Menu Content/Inhalt
Oko na niebie arrow Nowy numer SFFH arrow Science Fiction, Fantasy i Horror 41
Science Fiction, Fantasy i Horror 41 PDF Drukuj Email
Wpisał: GAndrel   
23.03.2009.

SFFH 41Koniec pewnej ery

Zamiast kolejnego streszczania zawartości numeru chciałbym poświęcić niniejszy wstępniak Człowiekowi, który dla fantastyki, tej szeroko rozumianej, zrobił więcej niż ktokolwiek inny. Forrest J Ackerman to właściwie legenda, nie człowiek. Można zaryzykować twierdzenie, że bez jego wkładu dzisiejsza fantastyka miałaby zupełnie inne oblicze, kto wie, czy nie o wiele skromniejsze.

 

Urodzony w 1916 roku Forrest, wtedy jeszcze J z kropką, Ackerman współtworzył podwaliny tego, co dzisiaj potocznie zwane jest "fandomem". Współtworzył je niezwykle aktywnie, mało kto wie, że to właśnie jemu zawdzięczamy powstanie znanego dzisiaj na całym świecie skrótu sci-fi, którym od lat określany jest gatunek literacki, i nie tylko, który tak lubicie. Ale nie tylko z takich rzeczy słynął wujek Forry, nawiasem mówiąc - pierwszy zdobywca nagrody Hugo w kategorii #1 Fan Personality.

 

Jego uwielbienie dla fantastyki kazało mu działać na wszystkich frontach, w 1930 roku założył jeden z pierwszych klubów miłośników fantastyki (Boys' Scientifiction Club), pisał prozę - choć niewiele i głównie pod pseudonimami albo w duetach, wydawał zarówno fanziny, jak i profesjonalne czasopisma oraz pewną ich mutację imitującą książki, która zyskała miano bookzinu, stworzył swoiste muzeum tego gatunku w domu na wzgórzach Hollywood, zwanym potocznie Ackermansion, aktywnie promował tłumaczenia - to jemu Ameryka zawdzięcza publikację najdłuższej serii SF, jaka kiedykolwiek powstała na Ziemi, czyli Perry Rhodana. Był też znakomitym promotorem, zwłaszcza horroru, miał wpływ na wielu młodych twórców i nie będzie wielkiej przesady, jeśli powiem, że cała masa znanych reżyserów, w tym takie sławy jak Spielberg, mają mu sporo do zawdzięczenia, czemu niejednokrotnie dawali wyraz. Wystąpił w epizodach w ponad dwustu filmach, to on stał w tłumie witającym kosmitów na dachu wieżowca w Dniu niepodległości, uciekał przed King Kongiem w 1776-tym, a nawet zajadał się popcornem, siedząc tuż za Miachaelem Jacksonem w słynnym teledysku "Thriller".

Długo by wymieniać, ile zrobił dla swojej i naszej ukochanej fantastyki, ale Forry był także człowiekiem, dobrym człowiekiem, jeśli nie fantastycznym. Miałem okazję poznać go w latach osiemdziesiątych, kiedy odwiedził Polskę jako gość któregoś z konwentów. Spędziliśmy wtedy sporo czasu razem, z Wiktorem Bukato pokazując Forry'emu i jego żonie Wendy miejsca, które go interesowały, na przykład zamek w Ząbkowicach Śląskich - przed wojna noszących swojsko brzmiącą (dla każdego fana horroru, a zwłaszcza tak wielkiego, jak Forry) nazwę Frankenstein. Pamiątką po tamtej wizycie jest całkiem spora kolekcja książek, w tym prawdziwych białych kruków, jakie otrzymywałem jeszcze lata później zza oceanu - w tym takie rodzynki, jak autografy autorów dla mnie osobiście, co chyba wiele mówi o tym, jak Wujek Forry podchodził do ludzi, że nie zapominał o nich mimo upływu czasu, a jeśli kogoś polubił, to szczerze. Mogłem się o tym przekonać ponownie, gdy dwie dekady później zrewanżowałem mu się rewizytą w L.A., już jako wydawca "Science Fiction", gdzie podjął mnie w swoim domu, jakbyśmy spotkali się pokilku dniach przerwy - w tymże słynnym "Ackermansion", którego zwiedzenie powinno być obowiązkiem każdego prawdziwego fana fantastyki. Nie ma bowiem innego miejsca na świecie, gdzie można znaleźć tak wspaniały zbiór pamiątek po największych twórcach i dziełach.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »