Menu Content/Inhalt
Oko na niebie arrow Nowy numer SFFH arrow Fragment opowiadania Stanisława Truchana "Pan Szafirowych Cumulusów"
Fragment opowiadania Stanisława Truchana "Pan Szafirowych Cumulusów" PDF Drukuj Email
Wpisał: Verbal   
28.07.2010.
ImagePosążek, wbrew temu, co twierdził Żampol, na pewno nie był ze złota. Złoto jest cięższe – co do tego Ariel nie miał wątpliwości. Popiersie wąsatego mężczyzny wykonano z jakiegoś innego żółtawego metalu. Jaki to metal – tego już nie wiedział. Bo też kto mógłby mu to wyjaśnić? Z Warłamem i Dżabą trudno się rozmawiało, bo mówili obcym, choć podobnym do polskiego językiem, pierwszy z nich miękko i śpiewnie, drugi bardziej chropawo; Marzena nazywała ten język ruskim, a Dawid rosyjskim. Po rusku, czy też po rosyjsku, ten metal nazywał się na pewno inaczej niż po polsku. A sama Marzena… To wprawdzie Polka, ale Ariel od samego początku poważnie wątpił, czy pod jej platynowymi lokami jest coś takiego jak mózg.
Inni – nawet starszy o cztery lata Dawid, prawdziwy geniusz – byli jednak tym samym, co Ariel: dziećmi, które straciły rodziców. Dawid, przy którym Ariel czuł się mały i niepozorny jak mrówka, wiedział tylko tyle, ile wyczytał z książek składających się na podręczną bibliotekę jego rodziców.
- To chyba stop miedzi z jakimś innym metalem – powiedział kiedyś. – Ale nie mam pojęcia, z jakim.
A jeśli on nie wiedział, to kto miał wiedzieć?
Z Żampolem w ogóle trudno było się dogadać. Niby znał niemiecki – jego ojciec pracował wcześniej w ambasadzie francuskiej w Berlinie – ale okropnie kaleczył słowa. Pani Bożena w ekskluzywnym prywatnym przedszkolu w Szczecinie nauczyła Ariela dużo więcej. A polskiego Żampol zaczął się uczyć dopiero tu, na Wyspie, od Ariela i innych. W dodatku tak zabawnie przekręcał słowa, że Ariel i Dawid czasem dostawali czkawki ze śmiechu.
Posążek należał do dziadka Warłama, najstarszego mieszkańca Wyspy. Przedstawiał mężczyznę w sile wieku, o włosach zaczesanych do tyłu, dumnie uniesionym podbródku i władczym spojrzeniu, które zdawało się przenikać patrzącego na wskroś. Żaden dzieciak nigdy nie zapytał Warłama, kogo ta rzeźba przedstawia i czemu dziadek otacza jego podobiznę taką czcią. Ani też, dlaczego w wujku Dżabie popiersie wąsacza budzi uczucia wprost przeciwne – i to do tego stopnia, że Warłam groził Dżabie połamaniem rąk, gdyby ośmielił się dotknąć posążka. Nie pytali o nic, bo trójka dorosłych stanowiła dla nich obcy świat, chroniony niewidzialną barierą, której nie ośmielali się przekroczyć. Oba światy – ich własny, dziecięcy, i tamten, wydający się nieprzebytym labiryntem wspólnych wspomnień, nieznanych wydarzeń sprzed dziesiątków lat i setek niezrozumiałych słów – stykały się ze sobą tylko przy okazji paru prozaicznych, codziennych czynności: siania kukurydzy, sadzenia ziemniaków, wybierania przepiórczych jajek z gniazd, łatania dziurawych dachów... Ot, krótkie chwile, kiedy ścieżki jednych i drugich zbiegały się, by niemal natychmiast się rozejść...
Warłam oczywiście nie był dziadkiem żadnego z mieszkańców Wyspy, tak samo jak Dżaba nie był niczyim wujkiem. To Marzena tak ich nazywała w rzadkich rozmowach z dzieciakami – i przyjęło się, niby jakieś tytuły szlacheckie. Ją samą zaczęli nazywać ciotką.
Ariel nie pamiętał, kto pierwszy zwrócił uwagę na nabożną cześć, jaką dziadek Warłam darzył posążek z żółtawego metalu. Może był to Żampol – w owych czasach chudy jedenastolatek o długim, ptasim nosie i kanciastych ramionach. Może starszy od niego o rok Dawid z Opola – wątły, chorowity blondasek o bladej, szczurzej twarzyczce poznaczonej drobnymi, ledwo widocznymi piegami. A może mały Rudi z Neubrandenburga? Na pewno któryś z tej trójki.
Po kilku kłótniach między Warłamem i Dżabą posążek znalazł swoje miejsce pod daszkiem kryjącym coś, co ciotka Marzena nazwała „kapliczką”. Warłam umieścił popiersie w niszy znajdującej się mniej więcej na wysokości oczu Żampola, podniósł z ziemi brudny słoik, ledwo widoczny wśród chwastów, wsadził do niego brudnozieloną plastikową różę, postawił obok posążka i przez długą chwilę stał przed kapliczką na baczność. Później – tak długo, jak to było możliwe – zamiast tą sztuczną różą dekorował niszę polnymi kwiatami, najchętniej czerwonymi.
Dziadek Warłam lubił czerwień. Wśród zdjęć, znalezionych później w jego pokoju, było jedno, na którym dziadek – o co najmniej dekadę młodszy – kroczy na czele pochodu, wymachując czerwoną flagą. Inni manifestanci – mężczyźni i kobiety w wieku Warłama albo starsi – nieśli małe proporczyki tego samego koloru. Wszyscy mieli szeroko otwarte usta. Krzyczeli czy śpiewali? Tego Ariel nigdy nie miał się dowiedzieć; Warłam i Dżaba zabrali tajemnicę do grobu.
Ariel czuł, że chodziło o jedną z tych spraw, o które tamci tak zażarcie się kłócili, a które dla niego, Dawida, Żampola czy Rudiego były równie niezrozumiałe, jak wydarzenia poprzedzające ich przybycie na Wyspę.
Czerwona była też gwiazda zdobiąca blaszaną odznakę, którą Warłam przypinał do bluzy trzy razy w roku: na początku marca, potem na przełomie kwietnia i maja i ponownie na przełomie października i listopada. Dokładnych dat Ariel nie zapamiętał; w tamtych czasach jeszcze nie zwracał szczególnej uwagi na kalendarz. Dlaczego Warłam właśnie w tych dniach wkładał sfatygowaną wojskową bluzę i przypinał do niej tę blachę, którą Marzena z ironicznym uśmiechem nazywała „orderem” – o to Ariel również nigdy nie zapytał.
Ani nie próbował się dowiedzieć, co oznacza skrót „CCCP” pod czerwoną gwiazdą. I to na zawsze pozostało dla niego tajemnicą.
Napis na cokole pod popiersiem wąsatego mężczyzny trudno było rozszyfrować. Z sześciu liter dwie sprawiały wrażenie zupełnie obcych. C, T i A – trzy pierwsze znał nawet Ariel, chociaż przed przybyciem na Wyspę chodził dopiero do zerówki. Ale czwarta? Coś jakby J, tyle że z ogonkiem odchylonym od pionu w lewo, wyżej krótka pozioma kreska skierowana w prawo, przy jej końcu pionowa laseczka... Albo piąta: niby N, ale z ukośną kreską biegnącą odwrotnie, z dołu do góry... Dopiero ostatnia litera była doskonale znanym, swojskim H.
Po którychś z kolei oględzinach Żampol orzekł, że czwarta litera to po prostu zdeformowane N, a piąta – U. Ariel miał co do tego wątpliwości, nie chciał się jednak sprzeczać. Francuz był starszy, a w dodatku mogli się wtedy porozumiewać tylko po niemiecku; wspólny zasób słownictwa raczej wykluczał poważną dyskusję. Tak więc Żampol postawił na swoim. Odczytał imię czy też nazwisko wąsatego mężczyzny po swojemu: Ktanü. Z akcentem na ostatnią sylabę, jak to Francuz. Końcowego „h” nie wymawiał, a przedostania litera brzmiała w jego wykonaniu jak niemieckie „ü”.
Skoro Żampol się uparł, żeby tego kogoś nazywać Ktanü, to niech mu będzie. Ale kto to taki ten Ktanü?
- Nie wiem, pewnie jakiś wielki człowiek, jakiś bohater - myślał głośno Dawid, którego ta sprawa też zaintrygowała. Ale czy miał rację? A może... Arielowi przypomniała się przypadkowa wizyta w budynku zwanym kościołem – miejscu odwiedzanym przez wielu ludzi w niedzielę, w dniu, kiedy on wraz z rodzicami i siostrami jeździł do domku na obrzeżach Puszczy Bukowej albo nad morze. Owego dnia, zamiast czekać na matkę, która postanowiła wstąpić na chwilę do sklepu naprzeciwko, Ariel wszedł do budynku z czerwonej cegły i zaczął się rozglądać po mrocznym wnętrzu. Niewiele udało mu się zobaczyć; kolorowe szybki w oknach przepuszczały bardzo mało światła. Zauważył jednak liczne posągi i obrazy; niektóre postacie miały skrzydła, inne – świetliste kręgi nad głowami. Jeden z obrazów przedstawiał mężczyznę, którego głowę zdobił dziwny wieniec, zrobiony chyba z kolczastego drutu. Przed obrazem klęczała stara kobieta, szepcząc coś, czego Ariel, stojący o kilka metrów dalej, nie rozumiał. Nie odważył się podejść bliżej; czuł, że podsłuchiwanie byłoby czymś niestosownym.
Może popiersie wąsatego mężczyzny, taką czcią obdarzane przez dziadka Warłama, było jednym z tych posągów i obrazów, przed którymi się klęczy?
Warłam niby nie klęczał, stał na baczność... Ale to prawie to samo...
Czym były szepty tamtej kobiety? Prośbami? Zwierzeniami? Czy ten ktoś, do kogo się zwracała, mógł ją usłyszeć? Przecież to był tylko obraz. A może... może jednak coś więcej niż obraz?
Kiedy Ariel pytał rodziców o kościół, reagowali dość nerwowo, z trudem tłumiąc irytację. Nie teraz, odpowiadali, wytłumaczymy ci wszystko, kiedy będziesz starszy.
Warłam pewnie powiedziałby to samo. Ale Ariel go nie zapytał. Warłam był obcym człowiekiem, nie żadnym prawdziwym dziadkiem. Dzieląca ich niewidzialna bariera stanowiła przeszkodę nie do pokonania.
Czy wąsaty Ktanü słuchał Warłama?
Chodząc całymi dniami po Wyspie, Ariel coraz bardziej chciał znaleźć się na miejscu tamtej klęczącej kobiety. Zwłaszcza wtedy, gdy patrzył na kikuty martwych drzew, ruiny domów, strome urwiska i rozpościerające się aż po horyzont szarobure odmęty. A szczególnie wtedy, gdy na dole panowała martwa cisza, nie drgnął ani jeden listek na którymkolwiek z ocalałych drzew, ani jedno źdźbło trawy – a tymczasem wiatr wiejący gdzieś bardzo wysoko, tuż pod bladoniebieską kopułą nieba, gnał z zachodu na wschód albo z południa na północ szafirowe cumulusy, takie same, jak owego kwietniowego dnia, gdy Wyspa na zawsze stała się domem Ariela. W takich chwilach wydawało mu się, że z tej wąsatej twarzy emanuje tajemnicza siła, zdolna zawrócić bieg szafirowych chmur, odepchnąć fale podmywające brzegi Wyspy i uchronić przed upadkiem tego, kto nieopatrznie zapędził się na skraj urwiska.
Te chwile były zawsze najtrudniejsze. Gdy niebo zasnuwały szafirowe obłoki, czasem stojące w miejscu, częściej gnane porywistym wiatrem, Ariela ogarniał strach przed niezrozumiałym, oszalałym nagle światem, w którym prawie nic już nie było takie, jak przez siedem pierwszych lat jego życia. Strach przed przyszłością, poczucie uwięzienia na małej przestrzeni, na czubku szpilki wbitej w dno mulistego oceanu, w którym – być może – zatonęła cała reszta ludzkości... Wtedy gotów był – tak samo jak tamta kobieta – paść na kolana i szeptać pokorne prośby, błagalne zaklęcia, może nawet bić czołem o ziemię, jak ci ludzie w turbanach i powłóczystych szatach, których widział kiedyś w telewizji...
Z każdym dniem coraz mocniej wierzył, że potężny Ktanü, Pan Szafirowych Cumulusów, naprawdę słucha jego nie wypowiedzianych głośno myśli.
Pewnego dnia, wkrótce po przybyciu doktora Nguemy, pomalował ocalały fragment muru naprzeciwko domu Warłama sprayem znalezionym w warsztacie samochodowym. Na białym tle umieścił ciemnoniebieską chmurę, w środku chmury srebrną elipsę, a w niej wąsate oblicze Ktanü. Całość otoczył kręgiem ośmiu czerwonych pięcioramiennych gwiazd. Obrazek wyszedł całkiem dobrze; już w przedszkolu przepowiadano, że Ariel być może zostanie kiedyś wybitnym malarzem. (Musiałby całkiem zgłupieć, powiedział wtedy jego ojciec).
Mały Rudi regularnie zmieniał kwiaty w słoiku postawionym na ziemi pod murem, a w zimie wstawiał do niego gałązki jodły. Czasami robił to Żampol albo Ariadna. Ariel poprzestawał na bezgłośnych modlitwach. A na wiosnę, w rocznicę lądowania na Wyspie, przynosił grubą wiązankę kaczeńców albo gałązki forsycji.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »