| Science Fiction, Fantasy i Horror 43 |
|
|
|
| Wpisał: GAndrel | |
| 04.05.2009. | |
|
Ze sceny zejść niepokonanym.
Dawno temu, w czasach gdy wszyscy potrafili tylko głosić wyższość obcych autorów (w tym zbiorze znajduje się wielu ludzi roszczących sobie dzisiaj prawa do restauracji polskiej fantastyki), zaryzykowałem własnym majątkiem oraz nazwiskiem, aby wykazać, iż jest odwrotnie. Najpierw nabijano się ze mnie, i to zupełnie otwarcie, potem próbowano przemilczeć to, co robiłem, a gdy kolejne numery pisma wychodziły regularnie, dostarczając znakomitych tekstów dzięki wcześniejszej polityce wydawniczej gromadzonych latami w szufladach czołowych polskich twórców, rozpoczął się w końcu wyścig szczurów. Po dwóch latach istnienia pisma, kiedy jasne się stało, że można sprzedawać polskich autorów nie gorzej od zachodnich, wielu spróbowało wyszarpać dla siebie kawałek tego tortu. Na rynku prasowym nie ocalał z tej ferajny praktycznie nikt – choć prób było wiele, i amatorskich, i korporacyjnych (zauważam istnienie MF, ale uwierzcie mi, ten tytuł trudno brać pod uwagę, traktując temat czasopism poważnie). Spośród wydawnictw książkowych tylko Fabryka Słów może dzisiaj odtrąbić pełen sukces – zdominowała scenę w naprawdę znacznym stopniu, gromadząc w swojej stajni najbardziej obiecujących autorów starego i młodego pokolenia. A dawne Science Fiction, wydawane siłami człowieka, który był redaktorem naczelnym, sekretarką i magazynierem w jednej osobie, ewoluowało powoli, nie bez perturbacji, zmieniając oblicze, i po niemal dekadzie nieprzerwanych walk nadal stoi pewnie na nogach, dzierżąc pasy mistrzowskie w każdej chyba kategorii. W dziewięćdziesięciu czterech numerach pojawiło się około siedmiuset nowych tekstów, przedstawiliśmy więcej niż setkę młodych twórców. Tak wiele polskiej fantastyki nie dał czytelnikowi nikt wcześniej. Na łamach SF debiutowali: Łukasz Orbitowski, Tomasz Pacyński, Magda Kozak, Rafał Kosik, Szczepan Twardoch, Wojciech Świdziniewski, Robert M. Wegner, Sebastian Uznański... i wielu, wielu innych, których książki spotkacie teraz w najlepszych księgarniach. Przyciągaliśmy i promowaliśmy także ludzi piszących od lat; to na tych łamach mogliście trafić na większość świeżych tekstów Rafała Dębskiego, Romka Pawlaka, Andrzeja Ziemiańskiego, Tomka Bochińskiego, Andrzeja Pilipiuka, że wspomnę tych znamienitszych. Ale znakomici autorzy, których zawsze promowaliśmy, to tylko jedna strona medalu. Drugą jesteście Wy, fantastyczna społeczność skupiająca się wokół pisma. Tysiące ludzi, wcale nie tak młodych, jak by się wydawało, którzy współtworzą forum SFFH, dzisiaj chyba najbardziej żywe miejsce w branżowym Internecie. Którzy są w stanie nie tylko dyskutować na Sieci, ale też spotykać się w realu, a w razie potrzeby zdobyć na spory wysiłek – tu składam ukłon szacunku twórcom naszej forumowej grupy uczestniczącej w programie Seti: to dzięki Wam wspięliśmy się na szóste miejsce w Polsce i trzechsetne na świecie. I tego nikt nigdy ani Wam, ani mnie nie odbierze. Powiadają, że miarą sukcesu jest liczba wrogów, jakich człowiek sobie narobi. Pod tym względem również nie mogę narzekać, chociaż sporej części swoich wrogów (zwłaszcza tych sieciowych) w życiu nie widziałem na oczy, a o istnieniu niektórych nawet nie miałem pojęcia. I niech tak zostanie. Pismo, forum internetowe, nagroda Nautilus, Klub Książki Fantastycznej - to wszystko pozostawiam swoim następcom. Najwyższy czas rozwikłać zagadkę, o kogo chodzi, o jaką firmę i jakiego człowieka. Po ponad ośmiu latach i niemal stu przygotowanych numerach zdecydowałem się na przekazanie pisma wydawnictwu, które ma szanse rozwinąć je i zmienić. Liderowi na polskim rynku fantastycznym. Fabryce Słów. Wybór ten, chociaż ofert było kilka, wydał mi się najbardziej sensowny. Fabryka to najpoważniejszy dzisiaj wydawca polskiej literatury fantastycznej. Czy inne wydawnictwo mogłoby wykorzystać pełniej atut, jakim jest to pismo, czy jakakolwiek firma potrafiłaby wycisnąć z niego więcej pożytku dla autorów? Moim zdaniem nikt inny nie będzie w stanie zapewnić rozwoju tak unikalnego magazynu literackiego, jakim jest Wasze ulubione SFFiH. Chyba jedyne pismo na świecie, które poświęca swoje łamy wyłącznie literaturze krajowej (wyłączam z tej kategorii Amerykanów, oni są poza konkurencją). Dlatego bez specjalnych oporów przystałem na przekazanie SFFH w nowe ręce, zwłaszcza że moim następcą zostanie osoba o wielkim doświadczeniu zawodowym, redaktorskim i autorskim, którą bardzo cenię i której w pełni ufam. Panie i panowie, oto on, nowy redaktor, znany Wam doskonale z tych łamów i nie tylko - Rafał Dębski.
No i stało się... Gdyby jeszcze rok temu ktoś powiedział mi, że zastąpię Roberta na stanowisku redaktora naczelnego SFFiH, prawdopodobnie doradziłbym zakup młoteczka neurologicznego i użycie go w rejonie między grzywką a nasadą nosa. A tutaj, proszę, taka niespodzianka. W sumie nie do końca jeszcze mogę w to uwierzyć... Cóż można powiedzieć w chwili tak uroczystej, kiedy przejmuje się ster wychuchanej i wydmuchanej jednostki pełnomorskiej? Na myśl przychodzi tylko protokół zdawczo-odbiorczy transatlantyku, który spisały dwie legendy polskiej marynarki, a mianowicie Szaman Morski oraz Znaczy Kapitan: „Statek SS Polonia zdan kapitanem Eustazym Borkowskim kapitanu Mamertu Stankiewiczu w stanie takim, w jakim jest". Nic dodać, nic ująć. Obaj panowie byli najzupełniej zadowoleni z tego lakonicznego dokumentu, który zastąpił wielotomowe wykazy wyposażenia jednostki i raporty o stanie technicznym. Bo SS Polonia był wówczas w stanie znakomitym, podobnie jak dzisiaj pismo, które będę od tej pory prowadził. Z pewnością ciężko będzie czytelnikom rozstać się z dotychczasowym rednaczem, o którym można powiedzieć, parafrazując znanego brytyjskiego polityka, iż jeszcze nigdy w historii polskiej fantastyki, i chyba nie tylko fantastyki, tak wielu (autorów i czytelników) nie zawdzięczało tak wiele jednemu człowiekowi. Stoi przede mną ciężkie zadanie, aby nie okazać się gorszym od kogoś obdarzonego podobną charyzmą i wyczuciem. Ale będę się starał. Bardzo. Wydawcą naszego ulubionego periodyku, jako się rzekło, stanie się od tej pory prawdziwy tygrys na rynku książki, Fabryka Słów. Mam nadzieję, że dzięki tak znaczącemu wsparciu będę mógł nie tylko utrzymać pismo w dotychczasowej kondycji, ale sprawić, aby rozwijało się i ewoluowało. Jednak wszystkich obawiających się wszelakich rewolucji śpieszę uspokoić - zmiany z pewnością nie będą gwałtowne i nie nastąpią od razu, od pierwszych numerów. A żeby nie było już tak poważnie i pomnikowo, na zakończenie pozwolę sobie sparafrazować kolejnego polityka, tym razem rodzimego i nie tak wielkiego jak Churchill. Pragnę bowiem obiecać w odniesieniu do Roberta J. Szmidta, że już nigdy nikomu żaden tekst przez tego pana odrzucony nie będzie. Od tej pory ja się tym zajmę. I jeszcze tylko drobna refleksja - Robert chciał zejść ze sceny niepokonany. I właśnie tak zszedł, skubany. Pozazdrościć. A zupełnie na koniec chcę powiedzieć już tylko jedno: WITAJCIE |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|




















