Menu Content/Inhalt
Oko na niebie arrow Numery archiwalne SFFH arrow Science Fiction, Fantasy i Horror 47
Science Fiction, Fantasy i Horror 47 PDF Drukuj Email
Wpisał: Verbal   
17.08.2009.
ImageNumer wrześniowy możecie teraz kupić również w internecie:
 
Image
 
 
 
 
W wielce atrakcyjnym wrześniowym numerze "Science Fiction, Fantasy i Horror" znajdziecie najświeższe, nigdzie niepublikowane opowiadania i felietony. W 47 numerze ukażą się:
 
- Andrzej Pilipiuk -  „Czortek”
- Robert J. Szmidt -  „Pola dawno zapomnianych bitew: Kuźnia”
- Magdalena Felicytka Szymanek -  „Biuro”
- Dariusz Domagalski -  „Orp 'Dzik': Od zmierzchu do nieśmiertelności”

oraz:
 
- Romuald Pawlak - „Ręka. Noga, mózg na płocie...a Rubik w błocie”
- Feliks W. Kres -  „Król i żebrak”
- Jarosław Grzędowicz -  „Jak nie dać się ogłupić”
- Andrzej Pilipiuk - „Czas zaklęty w papierku”
- Szorty
- Komiks z Jakubem Wędrowyczem „Kocioł”
- Rozstrzelać makulaturę – recenzje książek
- Ostro skadrowane – recenzja filmu

 

FRAGMENTY OPOWIADAŃ:
 
ImageAndrzej Pilipiuk "Czortek"
 
 
W wojsławickiej knajpie było tłoczno i wesoło. Jakub obchodził jubileuszowe dziesiąte imieninki tego roku. Na stole znalazł się tort i zapewniono imieninową zniżkę na piwo... Dudniła muzyka puszczana z magnetofonu, a nawet zatańczyli z dwiema turystkami. A potem przyszła pora na wieczorne opowieści... Tym razem w losowaniu padło na Semena.

    -Anglicy ostrzelali nas kartaczami – snuł swoją historię stary. – Atak się załamał. Krwi było jak w rzeźni, trupów co niemiara. Wyczekałem do nocy i czołgałem się ku naszym. Tak sobie właśnie myślałem, że po cholerę Rosji bronić tego zasranego Krymu, gdy usłyszałem jęk. Znaczy, ktoś jeszcze ocalał. Towarzysza pułkowego w potrzebie zostawić nie wolno, więc podczołguję się bliżej, patrzę, a tu Cygan jakiś w nasz mundur odziany leży, nogę mu, rozumiecie, urwało. Zarzuciłem go sobie na plecy i poniosłem do naszych. A on z wdzięczności dał mi to – wyłowił z kieszeni dziwną blaszką.
    -A to jest co niby? – zdziwił się któryś z Bardaków. – Szmelc zaśniedziały...
    -To nie żaden szmelc – Semen spojrzał na głupka z wyższością – tylko specjalny amulet. Kto go ma, raz jeden wygra w karty.
    -Raz? – prychnął Bardak. – To, chłe, chłe, rzadziej, niż statystyka nakazuje.
    Jego kuzyni zarżeli jak osły.
    -Uch, durny się odezwał. Nie raz w życiu, ale gdy się go użyje. Trza go w trakcie rozgrywki w palcach złamać i karty przetasować. Każda gra niezależnie od stawki wygrana. Nawet jak przeciwnik oszukuje. Nie ma siły.
    -Dobre by było, gdybyśmy o pieniądze grali – zarechotał barman. – Ale w Wojsławicach takiego zwyczaju nie ma... No chyba że wśród inteligentów, ale oni nas nie zaproszą na partyjkę...
    -No i ja ten oto wspaniały przedmiot ofiarowuję mojemu przyjacielowi Jakubowi – zakończył kozak.
    -Jestem wzruszony. – Egzorcysta ukłonił się tak, że omal nie zarył czołem w talerz. – Wykorzystam to z pożytkiem dla ludzkości albo w ogóle z pożytkiem dla naszej gminy. – Wpuścił blaszkę do kieszeni. – Barman, jeszcze jedna kolejka dla wszystkich.
    -Na pewno dla wszystkich czy Bardaków jak zwykle pominąć? – Ajent zaczął napełniać kufle.
    -A nalej im też – machnął dłonią Wędrowycz. – Durne toto, ale niech wypiją moje zdrowie.
*
    Czortek postanowił zastawić zasadzkę w ruinach cegielni. Zlokalizował obiekt, przepatrzył okolicę. Zamówiony klient musiał przejść obok w drodze do domu.
    -Korek, worek i rozporek… – Diabeł przypomniał sobie nauki odebrane na szkoleniu dla kusicieli pięćset lat temu. – Grzesznika łamiemy trzema pokusami. Albo alkoholem, albo kasą, albo kobietą lub czymś takim...
    Wyciągnął akta Wędrowycza i zabrał się do ich studiowania. Mina rzedła mu z każdą kolejną stroną. W zasadzie nie udało się stwierdzić, czy Jakub odczuwa jakikolwiek pociąg do alkoholu. Jeśli natrafiał na gorzałę, wypijał ją. Instynkt miał tak rozwinięty, że znajdował wszelkie ciecze zawierające etanol. I niemal zawsze był totalnie napruty. Co gorsza, nawet kompletnie pijany nie tracił głowy. Wręcz przeciwnie, alkohol poprawiał mu zdolność dedukcji i zwiększał refleks.
-A więc raczej nie sprzeda duszy za flaszkę okowity... – zadumał się Czortek.
Pieniędzy Jakub w zasadzie nie używał. Jego kuchnia opierała się głównie na gospodarce zbieracko-łowieckiej. Podatków nie próbowano od niego ściągnąć, z braku prądu nie musiał płacić rachunków, wodę miał w studni. Ubiór zmieniał rzadko i niechętnie... W knajpie najczęściej to jemu stawiano. Często nawet ajent lał mu gratis, bo na trzeźwo Jakub był nieobliczalny... Skutkiem tego Jakub zazwyczaj miał o wiele więcej pieniędzy, niż zdołałby wydać.
-W ogóle nie potrzebuje kasy!? – Diabeł poskrobał się po głowie. – A jak to jest u niego z seksem?
Wczytał się w akta. Wynikało z nich jednoznacznie, że egzorcysta mimo wspaniałych warunków fizycznych zasadniczo nie interesuje się tą stroną życia. Korzystał czasem z nadarzających się okazji, ale robił to jakby mimochodem, raczej aby nie uczynić przykrości nagabującym go kobietom. Kochał wprawdzie swoją klacz, ale jakoś nie skonsumował tego związku, zresztą kobyła zdechła już jakiś czas temu i po przerobieniu na weki została spożyta...
 
Całość opowiadania znajdziecie w 47 numerze SFFiH. 
 
 
 
ImageRobert J. Szmidt - "Pola dawno zapomnianych bitew: Kuźnia"
 
 
Darował mi czternaście dni życia. Z jednej strony niewiele, z drugiej całą wieczność, którą dobrze wykorzystałem, choć moja wątroba, a wraz z nią kilka innych organów, mogła mieć na ten temat nieco odmienne zdanie. W tym czasie pożegnałem niemal połowę chłopaków z naszego osiedla i całkiem sporo dziewczyn. 
Także tych, które zostawały w domu. Jakoś tak wyszło w natłoku zdarzeń. W końcu byłem ostatnim facetem z odroczeniem, niemalże bohaterem uczelni. Ale z każdym dniem nimb sławy bladł. Zbyt wiele się działo. Zbyt wielu odchodziło, nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zanim spakowałem worek poborowego, doczekaliśmy się wizyty smutnych pań z admiralicji. Zawitały na naszą ulicę w niespełna tydzień od startu pierwszego transportowca z poborem. Manfredward Gemme, pucołowaty kujon, chłopak o rok młodszy ode mnie... Chyba... W każdym razie pojawił się w szkole górniczej sezon po mnie. Ponoć zgłosił się na ochotnika na samym początku mobilizacji i zginął podczas pierwszego ćwiczebnego alarmu na stacji tranzytowej. Chociaż wyrażenie „zginął“ niespecjalnie pasowało do tej sytuacji. Dostał zawału, ledwie rozległy się syreny alarmowe. W ogólnym zamieszaniu dopiero po godzinie ktoś się zorientował, że skulony za stosem zasobników z amunicją plazmową grubas nie jest już kandydatem na kolejnego bohatera Federacji, ale zimnym trupem.
Na dzielnicy nikt Manfredwarda nie lubił, lecz jego śmierć była szokiem dla wielu z nas. Nawet mnie zabolało, gdy uświadomiłem sobie, jak ślepy bywa los. Grubas był pierwszą znaną nam ofiarą tej wojny. Ale nie ostatnią. Do dnia mojego wylotu czarny grawiolot zawitał na naszej kolonii jeszcze sześć razy. Dwa dni po poborowym Gemme pożegnaliśmy Montyberiana, Tadama i Karelizabediatha – ich transportowiec rozbił się na powierzchni planety, której nazwy nie byłem nawet w stanie powtórzyć. Ledwie wytrzeźwieliśmy po ich stypie, czarne harpie przyniosły wiadomość o zniknięciu siostry Joandrei. Jej matka nie chciała za nic powiedzieć, co się stało, a my nie dopytywaliśmy. Za to piliśmy do dna. Za nią i za następnych.
Dzień przed moim wylotem przyszła wiadomość o bohaterskiej śmierci Abramadeusa Fossa. Stary czarnuch zawsze był szalony, nikogo więc nie zdziwiło, że rozpieprzył swój myśliwiec o kadłub jakiegoś krążownika. Mieliśmy jedynie nadzieję, że to była wroga jednostka. Szlag by to, nawet nie wiedziałem, kim był ostatni z zabitych. Czarny pojazd z insygniami admiralicji minął naszego śmigera, gdy jechałem z rodzicami w stronę terminala. Matka rozpłakała się na całego, ledwie mignęła jej w oknie wypolerowana czerń masywnego wozu admiralicji. Nie uspokoiła się do ostatniego momentu, w którym ją widziałem; nawet zza bramek odprawy mogłem bez trudu dostrzec, że stoi wtulona w ramię ojca, z chusteczką przytkniętą do nosa. Tylko ona jedna nie machała nam na pożegnanie, gdy wychodziliśmy na rozgrzaną płytę astroportu.

* * *

Jeśli ktoś uważa, że armia jest lepiej zorganizowana niż cywilbanda, to żyje w głębokiej niewiedzy. Przekonałem się o tym, zanim wsiadłem do przydzielonego naszemu oddziałowi wahadłowca.
Nie znałem większości chłopaków z naszej grupy. Z twarzy rozpoznawałem pięciu albo sześciu. Tylko dwóch miało dla mnie konkretne nazwiska i życiorysy. Lewaryst Shorza i Marianton Kozak – obaj wyślizgali się z poboru kilka dni przede mną. Obaj pomagali wyślizgnąć się mnie. Weteran z komisji wiedział, co mówi. Admiralicji wystarczyły niespełna dwa tygodnie na „załatwienie” większości odroczeń.
Przywitaliśmy się z minami skazańców, bo w końcu nimi byliśmy – jeśli w dwa tygodnie odeszło aż siedem osób z jednej kolonii, rzeźnia tam w górze musiała być naprawdę wielka. Staliśmy na skraju szemrzącego tłumu, tak na oko było nas tam osiemdziesięciu. Niemal wszyscy w moim wieku, żadnych szczyli świeżo po osiemnastce. Lewaryst także to zauważył.
- Towarzystwo z odzysku? – zapytał na tyle głośno, żeby usłyszeli go także stojący w innych grupkach. Odpowiedziało mu kilkanaście krzywych uśmiechów i o wiele więcej skinięć głowy. – Zacne towarzystwo – dodał wyraźnie rozbawiony.
- Cieszy cię to? – żachnął się Kozak.
Jego najbardziej bolało to powołanie. Nie dość, że los Federacji zwisał mu luźnym kalafiorem, to na dodatek jego panna zaciążyła tydzień wcześniej. Złośliwi gadali, że celowo, aby wywinąć Mariantonka z woja, ale jeśli nawet tak było, armia okazała się nieczuła na jej wdzięki i kwity. Nie dostał nawet jednego dnia odroczenia. Tylko dodatek dla ojców rodzin do żołdu. Liczony od terminu porodu pierwszego potomka. A to oznaczało dziewięć pełnych miesięcy w polu, zanim skapnie dodatkowy grosz. No, chyba że policzymy odszkodowanie. Za dzieciatych rodziny dostawały więcej. Stary Manfredwarda ponoć kupił nowego śmigiera za kredyty z admiralicji. A przecież za leszcza, który padł, zanim włożył mundur, nie mogli zapłacić jak za poległego bohatera.
Nagle zdałem sobie sprawę, że ja, pacyfista pełną gębą i przeciwnik tej wojny od pierwszego jej dnia, stoję w tłumie podobnych mi ludzi, z pokorą czekając na przydział sortów mundurowych i broni. Czy dwa tygodnie picia na umór mogło mnie tak odmóżdżyć? Chyba nie do końca, skoro nadal o tym myślę. Ale co będzie za miesiąc, dwa? Jeśli nie zginę od razu, jak sugerował osiłek, i trafię na front, będę musiał strzelać do ludzi, którzy mają pieprzoną rację chcąc się wywinąć spod władzy największych pojebów we wszechświecie.
 
Całość opowiadania znajdziecie w 47 numerze SFFiH. 
 
 
 
ImageDariusz Domagalski - "ORP: "Dzik": Od zmierzchu do nieśmiertelności"
 
 
Miała na imię Julia i była piękna. Długie, czarne jak noc włosy nosiła rozpuszczone i kosmyki opadały figlarnie na twarz. Przenikliwe bursztynowe oczy ukryte za okularami hipnotyzowały i każdy mężczyzna, który w nie spojrzał, odpływał na niezbadane akweny zachwytu.
Przechadzając się po okręcie wywoływała zamieszanie. Marynarze potykali się, z rąk mechaników wypadały narzędzia, nawigatorzy wylewali kawę na mapy, a oficerowie uśmiechali się głupkowato. Wszyscy zaczęli mniej pić, częściej brać prysznic, a niektórzy nawet czesać się. Można powiedzieć, że wraz z aurą kobiety i perfumami Chanel  No 5 na nasz okręt wdarła się odrobina kultury.
    Julia była naszym pokładowym psychologiem i już samą obecnością wprowadziła pozytywne zmiany w zachowaniu załogi. To się nazywa efektywność. I doprawdy nie wiem, po co wymyśliła jeszcze terapię grupową dla kadry oficerskiej.
    Siedzieliśmy wokół stołu w mesie i opowiadaliśmy o naszych największych lękach.
- Ja to najbardziej boję się utraty autorytetu – powiedział jeden z bliźniaków.
- A ja utraty władzy – powiedział drugi.
- Aha. – Julia spojrzała na nich wnikliwie i poczyniła notatki w zeszycie. – Brak pewności siebie. Dążenie do władzy w celu zrekompensowania  niskiej samooceny.
    - A ja, panienko, niczego się nie boję. – Podporucznik Wrona wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zazwyczaj jego urok osobisty łamał serca niewiastom, lecz tym razem było inaczej.
    - Proszę się do mnie zwracać  „pani doktor” – Julia utkwiła zimne spojrzenie w okrętowym Don Juanie, a ten, zmieszany, spuścił wzrok. – Komandorze, a pan? Kiedy się pan najbardziej bał?
    Borsuk długo milczał usiłując wybrać jakieś konkretne traumatyczne przeżycie, a nie było to łatwe, gdyż życie na okręcie podwodnym  Marynarki Wojennej RP to nieprzerwany ciąg tego typu wydarzeń.
- To chyba wtedy, gdy pojawił się Cthulhu  i silnik manewrowy nam rozwalił.
- Cthulhu? – Pani psycholog  spojrzała na Starego znad okularów.
- Potwór taki – odparł. - Jak ja się bałem, że mi za ten silnik z pensji potrącą.
Julia pokręciła głową i ponownie  coś zanotowała.
- A pamiętacie, jak przenieśliśmy się w czasie i Pierwszy storpedował „Santa Marię”? – zapytał Wrona i zarechotał. – Bałem się, że nas wszystkich z floty wypier... o, przepraszam... że nas z floty wyrzucą.
    - Ja najbardziej bałem się, gdy Świętowit w Wyraju piorunami w nas walił – wtrącił Kózka.
- Świętowit? Piorunami? – Kobieta zamrugała.
- Tak – potwierdził komandor. – A pamiętacie, jak Kózkę opętało i ksiądz Henryk egzorcyzmy odprawiał?  
    - Prawda. Strachu wtedy było co niemiara . Ale na szczęście mamy bosmana. – Wrona klepnął w plecy siedzącego obok potężnego mężczyznę.
    - A ja obawiałem się, że mnie zdymisjonują za uderzenie starszego stopniem – odparł bosman.
- Pamiętacie Latającego Holendra i szkieletową załogę? – Wrona wyraźnie się rozkręcał.
    Pani psycholog skrobała ołówkiem w notatniku.
- Czy w dzieciństwie często konfabulowaliście?
- Że co? – spytał Wrona.
- Pytam, bo być może wasze fantazje mają źródło w dzieciństwie. A jak u panów wyglądały relacje z rodzicami? – spytała poprawiając okulary. – Proszę, kto zacznie?
Odpowiedziała jej cisza. Wszyscy opuścili wzrok.
- No, proszę się nie krępować – namawiała. – Przecież tutaj są sami swoi. Możecie liczyć na wyrozumiałość kolegów.
Spojrzeliśmy po sobie. Mężczyźni piją razem, i owszem, narzekają klnąc przy tym szpetnie, ale jest granica, której nigdy nie przekroczą. Nie będą mówić o emocjach. Żaden z nas. Nigdy.
    - To może ja zacznę – odezwał się bosmanmat Wagner, zwany również Grendelem. – Opowiem o mojej mamusi.
 
Całość opowiadania znajdziecie w 47 numerze SFFiH. 
 
 
 
ImageMagdalena Felicytka Szymanek - "Biuro"
 
 
Wszystko wskazywało na to, że lato będzie pracowite. Maks zastanawiał się, czy wziąć urlop, ale od czasu, kiedy rzuciła go Marta, źle znosił dłuższe przerwy w pracy, dopadały go wtedy doły egzystencjalne, miał poczucie jeszcze większego osamotnienia niż zwykle.
Spotkania ze znajomymi, w większości już żonatymi oraz dzieciatymi, również nie były pocieszające. Widok par, nawet jeśli nie były one szczególnie szczęśliwe, działał na niego frustrująco. Wcale nie marzył o żonie i gromadce zasmarkanych berbeci, ale brakowało mu kobiety, z którą łączyłoby go pokrewieństwo dusz oraz fantazji seksualnych.  
Ostatecznie postanowił przełożyć wyjazd na jesień. Pocieszał się, że wtedy nad morzem zawsze jest mniej ludzi i nie będzie musiał znosić hałasujących za ścianą dzieciaków.
Jak zwykle pracował wieczorami. Upał był wtedy nieco bardziej znośny i Maks mógł wyłączyć klimatyzator. Nie lubił tego urządzenia – nie dość, że szumiało, to jeszcze powietrze nabierało dziwnego zapachu.
Znowu siedział do późna nad jakimś projektem. Nagle z korytarza dobiegł tupot stóp. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Do środka wpadł chłopiec, nie mógł mieć więcej jak dziesięć lat. Wyglądał, jakby uciekł ze sztuki teatralnej. W kraciastej czapce z daszkiem, pumpach oraz wysoko podciągniętych podkolanówkach przypominał przedwojennego gazeciarza.
- Panie sekretarzu! Panie sekretarzu! – krzyczał od progu. – Mam ważną wiadomość dla pana Cyrusa. – Chłopak klapnął na krzesło przy biurku, próbując uspokoić oddech.
Maks zdębiał.
- Dowiedziałem się, że na mieście coś się kroi. To grubsza sprawa, bardzo niebezpieczna! – Gdy chłopak przerwał, aby nabrać haust powietrza, mężczyzna nieco oprzytomniał.
- Kim jesteś?
- No jak to, nie poznaje mnie pan? To ja, Tadzio! – Przewrócił oczami. – Muszę lecieć. Nie chcę, żeby ktoś mnie tu zobaczył. Niech pan koniecznie ostrzeże pana Cyrusa! – krzyknął na odchodnym.
Zaskoczony Maks przez chwilę nasłuchiwał, ale ciszy nie zakłócił jej nawet najdrobniejszy szmer.
- Co tu się dzieje. Laska, która urwała się z balu przebierańców, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ale dzieciak? O tej porze? – Zmarszczył brwi.
    Podniósł słuchawkę telefonu. Wykręcił wewnętrzny do ochrony.
- Czy przed chwilą nie wchodził do biura mały chłopiec? Wie pan, taki na oko dziesięcioletni, w czapce, podkolanówkach… - Głos drżał mu ze zdenerwowania.
- Yyy… - Ochroniarz w pierwszej chwili wydawał się nieco zbity z tropu. – Nie, nie widziałam. Zresztą o tej godzinie to ja już windy biurowe zablokowałem. Przejście jest tylko przez pomieszczenie ochrony.
- Dziękuję. – Maks odłożył słuchawkę.
- Ktoś sobie głupie żarty robi i tyle! – krzyknął. To było jedyne w miarę logiczne wyjaśnienie, jakie przyszło mu do głowy. Ale kto i po co miałby się z niego naigrawać? No i jak wprowadził dziecko do strzeżonego budynku o tej godzinie?
    Miał mętlik w głowie.
 
Całość opowiadania znajdziecie w 47 numerze SFFiH.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »