie zdam tego! Ja się zabiję! Nic nie umiem! Dajcie mi pistolet! Chyba popełnię samobójstwo!” Może nie powinnam się śmiać z jej przypadku, w końcu sama nie raz wątpiłam w swoją wiedzę. Choć z drugiej strony przy drugim terminie nie panikowałam, zazwyczaj stresowałam się mniej niż przy pierwszym podejściu. Było, nie było, wówczas człowiek lepiej jest przygotowany i mniej więcej wie, co go czeka. To takie zaskakujące, jak zaledwie parę lat może spowodować tak wielki dystans? Jasne, wciąż bywam kłębkiem nerwów i co każdy egzamin denerwowałam się na myśl, że mogłabym nie zdać. Do ostatnich dwóch również nie zdołałam podejść z absolutnym i stoickim spokojem. Jednak zdałam. W każdym razie nigdy nie zdawałam egzaminów na chemii, więc w sumie – nie wiem jak to jest. Z drugiej strony przyglądając się reakcjom dziewczyny doznałam olśnienia – jak komicznie z boku wygląda człowiek, kiedy się nadmiernie poddaje stresowi.

Poza tym promotor zasugerował Lubemu, żeby następnym razem przyprowadził mnie ze sobą. Kiedy już wyszliśmy z wydziału stwierdziłam, że przecież mógł mnie zawołać. Cóż, ale przynajmniej przeczytałam kilkanaście stron powieści.

*łac. szczerze i rzetelnie.

Jedenastka - 17 marca 2011, 19:20

Ellaine napisał/a:
Pozdrowienia z Pojezierza Drawskiego! Tak mnie wywiało na dwa tygodnie z domu. Ostatecznie tutaj też mogę się obijać i nie pisać magisterki, ale za to jednocześnie przebywać z Lubym. Czyli same plusy.

+1 :wink:

Ellaine - 22 kwietnia 2011, 17:45

Budzik zadzwonił o piątej rano. Za oknem panowała już nie atramentowa ciemność, ale szarość przedświtu. Na wschodzie coraz wyraźniej rysowała się różowa łuna zapowiadająca rychły wschód słońca. Otworzyłam okno na oścież wpuszczając do pokoju zapach wiosny i ptasi trel. Jak tu nie uśmiechnąć się do rodzącego się dnia? Wychyliłam się nieznacznie, aby chłód poranka i delikatny wiatr przegonił resztki snu. Robią to o wiele skuteczniej niż kawa - pewnie dlatego, że jej nie pijam. Mimochodem spojrzałam na sąsiedni blok. O piątej nie śpi więcej osób niż o trzeciej nad ranem, myślę - przypomniała mi się noc, gdy pisałam rozdział magisterki. Wówczas mogłam policzyć okna, w których paliło się światło, na palcach jednej ręki. O piątej w czwartek rano może i nawet obu dłoni, by mi nie wystarczyło, żeby policzyć takie okna.

Plecak nie był ciężki, choć mógł na takiego wyglądać. Warszawska tuż przed siódmą była zalana słońcem. Rzucam okiem na forsycje obsypane złocistymi kwiatami, krzewy rosną wzdłuż ogrodzenia ewangelickiej katedry. Ciekawe, kiedy skończą remont wieży? Raźnym krokiem idę na dworzec tymczasowy. Po drodze mija mnie tramwaj, którym mogłabym dotrzeć tam szybciej, ale przecież nigdzie mi się nie spieszy. A spacer nikomu jeszcze nie zaszkodził. Chyba.

Usiadłam na ławce. Z umiarkowanym zaciekawieniem przyglądałam się ludziom na peronie, mimochodem zastanawiając się który z nich będzie towarzyszem mojej podróży. Niewielki tłumek jednak przerzedzał się z wolna z każdym kolejnym pociągiem, który odjeżdżał z Katowic między siódmą a siódmą dwadzieścia pięć. A to do Zawiercia, ten znów do Zwardonia, kolejny bieży ku Gliwicom a następny do Tychów. A z sąsiedniego peronu odjeżdżało InterRegio do Gdyni. Przez chwilę nie mogłam wyjść z szoku, jednocześnie intensywnie myśląc – jakby to było jechać jedenaście godzin w zwykłej osobówce?

Krakowianka wreszcie wtacza się majestatycznie z gracją zatrzymując się przy peronie, nawet bez tego okropnego zgrzytu hamulców, którego nigdy nie polubiłam. Wsiadłam do jednego z ostatnich wagonów – o dziwo pociąg miał ich aż siedem! Dawno nie widziałam tak długiego pociągu, co najmniej pół roku temu. Wagon „lotniczy”. No trudno, a może wręcz przeciwnie – może tym lepiej? Znajduję wolne siedzenie, tyłem do kierunku jazdy, ale nic to. Ważne, że nie do góry nogami. Już mam wrzucać plecak na półkę, kiedy nagle słyszę uprzejme: Pomogę! Bezwstydnie pozwalam się wykazać młodemu człowiekowi. Dzięki wielkie! – uśmiecham się do niego. Słyszę coś w rodzaju „nie ma za co”, po czym każde z nas zajmuje z góry upatrzone pozycje. Siedział przy oknie przy przeciwległej ścianie, rząd dalej. Ze słuchawkami w uszach i wpatrzony w widok za oknem. Przyznam, że chwilę mu się przyglądałam, ale on już nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Otrzymanie takiej bezinteresownej pomocy przy wkładaniu bagażu na półkę nie zdarzyło mi się pierwszy raz, bynajmniej. Wciąż jednak nie umiem do tego przywyknąć, a i zawsze wywołuje to miłe uczucie. Najwyraźniej nie trzeba być długonogą blondynką… Wystarczy wyglądać niepozornie, bo widocznie zostałam oceniona na taką, co nie da rady wrzucić plecaka do góry. Nie przeczę, że to nie jest dla mnie takie proste.

Nie posiadam empetrójki. Parę razy przyszło mi do głowy, żeby się w nią zaopatrzyć, ale nigdy nie zrealizowałam tego mglistego zamysłu. Potrafię inaczej odcinać się od rzeczywistości, a może raczej z nią scalać i nie przejmować resztą. Wypuszczam myśli przed siebie i pozwalam im mknąć przez kosmos, dokąd tylko zechcą. Bywa to nieco uciążliwe, zwłaszcza kiedy czytam książkę. A czytałam, „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód”, Roberta Wegnera. Wyglądało to mniej więcej tak: dziesięć minut czytania, kilka – patrzenia za okno i rozmyślania, niekoniecznie o przeczytanym fragmencie. Nie znaczy to, że nie potrafię skupić się wyłącznie na czytanej powieści. Potrafię, jeśli tylko się bardzo postaram nie myśleć o niczym innym. A to nie jest takie łatwe. Zwłaszcza, kiedy jedzie się pociągiem…

Człowiek na chwilę podniesie wzrok znad książki, a za oknem rozciągają się soczyście zielone pola, płaskie jak blat stołu. I gdyby nie szpaler drzew rosnących przy polnej drodze, znacznie oddalonej od linii torów, człowiek mógłby się poczuć jak na jakimś stepie, gdzie trawy dopiero co odrastają od ziemi. Albo – zobaczy pole, gdzie każda grządka przykryta została białą folią. Przy bliższym końcu roli widać konstrukcje podtrzymującą tunele folii oraz rośliny rosnące pod nią. Ale co to za rośliny? Nie mam pojęcia. Natomiast, gdyby spróbować objąć wzrokiem całość – wygląda, jakby było zamarzniętym jeziorem, tylko soczysta zieleń trawy i rozwijających się liści na gałęziach samotnych drzew oraz lazur czystego nieba upewniają, że to nie może być lód. A to znów przykuje wzrok błysk słonecznego promienia odbitego od wody zebranej w niewielkiej niecce. Innym razem dostrzeże się samotną kobietę uprawiającą jogging wzdłuż nieużywanego toru. Wymieniać można by w nieskończoność. I za każdym razem, podczas każdej podróży – nawet na tej samej trasie – dostrzega się coś innego. Bo, po prostu, zawsze w innym momencie podróży podnosi się wzrok znad książki.

Ostatnie kilka minut jazdy spędziłam stojąc przy otwartym oknie z pełnym nadziei oczekiwaniem spoglądając naprzód. Kiedy dostrzegłam na tle błękitu jasny dym unoszący się ponad drzewami, wiedziałam, że jestem już niedaleko. Zanim pociąg dojedzie do celu, robi łagodny łuk niemal objeżdżając całe miasto, dzięki czemu można podziwiać je przez dłuższą chwilę. Nad miejską panoramą górują srebrne kominy i budynki dużego zakładu przemysłowego, który poza tym, co rzeczywiście wytwarza – również produkuje chmury. Zwykle białe.

Wszyscy, którzy wysiedli, już zdążyli opuścić peron. Usiadłam na jednej z ławek i wyjęłam z torby „Opowieści…”, do końca tomu zostało mi parę kartek. Nikt na mnie nie czekał na dworcu, bo Luby również dopiero miał przyjechać do domu. Jego pociąg miał dwudziestominutowe opóźnienie, dokładnie tyle czasu potrzebowałam, żeby dokończyć lekturę. Ba! Niemal w tym momencie, kiedy zamknęłam książkę, osobówka z Chojnic wtoczyła się na peron. W życiu nie widziałam równie krótkiego pociągu. Nie był dłuższy od przegubowego autobusu. W dodatku z wyglądu był strasznie kanciasty i jakiś taki, niezgrabny…

W końcu dotarliśmy do domu. Podczas, gdy zdejmowaliśmy plecaki i inne mniej potrzebne rzeczy, młodsza siostra Lubego opowiedziała nam krótką historię związaną z ich psem. Luby ma psa, nieduży terier, lat koło siedmiu z tego, co się orientuję. O tym psie można sporo opowiadać, bo jest dość… specyficzny. W każdym razie pies ów biegając po ogródku lubi sobie poszczekać, jak to nieduże psy mają w zwyczaju. I wyobraźcie sobie, hasającego i szczekającego dla rozrywki teriera. A za płotem u sąsiadów bawi się dwójka dzieci, starsze ma sześć, młodsze - trzy latka.
Mówią między sobą, obserwując psa:
- Kundel! – stwierdził sześciolatek.
- Kundel! – przyznało młodsze.
- Głupi kundel!
- Ukrzyżować go! – trzylatek zawyrokował z mocą.

Czyż to nie jest widomy znak, że Wielkanoc już niebawem?...

Jedenastka - 23 kwietnia 2011, 07:04

Myślę, że są też inne, lepsze znaki.
Udanych świąt, Ellaine.


Ellaine - 23 kwietnia 2011, 21:31

Zapewne. Ale to było zabawne, taki... czarny humor.
Wszystkiego dobrego na święta, i na co dzień.

Kai - 5 maja 2011, 20:57

Ellaine, masz całusa :) i oczywiście póki co odpust towarzyski, ale nie na długo :)
hijo - 5 maja 2011, 21:09

Kai, dzięki za przypomnienie o blogu Ellaine, tak długo mnie nie było, że mi umknęło,
Ellaine, dzięki bardzo za tego bloga :wink:

Ellaine - 7 maja 2011, 09:24

Dziękuję za całusa, Kai :))
Witaj, hijo! Rzeczywiście dawno Cię tu nie widziałam :)) To, co? w środę spotkanie w Bierhalli? ;))

***

Zaciągnięte story w minimalnym stopniu zatrzymywały chłód przeciskający się przez szpary w oknach. Dawały jednak złudzenie, że mimo wszystko jest cieplej. Światło przesączające się przez ciemny materiał zasłon nie obiecywało słonecznego dnia. Nie musiałam odsłaniać okna, żeby wiedzieć. Światło powiedziało mi wszystko. Z minuty na minutę odsuwałam od siebie myśl o wstaniu z łóżka. Kołdra przykryta ciepłym kocem nie chciała wypuścić mnie z objęć, a Morfeusz wciąż delikatnie gładził po włosach zachęcając do kontynuacji snu.

Marzenia senne były dziwne, a jednocześnie spójne i logiczne. Układały się w historię, posiadały bogate i zaskakujące dialogi. Tylko dlaczego Voldemort? Od przeczytania ostatniej części Harrego Pottera minął szmat czasu, a poza tym… Skąd on się wziął u mnie na balkonie, a może ja u niego na balkonie? Zdecydowanie, to nie mógł być mój balkon, choć równie wysoko się znajdował a z salonu, z którego się nań wchodziło padało poprzez firanki ciepłe, żółte światło. Balkon był większy od tego, jaki jest u mnie w mieszkaniu. Poza tym na barierce były zawieszone podłużne donice z kwiatami. W ogóle było tam zielono. I tak w półmroku, bo na zewnątrz była noc, siedziałam przy stoliku razem z owym „Voldemortem”. Nie wyglądał jak Voldemort, bo miał nos! I nie był taki znowu blady. Właściwie można by rzec, że był przystojny. Do tego całkiem miły.
Z salonu dochodziły do nas głosy innych osób, obecnych w mieszkaniu. Jednak po przebudzeniu zupełnie zapomniałam, kto tam był. Ktoś znajomy. Może ktoś z rodziny? Sen długo nie chciał mnie opuścić, ale wreszcie wstałam. Ostatecznie miałam mieć gości, należało się zebrać w sobie, ogarnąć i w ogóle.

Mimo paskudnej pogody, zdecydowanie barowo-listopadowej, przyjechali. Ugościłam ich, jak mogłam najlepiej, choć dość skromnie.
- Herbata będzie podana po rusku – oznajmiłam przyjaciółce. – W szklankach.
Aczkolwiek sama herbata była kwintesencją angielskości: Imperial Earl Gray.

Do dzisiaj pamiętam wykład z XIX wiecznej historii Polski, choć tylko z nazwy wykłady dotyczyły Polski. Zresztą trudno zapomnieć wykłady i ćwiczenia prowadzone przez doktora K. Na tych ostatnich siedzieliśmy przy świeczce, doktor wyświetlał nam z przeźroczy obrazy różnych autorów (nie tylko polskich, wbrew pozorom), a do tego puszczał muzykę współgrającą z przedstawianymi dziełami. Niektóre utwory rozpoznawałam, na przykład, kiedy w tle leciała muzyka Dead Can Dance.
W każdym razie jeden z wykładów dotyczył herbaty i kawy. Wówczas dowiedziałam się, że Polacy często pijają herbatę częściowo jak Rosjanie i jak mieszkańcy Zachodniej Europy. Według doktora na Zachodzie herbatę pija się w filiżankach, w Rosji – w szklance z łyżką w środku. A w Polsce zwykle w szklance, ale wyjmując łyżeczkę. Przy okazji dowiedziałam się, że jeśli kiedykolwiek będę w Hiszpanii to nie powinnam przejmować się bajzlem na podłodze. Śmieci walające się pod nogami to oznaka, że lokal jest uczęszczany, a co za tym idzie – oferuje dobrą kawę, jedzenie, itp. Doktor dodał, że oczywiście lokale są sprzątane, aby śmieci nie osiągnęły krytycznego punktu, w którym zaczęłyby się robić śmieciowe hałdy, ale zawsze zostawia się ich wystarczającą ilość do zachęcenia przyszłych gości. Muszę wierzyć na słowo, bo w Hiszpanii nie miałam jeszcze okazji być. Na razie najdalej od domu byłam w Milton-Keynes.

Miałam zabrać moich gości na spacer, jednak w tym majowo-zielonym listopadzie doszłam do wniosku, że nie chcę być odpowiedzialna za ewentualny uszczerbek na zdrowiu przyjaciół. Wybraliśmy się na wycieczkę do Katowic, z prostej przyczyny – trzeba było zapolować na obiad. Wyobraźcie sobie, że dopiero za trzecim razem trafiliśmy na otwartą restaurację.
Najpierw poszliśmy w okolice Starego Dworca, do „Złotego Osła”. Zaskoczyłam nieco przyjaciółkę, ponieważ poszliśmy prosto z ulicy Warszawskiej jedną z jej przecznic, niedawno odmienioną na deptak ulicą Andrzeja Mielęckiego. Po chwili byliśmy przy "Złotym Ośle" - zdziwienie koleżanki było spowodowane tym, że ostatnim razem szliśmy Dworcową od strony placu Szewczyka.
W tej restauracji byłam zaledwie raz, ale wrażenia do dziś niezatarte – zapewne z powodu niezwykłej feerii barw, jakie zapewnić mogą ściany i ozdoby w hinduskim klimacie. „Złoty Osioł” to knajpa podająca wyłącznie wegetariańskie dania, ale można się tam najeść i nie zostawić przy okazji fortuny. Z drugiej strony, pamiętam, że trzeba się było uzbroić w cierpliwość. Kolejka do bufetu była długa, co dawało wyjątkowy efekt, kiedy wzięło się pod uwagę niewielki metraż restauracji. Wówczas też padało, ale wtedy było to o tyle usprawiedliwione, że była to jesień – o ile mnie pamięć nie myli. W każdym razie – wbrew obawom, że w szybko zmieniającym się świecie taki ciekawy przybytek po dwóch latach naszej nieobecności mógł zniknąć – był po prostu tego dnia zamknięty.

Następna knajpa, która przyszła nam do głowy, mieści się przy ulicy 3 Maja, jakże zbieżne to było z dniem, w którym próbowaliśmy znaleźć czynny punkt gastronomiczny! Restauracja „Pod Starym Drzewem” gościła nas kilkakrotnie, jeszcze w czasach, gdy nasze macierzyste forum istniało i miało się co prawda nie najlepiej, ale istniało. Później parę razy bywaliśmy tam już po upadku forum. A raz, czy dwa odwiedziłam je razem z grupą znajomych ze studiów. Ba! Odbyło się tam pierwsze spotkanie integracyjne mojej grupy. Stare dzieje. W każdym razie, brama prowadząca na podwórko kamienicy, w której głębi znajduje się restauracja była zamknięta na głucho. Zaczęliśmy mieć wątpliwości, czy cokolwiek w taką psią pogodę będzie otwarte. Narzeczony przyjaciółki zasugerował nawet, że może „Stare Drzewo” zostało zlikwidowane, ale wówczas po co miałby wisieć szyld nad bramą?

Zrezygnowana zaprowadziłam towarzystwo na ulicę Stawową. Przyjaciółka radośnie przywitała się z Żabą. Nasze Sanktuarium Świętej Żaby było jeszcze wyłączone, ale pewnie za parę tygodni znów tryśnie zdrój, który wypełni nieckę u stóp Świętej Żaby. Tak, istnienie Sanktuarium również ma związek ze śp. forum. Żaba była i wciąż jest dość charakterystycznym miejscem w centrum Katowic, jedynym w swoim rodzaju, dlatego też przez lata forumowych spotkań służyło nam za punkt zborny. Śląska ekipa prawie zawsze spotykała się przy Sanktuarium, a dopiero później szukała knajpy czy restauracji, gdzie można byłoby w spokoju porozmawiać. Często lądowaliśmy w Pizza Hut, które mieści się przy alei Wojciecha Korfantego, nieopodal skweru przy pomniku Powstańców Śląskich.

- McDonald jest otwarty – zauważył narzeczony przyjaciółki. To była ostateczność. Jednak kilkanaście metrów dalej znaleźliśmy otwartą restaurację, tawernę – „Neptun”. Poczuliśmy się prawie, jak w Gdańsku! Wszędzie były widoczne elementy marynistyczne. Na oknie rozwieszona została sieć rybacka, na parapecie porozkładano różne muszle i muszelki, choć między nimi znalazł się również ususzony kaktus (sic! Przyjaciółka w pierwszej chwili sądziła, że to jakieś morskie żyjątko było).
Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że byliśmy tam jedynymi gośćmi. Aczkolwiek jedzenie było jadalne i smaczne, choć widziałam w życiu większe pizze, ale droższe także. Nie było źle. Po napełnieniu kałdunów stanęliśmy przed pytaniem: co dalej? Do autobusu powrotnego mieliśmy od ponad pół do godziny. Ani jedna z perspektyw nie przypadła nam do gustu. Wyszliśmy z restauracji, a ja zaproponowałam jeszcze wizytę w kawiarni. Przyjaciółka jest fanką kawy, jej narzeczony wręcz przeciwnie, ale nic nie stało na przeszkodzie, aby skręcić w ulicę Wawelską. W jednym z ogródków kawiarnianych ustawionych tamże siedział mężczyzna, wydało mi się to nieco ekstrawaganckie, biorąc pod uwagę aurę. Ale… co, kto lubi!

Weszliśmy do kawiarni „Wawelska”. Metafizycznie przenieśliśmy się z Gdańska do Krakowa, i to aż na samo wzgórze królewskie! Inaczej zapamiętałam to miejsce. Zmieniło się ustawienie stolików, pojawiły się kanapy. I niewykluczone, że pomalowano ściany na ciemniejszy odcień czerwieni. Choć ostatnia moja wizyta w tej kawiarni była jakieś siedem, a może już osiem lat temu. Byłam tam z przyjacielem z Warszawy, który odwiedził mnie przy okazji konwentu bitewniaków odbywającego się w liceum im. A. Mickiewicza. To był bardzo ciekawy chłopak, zapewne jest takim do dziś, choć straciliśmy już ze sobą kontakt. Zapraszał mnie kiedyś do siebie, na kilkunastodniowy wyjazd do stolicy. Oferował nawet, że przyjedzie po mnie (pociągiem oczywiście). Jednak miałam wówczas siedemnaście lat i Mama była nieubłagana.
Może to i dobrze, że tak się stało. Nie żałuję, że wtedy nie pojechałam. Dwa lata później inny chłopak przyjechał po mnie, żebyśmy mogli wspólnie spędzić sylwestra organizowanego przez niego i znajomych na stancji na Oliwie. Miał nad Ibramem tę przewagę, że wtedy oboje byliśmy pełnoletni, bo do dwudziestki brakowało mi mniej niż pół roku. Wtedy pierwszy raz pojechałam do Gdańska, a do Warszawy…? Do dzisiaj nie byłam, ani nawet nie przejeżdżałam przez nią. Choć niewykluczone, że kiedyś tam się pojawię. Może nawet jeszcze w tym roku.
„Wawelska” wywarła pozytywne wrażenie na przyjaciółce, która zadeklarowała, że koniecznie musimy przyjść tam ponownie. Zapewne częściowo było to spowodowane szerokim wyborem kaw i lodowych deserów, na te ostatnie się nie zdecydowałyśmy ze względu na panującą wokół listopadową pogodę. Wybrałyśmy szarlotkę. Dawno nie jadłam tak dobrej. Zresztą, w ogóle dawno nie jadłam szarlotki.
Racząc się kawą (w przypadku narzeczonego przyjaciółki: herbatą) komentowaliśmy wystrój. Na ścianach, wbrew nazwie kawiarni, wisiały zdjęcia starych pocztówek przedstawiających katowickie Śródmieście. Niektóre z miejsc były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka, jak chociażby Rynek (dużo wolnej przestrzeni i rozstawione w rzędach stoiska - aż trudno uwierzyć, że to mogło tak wyglądać), czy kościół Mariacki, innych nawet po nazwach nie udało mi się zidentyfikować. Nie jestem znawcą przedwojennego Śródmieścia.
- Kościół Mariacki? Jak to Mariacki? Przecież Mariacki jest w Krakowie – zauważyła przyjaciółka.
- Każdy kościół pod wezwaniem NMP to kościół Mariacki – stwierdziłam.
- U nas też jest, ale my na niego mówimy po prostu NMP, a nie Mariacki.
- A my mówimy Mariacki. Zresztą, w Gdańsku też jest bazylika Mariacka. Kwestia tradycji, nazewnictwa – wzruszyłam ramionami. Zawsze był Mariacki i już, to że w Krakowie jest bardziej znany, to co z tego?
Dopiero, jak zaczęłam o tym pisać, sprawdziłam jakie rzeczywiście wezwania mają te trzy kościoły Mariackie (w Polsce i tak jest ich więcej), krakowski i gdański są pw. Wniebowzięcia NMP, a katowicki – Niepokalanego Poczęcia NMP. Ot, ciekawostka. Inna jest taka, że w Inowrocławiu mają dwa kościoły Mariackie. Co się będą ograniczać!
Swoją drogą, kiedy przyjaciółce tłumaczyłam o który kościół w Katowicach mi chodzi ona stwierdziła: Aha! Ten czarny, „spalony”?
Wielokrotnie musiałam przyjezdnym znajomym tłumaczyć, że Mariacki nie był czarny, dlatego że się spalił. Po prostu wokół niego palono, ot się na elewacji osadziło sto czterdzieści lat sadzy. Do dzisiaj trudno mi przywyknąć do nowego wyglądu kościoła. Niewątpliwie jest piękny w pogodne dni, kiedy biała wieża odcina się wyraźnie na tle turkusowego, bezchmurnego nieba. Z drugiej strony człowiek dorastał widząc w centrum czarną, mroczną sylwetę (neo)gotyckiego kościoła. I było w tym wyglądzie coś, co przywodziło na myśl te mroczne, ciemne wieki średnie (pal licho, że kościół powstał w połowie XIX wieku, przecież nie o to chodzi. A zresztą, romantycy też byli mroczni!). Nigdy nawet przez myśl mi nie przyszło, że zbudowano go z dolomitu i wystarczy „trochę” wody pod ciśnieniem, żeby bez pamięci znikła pokrywa sadzy odkrywająca jasną biel budulca. Podczas remontu intrygująco wyglądał kościół, kiedy wieża i ściany wokół głównego wejścia było już odnowione, a ściany bocznych naw jeszcze nie. W pochmurne dni późnej jesieni, gdy na drzewach nie ma już liści, a pierwszy śnieg jeszcze nie spadł, kiedy wszystko wokół jest szare kościół Mariacki i jego otoczenie wyglądało, jak czarno-białe zdjęcie ze starego albumu. W sumie, teraz wygląda podobnie, tylko, że stosunek czerni i bieli jest nieco inny.

Po niezwykle mile i uroczo spędzonym dniu musieliśmy wrócić na Giszowiec, gdzie przyjaciele zostawili samochód. W sumie nawet nie brali pod uwagę możliwości, że do Katowic jedziemy autem. Po pierwsze – w centrum trudno znaleźć miejsce do zaparkowania, po drugie – jest tam straszne nagromadzenie jednokierunkowych ulic. Po trzecie nie mogłabym być ich pilotem, ponieważ nigdy nie jeździłam autem po Śródmieściu (i w ogóle gdziekolwiek, z tej prostej przyczyny, że nie mam prawa jazdy i nawet się o nie nie staram). Dlatego do miasta pojechaliśmy autobusem, po prostu. Mimo kilkakrotnie ponawianej próby zaproszenia ich jeszcze na kolejną herbatę, nie dali się skusić. Odjechali w siną dal ku Częstochowie, a mnie nie pozostało nic innego, jak wrócić do domu.

Kai - 8 maja 2011, 10:36

Jakby to spotkanie było, dajcie znać, hijo, przywlókłbyś sam-wiesz-Kogo ;)

Ella, piszę publicznie, pewnie wiele osób mi przytaknie, bądź egoistką, zdrowy egoizm nie jest wadą, znacznie gorszą wadą jest chory altruizm. A Ty zasługujesz na normalne życie. Ja wiem, jak ciężko się czasem odciąć.

hijo - 8 maja 2011, 20:16

Kai, dla mnie środa jest niemożliwa - przez najbliższe... nie wiem ile. mama Stwora pracuje w środy do 21 i ja mam zmianę przy dziecku. Chociaż powinienem raczej się zebrać w sobie i ze chociaż na chwilę Stowra i siebie przywlec. Tylko jak przekonać mamę Stowra
Ellainepopieram Kai, bądź zdrową egoitką. Nie wiem czemu, ale radzę to wielu osobom. :wink: ważne jest by być szczęśliwym :)

A co do ostatniego odcinka bloga, to muszę się wybrać wreszcie do Centrum zobaczyć odczyszczony kościół Mariacki. Pamiętam go, gdy był taki czarny i moim zdaniem powinien taki zostać. Popełniłem nawet kiedyś taki tekst, w którym go zburzyłem. Muszę go odnaleźć :)

Ellaine - 10 maja 2011, 14:16

No, hijo, jeśli nie widziałeś jeszcze Mariackiego na biało to koniecznie musisz zobaczyć. Różnica jest porażająca :))

Jeśli chodzi o jutro, to sprawa się rozwiązała sama. W czwartek z samego rana jadę do Gdańska (z samego rana, tj. przed szóstą, co znaczy że między trzecią a czwartą czeka mnie pobudka), więc wszelkie popołudniowo-wieczorne spotkanie odpada. Niestety. Jak wrócę to Wam dam znać, to może wtedy się uda jakiś termin znaleźć, niekoniecznie środowy. :)

Kai - 10 maja 2011, 18:23

Mała, z Mackami Cię zmackujemy :>

A ja w sobotę idę tłuc worek.

hijo - 10 maja 2011, 21:07

Ellaine, koniecznie się wybiorę do centrum na spacer ze Stworem.
Kai, a czyj worek będziesz tłuc? :twisted:

Kai - 11 maja 2011, 18:01

Kumpel ma małe studio bokserskie :)
Ellaine - 25 maja 2011, 09:29

Jakby się komuś chciało czytać, co ostatnio czytałam, to proszę bardzo: dzień 8773. Trochę się tam rozpisałam, bo dawno nie analizowałam tego, co przeczytałam.

Swoją drogą, jeśli o książki chodzi, to ze dwa tygodnie temu odwiedziłam filię Biblioteki Miejskiej, tej przy Rybnickiej. Trudno mi opisać, co jest niezwykłego w tej ulicy, ale idąc niespiesznym krokiem między zielenią - nade mną kołysały się gałązki wierzb płaczących, a pospolite ptaki rozprawiały w gęstwinie zieleni krzewów rosnących w ogródkach przed majestatycznymi domami o ciemnoszarych, prawie czarnych ścianach.
Przysiadłam na ławce przed wejściem do jednego z nich i zastanawiałam się, kto może tam mieszkać? Jakimi osobami są ludzie, którzy mieszkają w takiej okolicy? Czy są bardziej wyjątkowi od innych, czy zwyczajni jak wszyscy? Nie pamiętam już jak długo tak siedziałam, pozwalając myślom błąkać się między puchatymi chmurami, przepływającymi mi nad głową. Za plecami miałam metalowe – coś. Teraz trudno mi powiedzieć, co to było tak naprawdę. Stare i zardzewiałe, może to był jakiś stary wózek górniczy? A może przedpotopowa kosiarka? Zwykły złom, który intrygował – skąd się tam wziął i jak długo już tam był? Jak długo jeszcze będzie leżał na trawniku przed domem?

Pamiętam pewien skuter, czerwony z czarnymi elementami i równie czarnym siedziskiem. Stał przykuty do niskiego płotka przed jednym z bloków w Szczecinku. Idąc na rynek lub z powrotem zawsze go mijaliśmy. Mijały lata, karoserię pokrywała rdza, odpadały elementy. Stał tam niezmiennie, przykuty do niskiego, zielonego płotka. Już nigdzie nie mógł pojechać. Z wolna zamieniał się we wrak, a przecież jeszcze parę lat temu lakier wyglądał jak nowy, może nawet był sprawny? A mimo to stał tam, zawsze w tym samym miejscu. Nie ruszany. Śmialiśmy się czasem, że może powinniśmy go sobie wziąć, skoro nikt go nie używa? Ale to były tylko żarty. Skuter wciąż tam stał, więc był już swojski, stał się elementem krajobrazu – jak blok, przed którym tkwił, jak pobliski budynek sądu, czy stojąca nieco dalej kamienica z ledwie widoczną reklamą namalowaną na ścianie brązową farbę, reklamę pamiętającą czasy PRL, głoszącą wszem i wobec, że PZU udziela kredytów... To, że idąc w kierunku rynku zobaczy się przykuty do płotku skuter stało się równie pewne, jak to, że następnego dnia wzejdzie słońce. Tylko, że… Skutera już tam nie ma. Znikł. Zauważyliśmy to ze zdziwieniem gdzieś w kwietniu, a może to był maj? Nieważne. Ważne, że skuter, który stał się dla nas czymś naturalnym w tym miejscu pozostawił po sobie pustą przestrzeń. Wyrwa zdecydowanie mniejsza niż ta, która zostaje po wyburzeniu domu z szeregu innych domów. Jednak, czegoś wyraźnie brak… Może wreszcie udało mu się wyrwać na wolność? A może odszedł tam, gdzie odchodzą wszystkie skutery, motory i motorynki, kiedy rdza przeżre ich serce…

Tak mnie jakoś na melankolję wzięło. Swoją drogą mam miesiąc oddechu. Ojciec pojechał do swojej mamy, w sumie wybrał najbardziej korzystny moment. Dzięki temu będę mogła wykorzystać ten nagle nabyty święty spokój do napisania ostatnich rozdziałów magisterki. Nikt nie będzie mi łaził po domu i mędził, że nic nie robię w tym domu, ani się nie uczę i takie tam bzdury, jakie tylko on potrafi wygadywać. Zresztą, nieważne, koniec o nim! Wreszcie jestem panią na włościach – nie licząc brata oczywiście, ale on nie jest kłopotliwy i w sumie jakoś potrafimy znaleźć wspólny język.

hijo - 25 maja 2011, 21:25

Ellaine napisał/a:
Trudno mi opisać, co jest niezwykłego w tej ulicy

Mało kto już zwraca uwagę na Rybnicką :) A to bardzo ładne miejsce. Ciekawe domy, a na końcu największa skarbnica fantastyki w Katowicach, i różowy blok :wink: . Mnie obecnie klimat Rybnickiej psują samochody i ekipy "parkingowych" jak z reklamy z Fronczewskim.
Ellaine napisał/a:
...i zastanawiałam się, kto może tam mieszkać?
Byłem w jednym takim mieszkaniu, lokatorzy byli delikatnie rzecz ujmując niezwykli. I chociaż nie do końca byłem zadowolony z tej wizyty to miło wspominam pierwsze spotkanie z MacOS-em i świetny kawałek V.A.S.T.Touched Choć on raczej kojarzy mi się z czasami kiedy składałem tam wizytę i jedna konkretną osoba, która też była gościem.
Kai - 26 maja 2011, 18:54

Ella, Cthulhu tęskni za Tobą :D
Ellaine - 30 maja 2011, 08:44

A ja tęsknię za wyjściem z domu, ale cóż. Nie zawsze ma się to, co się chce.
Jakby ktoś jeszcze tęsknił, to piszę, że żyję. I piszę, żeby żyć, znaczy magisterkę piszę. Pomału do przodu, jeszcze "tylko" trzy podrozdziały, jeden rozdział plus zakończenie, no i wstęp. O poprawkach w poprzednich rozdziałach nie wspomnę. Całkiem sporo tego, a czasu zostało mi już tylko tydzień. Mam nadzieję, że się uda, ale sama nadzieja nie napisze tego za mnie, niestety.

Ellaine - 7 czerwca 2011, 21:41

Bez polotu, ot żebyście pamiętali, że wciąż żyję ;)

***

Najpierw ktoś sądził, że nie jestem tym, kim jestem. Później przez sam fakt bycia tym, kim jestem, cała reszta musiała zaczekać. A na koniec perfidnie wykorzystałam fakt bycia tym, kim aktualnie jestem.

To może od początku:
Dzisiaj mijał termin oddania całej pracy magisterskiej, gdybym nie zdążyła – mogłabym się pożegnać z myślą o czerwcowej obronie. Napisanie większej połowy (mniej więcej sześćdziesięciu stron) zajęło mi półtora tygodnia, w momencie kiedy wcześniejsze trzy rozdziały pisałam przez… półtora roku (sic! Czyli jeden rozdział na semestr). Oczywiście taki stan rzeczy tłumaczyłam na wiele sposobów. Zwykle szukałam usprawiedliwienia w tym, że na początku czwartego roku zmarła najukochańsza kobieta mojego życia. Z drugiej jednak strony, czy to był rzeczywisty powód? Do pewnego stopnia na pewno, zwłaszcza w pierwszych miesiącach. Pamiętam reakcję mojej kumpeli z ławki, która dziwiła się, że w ogóle przychodziłam na zajęcia. Co też poczucie obowiązku robi z ludźmi…

Nie było lekko. Nie było przyjemnie. Ale to już minęło. Czasem, podczas ostatniego intensywnego tygodnia, myślałam sobie, że ojciec wybrał najlepszy moment na wyjazd w swoje rodzinne strony. Nie macie pojęcia, a może macie? Jakie to przyjemne uczucie, kiedy w domu jest cisza i spokój i można się bez stresu zająć tym, czym się należy zająć. Bez jojczenia nad głową: Znów się nie uczysz! Znowu grasz na kompie! I nawet sobie nie myśl, że nie obronisz się w czerwcu! I nie myśl, że będę cię utrzymywał! Od razu do pracy masz iść! No tak, to takie banalne, przecież kiedy otrzymuje się tytuł magistra na następny dzień można iść do pracy… zamiatać ulice na przykład. Oczywiście, co do ostatniego zarzutu, wykrzyknika, czy cokolwiek to jest już nie miałam sił odpowiadać, że ja absolutnie i pod żadnym pozorem nie mam zamiaru zostawać w tym „domu” dłużej niż jest to konieczne. Dotrzymam słowa, choć Mama odeszła do lepszego świata. Dałam Mamie słowo, że nie wyprowadzę się zanim nie skończę studiów. Ale obrona jest już blisko.

O dziewiątej rano wydrukowałam w punkcie ksero 104 strony, które składają się na całość. Potem natknęłam się na koleżankę z grupy, odnalazłyśmy kolegę z grupy i do tego mojej grupy seminaryjnej. Jeden z pierwszych magistrów historii z rocznika 2011 na UŚ. Koledze gratulujemy ukończenia studiów i życzymy powodzenia w życiu.

Usiadłam w plamie światła. Wokół półmrok objął we władanie całkiem spory kawał korytarza na trzecim piętrze. Wyjęłam z torby zeszyt, właściwie coś jakby teczkę i nie teczkę. Okładkę, w której mam zeszyt i blok listowy, ale w formacie zwykłego, szkolnego zeszytu. Całkiem sprytna rzecz, odziedziczona po Dziadku. W tej okładce kryje się ważna rzecz. Zaczęłam pisać od niechcenia, bo doszłam do wniosku, że teraz – skoro mam już całość wydrukowaną, to mogę się zrelaksować.
Na korytarzu grupka studentów archiwistyki stała przed drzwiami do gabinetu bardzo miłego doktora, między innymi opiekuna praktyk. No tak, koniec semestru letniego, więc zapewne większość ze stojących w ogonku studentów załatwiała formalności związane z praktyką. W końcu zrobiło się pusto przed gabinetem. I nagle, w pół napisanego słowa otwierają się drzwi, wychodzi doktor, któremu się kłaniam uprzejmie. Spojrzał na mnie i zapytał:
- To pani chciała załatwić praktyki w Archiwum Państwowym w Katowicach?
Uśmiechnęłam się lekko.
- Nie, panie doktorze. Ja już kończę studia - wyjaśniłam.
Doktor przyjrzał mi się uważniej. Wreszcie sobie mnie i moją grupę przypomniał:
- Ach! Racja, przecież wy już jesteście na piątym roku!

Po więcej niż stronie wreszcie pojawiła się moja pani promotor. Za nią jak świta podążało dwoje studentów. Profesor jak tylko mnie zauważyła skinęła na mnie, więc posłusznie wstałam i weszłam za całą trójką do gabinetu. Para poprosiła o wpisy z egzaminu, ja zaś skromnie stanęłam przy drzwiach czekając na swoją kolej. Promotorce nie umknęła moja obecność i władczym tonem orzekła:
- Niech pani siada! – wskazała szerokim gestem fotele przyczajone za szafą. Usiadałam, bo cóż było innego do roboty? Rzuciłam okiem na studentów, próbując ocenić z którego byli roku, ale tak naprawdę w ogóle mnie to nie interesowało. Wreszcie para opuściła gabinet, ale pojawiła się jeszcze jedna dziewczyna, także po wpis. Sesja! Ach, pamiętam… było coś takiego, bardzo stresujące, choć po fakcie człowiek zawsze myślał, dlaczego się tak denerwował, przecież to nic strasznego? I z każdym rokiem coraz spokojniej podchodził do egzaminu, bo jeśli się nie uda za pierwszym razem to na pewno zda się na poprawie! Jak mawiał mój psor z polskiego: „każdą pałkę można poprawić”. (Byle nie inną pałką, oczywiście.) Studentka dostała wpis i została pożegnana zdaniem:
- Ale niech teraz nikt nie wchodzi po wpis, bo mam tu magistrantkę.
Nagle poczułam się ważna. Magistrantka! Och, więc tak to działa! Przypomniała mi się sytuacja z Lubym, kiedy on był u swojego promotora… I żaden student z niższego roku nie chciał nawet choćby się zaanonsować, kiedy na pytanie: czy jest ktoś u profesora? Otrzymał odpowiedź: Tak, jego magistrant. Nikt nie śmiał przeszkodzić. Pani promotor i mnie też nikt nie przeszkodził, aczkolwiek w przeciwieństwie do promotora Lubego i Lubego, moja wizyta była krótka i związana wyłącznie z pracą magisterską.

Miałam iść na grupowe piwo, ale jakoś tak wyszło, że trochę pobłąkałam się po wydziale i ostatecznie nie poszłam do knajpy. Zresztą była taka hica, że nie wiem, czy piwo byłoby dobrym pomysłem (piwo o dwunastej w południe!). W międzyczasie dostałam sms od koleżanki z seminarium. Zresztą byłam zdziwiona, że nie spotkałam jej wcześniej tego dnia. Sms wyjaśnił sporo, była w pracy od rana. Pytała więc, czy nie mogłabym zapytać promotorki, czy będzie popołudniu. Cóż… niechętnie, ale poszłam ponownie pod gabinet pani profesor. Oczywiście było tłoczno, ponieważ spora grupa czekała na swoją kolej, żeby otrzymać wpisy z egzaminu.
- Czy pani profesor jest u siebie? – zapytałam niewinnie.
- Tak, ale jest kolejka – odparł jakiś chłopak.
- Ja tylko na chwilę.
- Jasne, na chwilę… - mruknął niezadowolony.
- Jestem jej magistrantką – stwierdziłam i po prostu weszłam, nawet nie zapukawszy. Przy biurku siedziała promotorka i jakaś studentka, która przyszła do profesor z plikiem indeksów. Przeprosiłam, zapytałam o co miałam zapytać i wyszłam. Rzuciłam tylko spojrzenie owemu, co wątpił w moje słowa i poszłam w swoją stronę. Dopiero później pomyślałam sobie, że mogłam mu powiedzieć, że skoro tak są przywiązani do kolejkowości to może nie powinni wpuszczać osób, które biorą wpis dla siebie i swoich dziesięciu koleżanek…

Ellaine - 12 czerwca 2011, 17:54

Kartka z kalendarza:
Dzisiaj zakończyłam prace nad pracą magisterską. Teraz tylko wydrukować i oddać. A potem się obronić. Po prostu.

Agi - 12 czerwca 2011, 18:55

Ellaine, trzymam kciuki. :D
Kai - 12 czerwca 2011, 20:51

Sis, brawo! :bravo :bravo :bravo
Godzilla - 12 czerwca 2011, 20:58

Ellaine, dasz radę!
Jedenastka - 13 czerwca 2011, 16:45

Ellaine napisał/a:
A potem się obronić. Po prostu.

No właśnie. Powodzenia Ellaine! :D



(i pamiętaj - nie dziękuj...)

Ellaine - 14 czerwca 2011, 05:59

Misa nie dziękuje, ale misa powodzenie się przyda, jak będzie misa biegać po mojsa wydział, żeby oddać na czas mojsa praca i dokumenty do ichsa dziekanatu.

Pardon, moje naśladowanie ze wspólnego z akcentem gungański nie jest najlepsze, ale oglądałam ostatnio trzecią część Gwiezdnych Wojen... a że Jar Jara mam w tytule, to mi jakoś tak wyszło. Zresztą, może jak wrócę z wydziału to sobie przeczytam piąty tom "Ucznia Jedi"... Martin mi się przejadł w trakcie pisania pracy, więc ostatni tom leży i czeka na lepsze czasy.

Kai napisał/a:
Sis, brawo!

Na razie nie ma jeszcze, po co bić brawo, Sis. Na razie to ja dostaję pomieszania z poplątaniem. A do tego spać nie mogę. Na szczęście w piątek jadę w Bory Tucholskie na urodziny przyjaciela, więc sobie odpocznę. A potem się widzimy, czyż nie, Sis? (Co prawda nie wiem jak ja odpocznę, skoro szukamy mieszkania, a potem będzie trzeba się przeprowadzić, a jeszcze później szukać roboty... Więc obrona przy tym to betka!... )

I może wreszcie będę mogła przysiąść do pisania o moich bohaterach, bo biedactwa już od miesiąca siedzą na balu. Pewnie spiły się nieprzystojnie. No, nieważne...

Kai - 14 czerwca 2011, 18:25

Aia, ale jesteś na BC u Macek? Bo ja się sprężam :D Pomożemy Wam, wiesz, jakie Macki są Mackowate?
Ellaine - 15 czerwca 2011, 09:46

No, będę przecież. Jak miałabym nie być? I tak w poniedziałek muszę wracać z Borów do Katowic, bo we wtorek muszę podpisać jakąś umowę licencyjną, o tym że egzemplarz dla dziekanatu muszę jeszcze raz wydrukować już nie wspomnę, bo mnie chyba szlag trafi.
Ellaine - 16 czerwca 2011, 19:55

Kartka z kalendarza:

"Wsiąść do pociągu byle jakiego"...
No, nie takiego byle jakiego! Dość konkretnego, trzeba przyznać, a do tego odjeżdżającego ze stacji Katowice o nieco "barbarzyńskiej" porze, dokładnie o piątej minut pięćdziesiąt. Z drugiej strony... Oznacza to ni mniej ni więcej, jak spacer tuż przed piątą przez uśpioną dzielnicę przy akompaniamencie ptasich treli, bo przecież ci mali śpiewacy zaczynają poranny koncert już o trzeciej nad ranem, a do tego w towarzystwie pierwszych, nieco nieśmiałych promieni słońca...
Tak, zapowiada się całkiem przyjemny poranek :)

A jutro, jutro o tej porze, niewykluczone, że będę już w towarzystwie przyjaciół na działce zagubionej gdzieś w Borach Tucholskich. Idealne miejsce na odpoczynek przed dniem obrony magisterskiej, ostatecznie chyba sobie na to zasłużyłam.
Tak, zapowiada się całkiem przyjemny weekend. :)

A do pociągu zabieram książkę, z biblioteki, "Ruchome obrazki" Terry'ego Pratchetta.

Notatka na marginesie:
Wszystko wskazuje, że przeprowadzka odbędzie się w lipcu, pewnie gdzieś w połowie.
Oliwo, Oliwo! Nadchodzę! Strzeż się smoka...

Kai - 17 czerwca 2011, 07:58

Smok w Oliwie? Hmm... może być niezły :mrgreen:
Ellaine - 21 czerwca 2011, 23:08

Kiedyś zaczepki czynione przez nieznajomych na gadu-gadu były niemal na porządku dziennym. Dzień bez takiej był dniem straconym! Oczywiście większość z nich zachowywała się wulgarnie i nieprzyzwoicie. Propozycje były jednoznaczne i po którymś razie człowiek zaczyna się zastanawiać: na bogów! skąd na tym świecie biorą się tacy desperaci?

Z drugiej jednak strony, od dłuższego czasu nie miałam tej wątpliwej przyjemności rozmowy ze zdesperowanym młodzieńcem, który szuka między rozmówczyniami na gadu-gadu... No, właściwie nie wiem, czego szuka taki ktoś, ale czegoś na pewno, bo w przeciwnym razie, po co by robił coś równie... głupiego? dziwnego? absolutnie niezrozumiałego?

Najbardziej podobały mi się pytania stawiane wprost, które w najbardziej grzecznej formie mogłyby brzmieć: Czy masz ochotę na chwileczkę zapomnienia? Wówczas wprost nie mogąc powstrzymać szczerości odpowiadałam: Tak, ale nie z tobą. Po takim dictum żaden już nie spróbował ponownych awansów w stosunku do mojej skromnej osoby.

Dzisiaj jednak przeszłam samą siebie w byciu złośliwym i złym człowiekiem. Może to tylko efekt tego, że od paru lat już nikt mnie w podobny sposób nie zaczepiał. Ba! Wręcz miałam nadzieję, że jestem już na tyle stara (czyt. nieatrakcyjna dla nastolatków), że znajdują inne, ciekawsze (czyt. młodsze) osoby do zadawania tego typu pytań. Myliłam się! O dziwo, znalazł się taki odważny i zagadał następująco:

- Hej masz ochotę porozmawiać o czymś miłym
"O czymś miłym?" - pomyślałam i palnęłam pierwszą miłą rzecz, która przyszła mi do głowy: o literaturze? - zapytałam.
On na to odparł: lubisz masaż
Mnie pozostało w takim wypadku, tylko zapytać niewinnie:
- Nie znam tej książki, kto jest jej autorem?

Z absolutnie niezrozumiałych mi przyczyn, nieznajomy nie raczył już kontynuować konwersacji.

Notatka na marginesie:
Akcja "bronić magistra!" rozpocznie się 28 czerwca b.r. w godzinach porannych.

ilcattivo13 - 22 czerwca 2011, 00:15

Ellaine napisał/a:
Notatka na marginesie:
Akcja "bronić magistra!" rozpocznie się 28 czerwca b.r. w godzinach porannych.


no to chyba jeszcze powinienem być na tyle trzeźwy, żeby dać radę u-trzymać kciuki :wink:

Jedenastka - 28 czerwca 2011, 15:06

Ellaine napisał/a:
Co prawda nie wiem jak ja odpocznę, skoro szukamy mieszkania, a potem będzie trzeba się przeprowadzić, a jeszcze później szukać roboty... Więc obrona przy tym to betka!...

Ellaine, gratuluję i powodzenia życzę w realizacji planów. Jakby nie patrzeć - życiowych.

Kai - 28 czerwca 2011, 15:15

Taa i pojedzie sobie, i kogo będziemy mackami karmić ;(
Ellaine - 28 czerwca 2011, 15:24

Dziękuję, ilcattivo13 za kciuki.
Dziękuję, Jedenastko :)

Oj, Kai, nie płacz. I tak robiłam wszystko, żeby macków nie jeść, ba! nawet mi się to udawało. :)) Choć ostatnio mnie anomalocaris nakarmił odrobiną jakiejś macki, bo mi wkręcił, że to kurczak. Zjadłam, bo nie wypadało odmówić, ale gumiate to takie, nie do jedzenia zupełnie.

Kai - 28 czerwca 2011, 15:26

Ale tam będziesz miała bliżej :D Zastanów się jeszcze.

I pomyśl, że nie będziesz świadkiem, jak wreszcie dopadnę tego robaka z mezcalu. Mam nadzieję, że często będziesz przyjeżdżać.

Ellaine - 28 czerwca 2011, 15:31

No, zobaczymy jak się życie ułoży, jeśli idzie o te częste przyjazdy. Zobaczymy, jak się życie ułoży. Poza tym bliżej? I co z tego, w Gdańsku można kupić ciupagę, a wcale do gór nie ma blisko (:
Ellaine - 12 lipca 2011, 20:19

Pamiętacie mnie jeszcze? ;)
Pozdrawiam ciepło z Oliwy.

***

"Mój jest ten kawałek podłogi"...

Za oknem strzeliste drzewa o bujnych, soczyście zielonych koronach, mrocznieją z każdą chwilą. Przez liście widać ostatnie promienie słońca i blednący z wolna błękit nieba. Noc podchodzi z wolna pod ludzkie sadyby.
Niewielka lampka stojąca na wysłużonym składanym stole rozprasza półmrok, z pomocą przychodzą jej lampka spod okapu i kuchennej szafki. Ciszę mąci radio, które gada od rzeczy, jak zwykle i miarowy oddech Lubego, który zdrzemnął się na wersalce. Niedługo będzie go trzeba obudzić, bo przecież prędzej czy później też będę chciała się położyć obok. A na złożonej kanapie byłoby to co najmniej problematyczne...

"Mój jest ten kawałek podłogi"

Od każdej ściany nie dzieli mnie więcej niż parę kroków. W jednej chwili mogę znaleźć się przy łóżku, by za moment wejść do kuchni lub przedpokoju. Ale jednak jestem dumna z tego miejsca. Choć nie jest duże. Nie mieści się wysoko nad poziomem ulicy. I pewnie czasem będę żałować, że nie mam gdzie się skryć, a goście będą żartować, że mamy toaletę w szafie. To jednak jestem zadowolona.

Mój ciasny, ale własny kąt. Od tygodnia. A parę dni temu stałam się czasową Gdańszczanką. Do tego rzecz jasna zapisałam się w najbliższej filii Miejskiej Biblioteki Publicznej. Luby też się zapisał, choć początkowo nie był szczególnie chętny do tego. Ostatecznie wypożyczył sobie "Diunę", Franka Herberta, a ja trzy książki, które w sumie możliwe, że mają nieco więcej stron od "Diuny". Mianowicie: "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Ursuli Le Guin, "Nocarza" Magdaleny Kozak oraz "Nocną straż" Terry'ego Pratchetta. Z czego mam przeczytane już półtorej książki, zresztą miałam fory... bo przed wyjazdem zaczęłam czytać "Czarnoksiężnika...".

Kai - 12 lipca 2011, 20:25

Hej, Sis, ale napisz do mnie :D
Agi - 12 lipca 2011, 20:54

Ellaine, pomyślności w nowym domu.
Dobrze, że go już masz. :D

Alatar - 12 lipca 2011, 21:21

A to Ci dopiero, ja również czytam "Czarnoksiężnika z Archipelagu". :)
xan4 - 12 lipca 2011, 21:31

Ellaine, dobre wiadomości :) tak trzymaj :)
ilcattivo13 - 12 lipca 2011, 21:37

gratulacje i powodzenia Ellaine :D
Godzilla - 12 lipca 2011, 21:43

Ellaine, powodzenia!
merula - 12 lipca 2011, 21:44

Ellaine zazdroszczę Ci tej Oliwy. a gdzie konkretnie to lokum?

szczęścia na nowej drodze życia :D

Martva - 12 lipca 2011, 22:07

Ellaine, cieszę się bardzo :)
Ellaine - 20 lipca 2011, 09:42

Dziękuję. To bardzo mnie cieszy, że Wy się cieszycie, że ja się cieszę. :D

Notatka:
Wiem, że miałam paru osobom dać znać jak będę w Katowicach, ale byłam tak krótko, że nie byłoby nawet kiedy się spotkać. Może następnym razem się uda (tj. we wrześniu, bo wcześniej to nie). Przepraszam wszystkich, których miałam zawiadomić o tym, że byłam a tego nie zrobiłam.

Krótka historia.
Akcja dzieje się w dziekanacie tuż przed jego oficjalnym otwarciem dla wszystkich innych. Trzymam w ręku indeks i zaświadczenie, że ukończyłam studia z tytułem magistra.
- A kiedy można przyjechać odebrać dyplom?
- Dyplomy w zasadzie już są, ale musi je jeszcze dziekan podpisać... Proszę przyjść we wrześniu.

Krótka historia 2.
Akcja dzieje się w wypożyczalni biblioteki wydziałowej, ten sam dzień tylko kilkanaście chwil później. Podaję indeks bibliotekarce.
- Proszę o pieczątkę, że nie zalegam u państwa z książkami.
- Ale najpierw musi pani pójść do Biblioteki Śląskiej, a dopiero później do nas.
Cóż... "WTF?!", ale karnie kieruję się ku wyjściu, jednak tknięta nagłą myślą zatrzymuję się z ręką na klamce. Odwracam się do bibliotekarki i z niewinną miną pytam:
- Jeśli można wiedzieć... dlaczego muszę zacząć od Biblioteki Śląskiej?
- Rektor podpisał umowę z dyrektorem... - jakoś to tam wyjaśniła, ale szczerze mówiąc jakoś już nieszczególnie chciało mi się słuchać tego wyjaśnienia.
Bo co ma piernik do wiatraka, skoro systemy obu bibliotek są absolutnie nie związane ze sobą! Ponadto z biblioteki uniwersyteckiej jest się wypisywanym z interesu w trybie natychmiastowym, a w Bibliotece Śląskiej zostaje zmieniony status użytkownika i nadal można korzystać z jej zbiorów tylko, że w mniejszej skali (zamiast wcześniejszych sześciu książek, można teraz wypożyczyć cztery).

Kai - 23 lipca 2011, 13:14

Ellaine, kiedy przyjedziesz na Ślunsk? Mam coś dla Ciebie :D
Ellaine - 24 lipca 2011, 17:27

Kai w Katowicach będę najwcześniej we wrześniu i pewnie też nie na długo.
hijo - 28 lipca 2011, 22:22

Ellaine, dawno mnie tu nie było - w pierwszej kolejności gratuluję sukcesów i życzę powodzenia nowej pani magister:) Koniecznie daj znać jak będziesz w Katowicach
Kai - 3 sierpnia 2011, 13:35

Ellaine, witaj, Sis. Mocno trzymam kciuki i jak Ci tam poza tym?
Ellaine - 3 sierpnia 2011, 13:35

A, poza tym to jakoś się żyje :) Zaczynam się tu czuć jak u siebie, więc jest git :D
Mój Luby właśnie smaży placki ziemniaczane... Więc ja mogę trochę przy kompie posiedzieć ;) jeden komp na nas dwoje to zdecydowanie za mało, ale na razie nie było jak przetransportować z Katowic mojego peceta ;))
Ach, niech one je już kończy bo głodna się robię.

Kai - 3 sierpnia 2011, 13:37

Fajnie :) Bardzo się cieszę.
Ellaine - 4 sierpnia 2011, 10:26

Czy rozmowy kwalifikacyjne zawsze trwają pięć minut?
Cóż, więcej stresu niż to było warte. Generalnie prawdopodobnie poszło mi źle, a mimo to się tym szczególnie nie przejmuję. Podobno pierwszy raz nigdy się nie udaje, tak jak być powinno, więc cóż... Teraz trzeba kontynuować wysyłanie CV, po prostu.

Jedenastka - 4 sierpnia 2011, 21:15

Ellaine, nie zawsze. A czemu tak krótko?
Fidel-F2 - 4 sierpnia 2011, 21:18

Generalnie raz Ci nie poszło to daj już sobie spokój z wysyłaniem CV.
Ellaine - 4 sierpnia 2011, 22:29

Fidel - czarujący jak zawsze.

Jedenastko, nie wiem czemu, po prostu. :)

Fidel-F2 - 4 sierpnia 2011, 22:33

sługa uniżony
Ellaine - 27 października 2011, 21:57

- Jutro... pamiętasz? - zapytała siostra.
- Wiem. Pamiętam - odpowiedziałam cicho.

Jak mogłabym zapomnieć? Nie umiałabym, nawet gdybym chciała. Bo jak można zapomnieć dzień, w którym świat ostatecznie i nieodwracalnie runął...
... i zostawił mi tylko jedno pytanie bez odpowiedzi: dlaczego?

Ellaine - 19 listopada 2011, 12:45

Cóż, z powodu większej awarii urwało ostatnie posty, więc ponownie publikuję wpis sprzed paru dni.

15 listopada 2011 roku,
trzy kwadranse na czwartą po południu.

Jak małe duszki unoszą się pasma pary znad powierzchni kawy z mlekiem, tak z głośników laptopa płyną dźwięki Dream Theater.

- Czego ty słuchasz? - zapytał zaskoczony Luby, wchodząc do mieszkania.
- Dream Theater - odpowiedziałam, odwracając rybne paluszki.
- Tego technicznego metalu? Od kiedy?
- Hm... Chyba jeszcze się wtedy nie znaliśmy.
Zawsze człowiek dowiaduje się o drugim człowieku czegoś nowego. Z każdym dniem.

Na zewnątrz z wolna zapada zmierzch, choć jeszcze nie ma nawet czwartej po południu. Listopad ogołocił z liści większość drzew, dzięki czemu mam lepszy widok na niebo pomiędzy łysymi konarami. Jeszcze tylko krzew rosnący tuż pod oknem może się pochwalić nadal zielonymi liśćmi. Na tle pasa nieba rozjaśnionego do białości przez zachodzące słońce odcinają się spadziste dachy najbliższych willi i ciemna ściana lasu. Jest pięknie. Gdy ściemni się zupełnie, a przydrożne latarnie zaczną odganiać mrok swym pomarańczowym światłem, będzie trzeba pożegnać się z tym widokiem... i zasłonić okno.

Pewnego dnia, gdy odwiedzili nas przyjaciele z Częstochowy, graliśmy w "Fortunę". Był ciepły, letni wieczór, więc okno zostawiliśmy uchylone. Wokół panowała już noc, ale tak zaaferowani grą zapomnieliśmy zasłonić okno. W pewnym momencie przyjaciółka podniosła głowę znad planszy.
- O, spójrzcie kto do nas chce przyjść! - powiedziała wskazawszy na okno.
Odwróciliśmy się wszyscy jak na komendę.
Na zewnętrznym parapecie stał kot, biało-czarny kocur, który usilnie chciał przecisnąć się przez uchylone okno do środka. Niewiele mu już brakowało, żeby dołączyć do nas. Choć niewątpliwie nie było mu łatwo wspinać się po pochylonym skrzydle okna.
Luby wstał i przegonił kota, po czym zasłonił okno.

Później zdarzyło się jeszcze parę razy, że na parapecie usiadł nam jeden z kotów mieszkających w okolicy. A tych futrzaków jest tu naprawdę sporo, pomimo tego, że większość mieszkańców pobliskich will posiada psy. Mimo, że nasi gospodarze posiadają dalmatyńczyka w ogrodzie mieszka kilka kotów. Większość to zwykłe szarobure tygryski, widuję tu też dwa czarne i jednego czarno-białego z obróżką.

- Pogłaskałem kota! - powiedział Luby wchodząc do mieszkania. Spojrzałam na niego zaskoczona. - Siedział na schodku przed wejściem. Taki mały. Nie zdążył uciec, a jak go zacząłem głaskać to już nie wiedział, co zrobić - zaśmiał się.
To zabawne, że Luby sam z siebie postanowił pogłaskać kota. Zwykle wydaje się nie lubić tych zwierzaków, nie tylko dlatego, że ma alergię, ale i nie najlepsze zdanie o nich.

Godzilla - 19 listopada 2011, 12:49

Fajnie, post wrócił! :D
Ellaine - 20 listopada 2011, 22:28

Ano wrócił.

A ja się dzisiaj bardzo artystycznie załatwiłam przy krojeniu sera takim czymś, co niby miało to ułatwiać i w ogóle... Okazało się bardziej skuteczne w ucinaniu płytki paznokcia aż do miękkiego, niż w cięciu sera. Nie sądziłam, że to jest aż tak ostre...

Swoją drogą, ciekawe po jakim czasie mi się to zagoi.

ilcattivo13 - 20 listopada 2011, 22:50

tradycyjnie - do wesela :D
Ellaine - 20 listopada 2011, 23:55

No ja, mosz recht.
Hm... kurde, najbliższe wesele dopiero w czerwcu następnego roku, jakoś będę musiała to przetrwać ;)

Ellaine - 23 listopada 2011, 11:32

Jeśli ktoś ma czas to może sobie posłuchać. Nie to, żeby nie chciało mi się wczoraj pisać, po prostu chciałam spróbować czegoś nowego.

Wpis na blog 22/23 listopad 2011 roku, czas trwania: 00:10:43. Ciekawe, czy będzie działać...

ilcattivo13 - 23 listopada 2011, 22:04

Ellaine - działa jak ta lala, ale musisz zainwestować w lepszy mikrofon i wyłączać głośniki przy nagrywaniu, bo nie dość, że masz zniekształcony głos, to jeszcze okropecznie sprzęga :wink:

Ale pomysł super - czasami bardzo mi brakuje w blogowych wpisach możliwości "ukazania" głosu... :D

Edit: poprawiłem lokalizację "mi" 8)

hijo - 23 listopada 2011, 22:10

Ellaine, posłucham z chęcią
Ellaine - 24 listopada 2011, 10:45

ilcattivo13 napisał/a:
ale musisz zainwestować w lepszy mikrofon i wyłączać głośniki przy nagrywaniu, bo nie dość, że masz zniekształcony głos, to jeszcze okropecznie sprzęga

Będę pamiętać. Z tym mikrofonem to na razie kiepska sprawa, a generalnie to nagrywałam na laptopie Lubego - bo na razie mamy tylko jednego kompa - więc nie mam zielonego pojęcia jakiej jakości jest ten wbudowany mikrofon.

Może w przyszłości pojawią się jeszcze jakieś audiowpisy. Może będę czasem wrzucać tradycyjny wpis z wersją audio, nie wiem jeszcze, pomyślę nad tym. To na razie pieśń przyszłości, bo póki co to staram się wrócić na forum.

Ellaine - 24 listopada 2011, 18:05

Wreszcie przekroczyłam 300 tysięcy znaków. I fabuła ma się ku końcowi, po siedmiu latach kombinowania. No, obym nie kończyła tego przez kolejne siedem lat...
Po pierwszych trzech latach pisania tej historii miałam ponad pół miliona znaków, ale wyrzuciłam je do kosza bez żalu i zaczęłam od początku. Później po kolejnych dwóch - ponad 150 tysięcy znaków również poszło w zapomnienie. A i jeszcze coś pomiędzy nimi było...

Dla porównania:
powyższy blog, a przynajmniej wpisy moje (nie licząc krótkich związanych z dyskusjami) ma obecnie ponad 540 tysięcy znaków (liczonych ze spacjami, oczywiście).

Taką grafomanię niewątpliwie trzeba opić.

Prosit!

Agi - 24 listopada 2011, 18:40

Ellaine napisał/a:
Dla porównania:
powyższy blog, a przynajmniej wpisy moje (nie licząc krótkich związanych z dyskusjami) ma obecnie ponad 540 tysięcy znaków (liczonych ze spacjami, oczywiście).

Taką grafomanię niewątpliwie trzeba opić.

Prosit!

Twoje zdrowie Ellaine! Za sukcesy na niwie. :D

ilcattivo13 - 24 listopada 2011, 19:34

Zdrówko, Ellaine! Za słowotok! ;P:

A mikrofon z notebooka możesz sobie odpuścić. Lepiej już kupić jakieś słuchawki (z mikrofonem) Tracera czy Modecoma za 20pln.

Kai - 24 listopada 2011, 20:16

Sis, Twoje zdrowie, jesteś wspaniała :)
Ellaine - 24 listopada 2011, 21:57

Dzięki Wam :D

ilcattivo, może kiedyś kupię, nie wykluczam. Albo zawinę te słuchawki z mikrofonem, które zostały w Katowicach (co prawda dostaliśmy je z bratem w ramach wspólnego prezentu parę lat temu, więc może trochę nie wypada... bo w tym momencie powinnam zabrać jeden nausznik i pół mikrofonu :D ).

hijo - 24 listopada 2011, 22:10

Ellaine, kiedy będziesz w Katowicach daj znać wypijemy po kieliszku wina. Zawsze jaka flaszka stoi otwarta.
Ellaine - 8 grudnia 2011, 13:08

Dam znać :) Ale to już pewno w nowym roku zawitam do Katowic.

A tak mi się przypomniało, więc postanowiłam to opisać. Tak, o:

***

1. grudnia 2011,
trzydzieści minut na pierwszą po południu.

Kolejny miesiąc się rozpoczął. Kolejny miesiąc poszukiwania pracy. Cóż jednak innego można zrobić, kiedy oszczędności topnieją, jak śnieg na wiosnę? Trzeba znaleźć jakieś zajęcie, dobrze byłoby, gdyby intratne, a nawet jeśli nie... To niech chociaż da się przeżyć do pierwszego.

Nie smućmy się jednak w ten piękny, grudniowy dzień. Niebo zasnute szarawymi chmurami. Światło słońca przeciskając się przez kłęby chmur staje się miękkie i wilgotne. Ludzi wokół niezbyt wielu. Gdzieniegdzie jednak słychać język zachodniego sąsiada. Długa tonie w szarościach, z którymi próbują walczyć kamienice w bajkowych barwach. Ale lepka szarość jesieni przykleja się do kolorowych fasad, przyduszając je nieco. Mimo to uśmiecham się w duchu, znajdując co chwila jakiś nowy drobiazg w obrazach malowanych na elewacjach. W dawnym domu tego nie było.

Oglądam się przez ramię na Złotą Bramę przez którą weszłam w niezwykły świat Głównego Miasta. Przecieram oczy, nie wierząc w to, co widzę. To niemożliwe! Górnicy? Tutaj? W galowych strojach z kołpakami ozdobionymi czerwonymi pióropuszami. Och, gdyby chociaż słońce zechciało obdarzyć blaskiem złote trąbki, tubę i puzon! Nie wierzę. To nie może być prawda! Co tutaj robi orkiestra górnicza w pełnej gali?

Dyrygent machnął biało-czerwoną pałką. Zagrały bębny, tuba i trąby. Doszły flety i klarnety. Szła dzieweczka, do laseczka. I... Poszła Karolinka do Gogolina, a Karliczek za nią... Karliku, Karliku, co tam niesiesz w koszyku? Dzióbka dej! Moja roztomiło!

Marszowym krokiem idą muzykanci ku Ratuszowi Głównego Miasta. Idę i ja, nucąc pod nosem. Skądżeście się wzieli, moi mili? Czyście są górnicy, czy przebierańce, pra? W ostatniej linii idzie trzech mężczyzn w marynarskiej gali. Brakło muzyków górników, że marynarzy dobrano? Czy może mundurów górniczych za mało mieliście? Ale grają, jak prawdziwi. Tylko data się nie zgadza! Kapelmajster, wyście się z datą pomylili! Toć do świętej Baśki jeszcze trzy dni zostały! Czy to ino rozruch przed Barbórką, co by tuby i fujarki przedmuchać? Kto was tam wie, panie kapelmajster, coście se myślieli idąc Długą i wywołując uśmiech zdziwienia na twarzach gdańszczan, gdynian, sopocian, przyjezdnych i mojej, takiego jednego ptoka, co nad morze z Katowic przyfurgoł.

Ludzie robili zdjęcia, kroczącej dumnie po gdańskim bruku górniczej orkiestrze. I ja też komórkę z kieszeni swej dobyłam i zdjęcie zrobiłam.

Orkiestra zakończyła występ przy Ratuszu Głównego Miasta. Ucichli nagle. Muzycy skręcili w Kramarską, gdzie rozpłynęli się, jakoby we mgle... Ale nie, musieli być prawdziwi, przecież zdjęcie pozostało.

Ellaine - 6 lutego 2012, 12:43

Tak wiele wydarzyło się od momentu, w którym ostatni raz sięgnęłam po Worda, aby zapisać kolejny moment w swoim życiu, że nie wiadomo od czego zacząć. Bynajmniej nie zrezygnowałam z pisania pamiętnika, wciąż to robię. Tylko, że nie na publiczną skalę. Jednak myśli zawsze chcą zostać zapisane, więc pisałam, tradycyjnie - na papierze, w starym zeszycie.


Od przeprowadzki z Południa na Północ minęło już pół roku. Czas mija szybko, ani się człowiek nie obejrzał. Jak już mówiłam kiedyś, czas goni na złamanie karku. Naszego. Póki co, mój jeszcze trzyma się prosto i w zasadzie nie jest tak źle. Nawet mogłabym powiedzieć, że idzie ku lepszemu. Nie zapeszajmy jednak.


***

Wrzesień w Gdańsku był wyjątkowo słonecznym miesiącem. Zdawać by się mogło, że to właśnie teraz nadchodzą wakacje, w przeciwieństwie do tych dwóch, deszczowych miesięcy, które minęły niedawno. Oczywiście w trakcie oficjalnie przyjętego okresu urlopowego również zdarzały się ciepłe, przyjemne dni. Jednak „zdarzały się”, to najlepsze słowo dla opisania pełni lata 2011. roku.

Wrzesień i następujący po nim październik wzięły na siebie piękno słońca przebijającego się przez liście drzew, rosnących w ogrodzie żółtej willi, w której mieszkaliśmy. Były to idealne miesiące do spacerów i podjęcia pracy. Niespodziewanie nadarzyła się okazja…
Rosyjska przeróbka pewnego znanego przeboju zabrzmiała w pokoju. Odebrałam. „Pani… Czy jest pani zainteresowana… Proszę przyjść… dobrze, w poniedziałek o… Do widzenia”. Zadzwonili! Cudownie! Kolejna rozmowa kwalifikacyjna. Doprawdy, nie było tego zbyt wiele, więc każda była nowością i czymś dobrym. Każda mogła dać szansę.
Ta oferta pracy jednak okazała się później… niebezpieczna. Niosła za sobą nieznaną mi wówczas, cierpką treść.

Jednak, patrząc z dystansu, mogę powiedzieć, że byłam nieufna od początku. Firma była dość tajemnicza. Internet nie umiał odpowiedzieć na żadne z moich wątpliwości. Milczał jak zaklęty. Oddawał tylko parę ogłoszeń o pracę, o dzieło, zleceń. Nic ważnego. Same nic nie znaczące śmieci. Znalazłam tylko wątek na portalu trójmiasto.pl, gdzie ktoś inny dopytywał, co to za Firma, czym się zajmują i czy ktoś był już na rozmowie, bo nic nie może znaleźć w Internecie na Ich temat. Najwyraźniej nie tylko mnie niepokoił brak jakichkolwiek informacji o Firmie.

Nieprzekonana, poszłam. Biuro znajdowało się nieopodal jednego z oddziałów Urzędu Miejskiego w Gdańsku. Weszłam do sporego, nowoczesnego budynku utrzymanego w piaskowym kolorze przełamanym ciemną zielenią. Wjechałam na czwarte piętro, gdzie mieściło się biuro firmy, do której szłam. Zdziwiłam się pustką, jaka panowała. Bielone, gołe ściany i szara wykładzina przywodziły na myśl mieszkanie, które ktoś dopiero ma zaadaptować do życia. Może dlatego Internet milczał? Może to po prostu nowa Firma? Cóż, przekonam się.

Rozmowa, jak rozmowa, była krótka i w gruncie rzeczy bezbolesna. Rozmawiałam z dwiema, młodymi kobietami, które jednak nie wzbudziły mojej sympatii. Zaproszono mnie na szkolenie następnego dnia. Mnie i chyba wszystkich, którzy w ogóle przyszli na rozmowę o pracę. Kolejna zagwozdka. Mimo to, przyszłam następnego dnia do biura. Może jednak warto spróbować? Kto wie? Nie można przecież z góry zakładać, że to jakaś podejrzana kwestia, prawda? Ludzie, którzy już tam pracowali wydawali się w gruncie rzeczy miłymi osobami, ale podskórnie miało się uczucie jakiejś nieszczerości… Zwłaszcza w dwóch następnych dniach, czyli w dniu szkolenia i pierwszego dnia pracy.

Na to stanowisko przyjęto siedem dziewcząt. To było call center. Poza nami rekrutowano jeszcze przedstawicieli handlowych. Jedna z naszej siódemki zrezygnowała już pierwszego dnia, uznając, że dzwonienie do ludzi to nie jest coś, co chciałaby robić. Mnie też to szczególnie nie odpowiadało, ale pomyślałam sobie – wytrzymam, trzeba chociaż spróbować. Ale… nie powiedziałam o najważniejszym, Firma nie była gotowa do rozruchu!

Jako się rzekło, było pusto. Zaprowadzono nas do ogromnego pomieszczenia z dużą ilością miejsc pracy i szpalerem szafek po środku. Stoły były ustawione tak, że maksymalnie mogły przy nich pracować cztery osoby, po dwie z każdej strony. Dwójki nie mogły się widzieć za dobrze, bo przed sobą miały przepierzenia, na których można było przypinać różne rzeczy. Na każdym miejscu ułożono z godnym podziwu pedantyzmem: blok listowy, teczkę, dwa długopisy (czarny i niebieski); poza tym były tam przyborniki, wciąż jeszcze w pudełkach i bloki kolorowych karteczek a także kuwety na dokumenty. Profesjonalnie. Ale strasznie pusto, jakby to była scenografia.

Jak na call center, brakowało tam tylko jednego… telefonów. Dostałyśmy je, a jakże. Komórki oraz doładowania, które same miałyśmy wklepać. No, nic to. Do tego doszła jedna, powtarzam – jedna, Panorama Firm! No tak, nie wspomniałam, że nie miałyśmy laptopów, ani żadnego innego rodzaju komputerów do dyspozycji. Jak nam wspominano… „Płyną kontenerem z Chin, będą w tym tygodniu”. Do tego czasu wybierać miałyśmy jeleni z Panoramy. Jako się rzekło, była tylko jedna na siedem osób (od połowy dnia – sześć). W każdym razie… rozpracowałyśmy ją całą w niecałe osiem godzin. Część dziewcząt miała doświadczenie na podobnym stanowisku, więc rozmowa z najróżniejszymi kierownikami firm z niemal wszystkich możliwych branż szła im dużo lepiej niż mnie. Nigdy nie pracowałam w taki sposób, więc było to dla mnie doświadczenie nowe i zupełnie obce. Nie dziwię się, że dziewczyna siedząca obok mnie zrezygnowała.

Również nachodziły mnie podobne myśli. Gdzieś pod czerepem tłukło się ciągle – to nie dla mnie, idę stąd. Tego dnia, pierwszego dnia, dwóch dyrektorów postanowiło nas jeszcze raz przeszkolić i powiedzieć, co powinniśmy mówić. Dali nam krótki instruktaż. Jedna z dziewczyn, najstarsza z nas i najbardziej doświadczona w kwestiach pracy i tym podobnych spraw, próbowała podpytać dyrektorów o szczegóły. O historię Firmy, o ich KRS, o to, kto jest głównym sponsorem, kto jest w Zarządzie (i gdzie w ogóle są ci ludzie), kiedy będą umowy i tym podobne kwestie. Dziwnym trafem, koleżanka M., nie otrzymała na te pytania żadnej konkretnej odpowiedzi. Poziom zaufania do Firmy spadł poniżej zera.

- Mają państwo KRS? - pyta M.
- Mamy, ale dokumenty ma dyrektor K., którego dzisiaj nie ma.
- Ale takie dokumenty powinny być w siedzibie firmy, w razie kontroli.
- Jakiej kontroli? – zapytał podejrzliwie jeden z mężczyzn.
- Jakiejkolwiek.

Następnego dnia rano, znów poszłam do pracy. Niechętnie, ale poszłam. Wciąż łudziłam się, że jeszcze wszystko się wyjaśni i będzie dobrze. Było nas już tylko sześć dziewczyn. I jedna, rozparcelowana Panorama, z której nie mogłyśmy mieć już za wiele pożytku. Jedna z dziewcząt przyniosła własnego laptopa i podłączyła go do Internetu. Jednak M. stwierdziła, że nie będzie nigdzie dzwonić dopóki jej nie pokażą umowy. Też byłam tego zdania. A, z samego rana oddałyśmy swoje dane osobowe, które miały zostać zawarte na umowie na okres próbny (tydzień). Jakiś czas później przyszedł dyrektor K., który zabrał na stronę koleżankę M. Po chwili koleżanka wróciła ze łzami wściekłości w oczach, powiedziała, że wg jednego z dyrektorów naskoczyła na niego i że nie podpiszą z nią umowy, więc ma sobie pójść. Spakowała rzeczy i wyszła.

Niedługo po tym zdarzeniu przyszła Koordynatorka ds. call center, z umowami. Dostałam jeden egzemplarz, jakiś świstek papieru, a nie umowę. Umowa na okres próbny, która miała mieć znamiona umowy-zlecenia, zawartej na okres tygodnia, bynajmniej na taką nie wyglądała.

Po pierwsze – nie było pełnych danych Firmy (zwłaszcza brakowało NIP-u).
Po drugie – nie było moich danych osobowych, które wcześniej oddałam na przeznaczonej do tego kartce.
Po trzecie – treść. Umowa miała być zawarta na tydzień, ale w wynagrodzeniu podano stawkę miesięczną. Miałam pracować na call center, ale w stanowisku wypisano wszystkie, na które rekrutowano.
Po czwarte – pieczątka. Była okrągła! W otoku umieszczono jedynie nazwę Firmy.

I tyle. Żadnego podpisu. Żadnych danych adresowych. Absolutnie nic. Przeczytałam to raz, drugi. Poprosiłam o chwilę na zastanowienie. Spojrzałam na pozostałe dziewczyny, które bez większego przemyślenia kwestii – podpisały cyrograf. A ja? Cóż… Oddałam ten świstek papieru koordynatorce, która tak jak my była tam zatrudniona od trzech dni i nie wiedziała nic więcej niż my. Zabrałam od niej kartkę z danymi osobowymi, bez pożegnania – poszłam do domu.

***

Mijały kolejne dni. Z ciekawości zaglądałam na wątek na forum trójmiasto.pl. Chciałam wiedzieć, jak potoczyła się ta historia dalej, już bez mojego udziału. Pojawiały się coraz to nowsze wpisy, od osób, które zrezygnowały z pracy. Podnosiły się głosy, że przedstawiciele Firmy są nieszczerzy z pracownikami, i chyba powinno się to zgłosić policji…
W tym samym czasie zaczęły pojawiać się artykuły w „Dzienniku Bałtyckim”, z których mogłam dowiedzieć się o kolejnych posunięciach Firmy. O organizowanej zbiórce na rzecz szkół i biednych dzieci. Potem o odwołaniu zbiórki z powodu braku pozwolenia Urzędu Marszałkowskiego, którego rzecznik tłumaczył, że Firma nie złożyła na czas wszystkich wymaganych dokumentów. Następny artykuł – Firma zwinęła swoją działalność. Telefony milczą. Biuro zamknięte na głucho. Pracownicy nie otrzymali wypłat za przepracowany październik.

I kolejna informacja na forum trójmiasto.pl, która wstrząsnęła wątkiem. Jeden z dyrektorów to poszukiwany przez policję w Pruszczu Gdańskim listem gończym oszust. Weszłam na stronę policji. Rzeczywiście, podobieństwo uderzające. Znów „Dziennik Bałtycki” drukuje artykuł o Firmie, która oszukała wiele osób na przeszło sto tysięcy złotych. Policja bada sprawę, znajduje nowe wątki. Aż wreszcie ujmuje poszukiwanego oszusta. Choć nie chce mi się wierzyć, że tylko on jest jedynym sprawcą… Ale nic więcej nie wiem w tej aferze. Gazeta i Internet milczą. Widocznie już nie ma nic, czym warto byłoby się pochwalić.
Sprawa zamknięta.

*

Zawsze wydaje się człowiekowi, że takie rzeczy zdarzają się innym. A jednak nie. Jednak „takie rzeczy” zdarzają się blisko, niebezpiecznie blisko. Na szczęście nie miałam wówczas wątpliwości, by odmówić. Zabrać swoje zabawki i po prostu wyjść. Ominęłam bagno szerokim łukiem, droga była dłuższa, ale przynajmniej bezpieczniejsza.

Ellaine - 20 lutego 2012, 11:34

19. lutego 2012, niedziela.
ćwierć na dwunastą w nocy


Słuchanie Kaczmarskiego jest strasznie wciągające. Cały czas myślę o tym, żeby zmienić muzykę, posłuchać RMF Classic czy po prostu instrumentalnych utworów, ale nie... wciąż na tapecie jest twórczość Kaczmarskiego. Tak dawno go nie słuchałam, że teraz ciężko ucho oderwać od słuchawki. Albo i odwrotnie.

Zresztą, rozmawiałam akurat z kolegą o tym. Zapytałam, czy zna utwory Kaczmarskiego. Odparł, że a i owszem. Wymienił mi kilka ulubionych tytułów. Na to mu odparłam, że no - ja właśnie słucham Arki Noego. Na co kumpel zapytał:
- A co ma piernik do wiatraka?
Na szczęście zanim zdążyłam się zdziwić, o co mu chodzi, on zorientował się, że nie miałam na myśli zespołu, tylko utwór o tym tytule.

***

Kolejna niedziela ma się ku końcowi. Pewnie, kiedy skończę pisać poniższe - będzie już poniedziałek. Chociaż kto wie? Może zdążę przed północą.

Powtórzę się, ale nie mam pojęcia od czego zacząć opowieść.

Mieszkanie na Oliwie to już historia. Może więc o niej powinnam powiedzieć więcej? Trudno mi przystać na zmiany, ale jak już coś zmienię i przywyknę to potem żal mi to porzucać. Tak mniej więcej wyglądają moje odczucia w stosunku do Oliwy. W zasadzie – Starej Oliwy.
Okolica była wielce urokliwa. Niemal same stare, poniemieckie wille z lat dwudziestych i trzydziestych zeszłego wieku. Stare drzewa w przydomowych ogródkach. Właśnie, ogród…

Kawalerka była zaledwie przysposobionym do bycia osobnym mieszkaniem pokojem. Posiadała jedno, jedyne okno. Pod oknem stał duży, masywny stół. Nie z jakiejś tam płyty, ale z prawdziwego drewna. Mocny, ciężki stół. Na nim zaś stał laptop Lubego. Z racji poszukiwania pracy sporo czasu spędzałam przy komputerze. Raz na jakiś czas jednak trzeba było oderwać wzrok od monitora, podnosiłam go więc na okno.
Za nim rozciągał się widok na ogród...

Tuż przy ścianie willi rosły krzaki, których imion nie znam. Jednakże nie o krzewy chodzi… ale o ptaki, które raczyły raz na jakiś czas zaglądać do nas. Przysiadywały na gałęziach bliskich oknu. Zwłaszcza, gdy zima przypomniała sobie o istnieniu Pomorza. Krzewy i drzewa w ogrodzie pozbyły się resztek liści, więc jedyną ich ozdobą były przysiadające w gałęziach barwne, skoczne sikorki.

Swoją drogą mam chyba szczęście do dostrzegania, albo ostatnio bardziej zwracam uwagę? Nie wiem…

Pewnego razu szłam wzdłuż ulicy biegnącej przez las. Na granicy chodnika i linii drzew wśród śniegu i krzaków igrała wielość ptaszków. Nie mam pojęcia jakiego gatunku, bo nie były to zwyczajne wróble, ani też sikorki, które potrafiłabym nazwać. A wielkościowo pasowałyby do jednego i drugiego rodzaju ptaków. Jeśli dobrze pamiętam, miały czarne lub ciemne upierzenie z jaśniejszymi akcentami na głowie oraz skrzydłach, nie wiem czemu ale wydaje mi się, że miały żółtawy bądź pomarańczowy pasek na skrzydełkach. Ale były tak ruchliwe, że przyjrzenie się im dokładnie graniczyło z niemożliwością.
Innym znów razem dostrzegłam wyjątkowego ptaka, który przysiadł na krzewie tuż przy wejściu do sieni żółtej willi. Był niemal idealnie okrągły a ubarwieniem przypominał nieco samicę kosa, ciemnobrązowe z jaśniejszymi plamkami. Nie mam bladego pojęcia, cóż to mogło być za boskie stworzenie.

Lubiłam ogród, który otaczał żółta willę. Lubiłam patrzeć, jak niebo barwi się na różowo, kiedy słońce z wolna zachodziło, by utonąć w morzu. Wszystkie drzewa i krzewy oraz pobliskie domostwa oblekały się w mroczniejący z każdą chwilą cień, stając się zaledwie kształtami na tle wieczornego nieba.

Lubiłam również strych żółtej willi. Ponieważ kawalerka nie posiadała wystarczająco dużo przestrzeni, aby móc suszyć w niej pranie. Zresztą… z powodu narożnego usytuowania w pokoju było chłodno i wilgotno, więc tym bardziej suszenie czegokolwiek nastręczało pewnych problemów. W każdym razie… pozwolono nam korzystać ze strychu.
Chodziłam więc na górę, aby pod dachem rozwiesić pranie. Nie wiem dlaczego, ale na wspomnienie tego, przychodzi mi na myśl fragment z Przechadzki z Orfeuszem, Kaczmarskiego.

„Ostrożnie stawiaj stopy, po ludzkich stąpasz resztkach”.

Nie było to może aż tak makabryczne… Ale niewątpliwie należało się poruszać ostrożnie. Schody, co prawda były solidne. Jednocześnie były solidnie zarzucone najróżniejszymi szpargałami, które najwyraźniej nie były potrzebne… a zarazem nikt nie chciał ich wyrzucić. W każdym razie od pierwszego piętra aż po strych piętrzyły się przeszkody. Gdy jednak wreszcie udało się dotrzeć na górę, nadal należało pozostawać ostrożnym. Drzwi strychu były zamykane na bardzo prosty skobel. Wystarczyło go podnieść…

„Nie ścigaj się z obłokiem, umarli się nie spieszą”

To był strych, taki jaki sobie zawsze wyobrażałam. Każdy krok budził z niebytu dźwięk, przeciągły jęk deski. Każdy krok zaburzał chaos kurzu, który pokrywał prowizoryczną podłogę. W paśmie światła wpadającym przez okno tańczyły drobiny pyłu. Jedyną wolną przestrzeń stanowiła ta, którą przeznaczono na suszarnię. Każdy inny kąt, każdy fragment strychu, zajmowany był przez zapomniany sprzęt. Fotele, krzesła, trójdrzwiowa szafa, szafeczki, i wiele innych. Przykryte kurzem lat i historii. Kojarzył mi się ze strychem, który wykreowałam w pewnej opowieści… nie zauważyłam jednak tam żadnego kufra, ale zapewne w szafkach i komodach mogło kryć się nie jedno. Kto wie, jak wiele może zostać pogrzebane na strychu…

Ten strych, to było doskonałe miejsce, żeby schować się przed całym światem i samemu zostać jednym z zapomnianych sprzętów. To jednak nie wchodziło w rachubę. Nigdy nie było brane pod uwagę. Ale każde wejście na strych, było przeżyciem. W późniejszym czasie coraz mniej przyjemnym… ponieważ nadeszły chłodne dni, pranie nie chciało schnąć, a dłonie grabiały z zimna. W końcu, gdy właściciele włączyli ogrzewanie, zaczęliśmy suszyć pranie przy kaloryferze. Od tego czasu ani razu nie byłam już na strychu, niestety. Sprzęty pozostaną zapomniane, przykryte kurzem lat i swoich własnych historii, których nikt już nie usłyszy.

***

To jeszcze nie wszystko o Oliwie, ale na razie niech to będzie tyle.

Ellaine - 22 lutego 2012, 19:37

22. lutego 2012, środa.
trzy kwadranse na siódmą wieczór


Chociaż wiosnę już czuć w powietrzu, to jednak wciąż o tej porze jest ciemno jak w zimie. W zasadzie do kalendarzowej wiosny został już tylko miesiąc. Szczęśliwie już większość śniegu, który jednak raczył pojawić się tej zimy, stopniała. Dzięki temu wracając z pracy nie muszę się przedzierać przez zaspy. Aczkolwiek żaden śnieg nie był straszny moim glanom, które niejedno ze mną przeszły. Pamiętam, że rodzice kupili mi te buty, kiedy mnie nie zależało już na posiadaniu tychże. Każdy kiedyś marzył o glanach, a przynajmniej większość znanych mi osób. I prędzej, czy później się ich dorabiał. Swoją drogą, to gdzieś koło świąt Bożego Narodzenia wspólnie z Lubym pojechaliśmy na targ do Pruszcza Gdańskiego – i szczerze mówiąc, na żadnym ze sztandów nie widziałam glanów! Szok. Swoją drogą, to pierwszy raz byłam na takim prawdziwym targu jak ten w Pruszczu. Odbywa się co tydzień, w każdą niedzielę i tylko w niedzielę. Ludzi było co niemiara, stoisk również niemało, i jeszcze więcej przestrzeni. Mam wrażenie, że na co dzień to jest sportowe lotnisko, a przynajmniej przychodziły mi takie myśli na widok owej giełdy samochodowo-towarowej w Pruszczu.

Swoją drogą to jeśli chodzi o Pruszcz Gdański, to przypomniała mi się właśnie taka zabawna historyjka. Spędzaliśmy z Lubym sobotni wieczór u znajomych na sesji RPG – ostatnimi czasy niemal każdą sobotę spędzamy w ten sposób. W każdym razie jeden z graczy zaoferował się poodwozić nas do domów. Najpierw podrzucił dwóch kolegów, a potem miał odwieźć naszą dwójkę. Trzeba tu nadmienić, że jechaliśmy z Gdyni niemal na drugi koniec Gdańska, ponieważ przeprowadziliśmy się z Oliwy niecały miesiąc temu – ku oszczędności, ale niestety minus jest taki, że to – jak ja mówię: zadupie galaktyki, do owych znajomych gdzie gramy sesje mamy teraz godzinę autobusami i SKM’ką, dawniej wystarczyła połowa tego czasu. W każdym razie, nasz kolega z Gdyni, postanowił że nas odwiezie. Szybciutko znaleźliśmy się na obwodnicy trójmiejskiej i wesoło jechaliśmy w kierunku Gdańska. Żeby było ciekawiej, kolega nie bardzo orientuje się w Gdańsku, ale nie przeszkadzało mu to zbytnio – my zresztą też nie jesteśmy zbytnio obeznani z okolicą, bo nie mamy samochodu, więc podróżujemy miastem a nie jego opłotkami.

Mijamy pierwsze zjazdy na Gdańsk. Oliwa, Wrzeszcz, Centrum, Szadółki, Otomin, Orunia… kolejny zjazd na Orunię, i następny. I jeszcze jeden. W pewnym momencie dostrzegam niebieską tabliczkę: „Gmina Pruszcz Gdański”.
- Hej, chłopaki, chyba już wyjechaliśmy z Gdańska… - mówię nieco niepewnie.
- Coś ty! Niemożliwe – stwierdzają zgodnie.
- Zaraz będzie zjazd do nas… - mówi Luby. Dziwnym trafem nie jestem przekonana, ani nie podzielam optymizmu chłopaków. „Enjoy the joyride”, sugeruje mi Luby, kiedy wyrażam swoje zdanie.
- Yhm… w tym tempie to niedługo dojedziemy do Łodzi – odzywam się z powątpiewaniem. Okolica stała się ciemniejsza. Przed nami nitka gładkiej jak stół drogi. Mijamy zieloną tablicę z wypisanymi odległościami - Tczew, Warszawa, Łódź.
- O, dojeżdżamy do autostrady! – zawołał kolega.
Rzeczywiście, w oddali zobaczyliśmy budki, w których należy uiścić zapłatę za wjazd na A1... A jednak jedziemy na Łódź? Czym prędzej zjechaliśmy z powrotem w kierunku Gdańska. Po jakichś piętnastu-dwudziestu minutach kolega zaparkował pod stacją benzynową nieopodal bloku, w którym zamieszkaliśmy.

To był niewątpliwie najciekawszy i najprzyjemniejszy powrót z sesji RPG w tym roku. Kolega radośnie stwierdził, że teraz trafi do nas już bez najmniejszego problemu. No, po takiej wycieczce – na pewno.

A jeśli chodzi o nasze zadupie galaktyki… to nie jest aż takie straszne. Choć to prawda, że stąd niemal wszędzie jest daleko. Do mojej pracy też mam nieco dalej niż z Oliwy, aczkolwiek tak czy siak musiałam się przesiadać z tramwaju na autobus. Teraz jeżdżę dwoma autobusami. Najlepsze powroty są z nocek, na ulicach Gdańska jeszcze nie ma korków – przynajmniej nie w tej części, z której wracam. Powoli zaczyna budzić się dzień, a kiedy wysiadam z drugiego autobusu jest już prawie zupełnie jasno. Dzisiaj siąpił kapuśniak, delikatną mgiełką wilgoci osiadając na skórze policzków.

Któregoś ranka, gdy dwa tygodnie temu wracałam z nocki, ponad miasto wschodziło słońce. Dopiero co wyłaniało się ponad linię horyzontu. Trzeba wam wiedzieć, że okolica, gdzie aktualnie zamieszkujemy, jest w dużej mierze pozbawiona drzew. Więcej tam bloków niż drzew, tak mi się wydaje. W każdym razie pomiędzy blokami doskonale widziałam ogromną, czerwoną tarczę wschodzącego słońca. Wówczas wokół leżało jeszcze dość dużo śniegu, więc krajobraz był błękitnawo-biało-szary, podobnej barwy było niebo, więc czerwień słońca i nieba tuż nad horyzontem odcinało się mocno od pozostałej części obrazu. Stojąc na przejściu dla pieszych, oczekując na zielone światło, wpatrywałam się we wschód słońca… Taki filmowy, niemalże nierealny.
I nagle w wyobraźni usłyszałam spokojny, doskonale mi znany, kobiecy głos:
Nad Gdańskiem wstaje kolejny, mroźny, zimowy dzień. Ludzie wychodzą ze swoich legowisk…
- czytała: Krystyna Czubówna.

Agi - 22 lutego 2012, 21:57

Ellaine, bardzo kojąco działa na mnie lektura Twojego bloga. :D
Ellaine - 23 lutego 2012, 19:40

Miło mi to słyszeć, Agi. Służę uprzejmie :))
Ellaine - 29 marca 2012, 18:49

Achtung! Achtung!
Wszystkim zainteresowanym - będę w Katowicach w ten weekend. Spotkać mnie będzie można w godzinach południowo-południowych w niedzielę.

Fidel-F2 - 29 marca 2012, 18:55

po ile bilety?
Ellaine - 29 marca 2012, 19:00

Za free :)
Ellaine - 15 czerwca 2012, 10:55

14 czerwca 2012, czwartek.
kwadrans na trzecią po południu.


Jedna z pracujących ze mną kobiet zaczęła narzekać na kierownictwo. Nie słyszałam dokładnie, co jej nie odpowiadało. Maszyna skutecznie zagłusza większość słów; a i mnie narzekania te szczególnie nie obchodziły. Kobieta mruczała coś pod nosem, aż w końcu stwierdziła głośniej:
- Boże! Widzisz to i nie grzmisz!?
Spojrzałam na nią ukradkiem i uśmiechnęłam się półgębkiem.
- Zbiera się na burzę... to może i zagrzmi - stwierdziłam niemal poważnym tonem. Kobieta popatrzyła na mnie zaskoczona, ale zaśmiała się. Ponownie skupiłyśmy się na pracy.

Godzilla - 15 czerwca 2012, 14:09

Hej, dawno cię tu nie było! :D
Kai - 15 czerwca 2012, 18:20

Siostro, jak miło Cię czytać! BTW mam coś dla Ciebie, ale poczeka, aż znów będziesz w Katosach.
Ellaine - 17 czerwca 2012, 20:58

Tak, wiem, nie było mnie dość długo. Zabrakło weny do pisania. Dorosłe życie nie jest tak zabawne, jak studenckie, więc mniej jest do pisania. :) Chociaż może byłoby co opisywać, ale nie wydaje się to tak ciekawe... Sama nie wiem, czemu przestałam pisać.

Kai, a co to takiego? ^^ Czy to te Star Wars, co to mój Luby sobie u Ciebie zaklepał, czy coś innego jeszcze? Ech, najgorsze jest, że nie wiem kiedy będę w Katowicach. W zeszły weekend byłam niedaleko, bo w Częstochowie, ale na występach gościnnych - świadkowałam przyjaciółce, i nie było ani jak, ani kiedy wyskoczyć jeszcze ten kawałek na południe żeby chociaż rodzinę odwiedzić. Heh :]

Ellaine - 14 sierpnia 2012, 08:30

13 sierpnia 2012, poniedziałek,
dwie ćwierci na pierwszą po południu.


- Dobra, to spadam do pracy - rozglądam się po pokoju. - E, chyba nie wezmę żadnej książki do autobusu. Nie chce mi się czytać... - Idę do przedpokoju. Zakładam buty. Prostuję się i patrzę na Lubego. - Albo wiesz, co? Przynieś mi "Ogniem i mieczem", leży na stole.
Luby po chwili wręcza mi książkę i mówi:
- Normalnie jakbyś powiedziała: Nie jestem głodna... albo daj mi czterdzieści pierogów.

ivaine - 17 sierpnia 2012, 13:24

Ellaine napisał/a:
- Normalnie jakbyś powiedziała: Nie jestem głodna... albo daj mi czterdzieści pierogów.

:mrgreen: :bravo
Na jego miejscu zareagowałabym podobnie.

Ellaine - 19 sierpnia 2012, 19:31

:) Cóż... póki co "Ogniem i mieczem" leży zaczęte, ale jak skończę "Kapelusz pełen nieba" zapewne do niego powrócę.

***

18 sierpnia 2012, sobota.
Trzy ćwierci na piątą po południu.


Stoimy na parkingu przed domem weselnym, który w rzeczywistości był ogromnym białym namiotem. Czekamy na przyjazd pozostałych gości oraz nowożeńców, aby rozpocząć wesele. Panie z rodziny Pani Młodej rozmawiają mniej więcej w te słowa:
Pierwsza:
- I jak? Będzie świniak?
Druga:
- Będzie, będzie. Świnia przyjedzie później.
Na co pada pytanie trzeciej:
- A o kim mówicie?

Jak się okazało, mowa była o dziku, którego upolował ojciec Pani Młodej. Pieczony dzik, podany około północy, był jednym z ciekawszych punktów przyjęcia.

Ellaine - 5 września 2012, 23:46

5 września 2012, środa.
Dwadzieścia minut na dwunastą w nocy.


Środowy wieczór początku września. Z głośników laptopa płynie nastrojowa muzyka z filmu „Amelia”. Filmu, o którym, gdzieś kiedyś mi ktoś wspominał; ale jeszcze nie miałam okazji go widzieć. Może, kiedyś. Na razie pozwalam się czarować muzyce z fortepianem w tle. To, po harfie, chyba mój najbardziej ukochany instrument. W sumie i jedno i drugie ma ze sobą wiele wspólnego. A może to dlatego, że harfa kojarzy się ze zwiewnymi księżniczkami a fortepian… wiem, że pianino to zupełnie nie to samo, ale grałam na nim kiedyś. A zawsze marzył mi się fortepian. Chociaż na pianinie nigdy nie grałam na dwie ręce. Zresztą nikt mnie nie uczył gry, sama opanowałam parę prostych melodii. „Świnki trzy”, „Panie Janie”, „Odę do radości” czy „Prząśniczki”.

Środowy wieczór? W sumie bardziej noc, ale cóż, kiedy półtora godziny temu dopiero wyszło się z pracy? Dla mnie to jest wieczór, mimo tego, że za pół godziny będzie już czwartek. Nic to. Czekam na powrót Lubego, który hasał całe popołudnie po Dzikich Polach.

Och. Teraz płynie melodia jak z patefonu, z charakterystycznym szumem. Przypomina mi się adapter, który mieliśmy w domu. Nie pamiętam już jakiej był firmy. W każdym razie słuchałam na nim bajek. O gąsce Balbince, czy o dzieciach taty Abecadła. Lubiłam obserwować sunącą po winylowych drogach igłę. Puszczałam sobie płytę Africa Simona, kojarzę niestety tylko jego dwa utwory. Mama często powtarzała, że była raz na jego koncercie w Spodku i bardzo go chwaliła. No i jeszcze płyta Kapeli Czerniakowskiej ze zdjęciem kapeli przy bramie. I piosenka „Ja jestem chory i nie wiem, co mnie boli. Ślepa kicha, czy stolcowa – wczoraj jeszcze taka była zdrowa”. Chociaż osobiście śpiewałam z nieznanych mi przyczyn - „ślepa kicha czy wątroba”. W każdym razie podobno mój brat w latach swych młodszych, których nie pamiętam, bo mnie nie było na tym świecie – śpiewał to wielce uciesznie.

Tak się zajęłam wspomnieniami, że zupełnie uciekł mi wątek teraźniejszy. Muzyka z „Amelii” odsuwa w dal rzeczywistość i przenosi mnie w świat, ten „świat z seansu w starym iluzjonie”. Tylko, że to wszystko się ze sobą łączy z tym, co mnie tknęło, żeby w ogóle zacząć pisać. Nowe mieszkanie. Nowe dla mnie, bo znów się przeprowadziliśmy. Ale jednocześnie – stare. Blok ma swoje lata i mieszkanie też zachowało charakter sprzed parudziesięciu lat. Tapety, które być może wiszą tu od samego początku. Kafelki proste i zwyczajne, bo tylko takie były. Meblościanka, jaką niemal każdy kogo znam posiadał lub wciąż jeszcze posiada. Sama miałam w domu podobną. I barek też jest; barek, z którego odpadła klapa już po pierwszy otwarciu, bo trzymała się na jednej, dosłownie jednej, śrubie. Odkręciliśmy ją i odstawiliśmy w kąt, gdy będziemy się stąd wynosić, możemy właścicielom ją ponownie przykręcić, czemu nie. W mojej meblościance to nawet nie pamiętam jak wyglądała klapa do barku, tak dawno to było, gdy została wykręcona.
Jest w tym mieszkaniu tak zwyczajnie, tak powszednio, że niemal od razu je zaakceptowałam. Jasne, jego stan ogólny nie napawa optymizmem. Przydałby się mu generalny remont, ale to może kiedyś uskutecznimy. Może nie aż tak generalnie, nie będziemy zrywać kafelek w kuchni czy kłaść jakichś w łazience, w końcu to tylko wynajmowane lokum. Jednak odmalowanie sufitów nie stanowiłoby wielkiego wydatku, a odświeżyłoby nieco atmosferę. Na razie odświeża ją odświeżacz powietrza, którego nazwaliśmy Mruczek – bo wydaje odgłos podobny do kociego pomruku za każdym razem, gdy wypuszcza kolejną dawkę zapachu.
W każdym razie to pierwsze mieszkanie z trzech w sumie, jakie zasiedliłam, gdzie mogliśmy swobodnie wyeksponować książki. W pierwszym stały w niewysokim regale przy półko-tapczanie, zwanym przeze mnie trumno-tapczanem*, a kiedy ten był rozłożony to dolnych półek nie było widać. Część książek miała swoje miejsce na trumno-tapczanie. W drugim mieszkaniu była meblościanka, ale tak umiejscowiona, że półki z książkami zasłaniało skrzydło drzwi, kiedy były otwarte. Tutaj zaś książki zaanektowały pięć półek, a „Myśli nieuczesane” robią za awangardę książkowej armii i stoją na szóstej półce, jakby chciały dać do zrozumienia – tu też będziem stać! Bo wszędzie tam, gdzie stanęła choćby jedna książka od zawsze była, jest i będzie półka na książki. I tak to właśnie jest.

*nie pamiętam kiedy, ale pewnego razu przejęzyczyłam się i powiedziałam o tego typu meblu: trumno-tapczan i jakoś się mi to spodobało.

Luby wrócił w pielesze i jakoś wena do pisania umknęła, choć muzyka z „Amelii” jeszcze się nie skończyła.
W każdym razie mieszkamy od mniej więcej miesiąca na gdańskim Przymorzu.
Rzeczywiście jest to tuż przy morzu, wystarczy przejść przez ulicę i spacerem przeciąć park im. Prezydenta Ronalda Regana, a po kilkunastu minutach wychodzi się na plażę i można popatrzeć na ciemne wody Zatoki Gdańskiej. W naszym bliskim sąsiedztwie znajduje się Falowiec, o żeby to jeden! Ale najbliżej mamy do tego jedynego, najdłuższego. Spacer wzdłuż niego zajmuje mi około 10 minut. Jest w nim coś zachwycającego i jednocześnie niepokojącego. Jakoś nienaturalne jest, aby blok był tak ogromny. Ale większym jednak zaskoczeniem niż jego rozmiar jest to, jak wyglądają piętra. Nie spodziewałam się, że wejścia do poszczególnych mieszkań są na galeriach. W pierwszym odruchu sądziłam, że to co widzę od strony głównej ulicy to balkony. Dopiero dłuższa obserwacja wyprowadziła mnie z błędu. Nigdy wcześniej się nie spotkałam z czymś podobnym. Wiem, że to się zdarza, ale jakoś i tak dziwnie trochę.

Wciąż jeszcze coś mi chodzi po głowie, chce się wydostać i zostać napisane, ale zmęczenie powoli lecz nieubłaganie przejmuje nade mną władzę. Nie sądziłam, że uda mi się napisać cokolwiek po tak długiej przerwie. W zasadzie już wcześniej chciałam wrócić, ale… zawsze było jakieś ale. Dorosłe życie nie jest takie zabawne jak na studiach, chociaż zdarzają się momenty, które zapadają w pamięć. Jak to zwykle w życiu bywa. Później forum jakiś czas nie było. A teraz chyba po prostu potrzebowałam się wygadać, bo z paru różnych powodów można rzec, że mam coś w rodzaju dołka. Ale nie jest to nic strasznego, minie jak wszystkie inne.

Niesamowite. Po „Amelii” puściłam sobie na YT muzykę Massive Attack, pełny album o nazwie „Mezzanine”, nie znam tej grupy muzycznej – przyznam szczerze. Było w proponowanych po prawej przy „filmiku” z muzyką z „Amelii”. W każdym razie wystartowałam z losowego punktu na pasku czasu w/w albumu i na co trafiłam? Na bardzo dobrze znaną mi melodię, bo słyszałam ją przez osiem sezonów House MD. Do tego to chyba trzeba mieć fart? A może znów się odezwała moja prekognicja… Pomijając to, to Massive Attack gra ciekawą ale dość ciężką muzykę; a przynajmniej ciężką dla mnie, po popołudniowej zmianie.

Godzilla - 6 września 2012, 09:19

Ellaine, fajnie cię widzieć :) Zazdroszczę ci tego morza, że tak blisko. Pewnie nie raz napatrzysz się na duże fale. Jesień idzie. A ja nigdy tego na własne oczy nie widziałam.

Przypomniałaś mi bajki z adapteru. Teraz już nie zbieram, ale...
https://www.bajki-grajki.pl/
można dostać :)

Ellaine - 17 września 2012, 09:59

Mój drogi, nie wątp, gdy mówię, że mnie nie poznasz... Bo gdy wrócisz, a ja otworzę Ci drzwi, to staniesz jak wryty i będziesz się zastanawiał, czy nie pomyliłeś mieszkań.

*

Luby pewnego dnia rzekł mi, że zaczynam wyglądać zwyczajnie - czyli tak, jak przed ścięciem włosów. Pomyślałam sobie "Buraku! jak zetnę włosy, to..." Kiedyś Luby stwierdził, że mogę z włosami robić wszystko, co zechcę, bylebym nie ogoliła się na łyso, bo tego nie zdzierży. Mogę farbować, ciąć, kręcić... Nie jestem szczególną fanką fryzjerskich zabaw, więc zwykle niewiele robię z fryzurą. Mam włosy i już.

Mój Luby wyjechał na weekend do rodziców, ja z powodów obiektywnych nie mogłam pojechać z nim... Więc zaprosiłam kolegę, który ostatnim razem również obcinał mi włosy. Wówczas także zafarbował je, ale obecnie uznałam, że na razie - nie. Może za tydzień, albo dwa? Pomyślimy. W każdym razie wciąż mając w pamięci słowa Lubego, postanowiłam obciąć włosy tak, jak jeszcze nigdy mnie nie widział. Czyli o wiele krócej niż poprzednim razem.

Gdy kolega skończył dzieło, a Luby był jeszcze w pociągu, zadzwoniłam doń. I oznajmiłam, że kiedy wróci - nie pozna mnie. Nie uwierzył. Uznał, że się zgrywam, ot - babskie gadanie. Jednak, kiedy otworzyłam mu drzwi, jego pierwsza reakcja to było zaskoczone: LOL!

Miałam rację.
;)

ilcattivo13 - 17 września 2012, 11:34

wrzuciłabyś fotkę :wink:
fealoce - 17 września 2012, 14:06

No właśnie! :)
Ellaine - 17 września 2012, 14:47

A kto by to chciał oglądać? :P

Dobra, ale żeby nie było, że ostrzegałam. Jak ktoś nie ma mocnych nerwów to niech nie patrzy ;))


Martva - 17 września 2012, 14:50

O, bardzo fajna fryzurka, i o wiele dłuższa niż się spodziewałam ;)
fealoce - 17 września 2012, 15:04

Super :) Bardzo Ci w niej do twarzy
Ellaine - 17 września 2012, 16:25

Miło mi to słyszeć, znaczy się czytać :)
W każdym razie, Martvo, dawno nie miałam tak krótkich włosów jak obecnie. Pierwsze cięcie, gdzieś w marcu, to było z włosów niemal do pasa - skrócone tak, że opierały się na ramionach. A do wczoraj włosy miałam już sięgające niemal za łopatki. Ale owszem, zastanawiałam się nad jeszcze krótszymi,... może jednak innym razem ;)

Agi - 17 września 2012, 18:56

Ellaine, do twarzy Ci w tej fryzurze. :)
ilcattivo13 - 17 września 2012, 19:46

Dziewczyny z ust mi wyjęły pochwały, więc tylko napiszę "+1" :D I też się spodziewałem jeszcze krótszych włosów :wink:
Kai - 17 września 2012, 20:06

Sis Smoczyco, przybijamy sztempel "Kai & Macki approved"
turelie - 18 września 2012, 09:52

Pięknie Moja Droga :*
Ellaine - 4 października 2012, 03:32

3 października 2012,
dwie ćwierci na drugą po południu.


Krótka rozmowa w pracy:
- A ta świnia, co tu leży?
- Ta? Ta świnia jest zupełnie zalana...

Rafał - 4 października 2012, 06:48

Ellaine, pracujesz w mięsnym czy w wytrzeźwiałce? :shock: :wink:
ihan - 4 października 2012, 22:08

Albo w zoologii świnka morska wpadła do akwarium.
Ellaine - 6 października 2012, 09:11

Wasze domysły są wielce intrygujące, jednakże idealnie chybione. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Wytłumaczę więc pokrótce dwa słowa klucze, zaczynając od końca.

"Ta świnia jest całkowicie zalana..." - i brak w tym zdaniu istotnego słówka: farbą.

Słowo świnia nie odnosi się w tym dialogu do żadnego żywego stworzenia z rodzin: Caviidae, Suidae czu Hominidae. W tym wypadku określenie "świnia" dotyczy przedmiotu. Przedmiotu zalanego farbą, który został odłożony na bok linii montażowej, ponieważ nie nadawał się do użycia. Cała sytuacja dotyczyła chwili, w której pracując zaczęło brakować na naszym stanowisku tych "świń" - zwanych również "świnkami". Nazwa jest myląca bo może odnosić się do A. elementu jeszcze nieułożonego, B. detali, które się na tym elemencie układa oraz C. skrzynki pełnej materiału gotowego do procesu malowania. Jak widać - "świnia" w znaczeniu A. wielokrotnie przechodzi przez maszynę malującą, więc prędzej czy później jest zalana farbą i niezdatna do użytku. W każdym razie zaczynało brakować nam "świń A.", a że na boku linii montażowej leżała sobie ta jedna to padło pytanie, wyżej cytowane. Pomijam, że mieliśmy też całe stado nieprzydatnych akurat w tamtej chwili "chińskich świń", ale to już zupełnie inna historia.

Cóż, zdecydowanie nie pracuję w wytrzeźwiałce, rzeźni czy mięsnym, ani też podczas tego krótkiego dialogu nie ucierpiała żadna świnka morska (chyba, że gdzieś w innym miejscu na świecie).

To tylko... fabryka części samochodowych. A dokładnie dział zwany malarnią. :)

Ellaine - 3 grudnia 2012, 19:14

2 grudnia 2012,
Ćwierć na jedenastą w nocy.


Stałam z Lubym nieopodal wiaty przystankowej, wpatrując się w pomarańczowy blask idący od latarni po drugiej stronie autobusowej pętli. Światło rozpraszało się na nagich gałęziach pobliskich drzew i spływało po pochyłościach budek sklepowych. Kilka kroków od nas tuż przy autobusie, który za kilka chwil miał ruszyć w trasę, mała dziewczynka wyrywała się młodemu mężczyźnie wzywając ku pomocy policję. Przyglądaliśmy się temu z uśmiechem zażenowania i politowania. „Ratunku! Policja! Zostawcie mnie! Puść!” – wołała dziewczynka, usilnie próbując się wydostać z objęć mężczyzny. Wierzgała niczym dzikie stworzenie. Zaś matka dziewczynki bezskutecznie próbowała ubrać latorośl w kurtkę i czapkę.
- Nie jest mi zimno! Puśćcie mnie! – krzyczała mała. Ostatecznie wygrał argument, że jak nie pozwoli się ubrać to już nigdy więcej nie przyjdzie z mamą odebrać ojca z pracy. Dziewczynka uspokoiła się na tyle, aby ubranie okrycia wierzchniego było w ogóle możliwe. Kiedy dziecko miało już na sobie kurtkę – o! nie liczcie, że dało na siebie ubrać czapkę i szalik! A skąd! Pobiegło radośnie w kierunku peronu Szybkiej Kolei Miejskiej z okrzykiem: "Idę na pociąg!"

Nie wiem, jakie były dalsze losy niepokornej Dziewczynki, gdyż na scenę wstąpił zupełnie inny bohater.

Z naprzeciwległego końca pętli nadchodził mężczyzna ubrany w granatowy, ortalionowy płaszcz. W prawej ręce niósł wypchaną czarną aktówkę, która zapewne niejedno z nim już przeszła. Na głowie miał zwykłą, ciemną, wełnianą czapkę. Nie wyróżniał się urodą. Mógł mieć za sobą już około pięćdziesięciu lat. Szedł równym, szybkim krokiem, a w jego postawie można było wyczuć napięcie i rosnące wzburzenie, które niespodziewanie zyskało ujście. Z nieruchomym spojrzeniem, zaczął rzucać inwektywami, mniej więcej w kierunku, w którym staliśmy.

- Marian, ch*ju! – z takim okrzykiem szedł przez ulicę, prześlizgując się wzrokiem po naszej dwójce. W jego czarnych oczach widziałam nienawiść. Przez chwilę naprawdę bałam się, że zwraca się do mojego Lubego. Jednak nie, przeszedł mimo. I stanął na wprost… automatu biletowego, krzycząc dalej: – Marian, jesteś dla mnie zwykłą k*rwą! – po czym wskazującym palcem groził: - A ciebie, ch*ju, za to że przyznałeś, że jesteś jego synem – obedrę ze skóry!

Patrzyliśmy na tę scenę w osłupieniu. Podobnie jak pozostali ludzie, oczekujący autobusu. Mężczyzna nie wydawał się być pijany, choć gdy przechodził, miałam wrażenie, że trochę wionie od niego alkoholem. Ani tym bardziej nie był naćpany. A mimo to – wygrażał się automatowi. Poszedł dalej. Znikając nam z oczu.

Gdy już siedzieliśmy w autobusie, zaczęłam zastanawiać się, gdzie właściwie podział się ów gniewny mężczyzna? Nie widzieliśmy dokąd poszedł po obrzuceniu automatu przekleństwami. Wydawało mi się, że przeszedł pomiędzy automatem a wiatą… I dalej już go nie widziałam. Zniknął.

Ostatnio Luby studiuje podręcznik do gry RPG – „Mag: Wstąpienie”. W owym opisani zostali magowie, których pochłonęło szaleństwo i robią wokół siebie wiele zamieszania, odwracając uwagę ludzi i rzeczywistości od swojej magii. Jadąc do domu, zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie minął nas właśnie jeden z nich. Może między wiatą a automatem znajdowało się przejście do innego świata, a wyzwiska były tylko wyjątkowo zawoalowaną inkantacją, która otwierała portal? Któż to wie… a my dostrzegliśmy ten niuans i zastanawiamy się nad tym tylko dlatego, że jak większość graczy rpg na swojej „karcie postaci” moglibyśmy zaznaczyć, co najmniej jedną „kropkę” w umiejętności „okultyzm”?

W każdym razie zgadzam się z Lubym:
Rzeczywistość nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

ilcattivo13 - 3 grudnia 2012, 20:37

Ja myślę, że to raczej był Malkavianin :wink:
Ellaine - 3 grudnia 2012, 20:42

W zasadzie. Była już noc, więc mógł być i Malkavianin. :)
ilcattivo13 - 3 grudnia 2012, 21:03

Na drugi raz powiedzcie jakiś głupią i bezsensowną zagadkę, albo coś - jak zgadnie - Malkavianin na 100% :)
Ellaine - 7 grudnia 2012, 18:09

Będę o tym pamiętać, na zaś :)
Ellaine - 22 grudnia 2012, 19:33

W tym roku niestety nie zdołam nagrać odpowiednich życzeń ani kolędy, mam nadzieję, że zostanie mi to przez Was wybaczone.

Niemniej jednak z całego serca życzę Wam, aby te post-apokaliptyczne ;)) Święta były czasem wesołym, pełnym ciepła i radości. Ponadto, oczywiście, życzę Wam wszystkiego dobrego w nadchodzącym 2013 roku.

Ellaine


Ponieważ kolędy nie będzie, to chociaż zawieszę bombkę, żeby było świątecznie:)



(bomba robiona była przeze mnie na konkurs wydawnictwa Galmadrin, który organizowali w połowie grudnia; miał się w bombce ujawnić motyw mitologii Cthulhu; wykonana z papier-mache i pomalowana farbami plakatowymi (z podkładem z białej farby akrylowej). Dodam nieskromnie, że była jedną z dwóch nagrodzonych przez wydawnictwo prac ;)) )

Agi - 22 grudnia 2012, 19:40

Ellaine, bombka pomysłowa wielce.

Radosnych Świąt Ci życzę i udanego następnego roku. :D

Witchma - 22 grudnia 2012, 19:41

Ellaine, bombka świetna :D Powinnam chyba życzyć jeszcze wielu udanych końców świata :)
Ellaine - 25 lutego 2013, 22:11

Z przyczyn różnych, [kwadratowych i podłużnych,] ostatnio praktycznie nie korzystam z forum, więc... pozwolę sobie tutaj jedynie zostawić linkę.

Rękopis znaleziony w pękniętym wazonie - to mój nowy-stary blog, który poniekąd kontynuuje ideę powyższego. Jeśli ktoś tam zajrzy, to niewykluczone, że zauważy, iż są tam również fragmenty wzięte z "Ziarna prawdy, miary kłamstw".

Pozdrawiam,
Ellaine.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group